STARTY TRIATHLON

Triathlon Limassol – wygrana w Cypryjskim stylu.

 

TRIATHLON, CZY TO ABY NA PEWNO DOBRY POMYSŁ ??

17_A3215-2

Kobieta czołg, tak nazwali mnie moi rodzice kiedy po dwóch zupełnie nie przespanych nocach, kilku tygodniach walki z przeprowadzką i małą ilością treningów, stawałam na najwyższym podium Limassol Triathlon, w mieście w którym wychowałam się mieszkając na Cyprze.

Jedna z większych zmor naszych wyjazdów na Cypr są loty. Niestety nie są one o normalnych porach tak aby człowiek mógł wsiąść do samolotu w pełni sił i w takiej samej pełni sił wysiąść z niego. Dwa dni wczesniej wyruszaliśmy z kraju, oznaczało to kolejną nieprzespaną noc. Kolejną bo dzień wcześniej aby dograć wszystkie firmowe rzeczy przed wyjazdem człowiek widmo poszedł spać o 4 rano i wstał z dzieciakami w okolicach 7. Oznacząło to bardz mało snu, a następna noc nie miała być wcale łaskawsza.

Lot na Cypr jest o 22.30 z Warszawy. Leci się około 4.5 godziny i laduje w Larnace koło 4 rano lokalnego czasu . Niestety z lotniska w Larnace do naszego miejsca na wyspie jest keszcze 50 kilometrów, trzeba więc doliczyć jeszcze dosyć szybką podróż samochodem. Tak więc chcąc nie-chcąc zasypiamy o tej godzinie o której normalni ludzie wstają. Tym razem żeby nie było za lekko podróżować po raz pierwszy z dwójka dzieci, rowerami, 3 walizkami i wózkiem w środku nocy nasz samolot dodatkowo był opóźniony. Nasza noc więc zaczęła się wraz ze wschodem słońca, o 6 rano. Kilka godzin snu, dzieci rozregulowane też nie za bardzo potrafiły odespać, więc pierwsza noc była ewidentnie krótka.

Następna noc miała być rekompensatą po podróży jednak nie do końca się to udało bo nasz najmłodszy ewidentnie nie chciał współpracować, co skończyło się wspólnym łyżkowaniem z częstymi elementami karmienia i pomimo że triathlon zaczynał się wyjątkowo późno jak na warunki cypryjskie, bo o 9 tej. To pakiety trzeba było odebrać pomiędzy 7-8, a na miejsce trzeba było jakoś dojechać. Pobudka była więc tak czy siak dosyć wcześnie.

Nie mniej jednak wstałam rano, zjadłam po raz pierwszy białe śniadanie. Po 10 minutach nerwowego szukania płatków owsianych w babcinych szafkach, poddałam się. Na gotowanie jaglanki było już za późno. Na mój przed triathlonowy talerz wjechał więc biały pszenny chlebek z dżemem!! Tu przydała by się emoticon-a z wielkimi oczami i otwartą buzią żeby podkreślić moje zdziwienie. Coś trzeba było zjeść, a R mówił, że na pewno nie zaszkodzi.

Już któryś raz z rzędu staje na starcie, bez werwy, triathlonowego podniecenia, podekscytowania. Niewyspana jadę na start samochodem, pick-upem co by było śmieszniej. Rower leży w otwartym bagażniku, obok wózka i małego plecaka do którego nie pomyślałabym że kiedykolwiek się zmieszczę z ekwipunkiem triathlonowym. Stasiu jedzie z nami, Zosia została z niewyspaną babcią i wyspanym dziadkiem, a jej dołączenie do imprezy stało pod znakiem zapytania. Czy dziadek sobie poradzi żeby ogarnąć ją samodzielnie rano, jeżeli babcia odmówi wstawania? Dla zainteresowanych napiszę, że poradził, lepiej niż niejedna babcia. Tylko fryzura okazała się wyzwaniem. Chwilę więc po gwizdku startera pojawili się na starcie, kibicując przez cały czas.

