IMG-20180722-WA0006-01

POLECANE STARTY TRIATHLON

Triathlon Energy, triathlon wygrywa się bieganiem, a może głową ?!

Triathlon wygrywa się bieganiem.

Nie raz słyszałam ten cytat, jednak nigdy nie udało mi się do niego ustosunkować. Ja triathlony wygrywam pływaniem i rowerem, a bieganiem tylko utrzymuje pozycje, albo próbuje bardzo na nim nie spaść.

 

Dzisiaj mogę napisać, TRIATHLON WYGRYWA SIĘ BIEGANIEM, a może głową ?!

 

37701981_2023354024647674_5299313963303960576_o

No właśnie.

Moja głowa od początku nie była dobrze nastawiona na ten start. Trochę przez naciągane papier, nożyce , kamień, trochę przez to że nie miałam dobrych treningów przed. Trochę przez to że po górach z dzieciakami nie odpoczęłam i wpadłam w wir pracy od razu po powrocie do domu. Nie dosypianie, słabe treningi, brak mocy, wszystko sprawiło że nie czułam się mocna i gotowa do walki. Ale to ja zostałam wytypowana do reprezentacji rodziny więc trzeba było się zmierzyć z celem.

Super start na początku lipca w Poznaniu myślę, że też postawił poprzeczkę dużo wyżej. Kosmiczny bieg w moim wykonaniu, mocny rower i świetne pływanie, pokazały że stać mnie na naprawdę wiele. Cały czas żyje tym startem, cały czas o nim myślę. Niestety też cały czas mam wrażenie że powinnam się polepszać i każdy kolejny start chcę zrobić lepiej. Poznań podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, wczoraj nie byłam w stanie temu dorównać. Nie te trasy, nie ten asfalt, nie to bieganie, ale walczyłam jak lew do KOŃCA!

 ****

RODZINNY WYPAD

Nie wiem jak macie Wy, kiedy jeździcie na imprezy sportowe. Nie wiem czy wolicie samemu, z dzieciakami, czy tylko z mężem, lub żoną. My zazwyczaj robimy z tego rodzinny wypad do nowego miejsca. Na parę dni przed jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać, kto startuje, bo pakiety mieliśmy obydwoje kupione i czy w ogóle pojedziemy. Rafał liczył na pomoc siostry, ale one uciekła nam do Włoch, ja miałam nadzieję że ktoś z naszych bliskich znajomych zapakuje się z nami i też wystartuje, ale tam podziały się turbulencje. Zostaliśmy więc sami.  Zdecydowaliśmy, że szkoda tracić dwa pakiety, niech chociaż jedno wystartuje. Naciągane papier nożyce kamień wytypowało mnie do reprezentowania rodziny. W środę zapadła decyzja, że jedziemy. Moja zdeterminowana osobowość po piątym telefonie do hotelu, załatwiła nam pokój za 209 zł, z obiadokolacją w dniu przyjazdu, śniadaniem w dniu wyjazdu i nielimitowanym dostępem do basenów dla całej naszej 4-rki, a baseny wygladaly na prawde przyzwoicie na zdjęciach !!!!

Nie mogło być nie fajnie.

Bełchatów sam w sobie mnie zaskoczył. Ładny rynek/deptak z przyjemnymi knajpkami, na którym była strefa zmian i meta wyścigu. Okolice natomiast mocno wiejsko-przemysłowe, z hotelem WODNIK nad gorącym jeziorem, akwenem pływackim Słok. To był właśnie nasz hotel. Stary, z zabarwiona już czasem elewacją. Zamiast aqua parku który sobie wyobrażaliśmy, 25-metrowym basen do trenowania, i ogromny brodzik, płytki basen z ciepłą wodą dla dzieci, paroma biczami i króciutką ślizgawką. Idealnie głęboki, taki żeby dzieci mogły pływać ale też stanąć i czuć się swobodnie w wodzie. Obok prawie 100 metrowa rura czyli frajda dla wszystkich. Niby nic, a mam wrażenie że dało to moim dzieciom tyle radochy niż niejednej idealny park wodny!

