IMG_20160710_142825

BIEGANIE LIFESTYLE SOLO

Anemia w głowie czy nogach, czyli jak bycie peace-makerem wyciągnęło mnie z anemii w głowie!

Ja nadal mocno walczę nad produkcją swoich czerwonych krwinek. Udaje mi się to bardzo powoli, ale stopniowo wyniki idą w górę. Trenuje delikatnie, a siły z dnia na dzień przybywają i w końcu czuję, że zaczynam czerpać z tego na nowo przyjemność.

A może dzisiaj tak pozytywnie, poszukam dobrych rzeczy w tej całej historii? Poszukam… Powiem Wam więcej i znajdę! A można by nawet powiedzieć, że już znalazłam.

Jeszcze dwa tygodnie temu, byłam załamana. Wszystkim, nie tylko wynikami i tym co one pokazały. Byłam załamana tym jak kruche jest wszystko i jak nieobliczalne są rzeczy które w naszym życiu potrafią się dziać. Jak zmienne jest życie i jak nie mamy na nie wpływu. Nie mówię tu tylko o treningach i triathlonie, ale mówię na przykładzie właśnie tego.

Kilka miesięcy przygotowań, wszystko z myślą o najważniejszym starcie w sezonie, o Gdyni, o jednej z największych imprez, jak nie największej imprezie w naszym kraju. Cały facebook dudni o Gdyni, wszyscy triathloniści przygotowują się do Gdyni. Wszystkie dziewczyny, które na mniejszych imprezach ze mną rywalizowały staną tam na starcie, a ja nie będę mogła walczyć. Nie będę mogła dać z siebie wszystkiego, będę musiała dawać się wyprzedzać, uśmiechać się pomimo że nie będzie mi do śmiechu. Nie będę mogła, bo przypałętała się anemia i treningi zostały ograniczone do minimum. Po mocnych długich wyjeżdżeniach pół dnia muszę odpokutować mroczkami w oczach. Bieganie interwałowe musiałam odpuścić, do długich wybiegań dopiero się przełamuję. A czasu coraz mniej, zegar tyka w tyle głowy. TYK … TYK… TYK.

 

Nie raz zastanawiałam się czy stanąć na starcie, czy sobie odpuścić. Cały czas gdy pomyślę o Gdyni robi mi się tak zwyczajnie przykro, smutno. Wiem, że nie będę mogła walczyć, wiem że nie zrobię życiówki, wiem że może będę musiała sobie odpuścić. Ciężko jest stać na starcie, będąc nieprzygotowanym, ale jeszcze ciężej odpuścić sobie swoje marzenie. Mój tegoroczny cel, który kiedy sięgnę pamięcią do grudnia, był taki w zasięgu ręki. Tak blisko. Pamiętam kiedy ruszyły zapisy i w trójkę, siedzieliśmy punkt o 18 nad komputerami zapisując się. Wtedy wszystko wydawało się takie proste. PYK! Kliknięcie myszką i byliśmy na liście startowej. A teraz… trzeba przewartościować sobie wszystko… odłożyć to na listę „kiedyś… w przyszłości”

 

Jednak chce tam być… chce poczuć te emocje… chcę wbiec na metę w końcu po zielonym dywanie… chce biec ulicami mojej Gdyni… chce widzieć znajome twarze kibicujące… chce się cieszyć samym byciem tam… i pomimo, że nie będę mogła pokazać na co mnie stać… to jest miejsce o którym marze od lat… i może nie w pełni sił, nie w pełni … ale z uśmiechem…

Chyba zboczyłam z tropu… chyba melancholia wygrała…

Miało być pozytywnie mama!

Miało być o byciu Peace-makerem. Miało być o emocjach, innych, ale równie pięknych. Miało być o znajdywaniu sobie nowych celów, kiedy te pierwotne nie są w zasięgu ręki. Miało być o miłości do sportu, która jest równie piękna bez rywalizacji, bez łez zmęczenia i bez zadyszki.

Miało być o tym jak dopingowanie innym i bycie ich prawą ręka, dostarcza dreszczy większych niż podczas startów solo. Jak pomocna ręka na plecach, może pchnąć niewalczące już nogi! Jak słowa dobrze Ci idzie, dodają energii ! Jak butelka wody potrafi ciążyć, na debiucie biegowym. Jak pozytywne jest bycie wsparciem dla innych i jak pięknie potrafi zapomnieć o goryczy związanej z utartą swoich marzeń, swoich celów.

IMG_20160710_142825

Obiecałam być pozytywna, ale bez akceptacji teraźniejszej sytuacji i paru słów goryczy jaka we mnie siedzi, pozytywna nie byłaby szczera. Pozytywna jestem na koniec, kiedy wylałam to co negatywne, kiedy podzieliłam się tym co boli. Pozytywna ja mówi Wam, jak warto walczyć o marzenia, ale jak warto nie zatracać się w nich. Jak ważne jest by cieszyć się tym co robimy i pamiętać o tym, dlaczego to robimy, dlaczego to kochamy. I nie ważne czy mówimy tu o bieganiu, triathlonie, czy też grze w szachy. Nie ważne czy mówimy o rodzinie, o pracy, czy o partnerze.

Mój ostatni weekend biegowy, był bardzo niestandardowy, taki zupełnie nie po mojemu. Biegłam wolno, z uśmiechem na twarzy prowadząc swoją debiutującą szwagierkę do mety.  I wydawało by się, że sport bez zadyszki to nie te same emocje. A jednak były to jeszcze większe emocje. Był dreszczyk przez całe ciało na widok mety, było ogromne szczęście, niesamowite spełnienie i radość. Przez ani sekundę nie wolałabym biec dla siebie, walcząc o czas i miejsce. Ten weekend pozwolił mi zobaczyć bieganie w innym obliczu, zobaczyć jak inni walcząc ze swoimi słabościami, jak każdy ma inny cel wbiegając na metę. Jak rożni ludzie biegają i jak różne są ich postanowienia. Pozwolił się cieszyć samym biegiem a nie rywalizacji, pozwolił uśmiechać się kiedy myślałam, że jest mi nie do śmiechu. Pozwolił wyleczyć ANEMIĘ, chociaż tą w głowie.

 

IMG_20160716_135655.jpg

 

 

O.

Leave a Comment