DSC_0170

LIFESTYLE STARTY TRIATHLON

Moja pierwsza połówka, czyli ból, walka i łzy szczęścia na mecie.

13442674_978894738889795_1070478501744268698_o

Ciężko piszę się relacje zaraz po. Milion różnych emocji buzuje przez twoje ciało. W ciągu kilku dni nienawidzisz tego dystansu, potem go kochasz, chwilę później jesteś zdumiona że Ci się udało zdobyć ten dystans, a na koniec myślisz, że nie jest on wcale taki straszny i musisz się z nim zmierzyć jeszcze raz. Tym razem tak w pełni sił i na sto procent siebie.

Nie umiem powiedzieć czy kocham ten dystans czy go nienawidzę. Nie umiem powiedzieć czy na prawdę bolało tak bardzo jak mi się wydawało. Nie umiem powiedzieć czy dałam z siebie wszystko. Nie umiem powiedzieć co mnie bardziej zabiło, monotonność i ten długi czas, czy wysiłek.

Wiem jednak jedno nie była to moja ostatnia połówka.

Chwilę po wbiegnięciu na metę, pomyślałam sobie, że ten triathlon zabił trochę moje marzenia o Gdyni największej chyba imprezie triathlonowej w Polsce. Przyćmił wyobrażenia o debiucie na tym dystansie, o tej majestatyczności, którą 1/2 IRONMANA miała u mnie w głowie. Wszystko zadziało się tak szybko, nie wierzyłam że od tak udało mi się. Dotrwałam, dobiegłam, pomimo że cholernie mi się dłużyło. Nie ma co ukrywać 1.9 km pływania, 90 km roweru i 21 km biegu, to dużo kilometrów. Mam wrażenie, że im więcej się trenuje tym większy respekt ma się do tego dystansu. Ból z treningów, potrafi się przenieść na ból, który może zmieść Cię z trasy, lub na ból z którym wbiegniesz na metę.

Motywacja milion razy wchodzi na wyżyny, a potem równie szybko spada na głębokość Rowu Mariańskiego. I tak przez dobre 5 godzin. Raz masz pełno siły, chwilę później padasz. Siły wracają, wiec i ty dzielnie walczysz, a potem znowu chwilę odpuszczasz. Ale przejdźmy do startu.

 

13490799_1622086418107772_3051161159413060363_o

TriEnergy Starogard Gdański – urywki z mojej połówki.

Fajnie jest być liderką na długim dystansie, chociaż przez te 3 godziny. Tak się zaczęły moje przygody z 1/2 IM. Trochę niestandardowo, ale czego się spodziewać jak trasa pływacka była 2100 m, zamiast 1900 m.

PŁYwanIE – czyli do przodu, do przodu, do przodu. 

1. Start był w wodzie. Stoimy przy bojce, a właściwie unosimy się już na wodzie, bo dna nie ma. Zostaje obłożona łokciami od jakiejś uśmiechniętej buzi. Proszę żeby przestał bo do startu jeszcze chwila, ale męski testosteron wylewa mu się uszami, więc nie przestaje. Nie lubię chamstwa. Potrafię walczyć o swoją pozycję w wodzie podczas wyścigu, ale na starcie staje zawsze z uśmiechem i poszanowaniem dla innych zawodników. Dlatego chwilę później jestem parę metrów dalej pośród bardziej sprzyjających zawodników.

Parę dni wcześniej ktoś napisał na facebooku, czy organizatorzy mają zamiar oczyścić jezioro bo pływać się w nim nie da. „Znowu się czepiają”, pomyślałam. Ale tym razem ten ktoś miał stu procentową racje. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się pływać w tak zarośniętym jeziorze. I chyba tylko Ci co tą trasę pokonali wiedzą o czym mówię. Glony sięgały do tafli wody, a pływanie wiązało się z ciągłym odpychaniem ich sprzed twarzy. Albo co lepsza, chwytaniem ich zamiast pociągnięcia, po to aby ręka pracująca nie wynurzyła się z wody cała zarośnięta! Dodało to na pewno atrakcji do tego startu. W wielu jeziorach pływałam, ale takiego czegoś doświadczyłam po raz pierwszy w życiu!

