img_20161008_210637

Dziecko

Idziemy do żłobka – dwa skrajne podejścia tego samego rodzica.

„Fajnie by było dać ją do żłobka” powiedzieliśmy sobie któregoś wakacyjnego dnia. Zosia robiła się coraz bardziej ciekawa ludzi, świata, chciała się bawić z dziećmi. Zaczynała komunikować, a ja po 491 dniach spędzonych z nią bez przerwy też potrzebowałam tego odpoczynku i chwili „dla siebie”. Chwili w której nie będę musiała odpisywać na firmowe maile z Zosią stukającą w klawiaturę, chwili w której będę mogła wysprzątać dom w samotności, chwili w której będę mogła w końcu, po prawie 500 wspólnych dniach, wypić w spokoju ciepłą kawę bez obciążenia na głowie, barkach, czy innych kończynach. Potrzebowałam oddechu… chwilowego, ale jednak.  Decyzja więc zapadła, że w lipcu mała idzie na trochę do żłobka. Plan był na 4 godziny dziennie, ale…

Schody zaczęły się gdy zobaczyliśmy żłobkowy plan. Mała miała chodzić o 10 spać, obiadek jeść o 12. Niemniej jednak doszliśmy do wniosku, że powoli ją przestawimy na trochę wcześniejsze spanie, wstawanie i chodzenie spać. I tak też było, okazała się tak elastyczna w godzinach spania jak dobra gimnastyczka. Klamka więc zapadła i poszliśmy do żłobka. Tak wszyscy, my emocjonalnie, ona fizycznie.

 

Opowiem Wam historię rodziców, tych samych, w niewielkim odstępie czasu, ale z zupełnie różnym podejściem.

 

RODZIC WYLUZOWANY.

Zazwyczaj przy wszystkich dziecięcych sprawach jesteśmy raczej wyluzowani. Od samego początku Nasze bezproblemowe od jakiegoś czasu dziecko bardzo szybko dostosowywało się do naszych podróży, obcych ludzi, dzieci i nowego otoczenia. Nasze nawet nie półtoraroczne dziecko znikało z dużo starszymi dziećmi na placach zabaw, zostawało z każdą ciocią na tą godzinkę, półtorej podczas której mogłam wyrwać się na szybki trening. Wyluzowani rodzice więc nie czuli potrzeby adaptacji, ale za namową Pań opiekunek pierwszego dni posiedziałyśmy razem w sali. Kolejnego Zosia została na godzinę, kolejnego na kolejną godzinę. Po trzech dniach, Panie zaproponowały żeby dać ją od rana na spanie i odebrać koło 12. Tak też zrobiliśmy. Mała została rzucona trochę na głęboką wodę, ale nasz brak świadomości nie widział w tym nic dziwnego. Wydawło by się, że wszystko było jak w standardowym scenariuszu. Trochę płaczu na wejściu, uśmiech na wyjściu. Kilka dni minęło, a mała budziła się w nocy z płaczem, ryk przez pójściem do żłobka zaczynał się coraz wcześniej. Od drzwi wejściowych do sali, przez drzwi wejściowe do żłobka, na widoku budynku kończąc. Moje dziecko po godzinach stało się nie do poznania. Z dzielnej, otwartej dziewczynki zamieniła się w strachliwą, krzyczącą i bojącą się panienkę. Bała się zasypiać sama. Każde wejście, nawet do znajomego domu, było powiązane z aferą na kilka przecznic. Wrzask i krzyk w progu. Ciągłe ” Mama dooom, mama dooom” i zamknięcie na otoczenie bolało mnie najbardziej. Koleżanki poszły w niepamięć, zabawy z dziećmi były możliwe tylko gdy byłam w zasięgu wzroku, a jeszcze najlepiej gdy czynnie w nich uczestniczyłam. Moje dziecko po prostu się popsuło. W tym czasie wyluzowany rodzic na prawdę się przestraszył. Przestał być już wyluzowany, bał się że wszystko zawalił. Spiął się okropnie i już na pewno nie był rodzicem wyluzowanym.

Nie dało się tego naprawić, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Każdy mówił, że z czasem przejdzie, ale płacz na wejściu do żłobka, który jeszcze umiałabym przeboleć ( bo niby każde tak ma), jak nic miał się do tego co działo się „po godzinach”. Nie chciało mi się wierzyć, że te kilka godzin dziennie tak zaburzyło jej bezpieczeństwo. Serce krajało mi się gdy uświadomiłam sobie co ona musi przeżywać. Złość na samą siebie wybijała mnie z równowagi, i milion pytań przechodziło przez głowę. Dlaczego nie podeszłam do tego bardziej poważnie, dlaczego nie rozmawiałam z nią wystarczająco dużo, czy popsułam jej dzieciństwo, czy ten strach już w niej zostanie?

Głowa pękała mi od pytań dlaczego, dlaczego, dlaczego.

