cof

STARTY TRIATHLON

Triathlon który zamienił się w Duathlon, czyli Limassol Nireas Triathlon.

cof

Tego to bym się nigdy nie spodziewała. Na mojej ukochanej wyspie, tam gdzie jest zawsze ciepło, tam gdzie czeka na nas zawsze słońce.

Cudowny start, zamienił się w cudowne piekło. Chyba milion razy przed startem chciałam zrezygnować. Na szczęście był to krótki dystans.

 

Duathlon to moja zmora, o której w sumie już zapomniałam, bo rzadko kiedy tego typu sytuacje się zdarzały. Ten sezon był sezonem ekstremalnych startów dla mnie. Albo grzało nam ponad 30 stopni, albo w dniach startów były załamania pogodowe i temperatury robiły się ekstremalne ale w tym drugim kierunku. Większość startów była chłodna, z deszczem, albo chociaż mżawką. Większość była wietrzna, albo owiana wiatrem. Ale nigdy przenigdy nie spodziewałabym się tego tu, na naszej rajskiej wyspie.

Już na parę dni przed nasi „cypryjscy wysłannicy” pisali nam że w weekend ma być sztorm. Ale kierunek północy wschód, w ogóle nie przemawiał do mojej windsurfingowej głowy (trenowałam windsurfing na Cyprze przez kilka lat), więc każde ostrzeżenie spływało po mnie bez większych emocji. Takie kierunki nie wróżą mocnych wiatrów myślałam. Spływało po mnie do soboty, kiedy na własne oczy zobaczyłam ten kierunek wiatru z minutyna minutę nasilający się. Kiedy myślę o mocnym wietrze, głownie myślę o trudnościach na rowerze, nigdy nie kojarzyłam tego z pływaniem.

 

W sobotę wieczorem, wiatr można by powiedzieć całkiem ustał. Sprawdzaliśmy prognozę i wydawało się, że rano jeszcze będzie okey. Wydawało się…

Już w środku nocy obudziły nas mocne podmuchy wiatru. Wiatr szalał za oknem jak nienormalny, kołysał palmami i ewidentnie dawał o sobie znać. Sen wyjątkowo był przerywany, mocnymi zrywami wiatru, przenoszeniem rożnych przedmiotów na podwórku, a nie płaczem czy przykrywaniem dzieci. Cały czas myśleliśmy o rowerze.

 

W niedzielę rano wstajemy, jemy śniadanie jak zawsze. Biała buła z dżemem ( tak tak, już kiedyś o tym pisałam, to jedyne dni kiedy jem białą bułę 🙂 ). Pijemy kawkę, zbieramy się trochę wczesnie bo po raz pierwszy jedziemy na start…. ROWERAMI.

Ale to było fajne przeżycie, start był jakieś 5 kilometrów od domu, ale że nie chciało nam się przekładać fotelików z dużego autka do MINI i kombinować z wózkiem w wersji bez dachu, to zdecydowaliśmy się pojechać rowerami. W końcu w niedzielę rano miasto będzie zupełnie puste a te parę kilometrów będzie nawet przyjemną przejażdżką. Odbiór pakietów był 7.00-8.00, start o 9.10, nasz dystans. Chwilkę po siódmej siedzieliśmy juz w siodełkach i pedałowaliśmy w porannym słońcu wzdłuż morza. Pojedyncze samochody mijały nas, szum fal i wiatr powoli rozbudzały nasze zmysły. Morze nie wyglądało najgorzej. Był dosyć mocny czop, był też przybój, ale nie były to katastrofalne warunki dla nas.

Dojechaliśmy na miejsce, z każdą minutą pogoda robiła się coraz bardziej wyrazista. Skupiliśmy się jednak na oklejaniu rowerów, wstawianiu ich do strefy i przygotowywaniu siebie na tyle mocno że zapomnieliśmy spojrzeć się na warunki w wodzie. Te robiły się coraz gorsze. Fale pomimo falochronów, zaczynały przypominać Hawajski przybój, a czop w miejscu gdzie prowadziła nasza trasa był chyba nawet trochę niebezpieczny. Tarska prowadziła wzdłuż skalistego falochronu, przy takich warunkach któryś ze słabiej pływających zawodników mógł by skończyć na skałach. Wystawiono więc człowieka, który miała się przepłynąć, żeby zmienic kurs trasy pływackeij na bardziej przyjemny i bezpieczny.

