IMG_20150507_080024

LIFESTYLE TRIATHLON

Czy to aby na pewno dobry pomysł.

IMG_20150507_080339

Jest 9 rano, ja jestem po 40 km roweru i 1.5 km biegu zgrzana przytłoczona przez pierwsze myśli zwątpienia, czy aby na pewno ten triathlon to był dobry pomysł. Temperatura w cieniu to około 26ºC a jest dopiero początek Maja, co będzie za 20 dni ?? 20 kilometrów w drodze od domu wydawała mi się katorgą, jechałam jakimś ślimaczym tempem i nie wiedziałam czemu. Każdy kolejny podjazd wydawał mi się coraz trudniejszy. Wyobraziłam sobie jednak, że wszystkie te podjazdy w drodze powrotnej będą zjazdami, więc pedałowałam tak długo aż licznik wskazał 20 kilometrów.

Tak zaczynał się post dwa dni temu, jednak nie było czasu żeby go wrzucić od razy więc kończę dziś. A dziś był kryzys. Zaraz po porodzie wskaźnik wagi pokazywał tylko 1 kg więcej niż przed porodem. Dzisiaj ten wskaźnik pokazuje aż 4 kilo. Czemu ??? No właśnie czemu ? Czy to burza hormonów po porodzie sprawiła że wirek w brzuchu się zaostrzył i mój organizm pochłaniał więcej kalorii niż powinien ? Czy po prostu się zaniedbałam i przestałam ograniczać słodkości ? Miałam wrażenie, że moje domowe słodycze nie tuczą. Miałam też wrażenie że jem ilościowo tyle co zwykle. Cypr i wakacje uświadomiły mi inaczej. Powróciła frustracja dotycząca mojego ciała i jego wyglądu. Od nastoletnich lat życia mam ogromną obsesję na punkcie swojej wagi. Przechodziłam różne fazy z nią związane. Teraz powróciła faza niezadowolenia i stąd mój kryzys. Rano R obudził się przed 6 i wskoczył w ciuchy rowerowe. Moim zadaniem było wstać i pójść pobiegać a mała zostawić babci. U nas w domu nie tylko młode pokolenie jest aktywne. Babcia też ma swoje aktywności i każdego ranka biega na GYM ( tak się mówi na Cyprze na siłownię i zajęcia prowadzone na niej ). Dlatego jeżeli chcemy z rana trenować obydwoje, musimy dostosowywać się do treningów przez 8 rano, lub po powrocie. Po wczorajszym rodzinnym objadaniu się do północy w jednej z Cypryjskich knajpek czułam się okropnie. Przejedzona, całą noc czułam się ciężka i z bólem brzucha. Po takiej nocy i wczorajszych 40 km w żarze, nie miałam najmniejszej ochoty wstawać rano na trening. Pomimo że mała Z była nadzwyczaj współpracująca i od razu po porannym karmieniu zamknęła smacznie oczka i poszła dalej spać, ja nie miałam siły ani ochoty żeby wstać i cokolwiek robić a już nie mówię o bieganiu. Przykryłam się więc kołdrą udając że świat nie istnieje, alarm nie dzwonił i R nie wyszedł na trening.

Koło 13 zebraliśmy się żeby pojechać na plażę, na naszą ulubioną treningową plażę. Ciągnie się ona przez 4.5 km wzdłuż słonego jeziora po jednej stronie, a morza śródziemnego po drugiej. W oddali z jednej strony widać budynki niedaleko położonego miasta po drugiej rozciąga się pustynia, która powstaje gdy na wiosnę i przez lato słone jezioro wysycha i tworzy się ogromna przestrzeń idealnie płaska i idealnie twarda do treningów biegowych. To tam zawsze aklimatyzujemy swoje organizmy do gorąca i żaru. Dzisiaj mój plan był na delikatny trening w wodzie i delikatny bieg po. Jak dotarliśmy na plaże mój humor nie polepszył się, temperatura wody nawet przybiła mnie jeszcze bardziej. Padłam na rodzinny koc i chciałam krzyczeć wniebogłosy, że nie mam siły, że się poddaję, że się nie nadaję do całego tego przedsięwzięcia, że się zaniedbałam, że jestem wściekła na siebie. Najchętniej dorzuciłabym jeszcze tupnięcie nogą i foch pięciolatki. Po długiej walce z myślami, z pomocą mojego „rozumu” stwierdziliśmy że mam iść się prze-truchtać. Zanim się ponownie rozmyśliłam, ubrałam szybko buty biegowe, szorty i puściłam się na pustynię. Co każde 100 metrów chciałam zawracać i krzyczeć z niemocy. Nie miałam nie tylko siły żeby biec, ale i zero motywacji. Na szczęście jestem teraz w trakcie nowej lektury Chrissie Wellington „Bez ograniczeń”. Przez całą książkę Chrisie zwraca uwagę na to jak ważna jest głowa we wszystkich zmaganiach i jak ważna jest umiejętność odizolowania głowy od emocji i reszty organizmu. Dzisiaj ja miałam swój dzień żeby podjąć próbę walki z własną głową. Udało się, po kilometrze przestałam się użalać nad sobą, zapomniałam o wszystkim. Odizolowałam swoją głowę od ciała, od miliona myśli, emocji. Nie zastanawiałam się ile jeszcze kilometrów przede mną, ile kroków, jak ciepło mi będzie, czy dam radę itd. Po prostu biegłam tak długo aż endomondo swoim skrzeczącym głosem powiedziało że dobiłam 7 kilometrów. Mała Z dobrze bawiła się z tatkiem, dlatego szybko zamieniłam szorty na kostium, zrzuciłam buty biegowe i zanim wystygłam wskoczyłam do morza i przepłynęłam około kilometra w lodowatej wodzie.

Złamałam się, nowe małe kroki w mojej amatorskiej karierze triatlonowej. Udało się wygrać z głową i udało się odzyskać humor i energię życia.

O.

Leave a Comment