IMG_20150703_121227

BIEGANIE PRZEPISY TRIATHLON

Późne bieganie. Późne śniadanie.

Dzisiejszy dzień zaczął się od okropnego lenia. Na szczęście krótka motywacja ze strony R. pozwoliła mi się wydostać z łóżka i zebrać się na trening. Dzisiaj był bieg, chyba pierwsze 15 km od czasów ciąży. Wyszłam na trening dopiero koło 9.30, bo oczy otworzyłam niewiele wcześniej. Kochany mąż zrobił mi małe espresso, bo jak twierdzi dobrze się biega po kawie, wciągnęłam małego banana podczas karmienia młodej i wyruszyłam na półwyspowe alejki. Nad naszym polskim morzem upały, więc po 12 kilometrze biegnąc z wiatrem powoli opadałam z sił. Na szczęście dałam radę i w miarę na siłach dotarłam do przyczepy. Po ostatnim rowerze, czułam cały czas nogi. Dlatego też tak ciężko było się zwlec z łóżka i pójść pobiegać. Nie pomagał też fakt, że dzisiejszy trening miał być długim wybieganiem. Ale wracając do roweru chciałabym podziękować Przypadkowemu Panu, który zmotywował mnie żeby przejechać ostatnie 6 km na ostatnim treningu ze średnią 34-36 km/h. Tak szybko na szosie po płaskim jeszcze nie jeździłam. Dlaczego tak się stało no cóż, już piszę.

Wracając z treningu, ostatnie 6 km moich rowerowych zmagań biegnie przez drogę z Władysławowa na Hel. Wzdłuż tej drogi biegnie też ścieżka rowerowa, bardzo mocno uczęszczana przez rowerowych amatorów, rodziny z dziećmi, przechodniów, mamy z wózkami, biegaczy i innych deskorolkowych włóczykijów. Dlatego też nie odważyłam się nią jechać. Jadąc w butach SPD nie umiałam bym szybko zareagować na jakiegoś malucha, który przez przypadek wyskoczył by mi na drogę, więc jechałam szosą-asfaltem. Ścieżką rowerową jechał natomiast przypadkowy PAN, który z mojej perspektywy pędził. Wyprzedzał wszystkich napotkanych porannych „rowerowiczów”. Ja dumna kolarka, przecież nie mogłam nie wyprzedzić owego przypadkowego PANA, który na moje oko jechał około 30-31 km/h. Ba, nie wypadało mi jechać drogą na rowerze szosowym i nie doścignąć jakiegoś „amatora” na ścieżce rowerowej. Owy przypadkowy PAN, okazał się nie mniej dumnym rowerzystą, ponieważ gdy zobaczył, że jakaś dziewczyna nie dość że go dogania to zaczyna jeszcze wyprzedzać jego dwukołowca, oczywiście przyspieszył. I w taki oto sposób dumna kolarka Ola i dumny przypadkowy PAN jechali walcząc o swoje miejsce w szeregu, dopóki dopóty brama naszego kempingu nie pokazała się na horyzoncie.

Ale nie o tym chciałam pisać. Chciałam napisać o tym jak pięknie tak niepozornie wyglądający dzień się zaczął. Nie dość, że zrobiłam swoje pierwsze 15 km od czasów ciąży, to gdy dotarłam do naszego kempingowego domku mała Z smacznie spała w wózku. Oznaczało to, że mam czas żeby się spokojnie wykąpać, ugotować sobie swoją śniadaniową jaglankę i zjeść ja w cieniu naszego parasola na piasku. Tak na piasku, bo śniadanie na piasku smakuje o niebo lepiej. Widok na naszą zatokę, piasek pod nogami i cisza spokój. Tylko ja moje myśli i moja przepyszna jaglanka z sokiem pomarańczowym. Wszystkie poranki mogą zaczynać mi się takim leniem i kończyć tak produktywnie i smacznie 🙂

A dla tych zainteresowanych dzisiejsza wersja jaglanki:

  • ugotowana kasza jaglana ( wedle uznania, głodu )
  • 7-8 mrożonych truskawek
  • 2 łyżki jogurtu naturalnego
  • 5 łyżek mleka migdałowego
  • pół banana
  • 2 łyżki domowej granoli
  • kilka orzechów włoskich
  • garstka żurawiny suszonej

Do ugotowanej kaszy jaglanej dodaje 3 łyżki mleka migdałowego i 1 łyżkę jogurtu. Truskawki z resztą mleka i jogurtu blenduję, dodaję do kaszy. Banana kroję na kawałki, dodaję do kaszy i mieszam. Wymieszaną kaszę posypuję resztą składników. Dla słodko-lubnych całość można polać syropem klonowym lub z agawy. Zajadam ze smakiem.

IMG_20150703_121557

SMACZNEGO !

O.

Leave a Comment