IMG_20160816_101957

LIFESTYLE POLECANE STARTY TRIATHLON

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

13920319_1011278902318045_1599768675083218885_o.jpg
fot. maratomania.pl

Powoli umiem wrócić myślami do Gdyni. Ciężko jest mi to wszystko poukładać w głowie. Łatwiej się piszę o zwycięstwie, o swoich triumfach. Nie tylko tych na podium, ale też tych w środku siebie. O realizacji celu i byciu z siebie dumnym. Tym razem jednak, poczułam niezadowolenie, niesmak i niedosyt. A nie powinnam, bo całe to 113 kilometrów morderczego wyścigu zrobiłam z towarzyszącą mi koleżanką ANEMIĄ.

Jeszcze na tydzień przed startem, sprawdzałam do kiedy mogę zrezygnować ze startu, bo przy zapisach wykupiłam takie coś jak ubezpieczenie od rezygnacji. Jeszcze tydzień przed leżałam z okropną gorączką, która ponownie dopadła mnie z braku odporności jaką niedokrwistość wywołuje w naszych organizmach. Jeszcze na tydzień przed wyniki mojego żelaza wynosiły 7 jednostek, zamiast tych 40 minimalnych. Jeszcze na tydzień przed biegałam po lekarzach konsultując, czy to co zamierzam zrobić jest bardzo nieracjonalne. Jeszcze na tydzień przed, nie wiedziałam czy stanę na starcie Ironman 70.3 Gdynia.

Różne były opinie lekarzy. Jedni mówili kategorycznie nie, inni że jeżeli będzie bez gorączki do dnia startu to mogę spróbować. Żaden jednak nie dał stu procentowo zielonego światła. Straszyli nawet zapaleniem mięśnia sercowego, więc decyzja nie była łatwa. Była okropnie trudna, wiedziałam że nie mogę zbagatelizować żadnych objawów. Wiedziałam też, że po raz pierwszy mogę nie dotrwać do mety.

Na starcie stanęłam pełna obaw. Nie wiedziałam co mnie czeka, ale mój sportowy duch gdzieś w głębi nadal chciał walczyć. Obudził się wraz z wystrzałem startera, towarzyszył mi na całej trasie, a na koniec to właśnie on był odpowiedzialny za ten niedosyt i niezadowolenie. A szkoda…. Bo całą tą negatywność odegrałam sama w swojej głowie.

Startujemy.

Staje na starcie po raz pierwszy sama. Zazwyczaj startuję razem z moim Rafałem i garstką ludzi którzy dzielą tą samą pasję z nami. Tym razem słyszę 2 minuty do startu i szukam znajomej buzi. Czekam aż gdzieś zza tłumu wyłoni się twarz mojego dziecka. Jednak nie tym razem. Było nas za dużo na starcie. Justyna, która wzięła moją Zosie pod swoje skrzydła na 6 godzin i tak zasługuje na medal. Ba, ona dostała ten medal, ale dzień przed. Ta Gdynia była jej! Była uwieńczeniem jej 8 miesięcznej pracy, walki z samą sobą i naszym notorycznym wyciąganiem jej na treningi. Jej uśmiech, który towarzyszył jej podczas startu był najlepszym elementem tego weekendu. Jestem z niej przedumna i mam nadzieję, że ta Gdynia zrobiła jej tylko „smaka” na więcej. Jej start i zaciesz jaki miała ze sobą przez całą trasę był warty bycia tam!

IMG_20160826_224218
P.S. Nie pytałam Cie o zgodę na te zdjęcia, bo nawet gdybyś nie pozwoliła to i tak bym je tu zamieściła! JESTEŚ WIELKA ! A ten uśmiech był wart tego weekendu!

Wracając do mojej niedzieli. Starty falowe naszej trójki, totalne niezgranie w strefie zmian, i zupełny chaos na biegu, jaki jej zafundowaliśmy, nie pozwoliły jej kibicować nam tak jakby chciała. Dlatego na starcie byłam tylko ja. No i masa równie podekscytowanych ludzi. Młody testosteron i cała garść Pań. Każdy miał swój cel, każdy miał go wyrysowanego na twarzy, każdy był równie podekscytowany i przestraszony.

