41378795_1168593513287702_1575633998355365888_o

STARTY TRIATHLON

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

Malbork.

No i TRACH…

 

Tak to się robi!

Jedzie się na spontanie z luźną głową, uśmiechem na buzi i bez spiny na jakikolwiek wynik czy miejsce i wszystko kończy się TAK !

41378795_1168593513287702_1575633998355365888_o

Jestem sportowcem, więc starty aby wystartować nie istnieją.  Zawsze ambicje przejmą pałeczkę i dorzucą ściganie się do każdego wystąpienia. Jak już jestem na linii startu, to ogarniam to moje całe ciało i próbuję wycisnąć z niego tyle co w danym momencie jestem w stanie.

Do Malborka nie planowałam przyjechać jako zawodniczka, ale około 2 tygodnie przed odkupiłam pakiet startowy od przyszłej mamy (powodzenia !) Pakiet można było bez problemu przepisać i w ten oto sposób Malbork stał się kolejnym celem sportowym w tym roku.

Na szczęście mam już nad sobą trenera,a właściwie trenerkę <i-Sport> która bardzo szybciutko po przestawiała moje treningi tak żeby podtrzymać formę i wystartować jeszcze w gazie. Wiadomo że od Poznania który poszedł mi dokładnie tak jak chciałam zawsze jest ta nutka która krzyczy więcej, jeszcze, szybciej. Chciałam pojechać rower troszkę mocniej pobiec podobnie a na pływaniu w ogóle się nie skupiałam, bo pomimo formy życia na basenie, na zawodach jakoś mi to szło jak zawsze. Dobrze ale bez szału. Wypad do Malborka bez dzieci. Już tu, zaczęło być to mega frajdą. Drugi mój start w życiu gdzie nie ogarniałam strefy zmian z dzieciakami pod pachą i pierwszy w życiu odkąd zostaliśmy rodzicami tylko z mężem!

Czuliśmy się jak na pierwszej randce, ogromna ekscytacja. Wszystko było na spokojnie, ja z totalnie luźna głową, bo przecież tylko siebie mam do ogarnięcia. Czuliśmy się jak na wakacjach, jak studenci za starych bezdzietnych czasów. Dzieciaki zostawiliśmy z babcią. Zazwyczaj lubię ich brać ze sobą, ale raz na jakiś czas odmiana nam też się przyda. Poza tym pbudka była o 5 rano, wyjazd chwilę po. Do Malborka musieliśmy dojechać na 7, bo odbiór pakietów był do 7.30, na zamku. Szkoda było mi ich targać o tak wczesnych porach żeby koczowali z nami od rana do wieczora. Dotarliśmy do Malborka, szybka akcja z odebraniem pakietu, szybki skok do strefy zmian a tam… masa znajomych, znajomych buzi i fajna atmosfera.

ZACZĘŁA SIĘ ZABAWA.

Po Kraśniku miałam mocny tydzień treningowy. Natomiast kolejny był małym odpuszczeniem które kończyło się właśnie zawodami w Malborku. Mocny tydzień dał w kość, ale że podczas tygodnia odpoczynku głównie „wakacjowaliśmy” to raczej skupiłam się na byciu mamą, niż triathlonistką. Wpadł jakiś tam rower, jakieś tam delikatne bieganko, ale o pływaniu prawie zapomniałam. Nie miałam pojęcia, więc w jakiej dyspozycji jestem, w co celować i na co się nastawiać.

Poza tym bez dzieci wszystko było jakieś takie spokojniejsze. Myślałam o sobie nie o nich, nie stresowałam się, tylko już przed startem dobrze się bawiłam. Korzystałam z chwili, cieszyłam się że tam jestem. Zrobiłam rozgrzewkę, założyłam piankę, dostałam odwiecznego przedstartowego buziaka od męża kibica i poszłam na start.

 

PŁYWANIE.