Hotel położony jest nad samą wodą, zaraz obok jeziorka i w środku lasu, zza którego wystają było tylko buchające gorącą parą, ogromne kominy Bełchatowskiej elektrowni. To nie była klimatyczna agroturystyka, z wege jedzeniem, własnym winem i leśnym SPA. Hotel moloch, trochę jak człowiek orkiestra, bo wiele się działo ale nie do końca wiedzieliśmy o co dokładnie w tej całej infrastrukturze chodzi, ale z tak przesympatyczną obsługą, skierowany na klienta, że dla samych ludzi i miłej atmosfery chce się tam wrócić. Nic nie było problemem: baseny po godzinach, pies bez zapowiedzi, dzieci bez dopłaty z dostawką czy bez. Czułam się tam jak prawdziwy gość hotelowy, a nie intruz, co ostatnio dało nam się odczuć w Okunince.

****

ALE DO STARTU…

 

Start o fajnej godzinie, 10.30. Nie trzeba zrywać się na nogi z samego rana. Można spokojnie zjeść śniadanie, wypić kawę i przetransportować się do strefy zmian. Jak to zwykle na imprezach Triathlon Energy bywa, tym razem też strefy były 2 strefy i worki. Te worki nie do końca mi leżą, bo są zdecydowanie dłuższymi strefami zmian, ale są do ogarnięcia więc bez większego stresu zapakowałam je na miejscu.

Worek w T2 zostawiłam dzień wcześniej, zaraz po tym jak odebraliśmy pakiety. Strefa T2 była w centru Bełchatowa, start i T1 jakieś 14 kilometrów dalej. A właściwie bliżej nas, bo przy samym hotelu. Dlatego T1 zostawiłam sobie na dzień startu. Drugą strefa zmian z dzieciakami nie była możliwa do ogarnięcia w niedzielę.

Śniadanko zjedliśmy wspólnie, chwile później ja uciekłam do strefy zmian zostawić rower, tak żeby mieć jeszcze na spokojnie czas się rozgrzać, wrócić po przedstartowego buziaka i odziać w czarny kombinezon, zwany pianką. No i zaczęło się. Moja głowa od początku była nastawiona na NIE, a takie historie NIE pomagają. Pompując koło, tak o wypada mi … wentylek. Całe powietrze schodzi z koła i … po prostu nie wiem co dalej. Czy trzeba zmieniać dętke? Jak mam to zrobić to na pewno nie ja sama przed startem. Gdzie jest mój mąż ??!?!?!?! Wentylek wkręciłam, ale powietrze przy pompowaniu schodzi. Szukam wzrokiem jakiegoś ogarniętego Pana, jeden jest zaraz obok ale nakłada piankę. Delikatnie więc podpytuje, co dalej. Pan na prawdę próbuje pomóc, ale ma za chwilę start i potrzeba by ten wentylek dobrze dokręcić. Niestety kombinerek w aucie brak, stoję w takim miejscu że nie wiele obok nas samochodów. Telefon do przyjaciela i decyduje się że wstawiam szybko rower i jadę po wsparcie techniczne w postaci męża. On coś zaradzi. Idąc do strefy na szczęście widzę wielkiego busa AIRBIKE, podchodzę do chłopaków czy pomogą. Szybka akcja. Jak się okazuje pierdoła, narobiła mi szumu w uszach, a wystarczyło dokręcić wentylek kluczem do …. wentylów. Chwilę później mam już rower gotowy do startu, napompowany i ogarnięty.

 

UFFF…..

cof
cof

Rower wstawiony, worki ogarnięte, wracam do rodzinki i wszyscy razem lecimy na start. Głowa nadal nie ta. Nie wiem czego się spodziewać, czy faktycznie te dwa tygodnie byle jakiego treningu sprawiły że jestem wypoczęta, czy jestem zajechana życiowymi potyczkami, pracą i wypadem w góry z dzieciakami.

W odróżnieniu do Poznania nie miałam klapek na oczach i wymarzonych cyferek. Chciałam, ale coś mi podpowiadało że chyba się nie uda, że nogi bolą, że to nie mój dzień. Nie mogłam w żaden sposób przełączyć się na tryb triatlonowy. Zawody, start, ściganie jakoś nie leżało to mi dzisiaj zupełnie.

****

IMG-20180722-WA0004-01

Niemniej jednak stoje na starcie.

I już tego nie zmienię. Odziana w czarny kombinezon, zwany pianką, w którym robi mi się upalnie, bo pogoda nie rozpieszcza. Jest totalna lampa, 30 stopni i niebieściutkie niebo! Pogoda idealna na leniuchowanie na plaży, a nie na zawody. Oszczędzę Wam moich procedur przedstartowych, przelewania wody, rozpływania itd. Moja rodzinka kibicuje z pierwszego rzędu. Miło się na nich patrzy z daleka.