IMG_20171105_114014_895

Wracając do strefy zmian. Standardowa już w moim wykonaniu procedura. Stasiek w nosidło (wcześniej taka sama procedura była z Zosią więc zdążyłam się do tego już przyzwyczaić), idę po odbiór pakietów. R w między czasie dopompowuje mi koła, bierze rower i wózek i dołącza chwilę później do nas. Małe spóźnienie z naszej strony wprowadziło delikatną nerwówkę w moim brzuchu, ale tylko do czasu aż dotarłam do strefy zmian i bura zawodów. Tam atmosfera jak to na Cypr przystało. Wszyscy uśmiechnięci, zrelaksowani, nikomu się nie spieszy, bawią się sportem.

IMG_20171105_113842_936

Siateczka z numerem startowym i chipem jest już w moich rękach. Nie znam trasy, tzn same trasy jako tako kojarzę, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie wbiegamy do strefy, gdzie wybiegamy. Wiem tylko że będzie milion kółek, 6 na rowerze, 4 na biegu. Przypominam że robię SPRINT, czyli 20 km roweru i 5 km biegu. Co oznacza totalny chaos na trasie. Rower oczywiście bez draftu, a ja śmieję się w środku jak jest to możliwe żeby stu kilkudziesięciu zawodników jeździło bez draftu na pętli która ma około 4 kilometrów, ku mojemu zdziwieniu nie widziałam żadnych pociągów.

STREFA ZMIAN.

17_B8147-2

Wszystko dzieje się na miejskim bulwarze, zaraz obok morza. Od wyjścia z wody jest bardzo bliziutko, do belki startowej też niedaleko, bieganie zaczyna się wręcz na wybiegu ze strefy. Znamy ten bulwar jak własna kieszeń, biegaliśmy tamtędy setki razy i to właśnie zdjęcia z tego miejsca sprawiły że skusiłam się na start. Kilka tygodni przed przylotem na Cypr, nie było czasu na trenowanie. Przeprowadzka z dwójką dzieci pod pachą i brakiem pomocy na stałe, kazała nam odpuścić sobie porządne trenowanie. Wsiadłam na rower parę razy, pobiegać też gdzieś czasami poszłam pobiegać, a od Kraśnika do startu na Cyprze byłam na basenie tylko raz. Kilka dni przed przylotem, rozruszać mięśnie. Wchodzę do strefy zmian kilkanaście dziewczyn obok mnie też rozpakowuje swoje manataki. Obok mojego miejsca rower wisi czasówka Carmen, PRO-ski która na Cyprze wygrywa każdy start. Z uśmiechem na buzi witam się z nią,bo nie raz widziałyśmy się na triathlonie. Zresztą mamy córeczki w podobnym wieku, bo ona też jest mamą i trenuję. Podpytuje szybciutko o to co gdzie jak, a ona z przyjemnością odpowiada. Poza nią nie było widać mocnych zawodniczek które zawsze widywałam na Cyprze. Nie było też przyjezdnych triathlonistów. W strefie zmian było rodzinnie. Kocham tą atmosferę, kocham to że każdy tu się uśmiecha, każdy coś podpowie, wszyscy się witają jakby byli jedną wielką triathlonową rodziną.

Humor do mnie wrócił, emocje które się pojawiły przez spóźnienie opadły i zaczęłam na prawdę bawić się tym startem. Wiedziałam że nie jestem przygotowana. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie wiedziałam na ile będę w stanie pobiec, na ile pojechać. Ten start był totalnym spontanem. Po raz pierwszy od 2 lat miałam pojechać na mojej starej szosie, zamiast na ARGONIE (nie zabrałam go ze sobą, bałam się o transport)! Wszystko było tak surrealistyczne, że z uśmiechem od ucha do ucha stawałam na linii start.

PŁYWANIE, ROWER, BIEGANIE.

Nie będę pisać szczegółów, opisywać wybuchu startera, skupienia czy motyli w brzuchu. Opowiem Wam jednak że jako jedna z 3 osób stawałam w piance na starcie. Wyglądałam jak czarny plemnik, który nie pasował do reszty towarzystwa. Pianki były dopuszczone, ze względu na to że startowali początkujący 🙂 A ubrani w pianki byliśmy tylko ja i dwóch tak wyżyłowanych anglików, że trudno było ich nazwać początkującymi. Już chciałam zwątpić w piankę i nie robić z siebie głupka, ale R brnął do końca żeby piankę założyła, bo na pewno pomoże. Wiedziałam że moje pływackie zaplecze było ostatnio trochę zaniedbane, nie dyskutowałam więc.