Rolling start, zdarzyło mi się startować z tobą tylko dwa razy, ale kocham Cię od pierwszego spotkania. Nie lubię pływać w pralce, chyba nikt nie lubi, ale ja mam traumę z dzieciństwa i podwójnie wkurzają mnie ręce ocierające się o moje nogi. Pamiętam jak na treningach zawsze wkurzaliśmy się na tych co zamiast ruszyć dupę i wyprzedzić pływali i „lizali” po stopach, czekając aż ktoś się zatrzyma i ich przepuści. Nie rozumiałam tego za tamtych czasów i nie rozumiem tego do dziś. Rozumiem że pływają inni w nogach, rozumiem że niektórym ciężko się nawiguje i wpadną na mnie od czasu do czasu, ale NIENAWIDZĘ jak ktoś bezczelnie płynie w moich nogach i zamiast wyprzedzić napływa na mnie i jedzie rękoma już od prawie łydek czekając nie wiem na co, wybijając z rytmu i ciągnąc mnie prawie do tyłu. JA TEGO NIE ROBIĘ.

Niemniej jednak ROLLING START W Malborku to był strzał w dziesiątkę. A pływanie jakimś totalnym kosmosem, na które czekałam cały sezon. Po raz pierwszy skupiłam się nie na szybko i mocno, tylko na technice. Wiedziałam, że przez cały sezon spinając się na lepsze pływanie nic nie ugrałam, więc teraz też byłam pewna, że z tego nic nie wyjdzie. Odciągając głowę skupiłam się na technice, dobre pociągnięcie i radość, która towarzyszyła już od samego wejścia do wody. Wszyscy zawodnicy bardzo kulturalnie wskakiwali do wody, nie było przepychanek, każdy po kolei przebiegał przez belkę i siup do Nogatu. Piękne widoki, tłum ludzi stojących na kładce i obserwujących czy ich zawodnik już wskoczył czy jeszcze nie 🙂 Wpadłam do wody gdzieś z przodu, widziałam koło mnie na starcie tylko jedną dziewuchę, reszta ustawiła się gdzieś z tyłu. Zastanawiałam się żeby wejść do wody trochę bardziej z tyłu strefy żeby dziewczyny mieć przy bliżej siebie i mieć jakieś odniesienie gdzie są one a gdzie ja. Dość szybko wybiłam to sobie z głowy. Olałam dziewczyny i konkurencję i stwierdziłam, że lepiej płynąć tam gdzie moje tempo niż przepychać się z tyłu przez wszystkich.

41509722_1170411893105864_5596491860139835392_o

Wpadam do wody, wysyłam ponętny uśmiech do męża stojącego na kładce, widzę że mnie widzi i robię swoje. Bez pośpiechu swoim tempem, a jednak wyprzedzam. Widzę damską głowę która koło mnie gdzieś startowała, spokojnym tempem ją wyprzedzam, zresztą jak wiele innych osób, ale nie skupiam się zbytnio na tym. Próbuje porządnie nawigować, i płynę spokojnie swoje. Wiem że dobieg do strefy zmian który ma z 200 metrów wliczony jest w pływanie. Próbuje zapamiętać, żeby wyłączyć zegarek zaraz po wyjściu z wody tak aby w końcu jakoś miarodajnie zobaczyć jak szybko, lub jak wolno pływam. Pierwszy zakręt i lecimy prosto na zamek, drugi zakręt, pusto na bojce w końcu mogę to robić kraulem, a nie po swojemu żabą i prawie pod bojką. Płyniemy z powrotem do wyjścia, po prawej stronie widać czerwone mury największego zamku na Świecie. Rzeka, zamek i cała rycerska otoczka na prawdę robią wrażenie.

Pogoda jest raczej chłodna niż gorąca nie skupiam się na moczeniu głowy w Nogacie przed wyjściem z wody. Wyjście jest wąskie i z bardzo głębokiego dosyć szybko robi się płyciutko więc szkoda mi czasu i kombinowania z zamaczaniem głowy, wybiegam więc w czepku na głowie i okularkach, które zrywam zaraz po wyjściu z wody. PYK przełączam zegarek i chyba po raz pierwszy w życiu udaje mi się go prze-klikać zaraz po wyjściu z wody a nie gdzieś w połowie strefy zmian. PAMIĘTAŁAM!