IMG-20181104-WA0008-01

Ja osobiście się nie bałam, nawet cieszyłam się że będę mogła podwójnie wykorzystać swoje umiejętności w wodzie, odpływając mniej obytej reszcie. Rafał obawiał się, że pływanie będzie bez pianek, temperatura wody wynosiła troszkę ponad to co mogła, a w takich warunkach nie chciał by bez niej płynąć. Podobno ja go postraszyłam dzień wcześniej, że pianki mogą być nie dozwolone. I masz Ci los, wszystko obróciło się przeciwko mnie.

IMG_20181108_224604_029

 

Około godziny 8.30 ani nie było widać śladu bojek, ani nie było widać śladu motorówki, która te bojki miałaby w wodzie ustawić. Zapowiadało się na okropny zwrot akcji. 8.45 i brefing, organizatorzy rezygnuja z pływania. Wydaje im się to zbyt niebezpieczne, biorąc pod uwagę, że o 9 rano startuje supersprint na którym jest dużo nowicjuszy bez pianek.

A JA ??

Załamana. Zamiast zyskać w wodzie dzięki trudnym warunkom, mam mega dużo stracić moim słabym bieganiem. Nie raz przeszło mi przez myśl żeby to olać, zawsze mówiłam że jak zrobią z triathlonu, duathlon to ja nie startuje. Nie na to się pisałam. Triathlon to triathlon, trzy dyscypliny i koniec.

SZYBKO dostałam reprymendę od męża, żebym nie wymyślała. Żeby przestała zrzędzić jak stary malkontent i wzięła się w garść. Że jestem przygotowana i że mam stanąć na starcie i przestać zalewać tutaj internet płaczem i frustracją.

No i jak to się skończyło ?? :)

 

czas na START.

Stanęłam na starcie. Stanęłam z taką pokorą, że nie wiedziałam że posiadam jej takie pokłady w swoim ciele. Ustawiłam się grzecznie z tyłu, nie wiedziałam jak biec pierwszą część czyli 2.5 km biegania, które zafundowali nam zamiast 750 metrów pływania. Domyślałam się, żeby to zrobić ciupkę wolniej, niż planowałam pobiec końcowe 5 km. Próbowałam nastawić się pozytywnie. Wiedziałam, że będzie trudniej niż zawsze, bo moja najlepsza dyscyplina odpadła. Wiedziałam też że muszę się skupić i zrobić swoje. Wtedy nie ważne będzie miejsce. Będę tak czy siak zadowolona z siebie. Nie ważny będzie wynik tylko dobrze wykonana praca.

I z takim nastawieniem, nie patrząc na innych stanęłam na starcie żeby zrobić swoje. Bardzo przyjemne uczucie, polecam każdemu.

 

Wszystko było dziwne, stawanie na starcie w butach biegowych, moczenie stroju i głowy przed startem. Ogarnianie w głowie pierwszej strefy zmian. Człowiek rzucony w nieznane, czułam się totalnie nieswojo i jak… nie na triathlonie. Wybuch sygnału startowego, trach, wszyscy wystartowali jak z procy. Pędem przesuwali się do przodu. Patrzę na zegarek i biegnę 4.15 min/km. Wiem, że muszę zwolnić, żeby nie przesadzić, ale wszyscy tak prują do przodu, że aż głupio biec wolniej. Nogi pędzą za tłumem, ale powolutku je ogarniam i każe im biec SWOJE. Lecimy na 4.35 min/km, taki jest plan i ani sekundy szybciej. Zaczynamy oddalać się od pędzącego tłumu, mija pierwsze kółko a ja czekam aż reszta zacznie puchnąć. Niestety tak się nie staje. Wszyscy równo pędzą do przodu, przede mną biegnie kobieta, która ewidentnie się ściga i nie daje wyprzedzić. Nie szaleję lecę swoje, wiem co się wydarzy na rowerze.

