IMG_20150407_130944

LIFESTYLE

Macierzyństwo. Parę słów o …

Treningi w miarę możliwości się uregulowały. Treningi biegowe przeplatane są rowerowymi na trenażerze i dniem wolnym, który chciałabym zamienić na dzień poświęcony treningom siłowym, czy też ćwiczeniom stabilizującym i siłowym. Jednak na razie jak jest dzień wolny to mam ochotę leżeć do góry brzuchem i nic nie robić, bo nieprzespane w całości noce, aktywne dnie i zwiększający się kilometraż i czas poświęcony na odnawianie formy daje się we znaki. Ale nie o tym chciałam pisać, nie chce też wplątywać w ten post przepisów, których przez ostatni czas powstało wiele. Okazało się że mała Z ma straszne kolki i mama szuka teraz przyczyny. Dlatego ostatnio mocno kombinuję w kuchni, odstawiłam pomidory, potem jabłka surowe, słonecznik, kokos, maliny a od 3 dni mleko i soję, bo jak się okazuję żywieniową przyczyną kolek może być podobno tylko mleko krowie i sojowe ( ale ile w tym prawdy? ), więc teraz jest czas żeby wyeliminować te dwa składniki z diety i zobaczyć jaka jest reakcja. W taki oto sposób wczoraj powstało mleko jaglane, a właściwie bardziej śmietanka, którą dodaje do porannej jaglanki ( ma ona teraz wielki „come back” w moim jadłospisie, od kąd zaszłam w ciążę i jej zapach z mlekiem kokosowym został odrzucony przez mój organizm) lub owsianki. No ale jak pisałam nie o tym ma być dzisiaj. Dzisiaj czuję się mamą.

Czuję jak powoli uczę się miłości to tego stworzonka, czuję jak wrzask i płacz nie drażni mnie i nie wprowadza w negatywne emocje, tylko wzbudza współczucie i miłość, chęć przytulenia i opieki. Zastanawiałam się wiele razy kiedy nauczę się kochać, tak bezgranicznie jak każda matka. Czemu nie czuje się mamą, tylko opiekunką jakiegoś niemowlęcia. Kiedy przyjdzie ten dzień gdy poczuję się mamą. I choć bywa ciężko, w szczególności gdy mała Z dostanie kolejny kilku godzinny atak kolki, to powoli czuję że ten mały stworek jest mój. Jest kumulacją mojej miłości do R., mojego i jego charakteru, jest początkiem odpowiedzialności i nowego życia. I w końcu czuję jak to kowadło co spadło na mnie w dniu porodu i dźwigałam je od tamtej pory powoli robi się coraz lżejsze. I te wszystkie „nie możesz, nie powinnaś, teraz nie, później” nie są wcale takie straszne. Czuję się jakbym dojrzała przez jedną noc do macierzyństwa, do sytuacji, do życia po urodzeniu małej. Decyzje które, jeszcze parę dni temu wydawały by mi się nie fair, teraz nagle nie są żadnym problemem. Mała Z odwdzięcza je spokojem, uśmiechem i współpracą. Nadal wiele razy nie wiemy o co chodzi, dlaczego jest płacz i wrzask, ale w sytuacji kiedy zła podnoszę ją ponownie na ręce ( a przecież już miała zamknięte oczy w łóżeczku) i słyszę głośne beknięcie to serce mi się rozpływa, bo parę sekund temu przeszło mi przez myśl że robi to żebym ZNOWU nie mogła zjeść w spokoju, obejrzeć odcinka małych gigantów, albo po prostu poprzytulać się do męża. Małej Z po prostu było źle, a naszym zadaniem jest zrobić wszystko by było źle jak najkrócej. Z każdym dniem jednak się tego uczę, poznaję ją i siebie w nowej roli. Zaczynam czerpać przyjemność z bycia mamą i zaczynam czuć odpowiedzialność i miłość której wcześniej nie doświadczyłam. Z R też potrzebowaliśmy chwili, a dokładnie sześć tygodni żeby się dostosować, zrozumieć i dotrzeć do siebie na nowo. Zrozumienie nawzajem swoich potrzeb sprawiło że umiemy cieszyć się z chwil spędzonych razem i osobno.

Ciężko jest pisać o takich emocjach, bo nie wiem jak je wyrazić, jak ubrać w słowa żeby były zrozumiałe. Pewnie każda mama wie dokładnie na jakim etapie jestem, a każda nie mama niech się uczy i próbuje zrozumieć ile emocji i kontrastujących ze sobą uczuć w organizmie młodej mamy wybucha niczym wulkan.

Poświąteczne pozdrowienia.

O.

Leave a Comment