16LT8773-2

PODRÓŻE STARTY TRIATHLON

Rozpoczęcie sezonu triathlonowego. Triumf w Larnace.

DSC_0073

Pierwszy start mam wrażenie, że jest zawsze najgorszy. I wcale nie mówię tu o wyniku, ale to tych oczekiwaniach i tremie która zżera Cię na dużo dłużej niż przy kolejnych.

Ten start był dla mnie wyjątkowo stresujący, bo bardzo długo wyczekiwany, bo pierwszy i bo chciałam sobie udowodnić, że jestem w lepszej formie niż rok temu. Po raz pierwszy też poczułam to uczucie spalenia, które często towarzyszyło mi tylko na zawodach pływackich gdy byłam mała i nie potrafiłam radzić sobie z basenowym stresem. Po raz pierwszy też poczułam co to jest kolka, nie taka że boli Cię pod żebrami, taka która nie pozwala postawić Ci kolejnego kroku, taka która odcina dopływ tlenu i nie pozwala wziąć kolejnego oddechu i też taka z którą nie da się biec.

16LT7554-2

TRIATHLON LARNACA – dystans OLIMPIJSKI, czyli 1.5 km pływania, 40 kilometrów roweru, 10 kilometrów biegu.

5 rano, pobudka, nie lubię wcześnie wstawać, ale w dniu startu nigdy nie mam z tym problemu. Śpię tak czy siak na pół-gwizdka, żeby przypadkiem nie zaspać. Wstajemy, standardowa procedura, śniadanie, kawa, toaleta. Albo w innej kolejności, jak się uda. Do mojej miski jak zwykle wlatują płatki owsiane, nasiona chia, trochę siemienia lnianego ( z tym nie przesadzajcie przed zawodami, jeżeli wasze organizmy nie są do tego przyzwyczajone). Zalewam wszystko wrzątkiem, dorzucam banana, garstkę orzechów włoskich, odrobinę jogurtu, syrop z agawy ( tak cukier 🙂 ) i wciągam ze smakiem. Wiele osób w dzień startu serwuje sobie bardzie „węglowodanowe’ śniadanie, typu ryż biały, czy białą bułka z dżemem. Ja jestem wierna mojej owsiance, nigdy nie miałam po niej problemów żołądkowych, na energię też nie mogę narzekać. Musieliśmy wyjechać z domu 5.45 żeby w Larnace, oddalonej o jakieś 70 km być przed 7 i odebrać pakiety startowe.

 

DSC_0087

W strefie zmian idzie mi wyjątkowo gładko, bez większego zastanawiania i przemyślenia układam wszystkie rzeczy na miejsce. Buty biegowe, i daszek lądują na ręczniku. Kask i okulary wędrują na rower, stamtąd dużo łatwiej zakłada się je na głowę, buty rowerowe przypinam gumkami do roweru. Ja swoje buty zakładam już na trasie rowerowej, jadąc. Dużo ludzi uważa, że jest to bardziej zaawansowana forma, ja myślę, że wręcz przeciwnie. Boje się biegać w blokach, bo nie raz poślizgnęłam się już na schodach wychodząc na trening. nie wyobrażam sobie więc wybiegać ze strefy zmian w totalnym przerażeniu czy aby na pewno dobiegnę do linii wejścia. zdecydowanie wolę robić to na bosaka i z luźną głową, a wejście na rower bez butów to prosta sprawa, wystarczy spróbować. Pianka i czepek na sobie, strój triathlonowy i CEPy na nogach, więc chyba wszystko gotowe. idziemy rozgrzewać się do wody.

 

START

Jak to na Cyprze bywa, szybki briefing przed startem był na prawdę szybki, pół na pół wypowiedziany po angielsku i grecku i nie wiele się z niego dowiedzieliśmy. jednak to są uroki i minusy startów w „egzotycznych” krajach. Na szczęście trasa była dobrze oznaczona, a fakt że nie planowałam być pierwsza uspakajał mnie że ktoś będzei przede mną i w razie co zobaczę gdzie mam się dalej udać. Ilość kółek na swój dystans znałam, więc nie zginę.