Stoimy, a właściwie próbujemy unosić się na wodzie przez parę minut między bojkami, start z wody to kolejny rytuał organizatorów Triathlon Energy. Lubię go, bo nie muszę wbiegać do tej okropnej wody, przepychać się łokciami z testosteronem i ostatecznie przez pierwsze kilkaset metrów walczyć z własnym oddechem.

Płyniemy. Płynie mi się dobrze, zresztą prawie jak zawsze, a przynajmniej dobrze psychicznie. Nigdy nie wiem jakim tempem pływam podczas startu, ale tym razem czułam że nie płynę na maksa. Nawet nie do końca czułam czy płynę mocno. Przez 950 metrów rozmyślałam, że nie męczę się nigdy w tej wodzie tak jak powinnam, że czas może zacząć pływać trochę szybciej, mocniej, tak żeby wyjść z wody porządnie zmęczona?!

Z drugiej strony zawsze się zastanawiam, czy jest to gra warta świeczki. Czy to mocne pływanie coś da. Czy nie odbije się to na moim rowerze, czy bieganiu. Pływanie tak czy siak mam przyzwoite, pewnie że zawsze może być lepiej ale myślę że zamiast katować się w basenie żeby urwać parę sekund na setce na pływaniu lepiej się skupić na mocnym bieganiu, czy szlifowaniu roweru.

Mijam ostatnia bojkę lewym abrkiem ipłynę do wyjścia. Na pływaniu cały czas wyprzedzałam, zazwyczaj rozkręcam się w miarę dystansu. Wyjście z wody jest przyjemne, ale strome więc cieżko mi zamoczyć głowę. Już nie raz pisałam że to mój rytuał po wyjściu z wody, a właściwie na samym wyjściu z wody. Zawsze zamaczam włosy tak żeby lepiej wchodziły pod kask, żeby były dobrze ułożone i nie przeszkadzały i żebym była schłodzona. Nurkuje jak słonica pod wodę, szybciutko się wynurzam już na bardzo płytkim i wybiegam z wody. Słyszę, że jestem 3-cią dziewczyną. Powiem szczerze, że mocno mnie to zdziwiło, dziewuchy zaczynają szybko pływać. Biegnę do strefy łapie worek, zrzucam piankę, okularki i czepek do niego i wrzucam co go strefy zrzutu. Kask i buty mam przy rowerze więc z worka nie biorę nic. Wrzucając worek widzę, że jest cały w krwi. Szybko patrzę po sobie ale nie widzę zbytnio przyczyny krwawienia.

Ostatecznie wyszłam z wody po 16 minutach, jako 10 OPEN.

****

NIC Lecę do roweru…

 

Cały czas analizuje skąd było tyle krwi na worku. okazało sie, że rozcięłam sobie palec który nie wiem jakim sposobem krwawił tak mocno, że zanim dobiegłam do roweru całą rękę miałam we krwi. Oczywiście kask i rower też był brudny, ale przynajmniej znalazłam przyczynę. Wsiadam na rower i uciskam palec tak aby zaprzestać krwawieniu. Ale…. uciskam i uciskam kilometr za kilometrem mija a z palca jak leciało tak leci. Nogi w buty wsadziłam, ale nie mogę zapiąć bo próbuje to coś zatamować. Jadę tak prze PARĘ kilometrów, nie wierząc że małe rozcięcie z palca może tyle krwawić. Nie chce zapinać butów dopóki tego nie zatamuję, żeby na nowo nie trzeba było uciskać. Przejeżdżam całą trasę dojazdową przez las do głównej drogi na której są pętelki naszego wyścigu. Ten badziew dopiero ustał, buty dopiero zapięłam, dopiero przerzuciłam się na duży blat i dopiero się zaczynam rozpędzać… Mówiłam że to nie mój dzień.

SUP184_4795_2018

 

