DSC_0205

BIEGANIE Z WÓZKIEM

Mój pierwszy start z wózkiem.

Co prawda nie był to start idealny, nic nie poszło tak jak się spodziewałam, ale był to chyba najszczęśliwszy bieg w moim życiu.

Trema jaką miałam rano, przerodziła chyba się w jakieś nadprzyrodzone złoża mocy podczas samego biegu. Poranny strach, jedna wielka niewiadoma i coś czego najbardziej się obawiałam, porażka. Nie ze względu na siebie, nie ze względu na to że nie ukończyłabym biegu, ale ze względu na Was. Najgorsze co mogłoby być to powiedzieć Wam że się nie udało, że tyle hałasu o nic. Że te wszystkie przygotowania, milion wysłanych maili żeby uzyskać parę wózków do testów, milion telefonów w tej samej sprawie, w końcu zakup wózka i pierwsze biegi ze swoim 3 kołowcem, mogły być na nic ? Na szczęście nie. I co prawda kolejne biegi będą mniej emocjonalne, nie będą za nimi czaiły się słowa to „wszystko na nic”, nie będzie jednej wielkiej niewiadomej, bo już był ten pierwszy raz, który się udał. I nawet jeżeli następny się nie uda to będą kolejne które mogą się udać tak jak ten pierwszy !

DSC_0209

(Fot. zapożyczony łyk wody od Zosi)

A jak to się wszystko dzisiaj potoczyło?

Był to bieg pełen wyzwań, spory podbieg na początek, okropnie wiejący wiatr, który jak się okazało przez duża część trasy wiał nam w twarz, ryk małej na 3 kilometrze. Ze wszystkim wiedziałam że dam sobie radę, poza jednym – małą Z. Wiedziałam, że ten bieg jest uzależniony od niej. Nie od moich nóg, bo jakoś sobie poradzą, nie od moich rąk, mięśni brzucha bo też znałam ich możliwości, ale od naszej małej gwiazdy która albo będzie współpracować albo nie.

bieg11

Zaczęło się cudownie. Strzał startera zabrzmiał i ruszyliśmy. Tempo żwawe, góra przed nami, ale to ja wyprzedzałam wszystkich ( musiałyśmy wystartować na samym końcu, żeby nikt w nas nie powpadał na starcie). Mała gęgała, a raczej można powiedzieć „tato-wała” sobie w wózku obserwując kolorowe ubranka przed nami. Dopóki dopóty ubranka się nie znudziły, wiatr nie zaczął wiać w twarz i pojawił się jeden wielki wrzask. Bujanie, obniżenie do spania, nadal wrzask. No to smoczek, nadal wrzask. Stanęłyśmy, odpięłam, ułożyłam, poprawiłam, zamknęłam daszek, lepiej. Ruszamy … nadal wrzask. Do tego wózek teraz łapie straszne ilości wiatru. Myślałam, że otwarty łapał dużo wiatru i że z zamkniętym daszkiem będzie bardziej opływowy. Niestety tak nie było, wiatr wlatywał do środka i hamował mnie okropnie. Parę metrów dalej, ponowny postój tym razem sprawdzamy pieluchę, czysto. Do tego momentu wiele osób które od startu były już za nami, są znowu przed nami. No nic trudno, byle byśmy nie musiały schodzić z trasy.

Gdybym nie znała swojego dziecka to pewnie, nie odważyłabym się pobiec kolejnych 500 m z przeokropnym piskiem wydzierającym się spod IRONMAN-owego znaczka, który pewnie wszyscy w okolicznych osiedlach mieli szansę usłyszeć. Jednak wiedziałam, że ten wrzask chwilowy, choć okropny zawistuje spanie. Zanim wystartowałyśmy miałam szczerą nadzieję, że mała po prostu ulula się biegiem do snu. Tak nie było. Chyba zbyt duża ilość bodźców, słońce, wiatr, wyrwana ze spania w drodze na bieg, dały o sobie znać i musiało się to zakończyć wielką aferą. Na szczęście afera trwała tylko kilometr. Na 4 kilometrze mała słodko spała, a ja zaczęłam ponownie wyprzedzać.

To był chyba mój pierwszy w życiu bieg, podczas którego nie patrzyłam na zegarek i nie biegłam „swojego”. Biegłam tak jakby następnego kilometra miało nie być. Tyle ile sił miałam w nogach, bo nie wiedziałam co mnie czeka. Czy wiatr spowolni mnie na tyle że nie będę w stanie biec, czy mała Z nagle z wrzaskiem się nie obudzi. Wiatr był okropny, z R jesteśmy windsurferami więc wiemy kiedy na prawdę wieje mocno i dzisiaj był taki dzień. Na 7 kilometrze wiał prosto w twarz. Zapierałam się o wózek dwoma rękami, biegłam na palcach tak jakbym wbiegała pod wysoką górę, chowałam się za kim popadnie aby choć trochę się odciążyć jednak i tak porywy sprawiały że wózek wyhamowywał mnie do zera. Tempo spadło prawie o minutę w porównaniu do najlepszego kilometra. Następne były lepsze, były szybkie i pełne szczęścia, że najgorsze już za mną. Wyszedł z tego może trochę interwałowy bieg na „10”, ale biegłam po medal, nie dla wyniku. Biegłam dla satysfakcji, że bieganie z dzieckiem jest możliwe. Biegłam dla Was, żeby pokazać Wam, że to co robię, to do czego motywuję i zachęcam się udaje i ma sens. Że dzielenie się swoimi pasjami ze swoimi dziećmi jest najszczerszym szczęściem jakiego doznaję.

DSC_0228

A wynik, którego się nie spodziewałam wyszedł sam. Na zegarku GARMIN pokazał 52:08, czas brutto w okolicach 53 minut.

11988596_854060658039871_8562964945795564521_n

DSC_0236

I mój pierwszy wywiad do Radia Kielce.

DSC_0242

Dzisiejszy dzień dał mi wielkiego kopa do działania, do motywowania! Chciałbym kiedyś zobaczyć na starcie biegów ulicznych cały tył mam i ojców z wózkami, bo dlaczego mielibyśmy oddzielać życie rodzinne, dziecko od naszych pasji? W szczególności teraz kiedy mamy takie możliwości techniczne, sprzętowe. Dlaczego nie dzielić się z naszymi pociechami tym co kochamy od najmłodszych lat ?

Ja jestem na TAK i mam nadzieję, ze za mną pójdzie duże grono rodziców! 

O.

DSC_0205

Leave a Comment

Comments (2)

    1. Hej ! Nie ważne kto kogo zaraził. Ważne, że robicie to razem i możecie dzielić się takimi skrajnymi i pięknymi emocjami jakie przechodzą przez ludzki organizm podczas wysiłku ! Tak trzymać ! Brawo dla Ciebie i brawo dla Twoich renowatorek !