LIFESTYLE PODRÓŻE TRENINGI TESTY MOTYWACJA TRIATHLON

Ah ten Cypr…

Ah ten Cypr.

I cóż ja mogę napisać. Chyba widać, że wakacje były udane, pełne nowych przygód jak siedzę cicho i nic nie piszę.

Po pierwsze chcę Was przeprosić za moje milczenie, ale nie było ono dlatego że nie miałam czym z Wami się dzielić. Wręcz przeciwnie, działo się tyle, że nie było kiedy. Ale obiecuję, że choćby w samochodzie na kolanie, czy też po nocach spróbuję to wszystko nadrobić.

Tak jak pisałam już kiedyś. Każdy nasz wypad na Cypr wiąże się z czymś nowym i pomimo że tą wyspę odwiedzamy już od wielu, wielu lat, a przyjeżdżamy zawsze na wiele, wiele tygodni to za każdym razem odkrywamy jej jeszcze piękniejsze oblicze. Poznajemy ją od innej strony i spędzamy czas w specyficzny, sportowy, ale za każdym razem inny sposób.

 

 

 

Ten wyjazd był mekką rowerową. Spędzony zdecydowanie pod hasłem „Na szosie”. Każdy dzień wiązał się z przełamywaniem granic, wyznaczaniem nowych celów i sprawdzaniem siebie w coraz to trudniejszych warunkach. Szaleliśmy na rowerach przez 5 tygodni, a szaleństwa te zostały uwieńczone wjazdem na 2000 m.n.p.m., czyli 50 kilometrów jechałam cały czas pod górkę. Zaczęłam z poziomu morza, żeby ilka godzin później znaleźć się na cypryjskich szczytach i najwyższej górze na Cyprze, Mount Olympus, sięgającą 1952 m.n.p.m. Jeździliśmy daleko, jeździliśmy wysoko, we dwoje, w pojedynkę, z samego rana, w ciągu dnia, albo nawet późnym wieczorem. Pokochałam rower, zawsze go lubiłam, ale teraz poczułam jak to jest wypracować swoje i mieć przyjemność nawet ze „stówki” po górach. Czasami nogi puchły, czasami zastanawiałam się po co ja to wszystko robię, ale widoki i uczucie spełnienia po każdym treningu sprawiały, że chciałam więcej.

Każdego dnia.

Powrót jest najtrudniejszy.

IMG_20160612_105719

 

Teraz jesteśmy w drodze powrotnej z Kopenhagi, polecieliśmy tu do mojej chrześnicy na urodziny. Odkryliśmy przepiękne miejsce, miejsce w którym sportowe życie to chleb powszedni. Miejsce gdzie wszyscy biegają, jeżdżą na rowerach, gdzie za miastem widać więcej kolarzy niż samochodów. Miejsce gdzie ekologiczne to nie wymysł, a codzienność, miejsce gdzie ekologiczne nie kosztuje dużo więcej. Niestety jedyny minus Dani to fakt, że jest pioruńsko droga.  Ale o niej wrzucę tu osobny post.

Wracamy do domu, po naszych maratońskich podróżach, po milionie kilometrów przebytych samolotami, autobusami, samochodem, po tysiącach kilometrów spędzonych na treningach, po niewielu przespanych nocach. Niemniej jednak warto było, zobaczyć wszystko co zobaczyliśmy, posmakować wszystkiego czego posmakowaliśmy, poznać wszystkich których poznaliśmy.

 

 

Za jakiś czas będziemy dalej wakacjować, ale teraz czas wracać powoli do domu.

Powoli bo…

…czeka nas jeszcze jeden przystanek. Nasza ukochana wieś i triathlon w Starogardzie Gdańskim, którego boję się jak cholera.

 

 

O.

Leave a Comment