 

13198567_1023885491021678_4886208875147033599_o.jpg

 

Po nadzwyczaj krótkim briefingu, start był wyjątkowo chaotyczny, nikt tak na prawdę nie wiedział czy to już. Ale wielki pisk startera dał o sobie znać, więc ruszyliśmy do wody. Zazwyczaj ustawiałam się zawsze w środku stawki, tym razem postawiłam na początek, żeby zaoszczędzić sobie ciągłego wyprzedzania. Wskoczyliśmy do wody. Płynęło mi się pięknie, luźne ręce, szybka woda, chyba miałam dobre tempo. Jedyne co mnie strasznie zmartwiło to strasznie nie równy oddech, i serducho walące jak za dawnych czasów na zawodach pływackich. Głowa zaczęła walczyć i uspakajać, wiedziałam że to ta adrenalina, która buzowała we mnie od paru tygodni, kiedy tylko pomyślałam sobie o tym starcie.  Wiedziałam jednak, że jeżeli się nie uspokoję, zaraz zachłysnę się wodą, albo spuchnę, bo nie będę dostarczać wystarczająco tlenu do mięśni. Na szczęście pływackie deja-vu skończyło się na pierwszej bojce i od tamtej pory równym tempem płynęłam do samego końca.

 

Ostatnie kółko, ostatnia boja i ciekawa swojego czasu usiłuję spojrzeć na zegarek na ostatnich metrach. Mignęło mi 28:xx, albo 21:xx, w to drugie nie chciałam wierzyć bo to by znaczyło że trzymałam na prawdę dobre tempo, ale okazało się że to te drugie cyfry były prawdziwe. Ekstra, lecę po to co chciałam, czyli 2:35:xx .

ROWER

 

16LT8195-2

Wskakuję na rower, czuję, że nogi nie są świeżutkie ale udaje mi się mocno pedałować i trzymać dobre tempo. W tym roku nie wyprzedzają mnie jak szaleni, trzymam się ich mocno ile się da. Zjadam pierwszy żel, popijam z wygody … izotonikiem ! NIGDY TEGO NIE RÓBCIE, ŻELE MOŻNA POPIJAĆ TYLKO WODĄ!!! Pierwsze kółko, drugie, trzecie, sprawdzam zegarek i mały balonik, który leciał wraz ze mną po wymarzoną życiówkę właśnie pękł. Trasa rowerowa na pewno będzie o parę kilometrów dłuższa, więc nici z mojego marzenia. Każdy kilometr to jakieś 2 minuty więcej, jeżeli jedziemy na rowerze z prędkością 30 km/h, więc już ciut zniechęcona pedałuje dalej. Odzywa się brzuch, który nie bardzo chce przyjąć cokolwiek. Od tej pory piję już tylko wodę.

Pomimo to, dalej dzielnie walczę, pedałuje mocno ale nie tak żeby nie mieć siły na bieg. Na trzecim, lub czwartym kółku (z sześciu) , dojeżdżają do mnie cypryjskie PROski, wyprzedzają jestem pewna że mnie dublują więc od razu kalkuluję stratę do nich w mojej głowie. Nie mogę się doliczyć, więc skupiam się na jeździe. Ja kończę piąte kółko, R. krzyczy z naprzeciwka które kólko jedziemy, też się pogubił. Nie wiedzieliśmy czy zrobili rower o 2-3 kilometry krótszy, czy dłuższy. Próbuję doliczyć się kółek, nie no na pewno szóste zaczynam. Nie pomagają PROski, które totalnie mnie wybiły z rytmu, jadą nadal szóste kółko. Burza mózgu: Przecież nie możliwe żeby zrobili rower 48 kilometrów? To co ja mama zrobić jeszcze jedno kółko? Patrzę na garmina, patrzę na licznik, no jak w mordę strzelił będę miała z dobre 42-43 kilometry po tym kółku. Przecież nie możliwe jest żebym miała taką przewagę po wyjściu z wody? I żebym ją otrzymała przez 3 kółka roweru!? Było możliwe, jedna z dziewczyn cypryjska triathlonistka, reprezentantka kraju, dogoniła mnie dopiero na trzecim kółku! WOOW !

Pomimo dziwnego żoładka, pakuje w siebie drugi żel, co by mi nie odcięło dopływu energii na biegu. Tym razem popijam TYLKO wodą. Zsiadam z roweru, wbiegam do strefy, szybko zakładam buty biegowe i ruszam dalej.