Jechałam tak i jechałam, chciałam utrzymać założone watt-y, ale coś nie szło. Może brak motywacji, brak jakiegokolwiek kopniaka wewnętrznego, ale jechałam. Traska była płaska, szybka, asfalt niestety troszkę kiepski, łatany przez lata. Każda łata i dziura wybijała trochę z rytmu, dokładała cegiełkę do źle nastawionej głowy. Poszło troszkę poniżej założeń, ale poszło. Poznań postawił poprzeczkę wysoko, chciałam temu dorównać, ale nie dorównałam. Jechałam cały czas trzecia, przynajmniej tak mi się wydawało. Niewiele osób mnie wyprzedzało. Fajne jest to uczucie, że na tym rowerze jeżdżę już na tyle szybko, że wyprzedzają mnie już tylko te konie, których ramy rowerów ociekają testosteronem, a nogi wyglądają jakby jechały tour de France. Na którymś z ostatnich kilometrów pętelki, wyprzedzam jakąś dziewczynę. Nie jest na pewno pierwsza i nie jest też druga. Wydaje mi się że jest hen za mną, ale jedzie dziwnie szybko jak na pozycje hen za mną. Wyprzedzam, chwilę później jest nawrotka, an której myślę, że ona będzie zawracać, a ja już zjeżdżam do strefy zmian. Parę kilometrów przez Bełchatów, widzę raczej tylko facetów z fioletowymi numerami połówki koło mnie. Pędzę jak struś ulicami miasta, raz w prawo, raz w lewo. Nie wiem ile zakrętów zrobiliśmy zanim pokazał się rynek i strefa, nie lubię tego uczucia kiedy nie wiesz kiedy belka pojawi się przed tobą i za którym zakrętem.

37782645_1725237010926624_5735418113541799936_o

 

Wpadam do strefy, biegnę z rowerem zupełnie nie wiem gdzie jest mój stojak, ale oczy szybko wertują numery i wiem mniej więcej gdzie mam biec. Sprzeczam się z wolontariuszką która każe mi odwiesić rower w druga stronę. T2 było w innym miejscu niz T1, a matka polka nie pomyślała, żeby sprawdzić gdzie ma rower odwiesić! Tylko te worki były w mojej głowie <haha> dzień przed.

Biegnę do worka i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu widzę dziewczynę którą wyprzedziłam na ostatnich kilometrach pętli. CO JEST GRANE ?? JAK TO MOŻLIWE ?!

Nic mi nie pasuje, ale coś czuje że…

****

Wszystko rozegra się na biegu. 

Rower ostatecznie pojechałam w 1:18, czyli raptem minutę wolniej niż w Poznaniu, ale średnia wyszła 34,9 co już w mojej głowie było za słabo …. ha ha ha

Wypadam ze strefy, w sumie wypadamy równocześnie, ja i ona. Bo od teraz cała opowieść będzie o mnie i o niej :p

Wiem, że trasa biegowa będzie trudna, jest mnóstwo nawrotów, zakrętów, podbiegów i zbiegów. Wiem że tempo z Poznania będzie za mocne, ale próbuje.

Ona wyprzedza mnie już na pierwszych metrach. Ja pilnuje swojego tempa. Ona ucieka dosyć szybko. Ja lecę na 4.50 min/km, jej tempo może być z 10 sekund szybsze. Nie gonie, bo wiem że to nie moje tempo, lecę swoje. Głowa w coraz gorszym stanie. Jak to się stało?! Czemu tych wattów nie dokręciłaś?! Nie chciało Ci się, nie miałaś samozaparcia!? Czemu ten rower tak słabo pojechałaś itd itd. Kobiety wiedzą co robiłam przez parę kilometrów w swojej głowie, mężczyźni ….  nie mają takiej wyobraźni 🙂

Przez trzy kilometry czarny strój uciekał mi powolutku, ale konsekwentnie. Wściekłość moja nie znała granic. Wiedziałam, że gdybym ten cały rower rozegrała trochę inaczej a nie na odwal to miałabym ten czas na bieganiu! Biegłam tak i biegłam przytłaczając się z kilometra na kilometr swoimi własnymi myślami. Na czwartym kilometrze, miałam już prawie łzy w oczach. Wściekłam chciałam stanąć, pieprznąć to wszystko i zejść z trasy, bo dzisiaj ewidentnie ten triathlon nie sprawiał mi frajdy. A przecież nie o to tu chodzi…

Ale halo, halo…. jakiś drugi głosik zaczął bardzo głośno i dosadnie mówić w mojej głowie. Nie po to przecież tu przyjechałaś ,nie po to Rafał zrezygnował ze startu i nie zawsze musi być tak jak byś chciała. Leć dalej swoje i skup się na sobie!!!

 

Tak zrobiłam. Pilnowałam tempa, rozkręcałam tempo, które na 4 tym kilometrze spadło mi do 5.05 min/km. Upał nie pomagał, zmiana nawierzchni i ciągłe zakręty i nawrotki sprawiały, że ciężko było trzymać równe tempo. Plan był żeby przyspieszać chociaż parę sekund na kilometrze, ale konsekwentnie do mety. Wiedziałam, że będzie boleć, ale trzeba było spróbować. Pętla biegowa była 5 kilometrowa, a trasa wyglądała jak ośmiornica z pięcioma nogami.