Dwa tygodnie później jechaliśmy na wakacje. Przedłużone, bo trwały ponad miesiąc. Minęły prawie 2 tygodnie aby wszystko wróciło do normy. Mała zaczęła normalnie reagować na innych, bawiła się z dziećmi, nie potrzebowała mojej osoby w zasięgu wzroku przez 24/7. Odzyskała zaufanie i ponownie była uśmiechniętym dzieckiem.

MĄDRY RODZIC PO SZKODZIE.

Po miesięcznych wakacjach, kiedy dziecko na nowo stało się „normalne”, przyszedł czas na podejście drugie. Tym razem byłam okropnie zestresowana, zastanawiałam się jak to zrobić żeby to zrobić dobrze. Żeby obyło się bez wrzasku i ataków paniki już gdy widać osiedlowe budynki z okna. Bym przed każdym pójściem do żłobka nie słyszała: „Mama nieeee, nieeee, nieee”. Bym nie musiała składać kilka razy w tygodniu mojego rozsypanego na kawałki serca. Najpierw odwiedziłyśmy przedszkole tak o żeby porozmawiać z Panią dyrektor. Zależało mi na tym żeby przenieść Zosię do starszej grupy która śpi po obiadku i w której są zabawy zorganizowane, rytmika i starsze dzieci. Po kilku dniach udało mi się namówić Panią i Zosia została przeniesiona. Odetchnęłam z ulga bo pomyślałam sobie, że mamy czystą kartkę, nowy start.

Tym razem adaptacja była bardzoo długa i pomimo że Panie nie do końca były za tym żebym ja z nią tam przesiadywała, nie chciałam powtórki z rozrywki i przez 3 dni sumiennie wraz z nią uczestniczyłam w życiu przedszkolnym. W czwartek gdy jej emocje były rozdarte pomiędzy trzymaniem mojej nogi, a zabawą z dziećmi zrozumiałam, że to jest ten czas kiedy trzeba jej wytłumaczyć, że zostanie na chwilę sama a ja zaraz wróce. Rozmowy z 1.5 roczniakiem nie są łatwe. Trzeba uważać na słowa, ilość zdań i żeby nie przedłużać. Obiecywałam, że mamusia zaraz przyjdzie i że to jest czas w którym może pobawić się z dziećmi. Przez dwa tygodnie wygrzewałam przedszkolne ławki, najpierw przez pół godziny, potem przez godzinę. Zosia zaczęła się przyzwyczajać. Za każdym razem na wejściu mówiłam jej że przyjdę po nią po zabawie, że zostaje z CIOCIAMI ( ważne słowo, które wzbudza więcej zaufania w dziecku). Po południami odwiedzałyśmy inne ciocie, dzieci, bawiłyśmy się na placach zabaw. Chciałam, żeby zrozumiałą że żłobek jest jedynym miejscem w którym zostaje bez mamy i taty. Robiłam wszystko by uniknąć afery, która spotkała nas dwa miesiące wcześniej. Po męczących dla mnie dwóch tygodniach, w których wszystko podporządkowałam dziecku, młoda zaczęła zostawać na coraz dłużej. Stopniowo wydłużałam jej czas o pół godziny, potem dodałam obiadek, oczywiście cały czas tłumacząc, że mama przyjdzie po zabawie, czy po obiadku. Czas rozstania był jeszcze płaczliwy, ale nie była to afera, wrzask, czy zanoszenie się. Były to łezki smutku, które przez krótką chwile na wejściu do sali przy pożegnaniu pokazywały się w jej oczach. Obyło się bez histerii poza-żlobkowych, obyło się bez strachu przed moim zniknięciem. Zosi koleżanki uwielbiane, są nadal uwielbiane, ciocie są kochane, a odwiedziny nie są już zmorą rodzica.

NO I …. UDAŁO SIĘ ! Moje mądre, lecz późne, podejście do sprawy poskutkowało. Teraz od rana słyszę wrzask radości „DZIEEEEECIII”, który jest już stałym elementem śniadaniowego rytuału. Moje dziecko pełne uśmiechu wchodzi do żłobka, i zostaje tam na umówione 4 godziny. Mama odbiera ją zawsze po „AM”, a od tygodnia nie było nawet łezki w oku kiedy wchodziła do sali. Wbiega rozradowana i leci prosto do DZIECI. Jestem zła, bo musiałam nauczyć się na swoich błędach, ale szczęśliwa że wszystko udało mi się naprawić

IMG_20160716_135655

To nie jest tekst, który ma Wam cokolwiek doradzić, to nie jest tekst który ma nas pokazać w jakimkolwiek świetle. To jest tekst który chciałabym aby uzmysłowił Wam, co dziecko przeżywa rozstając się z rodzicem na kilka godzin dziennie, codziennie. To jest tekst który ma pokazać, jak mało świadomi jesteśmy tego co takie małe jeszcze nie mówiące, prawie nie komunikujące stworzonko jest w stanie zrozumieć, pojąć i jak bardzo potrafi bać się zmian. To jest tekst który ma Wam pomóc w podjęciu dobrej dla Was i Waszego malucha decyzji.

 

 

O.

Leave a Comment