 

BIEG

16LT8580-2

To chyba najmniej przyjemna część traithlonu, przynajmniej dla mnie. Może dlatego, że jest to najsłabsza moja dyscyplina, w której wiem że nie będę doganiać i wyprzedzać, a raczej to mnie mogą wyprzedzać. Robi się coraz duszniej, słońce zaczyna się pokazywać i delikatnie doskwierać. Nie ważne, odkładam moją głową, nie do końca pozytywnie nastawiona na bok i biegnę. Po prostu rób swoje Ola, myślę. Tempo jak na mnie nie jest złe, trzymam cały czas 5:10-5:15 min/km. biegniemy wzdłuż morza, potem skręt w lewo w głąb lądu i kolejny w lewo za którym wyłania się…. PODBIEG! Podbiegi na triathlonie, są okropne bolą dużo bardziej niż podbiegi w samodzielnym bieganiu,a najgorsze są takie które trzeba zrobić 4 razy podczas 10 kilometrów! Tak nasz bieg, składał się z 4 kółek znaczyło to że mam podbiec pod tą górkę 4 razy !! Mam też z niej zbiec 4 razy, czyli bieg nie należał do łatwych. Tempo trzymałam do trzeciego kółka, po trzecim podbiegu spadło do 5:20 min/km. Brakowało mi motywacji, po raz pierwszy nie mogłam doczekać się mety, nie dlatego że bolało czy nie miałam siły, byłam znużona, dłużyło mi się okropnie, biegłam bez emocji, bez woli walki.

Czwarte kółko, spinam się i obiecuje, że trochę przyspieszę. W mojej głowie krzyczy głos, 2:39:xx, 2:39:xx, 2:39:xx! Wiem że marzenie o 2;35 znikło już na rowerze, kiedy przeliczyłam że mamy kilka więcej kilometrów niż 40 do przejechania. Chce złamać chociaż te 2:40. Udaje się przyspieszyć, żwawo też wbiegam ostatni raz na ta okropną górkę i … stało się. Kolka… Oddycham, uciskam, wydycham powietrze wraz z nogą po tej stronie co złapała mnie kolka. Nic to nie daje, do mety został mi jakiś kilometr, może nie cały. Próbuję więc odsunąć myśli o kolce i biegnę dalej, tempo spada, ale nie martwię się, widzę metę. Boli coraz bardziej, boli tak że nogi zaczynają mi się uginać, spina mi się połowa ciała, nie mogę postawić kolejnego kroku, jestem cała sztywna. Myślę sobie: „no coś ty Ola! Przecież jest tak blisko! Dasz radę!” Człapie więc dalej, ból jest nie do wytrzymania, nigdy nie miałam takiej kolki. Nie mogę wziąć oddechu, ściskają mnie całe płuca tak jakby wsadził mnie ktoś w kowadło, czuję, że nie dobiegnę. Nie chce mi się wierzyć, że na tak niewiele przed mętą może okazać się że nie ukończę wyścigu.

Staję… opieram ręce na kolanach próbuję złapać oddech, otworzyć płuca, przewentylować się tak żeby skurcz odpuścił. Przybiegają do mnie medycy „Are you ok ?” Mogę już tylko kiwac głową. Mija parę sekund, może pre-naście, w mojej głowie mija wieczność. Pomimo, że tak ogromny ból zaatakował moje ciało przez ani chwilę nie zwątpiłam że nie uda mi się dobiec. Chwilę później czuję jak ból ustąpił. Skurcz odpuścił. Ruszam przed siebie. zaczynam powoli, żeby za parę metrów znowu nie stawać. Dobiegam do zbiegu i jestem!! Na  ostatniej prostej, widzę Zosię machającą i wbiegającą prawie pod ludzi. Uśmiech pojawia się na twarzy, obok niej stoi Rafał krzycząc żebym przyspieszyła. Podbiegam do małej, biorę ja na ręce i razem wbiegamy na metę.

 

DSC_0065

 

DSC_0071

 

16LT8773-2

 

Czuję spełnienie, takie stu procentowe. Patrze na zegarek: 2:38:04, niemożliwe udało się !

 

 

Za to kocham triathlon, nie do końca jest przewidywalny, każdą dyscyplinę musisz zrobić z takim zapasem żeby mieć siłę na kolejną. A będąc mamą, czy tatą, musisz zrobić triathlon tak aby mieć siłę spędzić cały dzień ze swoim maluchem, które będzie szalało wraz z tobą od emocji! 🙂

 

 

 

O.

 

 

Leave a Comment