Wpadliśmy do wody. Nie czułam się w szczycie formy, ale płynęło mi się dobrze. Wiedziałam jednak, że robię to sporo wolniej niż zazwyczaj. Długo walczyłam o swoją pozycję w pralce. Miałam wrażenie, że wszyscy płyną sprintem do pierwszej boi, po czym opadają z sił i trzeba tą całą niezdecydowaną tempem grupę potem na nowo wyprzedzać. Płynęłam swoje. Za drugą, trzecią boją zrobiło się luźniej. Jednak boi nawrotowej ani śladu. Im bardziej w morze tym bardziej to morze się rozbujało. Byłam na to przygotowana. Wiedziałam, że ma wiać i że będzie falować. Ja zaprawiona pływaczka i windsurferka, nie miałam z tym problemu. Leciałam na przód wśród niebieskich czepków. Drugi nawrót, czuje mocne fale, zaczynam wyprzedzać coraz więcej ludzi. Na tym etapie widać kto jest obyty w wodzie. Kolejny nawrót, wpływamy do mariny gdzie czeka na nas już tylko krótka prosta i wyjście z wody.

Wynurzam głowę, chcę zerwać czepek z głowy jak to zwykle robię, ale już nie pamiętam czy mi się udaje. Nie ważne, pamiętam jednak tą atmosferę. Wolontariuszy wyciągających nas z wody, a mnie nawet wnoszących na ostatni stopień. Na którymś z pierwszych stopni potknęłam się lądując prawie twarzą w metalowych schodach. Na szczęście czujność dzielnie walczących tam Panów pomocników szybko złapała mnie zanim metal stał się moim podłożem i oswobodziła mnie dopiero na szycie schodów. Łapie worek, biegnę do namiotu gdzie tylko jedna dziewczyna równie szybo próbuje się przebrać. Skarpetki, okulary, numer startowy. Teraz po rower i jazda na trasę.

fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl
fot.Patrycja Pietrzak/Maratomania.pl

Wskakuję na rower. Pierwszy raz czuję tą dumę wsiadając na czasówkę. Mój ARGON gotowy jest do walki. Pierwsze metry są po bruku, sprawdzam więc czy przypadkiem któryś z żeli nie ma ochoty mi uciec, pedałuję. Wkładam jedną nogę, wkładam drugą i … niespodzianka. Jadę na czasówce w górnym chwycie i nie umiem zapiąć butów! Śmieję się sama do siebie. Za każdym razem kiedy próbuję dosięgnąć buta prawej stopy, rower staję się mało stabilny. Odpuszczam więc, czekam aż asfalt zrobi się lepszy, położę się na leżaku i spróbuję w tej pozycji w końcu zapiąć rzepy. Oczywiście nie przetestowałam tego przed startem, kto by pomyślał, że taka błahostka na nowym rowerze może okazać się czymś prawię niewykonalnym. Chwilę później na dłuugiej prostej, sięgam do buta i … ciach… udało się. Jedziemy.

 

fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl

 

fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/Maratomania.pl

Wiązałam wielkie nadzieje z rowerem. Wiedziałam, że trasa jest trudna, wiedziałam tez że ma wiać. Nasze windsurfingowe prognozy pokazywały mały wietrzny armagedon. A trasa, która nie tylko wiodła w ponad połowie pod górę, wiodła też w ponad połowie pod wiatr. Niemniej jednak ”argonowe” treningi, pozwoliły mi marzyć o super średniej, o super mocy i o super sile, którą miałam nadzieję będę miała chociaż na rowerze. Chciałam zadziałać cuda, chciałam pojechać lepiej niż na płaskiej trasie, chciałam zawalczyć i chyba to zaczęło moją małą walkę w głowie.

Od początku coś było nie tak. Uda piekły jakbym ścisnęła je w imadle. Miałam ochotę rozerwać strój w okolicach ud, tak aby poczuć świeżość i swobodę. Jednak nie poddałam się, spróbowałam poprawić to co mi przeszkadzało, zaakceptować to i jechać dalej.

Pomimo miliona przeciwności, wiatru, który miałam wrażenie wiał zawsze w twarz. Pomimo kilkuset metrów przewyższeń, wielu podjazdów i wielu kilometrach pod górę. Argon spisał się na medal. Jechało się na nim cudownie. Gdyby nie on to chyba w połowie bym odpuściła. Cieszyłam się każdym kilometrem. Bałam się jednak wycisnąć z siebie wszystko. Bałam się, że zejdę z roweru i osunę się zaraz pod niego. Bałam się bo pamiętam mocne treningi z anemią po których kręciło mi się w głowie, po których mój żołądek odmawiał posłuszeństwa i po których potrafiłam z łyżkami miodu leżeć na podłodze w kuchni gotując wielką michę kaszy.