Na piątym kilometrze w końcu pokazała się moja drużyna. Dzieciaki w przyczepce, Rafał w japonkach, ale biegną koło mnie. Lecą równo ze mną, chwalą, dopingują, aż serce mi mięknie i wiem że chyba jednak jestem w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Okrzyki Zosi, wsparcie jego to było teraz najcenniejsze. Wszystko wiedział. która jestem, ile mam straty do czarnej dziewczyny przede mną, kazał zebrać siły i gonić.

Biegnę, dalej powoli zaczynam się uśmiechać w sobie, bo na twarzy ewidentnie widać grymas bólu, i zmęczenia. Zaczyna się drugie kółko, czarna dziewczyna słabnie i widzę, że zamiast się oddalać trzyma równy dystans. Patrzę na zegarek tempo, jest w granicach 5.00 min/km, wiem że mogę szybciej. Powolutku poprawiam sylwetkę, myślę o technice, skupiam się żeby to nogi mnie niosły a nie siła woli. Zbliżam się, czuję jak zaczynam się przybliżać. Mam jeszcze sporo kilometrów. Nadzieja i walka pojawia się więc we mnie jak lew po drzemce. Z kilometra na kilometr byłam coraz bliżej. Na nawrotce przy wodzie jestem już zupełnie za nią. Nie chcę wyprzedzać, bo nie umiem biegać taktycznie, tym bardziej sprint-ować na mecie, albo przyznając się bez bicia, sprint-ować w ogóle. Chcę się utrzymać na plecach, ale niestety ona się zatrzymuje żeby złapać kubek wody, nie chce tracić rytmu biegnę więc dalej. Czuję jej oddech i nogi drepczące tuż za mną i równo z moimi. Zwalniam, chcę żeby wyprzedziła, ale nie wyprzedza.

Biegnie krok w krok za mną. Blisko, za blisko, ąz nieprzyjemnie blisko. Biegnę, ale wolniej niż biegłam doganiając ją, próbuję złapać trochę sił, boje się że zaraz wystrzeli i wyprzedzi mnie przed metą. W końcu walczymy o 3 miejsce OPEN!

Tak jak pisałam nie umiem biegać szybko, tym bardziej nie umiem załatwić kogoś sprintem na mecie. Dobega Rafał mówi, że super mi idzie. Zosia nie przestaje wiwatować w przczpce, nawet młody próbuje wykrzyczeć coś w stylu maaaaa-maaaaa. Nie biegną zbyt długo ze mną, ale wystarczyło parę słów od niego żebym nie poddała się. W połowie 9 tego kilometra decyduję się przyspieszyć i konsekwentnie dolecieć mocno do mety. Wiem że mam siły, na ten ostatni kilometr. Słysze, głos z tylu który mówi że nie wyprzedzi, że nie ma siły i że cieszy się że ją motywuje na szybsze bieganie. Nie wierzę do końca. Wolę mieć to pod kontrolą.

Zaczynam przyspieszać, powolutku oddalając się od niej. Ona dzielnie goni. Ostatkiem sił wpadam na metę jako 3 kobieta OPEN,z czasem 2:30:03. Prze szczęśliwa i na maksa dumna ze swojej silnej woli i wytrwałości.

****

IMG-20180722-WA0007-01

 

 

IMG-20180722-WA0006-01

Ten start kosztował mnie dużo. Nie wiem czy nie najwięcej ze wszystkich startów. Przy tej pogodzie, przy tej trasie, na biegu wycisnęłam z siebie chyba wszystko. Jeszcze przez parę dni po sama byłam zdumiona ileż ja mam silnej woli w sobie, jak waleczna jestem i jak ciężko mi odpuścić. Pomimo wielu ale, wielu źle rozegranych momentów, odpuszczenia i totalnego kryzysu udało się.

Takie starty przesuwają te niewidzialne granice, pokazują nam siłę jaka drzemie w nas, uczą nas pokory i wytrwałości.

Po Cudownym starcie w Poznaniu, Bełchatów wycisnął ze mnie ostatki sił.

Pokazał, że do wszystkiego dochodzi się cieżką pracą, na którą jestem gotowa jak nigdy.

 

Biegająca Bio Mama.

Dziękuje mojemu rodzinnemu wsparciu, platformie i-Sport za przygotowanie treningowe i mojej ukochanej „Farmie Świętokrzyskiej” za wsparcie jedzeniowe 🙂

Leave a Comment