Garmin pokazał mi ciutkę ponad 1000 metrów na pływaniu, które pokonałam w 15:05 minut, co dało mi średnią 1:29 min / 100 m !!! Jeszcze nigdy nie popłynęłam tak szybko na zawodach. Długo nie chciałam uwierzyć w to co widziałam na Stravie, czy garminconnect, ale wszystko jest tam wypisane jak byk. Powoli zaczynam wierzyć w te cyfry.

Gdzieś przy strefie słyszę Rafała dopingującego. Krzyczy żebym pamiętała o kasku i o jego zapięciu. Wiedział że miałam kare w poznaniu za to i wolał przypomnieć. Szybka strefa rachu ciachu i już mam rower w ręku, kask na głowie i biegnę do belki. Razem ze mną wybiega jakaś dziewczyna, oczywiście nie mam zielonego pojęcia skąd się tak szybko wzięła koło mnie, bo gdy ja byłam przy rowerze, „ONA” dopiero wybiegała z wody  i pomimo że robiła to w jakimś kosmicznym tempie sprinterskim, to i tak miałam wrażenie że ktoś przewinął do przodu jej strefę zmian o dobrą minutę.

 

ROWER.

Rower to była niespodziewajka. Założeń na rower nie miałam żadnych,  to znaczy miałam. Miało być MOCNO, ale bez patrzenia na watty. Pomimo, że oszukiwałam i delikatnie kontrolowałam to co na rowerze się dzieję z wattami <przepraszam Pani trener jeśli to czytasz> ale za to miałam luźną głowę i wattów na przekór tego jak się czuję, kurczowo nie trzymałam. Trasa rowerowa była płaściutka jak lustro, nawet w Poznaniu wydaje mi się że było więcej wzniesień niż tu. Liczyłam więc na fajną średnią z roweru, ale….

Tu się zaczyna. Trasa super, ale wiodąca przez puste pola, a co za tym idzie wietrznie. Wiatr wiał od początku roweru, ale w mieście nie wydawał się taki silny. Na rozległych polach, przez które prowadziła trasa kolarska czuć było go dosyć mocno, a jak nie czułam go na buzi, to widziałam go na liczniku, na wattach i przy prędkości. Dziewczyna która na rower wypadła równo ze mną, trzymała mocne tempo. Usiadłam jakieś 20-30 metrów za nią i próbowałam nie powiększać jej przewagi. Jechaliśmy i jechaliśmy, w tamtą stronę przekręciłam nogą o dobre 10 Watt więcej, niż założenia na poprzednich zawodach. Pomimo to średnią ledwo co utrzymywałam w granicach 33 km/h. Wiedziałam, że jest pod wiatr, ale trochę nie chciało mi się wierzyć, że aż tak. Jechałam swoje i nie pozwalałam sprinterce ze strefy się ode mnie oddalić. Chwile przed nawrotką koło 20 kilometra, widziałam że ewidentnie zbliżam się do dziewczyny przede mną. Nie lubię na zawodach bez draftu wyprzedzać się na zmianę z kimś, utrzymując oczywiście dozwolone metry. Ale tak czy siak czuję się wtedy jak niektórzy kierowcy jadący po autostradzie i wyprzedzający samochód który od czasu do czasu zwolni o 1 km/h. Jeśli rozumiecie o co chodzi. Chciałam zaoszczędzić nam tego wymijania.

Jej tempo jednak mocno spada, a mi watty lecą w dół, decyduję się więc na wyprzedzanie. Byłam ciekawa czy to taktyczne zagranie, czy raczej zbyt mocny początek. Wymijając ją zapytałam czy puchnie, czy próbuje mnie taktycznie zajechać. Na co ona z uśmiechem odpowiedziała, że jest ze sztafety i się ze mną nie ściga. Teraz wszytsko kliknęło. Nagle było zrozumiałe dlaczego tak szybko ze strefy zmian wystrzeliła ONA, a tamta ONA takim sprintem leciała do strefy zmian. ( a już się bałam że to jakaś turbo biegaczka której nawet potu nie zdążyłabym powąchać jakby mnie wyprzedzała na biegu)