Pragnęłam dać z siebie tyle ile wlezie, ale niestety miałam tą świadomość, że coś może pójść nie tak i każde moje zbyt ambitne podejście do tematu może zmieść mnie z trasy. Utrzymałam średnią 30 km/h, co na tej trasie i w tych warunkach wydaje mi się fajnym wynikiem. Oczywiście plan i aspiracje były na dużo mocniej i dużo lepiej, ale patrząc na wyniki czołówki Pań, 10-15 minut  wolniej na 90 kilometrach to nie tak źle. Każdy zrobił słabsze czasy od życiówek. Ale przetłumacz to tej która pragnęła ponad swoje możliwości ?? 🙂

HER98_37988_2016-01

Bieganie.

Jak zwykle najmniej lubię tą dyscyplinę w triathlonie. Lubię biegać, ba kocham biegać. Ale tak dla siebie, z Zosią wózku, zwiedzając okolice, biegając sobie dla przyjemności. Nie lubię interwałów, a od jakiegoś czasu nie lubię w ogóle biegania na czas. Pewnie dlatego też, że nie widać żądnych postępów, czuję jakbym stanęła w miejscu i nie potrafiła z niego ruszyć. Jest to też nie ma co ukrywać najsłabsza moja dyscyplina, a od czasów anemii najwięcej mnie kosztuje i najbardziej ją sobie odpuściłam.

Przed startem błagałam chociaż o spokojne tempo 6.00 min/km, ale przez całe 21 kilometrów. Zaczęłam jednak bardzo przyzwoicie, biegło mi się nadzwyczaj lekko i czułam siłę o którą nawet nie prosiłam. Przez pierwszą pętle, która liczyła około 7 kilometrów tempo na zegarku pokazywało 5.30 min/km, ale niestety wszystko co dobre szybko się kończy. I tak było z moim bieganiem. Chwilę przed pierwszym punktem odżywczym na kolejnej pętli, poczułam jak kręci mi się w głowie. Mój organizm ewidentnie miał dość. Głowa bardzo chciała lecieć dalej, a ja wewnętrznie słabłam z metra na metr. Wszystko działo się tak szybko, zrobiło mi się czarno przed oczami i strach przeleciał przez cale ciało. Czy to już koniec mojej zabawy w IRONMAN 70.3 Gdynia ?

fot.Adrian Sajko/Maratomania.pl
fot.Adrian Sajko/Maratomania.pl

 

Szybko otworzyłam żel, mając nadzieję że coś pomoże. Wciągnęłam prawie połowę za jednym zamachem. Chwilę później dobiegam do punktu z woda popijam go i spróbowałam do czasu aż w kubku będzie trochę płynu, zjeść go jak najwięcej. Jak na mnie to niezły wynik, bo żele podczas biegu wchodzą mi jak czerstwy chleb, czyli w ogóle. Są dla mnie małą katorgą jeśli chodzi o triathlon i długie dystanse. Na bieg jednak wzięłam ich wyjątkowo dużo, bo aż 3. Trochę przez przypadek, trochę bo nie miałam co z nimi zrobić podczas wstawiania roweru do strefy zmian, więc wsadziłam je wszystkie do worka biegowego na „w razie co”. Tym razem zjadłam je wszystkie! Biegłam od punktu do punktu i przed każdym punktem odcinało mi dopływ energii, kręciło się w głowie i dopiero po paru łykach tego ohydnego, słodkiego i kisielowatego płynu polepszało się. Musiałam zwolnić, bałam się że skończy się to nie tak jak planuje, czyli na mecie.

Dodatkowo mój Rafał zafundował mi kolejną masę emocji. Miał dogonić mnie na końcu roweru, albo na początku biegu. Przynajmniej tak planowaliśmy. Kola, który planował się z nim ścigać wyprzedził mnie na pierwszym kółku i co najgorsze powiedział, że go nie widział przez całą trasę. Mija drugie kółko, a jego brak … Próbowałam ułożyć w głowie, czy mogłam przeoczyć go na rowerze, ale nie było takiej opcji. Przerażona, że coś mu się stało, biegłam przez kilka dobrych kilometrów. A myślałam o najgorszym, bo na ostatnim zjeździe chwilę za mną usłyszałam okropny HUK. Czarne myśli przechodziły przez moją głowę, a łzy prawie same napływały do oczu.