2. Wybiegam z wody, płytko robi się dosyć szybko, a ja tak nie lubię biegać przez tą wodę. Biegnę więc chwilę z nadzieją, że zaraz będzie głębiej. Niestety. Rzucam się znów do wody, zrywam czepek i okularki z głowy, tak żeby włosy w całości mi się zamoczyły. To jest mój standardowy element wyjścia z wody, robię to zawsze kiedy termometry pokazują ponad dwadzieścia parę stopni. Mam przed sobą długi wyścig, a mokre włosy zawsze chłodzą choć przez chwilę moją głowę. Jest to moje wyjście, bo triathloniści śmią twierdzić żeby czepek i okularki ściągnąć na koniec już w strefie zmian. Wcześniej nie ma co z nimi zrobić. Mi jednak zależy na zmoczeniu głowy więc po rozpięciu suwaka pianki, mój czepek i okularki lądują pod strojem triathlonowym na ramieniu i w tai oto sposób bez problemu donoszę je do strefy zmian. Tak jak pisałam, nie lubię biegać przez wodę, skaczę więc jak 4 letnie dziecko, przeskakujące z nogi na nogę, tyle że mniej zgrabnie. Słysze głos spikera, który z niedowierzaniem oświadcza kibicom że to chyba pierwsza Pani. Z niedowierzaniem też informuje, że jestem 4-ta spośród wszystkich i jestem tylko niecałe 2 minuty po pierwszym zawodniku. Uśmiech jak banan wskakuje mi na twarz, śmieję się sama do siebie. Chyba to pływanie całkiem nieźle mi dzisiaj poszło.

3. Przed startem powiedziałam do R. w formie żartu. Chyba na prawdę szybko popłynę, żeby być sama w strefie. Strefa zmian T1 było okropnie wąska. Przed startem każdy psioczył, ze mną na czele, że jest za mało miejsca. Fakt było, ale po wyjściu z wody, w szczególności w czołówce miejsca było w brud. Swobodnie udało mi się przebrać, rower po zewnętrznym torze bez problemu się prowadził. Do belki dobiegałam 4-ta spośród wszystkich startujących. Nigdy nie udało mi się być tak wysoko.

13497593_1622084168107997_2887781862497146658_o

 

ROWER, urywki z rozrywki.

1. Wsiadam na rower jadę do pierwszej nawrotki, jakieś 2 kilometry od belki. W drodze powrotnej szukam dziewczyn, niewiele ich bo startowała nas malutka garstka, ale wiem że są i widziałam ich rowery! Same czasówki! Strach się bać, jak mnie wyprzedzą. Wracam na wysokość belki, ale Pań nie widać na horyzoncie. Rower składał się z 4 pętli po około 20 km, widać więc było całą konkurencję i przewagę jaką miała nad tobą czy ty nad nią. W drodze powrotnej pokazała się i ona pierwsza dziewczyna, czasówka TREKA, piękna, aero kask i cała masa innych bajerów. Siłę w nogach też było widać. Spodziewałam się wiec jej oddechu na swoich plecach, dużo szybciej niż on faktycznie nadszedł. Jedziemy pierwsze kółko, zna pozycje wszystkich dziewczyn, ale jeszcze sporo im do mnie. Drugie kółko, speaker w środku miasta mówi: Nadjeżdża liderka długiego dystansu ! Duma mnie rozpiera, fajnie jest być liderką chociaż przez chwilę. I nie ważne, że wiedziałam że mnie wyprzedzą, cieszyłam się jak dziecko. I wbrew pozorom Pani na czasówce, dojechała do mnie dopiero na trzecim kółku wyprzedzając mnie powolutku i budując swoją przewagę tez bardzo powoli. A przecież ja jechałam na spokojnie, tak mi kazano. Ciekawe co by było gdybym dała z siebie wszystko na rowerze.

13517503_1622085694774511_6634122962647223228_o

2.  Na ostatnich kilometrach naszej trasy dojeżdża do mnie dziewczyna, moja czytelniczka, żółty numer startowy, wiem więc, że robi 1/4 IM. (Nasz start był pierwszy, jakieś dwie godziny przed krótszymi dystansami. W ten sposób na końcu roweru zrobiło się gęsto i na biegu cały czas mieliśmy towarzystwo. ) Krzyczy: Hej Ola, to ja wygrałam u Ciebie opaskę, wiem dokładnie o kogo chodzi. Jednak wyprzedza mnie na takim powerze, że trochę mi głupio że to ona czyta moje perypetie, a nie ja jej. Jest też mamą 2-letniego chłopczyka, to jej debiut, po długich przygotowaniach od czasu porodu. Wiem, że miałam się nie ścigać, ale przecież mogę mocniej, dużo mocniej, a ja tu świecę przykładem jak jeździć ekonomicznie i wolno. Jednak chwilę później opadła troszkę z sił, a ja nadal tym swoim niby nie ścigającym się tempem wyprzedzam ją. Wpada niedługo po mnie do strefy zmian. Co prawda wyprzedza mnie na biegu, ale ja wiem że mam przed sobą 21 km, a ona na szczęście tylko 10 km. Na szczęście.

20160619_080804

3. Minusy 1/2 IM, okropnie duży bufet, open bar jaki musisz opróżnić na rowerze.

 

 

BIEG – okropne podbiegi, trudna trasa i moje 21 kilometrów walki. 