Kamień z serca, że to nie jakieś taktyczne zagrywki których ja nie znam i z których nie umiem się wybronić. Jadę dalej swoje, nawet bez odwracania się czy jest gdzieś blisko mnie czy nie. Po nawrotce WATTY, nagle mocno spadły a ja nagle leciałam co najmniej 38 km/h. Na prawdę wiało. Rower pojechałam dobrze, pewnie z powrotem mogłam mocniej, ale chyba zawsze mam wrażenie, że mogłam trochę mocniej. Powrót był przyjemny bo, nie czułam zmęczenia, powiedziałabym nawet że fajnie się jechało tak szybko i tak luźno. Dobijałam do średniej 35 km/h, która jest już dla mnie przyzwoitą średnią i jak tam dobiłam to byłam już szczęśliwa. Rower wyszedł mi podobnie jak w Poznaniu 1:17.

Schodząc z roweru pojawiła się koło mnie kolejna kobieta, co było znowu jakąś nierealną sytuacją, ale ja ostatni często mam takie więc zupełnie na niej się nie skupiałam tylko leciałam swoje. Schodząc z rower ktoś mi krzyknął że jestem druga. Na wybiegu z T2, ktoś krzyknął, że jestem 3. A ja śmiejąc się dodałam, chyba pierwsza.

41516677_2133754550219132_4342544117616607232_o

BIEGANIE.

Wybiegając z T2 nie znalazłam mojego wiecznego kibica, stali natomiast chłopaki z TRIATHLON KRAŚNIK TEAM, filmujący i dopingujący mnie z mega uśmiechami. Ponieważ znamy się nie rok nie dwa, znowu totalnie wyluzowałam się i wbiegłam na trasę biegową z uśmiechem i bez spiny. Dzięki !

Po przebiegnięciu przez kładkę, stali kolejni #psychofani, czyli cała TRIWAWA i mój mąż. Darli się, komplementowali i kazali nie patrzeć na zegarek tylko biec swoje. Trochę posłuchałam, trochę nie. Na zegarek patrzyłam, ale biegłam swoje. Biegło mi się cudownie. Traska w cieniu przez park, trochę byłam zaskoczona nawierzchnią, bo biegliśmy po mocno utwardzonym szutrze, ale nie przeszkadzało żeby trzymać tempo. Miałam nadzieję, że trasa wiedzie tam i spowrotem, bo nie ukrywam, że start na spontanie i trasie biegowej na mapie nie przypatrywałam się za bardzo. Pierwsza nawrotka malutki, ale stromy podbieg i lecimy dalej. Tutaj szur miejscami był troszkę bardziej piaszczysty, ale nadal nie przeszkadzało mi to w trzymaniu tempa. PIerwsze 3 kilometry leciałam na 4:45 min/km i może udało by mi się to utrzymać gdyby nie zaczęła się trasa widokowa i kocie łby. Wypadamy z parku biegniemy trochę po chodniku, po prawej stronie cały czas widać zamek. Wbiegamy gdzieś w jedna z jego części, robimy nawrotkę, przebiegamy po drewnianym mostku, potem trasa leci w głąb zamku przez bramę, na drugą stronę. Totalnie nie mam pojęcia już po której stronie jestem, ale gdzieś tam znowu mamy nawrotkę i zbiegamy tym razem do fosy. Tam nawierzchnią jest trawa i kamienna droga, znowu wypadam z rytmu i tempo jest urywane. Siła w nogach jest, ale ja, leszcz begowy nie bardzo sobię radzę tymi cienkimi stópkami na kamieniach i kocich łbach. Nie biegam po tego typu trasach i nie umiem po takim czymś biegać. Tempo więc troszkę spada, mija mi już ponad 6 kilometrów,a ja dopiero na nowo wypadam w okolice moich psychofanów. Wiem, że trasa będzie ciut dłuższa i nastawiam się na to bo bieganie dla mnie zawsze jest trudne i wolę się mile zaskoczyć, że będzie krócej niż płakać na koniec, że to jeszcze nie koniec. Dobiegam do Rafała, on w swoich japonkach człapie pare metrów przy mnie i mówi że jestem pierwsza i że nie wiedza jak daleko jest następna dziewczyna, ale na pewno daleko. Ja mówię że rolling, strat i że jeszcze na mecie mogą mnie dobiec, a on że kolejna jest za 10 minut i nie ma takiej opcji. Biegnę uśmiechnięta, ale trasa mnie męczy i bieganie nie jest już na totalnej świeżości i luzie. Niemneij jednak wiem, że zostało tylko 5 kilometrów, a z tym sobie dam radę.