Kolejne kilometry mijały, a ja z każdym kółkiem coraz mocniej szukałam moich wiernych kibiców, Mateusza i Laury, którzy od czasu do czasu towarzyszyli mi koło trasy wykrzykując moje imię, mówiąc że świetnie mi idzie i na prawdę dodając otuchy. Ich trójkołowiec, przedzierał się pośród innych kibiców dzielnie próbując dotrzymać mi kroku ! Dziękuje Wam za każdy metr który przelecieliście niedaleko mnie! Mój emocjonalny zjazd potrzebował Was tam bardziej niż kiedykolwiek. I nie po to żeby mi dodać energii i siły na lepszy wynik. Po to żebym totalnie nie zwariowała w swojej głowie.

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=2qO59qPvA4A]

 

Kolejni ludzie mnie wyprzedzali, psychika siadała, smutek zaczynał ogarniać całe moje ciało. Szkoda, bo mogłam się cieszyć tym, że tam jestem, że daje radę, że wystartowałam, a ja zabiłam swoje marzenie bardzo szybko, tak na prawdę czymś co było niezależne ode mnie czyli słabym stanem zdrowia.

Na metę wbiegłam, ale bez jakiś szczególnych emocji, totalnie nieświadoma czasu. W sumie dobrze, bo cyfry nie dodały by radości.

 

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl
fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

 

Gdynia była moim marzeniem od lat. Najpierw była poza zasięgiem, bo nie byłam gotowa na taki dystans, potem byłam w ciąży więc nie mogłam. Kolejny rok byłam niecałe pół roku po porodzie, więc olimpijka wydawał mi się wystarczająco długim dystansem. Ten rok miał być mój. Pamiętam jak 1-wszego grudnia zapisywaliśmy się w trójkę na zawody u nas w domu, celebrując ten moment, ta chwilę. Punktualnie o 18-tej wszystkie komputery były włączone i zaczęły się zapisy.  Wszystko wydawało się takie proste, takie łatwe, takie w zasięgu ręki.

Czar prysł jednak, kiedy dowiedziałam się na prawie 2 miesiące przed, że mam anemię. Przerwa w treningach, ciągła ospałość, brak sił na cokolwiek mocniejszego niż zwykły trucht wykluczyły mnie z walki o czas, o miejsce. Ciągnąca się anemia, wykluczyła mnie prawie z wyścigu, gdyż osłabienie i brak odporności sprawiły, że co chwile łapałam jakieś wirusy, gorączki i inne okropieństwa.

Nie poddałam się jednak, próbowałam walczyć do końca. Ale życie zweryfikowało moje plany. Muszę odłożyć marzenia na później. Marzenia o super czasie, marzenia o walce o miejsce. Jestem bogatsza o kolejne doświadczenia. Gdynia nauczyła mnie, że trzeba się cieszyć tym co mamy, a nie niepotrzebnie zadręcza się w głowie tym co moglibyśmy mieć, zrobić, czy zdobyć. Nauczyłam się odpuszczać, nauczyłam się nie walczyć za wszelką cenę. Nauczyłam się nie planować i nie wywierać na sobie presji. Bo można się na tym tylko nieźle zawieźć. Nie oznacza to, że nie będę nadal marzyć o wynikach, o czasach i o nowych życiówkach. Pewnie, że będę na tym polega sport! Ale nauczyłam się, że zdrowie jest najważniejsze. I pomimo, że niedosyt gdzieś tam we mnie został, to nie przestanę marzyć jeszcze raz o Gdyni. Nie wiem czy będzie mi dane w niej jeszcze kiedykolwiek wystartować. Ale na dzień dzisiejszy zostanie ona moim małym marzeniem.

IMG_20160816_101957
w końcu się z nim przeprosiłam….

Impreza jest niesamowita. Pełna pozytywnej energii, tłumów kibiców, rozdartych gardeł, głośnych dzwonków, piątek mocy i niesiącej cię muzyki. Zreszta tak jak każdy start w Gdyni, który biegnie przez ul Świętojańską. Czy to biegi na 10 km, czy półmaraton, czy też ten prestiżowy IRONMAN 70.3 na który miasto czeka z niecierpliwością.

Gdynia to część mojego trójmiasta. Tego do którego zawszę będę wracać z przyjemnością i sentymentem, dlatego na dziś Ironmanie mówię Ci do ZOBACZENIA! I z uśmiechem na twarzy myślę o twoich górkach i dołkach jakie podczas tych 5 godzin i 47 minut mnie spotkały.

 

Ola – mama triathlonistka.

 

IMG_20160807_223543.jpg

Leave a Comment

Comments (1)