17_B8174

Pływanie na Cyprze zawsze wydaje się szybkie, morska, słona woda, pomaga równie mocna jak pianka. A mając to i to na sobie, a wokół nie do końca dobrze pływających Cypryjczyków jak zwykle czułam się jak szybka błyskawica. Tempo 1:39 było fajnym tempem biorąc pod uwagę to ile poświeciłam na trening pływacki w ostatnim czasie. Wypadam z wody. Chyba jak pierwsza kobieta, ale nie jestem pewna, bo kilka osób przede mną jednak było. Carmen w ostatniej chwili spakowała swoje rzeczy i zrezygnowała ze startu, nie wiadomo czemu, dlatego wiedziałam że moglam być pierwsza.

IMG_20171022_142107_279

Rower, cóż mam powiedzieć. Moje BIANCHI jest równie piękne jak mój ARGON 18, ale jednak jazda na nim to jak jazda Matizem po Ferrari. Pozycję mam dobrze ustawioną prze Krystyna i „Mam Świetną Pozycję”, ale to nadal nie czasówka. Całą trasę szukam tego połóżenia co mam na ARGONIE. Zsuwam się z siodełka jak najbardziej do przodu bo chce biec na rowerze a nie jechać. Przyspieszeni szosówki po każdej nawrotce jest toporne. Rower rozpędza się powoli w porównaniu do Argona 18. Tęskie za moim PINK ARGON, ale i tak czerpie wielka frajdę z jazdy. Pomimo że nie czuję się przygotowana, wyprzedzam i to nie tylko początkujących ludzi na góralach,a le też całkiem dobrze wyglądających panów na całkiem dobrze wyglądających rowerach. Wyprzedzają mnie tylko wariaci na szumiących czasówkach, z nogami jak konie, ale na nich nie patrzę. Jadę średnio 33 km/h nie jest źle, jak na ten rower. Na nim jeszcze nigdy nie wyciągnęłam takiej średniej, jednak czuję że nogi pieką, że czasami puchną i po każdej nawrotce nie mają tyle samo siły do pedałowania jak na początku. Uśmiech nie schodzi z twarzy, śmieje się tylko w środku siebie jakie beznadziejne tempo czeka mnie na bieganiu, bo mocnym rowerze.

Pierwszy raz startowałam na takiej trasie na której przejeżdżało się koło kibiców milion razy podczas trasy rowerowej. Są jednak plusy 6 kółek na 20 kilometrach. Nawrotki nie były tez aż tak spowalniające bo przejeżdżaliśmy z jednej dwupasmówki na kolejną dwupasmówkę, co pozwalało na utrzymanie całkiem mocnego tempa na nawrotkach. Zosia w towarzystwie taty krzyczący: „Mama dawaj, mama dawaj!! ” dodawały fun-u. Dziadek chwalący co chwilę: „Dawaj córcia, jest super, jeszcze chwile!” też był mega motywujący. Pędziłam więc ile sił w nogach z uśmiechem na buzi.

6 kołko, zeskok z roweru i pędzę do strefy zmian. Dużo bardziej wolę wsiadanie i zsiadanie na szosie, zamiast czasówce. Bezpieczniej, szybciej, stabilniej. Odstawiam rower, zakłądam, skarpetki, niestety nie ma butów biegowych w których mogę biegać bez skarpetek, buty, chwytam daszek i siup wylatuję ze strefy. Zosia przewieszona przez płot wraz z dziadkiem cały czas dzielnie kibicuje, Stasiek złote dziecko wraz ze strzałem startera ponownie zasypia i wita mnie dopiero na mecie.

BIEGNĘ. hmmmm liczyłam na tempo 5:30 bez przygotowania, ale biegnę na 5:10 i czuję się komfortowo. Słysze w tyle głowy słowa Koli, pochyl się do przodu, nie spadaj tak na stopę, nie hamuj, tylko odbijaj się od nogi. Próbuje się ustosunkować do tego i lecę. Tempo cały czas trzymam szybkie jak na mnie i czekam tylko na moje ciało które za chwilę odmówi takiego tempa. Pierwsze kółko, przyspieszam. Drugie kółko, krzyczę do R że lecę na 5.00 i nie wiem czy przyspieszać, bo UWAGA, MOGĘ !!