IMG-20160625-WA0000

1. Wlatujemy na trasę biegową, nie mam siły jeść już żeli. Ale R kazał jeść, bo inaczej nie skończę. Nie wiem jak wy, ale moją największą zmora długich dystansów jest wpakowywanie w siebie tych okropnie słodkich, okropnie żelowa-tych substancji! Moja Zosia kochała by długie dystanse, biorąc pod uwagę fakt jak wciąga swoje HiPP-owe owocki sprzedawane własnie w takich tubkach. Myślę więc sobie o niej za każdym razem jak mam zjeść te okropne gluty. Ale wiem, że R miał rację. Od 3.5h się ścigam, a mam przed sobą jeszcze 21 kilometrów biegu, czyli jakieś 2 godziny. Muszę więc jeść bo inaczej ten bieg mnie zmiecie. Kierując się rozsądkiem otwieram żel i próbuję go wciągnąć. Biegniemy. Nie wiem czego się spodziewać zaczynam więc spokojnie na 5.40 min/km, taki mam plan. Jak będą siły przyspieszę, myślę. Ale sił nie było. Za to były podbiegi, piękne i całkiem spore. Tylko 4 na każdym kółku, co przy 21 km dawało 16 podbiegów. Zabiły mnie, nie wiem czy bardziej one niż dystans, ale na płaskim potrafiłam trzymać tempo pod górkę, niestety opadałam z sił. Nie wydolnościowo, ale nogi nie chciały biec. A może chciały tylko nie wiedziałam jak je zmotywować.

IMG-20160625-WA0030

2. Najdłuższe 21 kilometrów w moim życiu. Po raz pierwszy zazdrościłam tym którzy na naszym trzecim kółku wpadli na pełnej świeżości i mieli tylko jedno kółko do zrobienia. Mianowicie sprinterom. Widać było prędkość. Tak wszystkie niebieskie numerki (dystans 1/8 IM, nasz polski wymysł) pełne świeżości szalały na naszych ostatnich kółkach, de-motywując i utwierdzając nas w naszym cierpieniu. Oni szybcy, energiczni, a nasze różowe numerki opadały z sił, człapały i chciały już koniec. Dużo osób szło, każdy miał grymas bólu na twarzy. Ciepło i te okropne podbiegi, załatwiły nie tylko mnie, ale i spora część różowego teamu. Dostaliśmy w kość. Kolejne żele nie przechodziły przez usta, chciałam już koniec. Byłam tak znużona tym, że nie wiedziałam czy mnie boli, czy mam siły, czy ich nie mam. Czy dałabym radę mocniej, czy nie. Chciałam metę, tu i teraz przez dobre 10 kilometrów modliłam się żeby wyrosła przede mną niespodziewanie. Niestety musiałam dobiec i dotrwać do końca. Druga dziewczyna dogoniła mnie gdzieś na drugim kółku biegania. Miałam nadzieję, że będzie to później ale jej tempo było zdecydowanie mocniejsze niż moje. Ale nie denerwowałam się, bo nie byłam tu po podium ani zwycięstwo, byłam tu żeby zmierzyć się z tym dystansem.

DSC_0134

3. Wbiegłam na metę już chyba standardowy jak dla mnie sposób. Ale w dużo większym towarzystwie niż zazwyczaj. Moje dwie chrześnice dzielnie kibicowały nam przez cały bieg, a kółko dookoła stadionu zrobiły razem ze mną i tak oto, tym razem we 4 wbiegłyśmy na metę. Muszę chyba odpuścić wbieganie z Zosią na metę, bo mój mokry strój i podskoki nie do końca jej chyba pasują. To jeszcze nie ten moment kiedy ona chce robić to ze mną. Młode natomiast dociągnęły mnie z uśmiechem i w pełni sił na metę. Po raz pierwszy nawet nie spojrzałam się na zegar. Cieszyłam się tym, że jestem na mecie, że dotrwałam i że mi się udało.

Łzy same wylały się z oczu, o tak już meta?? Zrobiłam to ? 1/2 IM ? Cel zrealizowany?

Nie możliwe.

DSC_0161

 

DSC_0170

Do dziś trochę nie chce mi się wierzyć, ze to się udało. Wydawało się trudniejsze, myślałam że bardziej zaboli. Dzisiaj mam wrażenie że sił miałam dużo więcej niż motywacji i chęci. Ale człowiek właśnie takimi startami uczy się najwięcej o sobie i swoich możliwościach.Nie wiem, czy moja połówka była już z anemią. Pewnie tak bo zmęczenie długo się przewijało przed, ale nie będę zwalać braku sił na nią.

Czas jak na debiut przyzwoity 5:34, fajnie by było złamać 5:30 na debiucie, ale po walce na biegu cieszę się i z tego.

Chylę czoła wszystkim, którzy zrobili 1/2 IRONMANA, jeszcze bardziej chylę czoła tym którzy zrobili to bez przygotowania. Ten dystans rządzi się swoimi prawami, a bez przygotowania boli dużo bardziej.

13433360_978895195556416_250233849391022164_o

 

O.

 

 

P.S. To dla nich był ten start. Więc i ich nie zabrakło na mecie.

DSC_0192

 

DSC_0187.JPG

 

Leave a Comment