41537168_2133754556885798_3301690924081348608_o

Trochę zwiedzam trochę obserwuje innych, trochę się uśmiecham, trochę boli. Turyści ze słuchawkami na uszach dopingują w rożnych językach. Zakręt za zakrętem, brama, kolejny zakręt i zbiegam do fosy. Przebiegam przez fosę słyszę, jakiś doping, głos spikera i mikrofon i cieszę się że to już. Zegarek pokazuje już ponad 10,5 kilometrów. Meta jest jeszcze za kilkaset metrów, trasa więc była dłuższa, tak jak mi się wydawało. Dobieg na metę biegnie wzdłuż murów zamkowych, wolontariusz wskazuje drogę na metę.

JESTEM.

 

JA.

 

PIERWSZA KOBIETA.

 

ZWYCIĘŻCZYNI NA 1/4 IRONMANA W MALBORKU !!!

 

cof

Wyłania się META i ta biała taśma, o której zawsze marzyłam żeby ją złapać i podnieść nad głowę jako zwyciężczyni ! Nie myślałam, że to zdarzy się dziś, nie myślałam że jestem na tym poziomie. Cały sezon utrzymywałam się w pierwszej 4 OPEN, ale nie przeszło mi przez myśl (ok, no przeszło że fajnie by było,ale …), że w tym sezonie uda mi się wygrać i to na takiej dużej i popularnej imprezie w Polsce.

Wbiegam na metę, po raz pierwszy od wielu wielu startów na prawdę się wzruszyłam. Poczułam, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku i choć moja konkurencja startowała kolejnego dnia na 1/2, to i tak czułam się jak prawdziwa zwyciężczyni!

Na mecie wszyscy mnie wyściskali, przybili piątki, zaraz wzięli mnie do mikrofonu, potem na wywiad do internetu. Potem jedno radio, drugie radio, jakaś lokalna telewizja i tak dalej. Przez dobre 15 minut czułam się jak Daniela Ryf, w polskim wydaniu. Super emocje, super impreza, mega pozytywna i bardzo zachęcająca do kolejnych startów.

cof
cof

Pomijam już fakt, że triathlon w Malborku jest magiczny choćby przez samo miejsce w jakim rozgrywają się zawody, ale ludzie robią klimat. I tak jak Triathlon w Kraśniku rozkochał mnie w sobie, tak samo Malbork będę wspominać bardzo pozytywnie przez jeszcze baaardzo długi czas.

 

MAM TO ! Pierwsza wygrana w triathlonie. Nie wiem czy życiówka, ale jak nie życiówka, to czas zbliżony do czasu w Poznaniu, czyli 1/4 Ironmana i 2:27. Kolejna życiówka wybiegana na 10 kilometrów, pomimo tak trudnej trasy i końcowych cyfr na bieganiu, które pokazało mi ostatecznie około 10 km i 800 metrów.

 

fbt

A na mecie, zaczepił mnie taki triathlonista. Mega pozytywna postać, niesamowity człowiek i oprócz tego że super gotuje, całkiem niezły triathlonista. Jeszcze trochę musi potrenować, żeby mi skopać tyłek, ale drepcze po piętach więc może być z siebie dumny! 

Brawo Karol masz u mnie kolejną porcję ciacha! :)

 

ZAPRASZAM WAS DO MALBORKA!

Jak to organizatorzy piszą, żeby posmakować jak smakuje Polski triathlon trzeba wystartować w Malborku. A pogoda była idealnie triathlonowa, więc chyba zamienili się famą z Kraśnikiem 🙂

KONIEC SEZONU Z PIERDOLNIĘCIEM ! A CO !?

Biegająca Bio Mama.

 

 

Leave a Comment