17_B9118

3 kółko tempo cały czas mocne, widzę na nawrotce jakąc szczupłą dziewczynę mocno próbująca mnie dogonić, chwile za nią Cypryjkę w IRONMAN-owym stroju, która wydawał się trzymać bardzo mocne tempo. Nie wiem która jestem, na trasie jest chaos, sprint i super sprint pomieszał się zupełnie. Wiem że żadna kobieta nie wyprzedziła mnie od startu, nie wiem jednak czy nie ma nikogo przede mną. Chcę utrzymać tą pozycję kuszę się żeby przyspieszyć, chociaż kilka sekund na km. Czwarte kółko, po nawrotce R krzyczy przyspiesz. Mam wrażenie, że ktoś chce mnie dogonić. Próbuje przyspieszyć ale słabo mi to idzie. Na zegarku dobiłam do 4 kilometra, na kolejnej nawrotce nie widzę nikogo w zasięgu wzroku, biegnę więc swoje. Z ciekawości przyspieszam, tempo teraz pokazuje 4:45-4:50, nie chcę się zajechać, ale próbuję na co mnie stać. Zostało jakieś 500 metrów do końca, kolejna nawrotka i widzę że dziewczyny mnie goniące, cały czas trzymają takie same tempo jak ja. Bez ciśnienia lecę swoje i czekam na metę z ciekawością czy będzie czekała na mnie taśma, która po raz pierwszy będę mogła podnieść do góry jako wygrana. Wbiegam na metę, bez wiwatu i jakichkolwiek owacji oprócz mojej rodziny 🙂 Nie czuję się jak wygrana. Słyszę gdzieś po grecku słowa że chyba jest pierwsza ale nikt nic nie wie, bo tak się pomieszaliśmy.

17_A3319-kopia

PODIUM.

TAK TAK ! Po raz pierwszy w życiu wygrałam kategorię OPEN kobiet. Co prawda, Carmen, cypryjska PRO-ska uciekła z trasy, więc konkurencja była na moim poziomie, same amatorki. Nie mniej jednak ciesze się jak dziecko. Bez bezpośredniego przygotowania, po nieprzespanych nocach, podróżach i zajęciu się mocno życiem, a nie trenowanie w ostatnim czasie wygrałam swój pierwszy triathlon. Totalnie na luzie, ale w mocnym tempie. Tempie którego nie spodziewałam się, tempie które mnie pozytywnie zaskoczyło, ale które byłam w stanie spokojnie utrzymać na krótkim dystansie.

IMG_20171022_132757_865

Warto czasem zrezygnować z długich startów, żeby poczuć tę szybkość, lekkość nie zmęczenie. Godzina 12, ja z pucharem w ręku, reszta z milionem zdjęć i filmików z moich zmagań, jedziemy na zasłużone lody. SPRINT – dystans po którym chce się żyć. Po którym człowiek nie jest zajechany, tylko pobudzony. Chce więcej i więcej i z uśmiechem na twarzy funkcjonuje przez kolejne kilka dni.

KOCHAM CYPR, KOCHAM TRIATHLON i KOCHAM TO ŻE ROBIĘ TO CO KOCHAM. Nie zawsze idąc schematem, czasami wychodząc poza swój komfort zone. nie bojąc się spróbować.

17_B9517

Wam też życzę takich startów na spontanie, cieszcie się sportem, bawcie się nim. Warto wrzucić trochę na luz i ZABAWIĆ SIĘ w triathlon. Uwaga, mówi to ambitny sportowiec, który spędził większość życia wyczynowo trenując. I nie mowię żeby zawsze mieć takie podejścia, ale warto czasem zrobić #COŚNOWEGO i zaszaleć bez przygotowania w pięknym miejscu. ( pamiętajcie żeby skusić się na jakiś krótki dystans, a nie robić takie szaleństwa np na 1/2 Ironmana !)

 

 

 

O.

Leave a Comment