IMG_20150519_102831

BIEGANIE TRIATHLON

Wyścig z gorącem.

Dzisiejszy, to znaczy już wczorajszy poranek, bo jak zwykle nie udało mi się dopisać posta w danym dniu, był nowym przeżyciem w moim życiu. Dzień zaczął się wbrew pozorom jak każdy inny kiedy wybierałam się na trening rowerowy. Zaczęłam go od ściągnięcia pokarmu, który przygotowany zawsze ląduje w lodówce i czeka aż moje głodomory wstaną. Przy treningach rowerowych zawsze ściągam pokarm, bo te nie trwają nigdy krócej niż 2 godziny. Po zabawie z laktatorem, wciągam swój RAW baton ( z daktyli, wiórków kokosowych, nasion chia i oleju cytrynowego) popijam go wodą, wkładam multitool-a i pompkę do kieszonki pod siodełkiem i ubieram buty rowerowe. Trening czas zacząć.

Noc była wyjątkowo gorąca, powiedziałabym nienaturalnie gorąca jak na Cypr w tym okresie, męczyło nas 27 stopni do samego rana. Wiedziałam, że jest gorąco, że będzie ciepło, ale na pewno nie spodziewałam się tego co przeżyłam chwilę później. Zapięłam buty w pedały i wyruszyłam. Przedzierając się przez miasto nie było tak źle, jednak gdy tylko wyjechałam na nagrzane porannym słońcem pola zaraz za miastem poczułam się jak w saunie. Lekka bryza, która normalnie delikatnie chłodziłaby spocone czoło tego dnia zamiast chłodzić, grzała. Czułam się jakby ktoś zamontował mi suszarkę do włosów na kierownicy i skierował ją prosto na twarz. Niejednokrotnie na Cyprze czułam żar i spiekotę, ale to było wyjątkowe uczucie. Coś co nazywa się wiatrem było tak gorące, że nie sposób jest to opisać słowami. Mogłabym to porównać do buchnięcia gorąca po otwarciu piekarnika, które towarzyszyło mi przez cały trening. Plan był na 60 km. Jak tylko wyjechałam i poczułam gorąco plan automatycznie zredukował się do 50 km. Stwierdziłam że nie ma co przesadzać, bo nie zajadę się fizycznie, a ugotuję. Bidon pełen chłodnej wody po 20 kilometrach smakowałam jakbym piła gorącą wodę z kranu. Nie dawało też nic polewanie się nią, bo woda miała temperaturę co najmniej trzydziestu paru stopni. Zamiast czuć orzeźwienie czułam to jak leci mi coś gorącego po twarzy. Dobiłam do 22 kilometra i stwierdziłam, że jadę tak daleko aż znajdę jakąś stację benzynową, żeby zaopatrzyć się w chłodniejsze krople cennej wody. Niestety traf chciał, że na drogę wyskoczyła mi kolejna niespodzianka. Na Cyprze są dwa rodzaje węży, tzn dwa o których mi wiadomo, a pewnie jest ich dużo więcej. Jedyne co ja wiem na ich temat to to, że czarne duże są niegroźne, tzn nie jadowite. Drugi rodzaj węży to takie cienkie, mniejsze, ale błyszczące i kolorowe. Tych trzeba się wystrzegać, ponieważ są jadowite. Nie wiem dokładnie na ile trujący jest ich jad, ale wiem że sama mogłaby nie dojechać już nigdzie po jego ukąszeniu. Dlatego jest to moja zmora na treningach rowerowych. Zawsze bacznie obserwuję, pobocze czy aby na pewno nic nie czai się na mnie. Na szczęście, nie musiałam stawiać im czoła osobiście, choć niejednokrotnie widać coś co wygląda albo jak rozjechane czarne niegroźne osobniki, albo skóry zrzucone przez nie. Tamtego dnia było wyjątkowo gorąco, więc spodziewałabym się spotkać coś wijącego na swojej drodze bardziej niż każdego innego dnia. Niestety tak się stało, chwile po 22 kilometrze, przypominam że plan był na co najmniej 25 kilometrów w jedną stronę leżał sobie na środku jezdni taki cienki, chudy i błyszczący. Ponieważ ruch na Cyprze jest lewostronny, baliśmy się z R że nie będziemy umieli zawracać z lewej do prawej przy dużej prędkości, tak żeby zmieścić się w szerokości jezdni. Niedzielny triathlon składa się z 6 pętli rowerowych przez miasto. Jedna z nawrotek jest na rondzie, druga jest właśnie na końcu zwykłej drogi dwu pasmowej. Ta mała cienka niespodzianka ugruntowała mnie w przekonaniu, że z mała pomocą adrenaliny na pewno uda nam się zawrócić o 180º na tak małej przestrzeni.

Suma sumarum udało się nakręcić 46 kilometrów, niestety nie bez przerwy bo musiał być obowiązkowy przystanek na stacji benzynowej żeby wymienić gorące resztki wody w bidonie na świeże zimne krople. Dwie butelki wylądowały w środku, jedna na mojej głowie, jedna w drugim koszyku do ponownego polania.

Po powrocie do domu po raz pierwszy zobaczyłam R stojącego na zewnątrz z miną która wyrażała z jednej strony podziw, z drugiej strony współczucie. Odetchnął, że jestem cała i zdrowa i mam jeszcze po takim treningu uśmiech na twarzy. Potem czekała na mnie szklanka świeżo wyciśniętego soku pomarańczowego i zimny prysznic. Myślę, że trening był udany, bo byłam tak zdumiona ta pogodą i gorącem jakie buchało na mnie przez dwie godziny, że negatywne myśli nie zdążyły dotrzeć to tych części mózgu które mogły by mnie zdeprymować podczas kręcenia. Mam nadzieję, że w niedzielę tych stopni będzie chociaż 5 mniej.

Ostatnie treningi przed triathlonem, w czwartek tylko ostatni basen i odpoczynek. Robimy kulki mocy, zmieniamy opony w moim Bianchi i przygotowujemy nasze głowy do wyścigu. Mam nadzieje, że to będzie wyścig z czasem, a nie wyścig z ciepłem.

Po koszmarnie gorącym dniu, potrzebowaliśmy trochę orzeźwienia. Wieczorna kąpiel w Morzu Śródziemnym była zbawieniem dla przemęczonych nóg i spoconego całym dniem ciała. Pomimo że tafla wody była płaściutka jak w najspokojniejszym jeziorze, woda była przepięknie zimna. Po raz pierwszy nie chciałam okrywać się ręcznikiem po wyjściu z wody bo ciepło buchające okrywało nas jak najcieplejszy ręcznik. Mała Z po małym spacerku, spokojnie drzemała sobie w wózeczku. Nie wiem kto kogo pilnował, czy Foksi mała Z, czy mała Z Foksi, ale obydwie dały nam się wspólnie wykąpać. No jakie mamy grzeczne dziewczynki 🙂

IMG_20150519_232545

IMG_20150521_100803

IMG_20150521_100733

O.

Leave a Comment