IMG-20150826-WA0000

LIFESTYLE TRIATHLON

Dlaczego ostatni trening przed startem musi być tak deprymujący.

Zdecydowałam się wrócić do domu z naszych wojaży wczoraj w nocy, dlatego że od ponad tygodnia nie siedziałam na rowerze. Dodatkowo R wysłał mi zdjęcie niespodzianki czekającej na mnie po powrocie w domu. Mianowicie był to mój piękny BIANCHI wyposażony w lemondkę. Ba, nie tylko w lemondkę, ale w lemondkę pięknie wykończoną czerwoną owijką tak aby pasowała do całości! Tak, takie prezenty robi mi mój mąż kiedy mnie nie ma w domu! To oto zdjęcie zmotywowało mnie do wczorajszego powrotu stokrotnie. Koło 18 dziadkowie zabrali małą na kolejną imprezę rodzinną. W tym czasie mama na włączonym szóstym biegu szybko spakowała nasze bambetle do samochodu, wrzuciła buty biegowe na nogi, zrobiła szybki ale intensywny trening, który prawie skończył się zwracaniem „pysznego” pokarmu z BIOWAY w Rivierze Gdyńskiej – NIE POLECAM ! Po owym treningu zdążyła się umyć tak aby jeszcze przed 20 podjechać do sklepu w centrum Gdyni i odebrać żele energetyczne na niedzielę, a o 20 nosić już małą Z w nosidełku bo niestety zdecydowała, że da do wiwatu kochanym dziadkom poza domem. Coś mi się wydaję, że nasz bąk potrafi robić małe afery kiedy mnie nie ma w pobliżu a czas z „obcymi” jest dłuższy niż jedna, dwie godziny. I tak oto koło 21 byłyśmy już w drodze do domu.

Nie wiem czy dzisiaj dała się we znaki nie przespana noc, wczorajsze wieczorne bieganie czy po prostu jestem niedotrenowana. Ale zamiast IRONMAN-a był ciężki klocek. Te nogi które zawsze po rowerze wydawały mi się nogami ze stali, mocnymi, pewnymi, mogącymi biec w szybkim tempie w pełni sił, człapały dzisiaj jak rozklekotane kapcie. Ledwo co miałam siłę biec na 6:00 min/km.

Rower poszedł trochę lepiej. Przez ostatnie parę miesięcy przyzwyczaiłam się do prędkości w okolicach 30 km/h i każdy kilometr przejechany poniżej 29 km/h wydaje mi się ociąganiem, brakiem sił. Dzisiaj po raz pierwszy w życiu jechałam po płaskim z średnią prędkością 38 km/h przez parę kilometrów, 34-35 wydawało się pikusiem. Wydawało się, że to wszystko dzięki lemondce. Niestety chyba nie do końca. Wiatr mnie niósł, dodając siłę i motywację całej reszcie. Miało być 30 km żeby nie przesadzić przed startem, ale tak mi się pięknie jechało więc chciałam pobić swoją QOM (queen of mountain na Stravie) a żeby dokończyć segment i pobić swój rekord musiałam zdecydować się na co najmniej 40 km. Więc albo za mocno pojechałam te pierwsze 20 km pełna entuzjazmu, że mogę położyć się na lemondce tak jak zawsze chciałam, albo nie czułam zmęczenia, bo wypoczęte nogi gnały przed siebie. Niestety tylko przez pierwsze 20 km. Wracając był płacz i rozpacz. Nogi paliły a licznik pokazywał słabe tempo. Wiatr wiał w twarz jakby chciał na każdym kilometrze pokazać kto tu jest ważniejszy. Puchłam, z każdym kilometrem było gorzej. Tylko przebłyski motywacji która gdzieś tam z tyłu próbowała się przedrzeć przez sieć myśli, dostarczały chwilowej energii i siły.

Kolejny trening przed startem, który pokazał że daleko mi do takiego wytrenowania jakie bym chciała osiągnąć. Daleko mi do moich marzeń, do moich wymarzonych czasów, prędkości, temp. Kolejny trening który pokazał że jestem tylko szarą myszką, małym marzycielem o byciu triathlonistą.

Nie będzie triumfu, bicia rekordów, podium. Będzie walka ze sobą, próba dostosowania swojego ciała do wysiłku i ambicji. Poznanie granic możliwości i limitu do którego będę mogła się popchnąć.

trzymajcie kciuki

O.

Leave a Comment