DO strefy wbiegam chyba jako ostatnia kobieta. Po raz pierwszy widzę T1 tak zatłoczone, po raz pierwszy jestem w tak zatłoczonej strefie zmian. Zazwyczaj łapie swój rower wtedy kiedy wszystkie wieszaki są pełne, wybiegam w spokoju i bez tłumu. Tym razem napotkał mnie nawet korek na wybiegu ze strefy. Większości rowerów już nie było, a ja czułam dziwne emocje, że jest dużo do odrobienia, dużo do wyprzedzenia i trzeba będzie zasuwać.

 IMG-20181104-WA0001-01

ROWER, AH TEN ROWER.

 

Wsiadam na rower. Pomimo, że nie czuje się ostatnio mocna na rowerze, wiem że dam radę. Wsiadam ze spokojem i jadę ile sił w nogach. Nie mam pomiaru, nie mam tętna, lecę na samopoczuciu, a ono jest dobre. Oczywiście nie przyzwyczajona do skarpetek na nogach na rowerze podczas wsiadania trochę się motam z tym że przyklejają mi się do rzepów. Ale jestem na szosie więc czuje się pewnie i wiem że mogę się wiercić, zapinać i tarmosić.

Trasa rowerowa ma 6 kółek, czyli każda pętla ma trochę ponad 3 kilometry. Planuje liczyć, ale szybko o tym zapominam i patrzę raczej na licznik, przyczepiony taśmą izolacyjną do roweru ( zapomnieliśmy uchwytu do mojego garmina). Nie wiem jak to się stało, ale zanim się obejrzałam zbliżałam się do dziewczyny, która w strefie zmian wyglądała na potencjalną rywalkę i która była chyba jedyną dziewczyną która mi została do wyprzedzenia. Jedzie na czasówce, jedzie mocno więc nie wiem czy warto wyprzedzać w tych warunkach. Rower pojechałam mega taktycznie, chowałam się ile się dało z ludźmi zanim ich zdołałam wyprzedzić. Zawody były bez draftu trzeba więc było walczyć z wiatrem solo. Na szczęście spora liczba osób na krótkiej trasie pozwalała czasami choć przez parę sekund odpocząć. Mijałam kolejne osoby, miałam wrażenie że tak na prawdę cały czas wyprzedzam. Minęło mnie może z kilka facetów na czasówkach.

Traska była tam i z powrotem. W jedną stronę mieliśmy wiatr totalnie w twarz w druga stronę, byoa chyba z wiatrem. Miotało mną jak workiem ziemniaków, przesuwało rower. Co chwilę traciłam kontrolę. Na którymś z ostatnich kółek wiatr był już tak mocny, że zaczęłam się smiać na głos z tego co sie dzieje. Człowiek pedałuje z całych sił, a rower prawie się nie rusza do przodu. Miałam wrażenie, że ktoś przyczepił mi gumę do sztycy w rowerze i nie tylko wieje mi w twarz, ale coś jeszcze ewidentnie ciągnie mnie do tyłu. Wiatr i warunki były tak ekstremalne, że zamiast mnie frustrować zwyczajnie mnie rozśmieszały. Dojechałam do ostatniej dziewczyny w moim zasięgu, bo Carmen która była pierwszą kobietą wiedziałam że jest niedościgniona. Kobieta koń, bo inaczej o niej nie umiem powiedzieć. Jest tak mocna że skopała tyłek mojemu Rafałowi, z nią się nie ścigałam.

 

Rower poszedł przyzwoicie, ładna średnia jak na rower szosowy i te warunki pogodowe. Całość przejechałam w niecałe 35 minut z prędkością 33 km/h.  Poszło by zdecydowanie gorzej gdyby nie chłopak dziewczyny którą wyprzedziłam i która bezpośrednio się ze mną ścigała. Na szóstym kółku zaraz przed belką, Garmin pokazywał 19 kilometrów. Nie wiedziałam ile mam kółek za sobą, każda pętla miała około 3 kilometrów. Głowa wirowała, będzie 22 km czy 19 ?! Przed samym zejściem z roweru krzyknęłam do chłopaka (wtedy jeszcze myślałam że to jej trener) mojej rywalki, wiedziałam że może nie odpowiedzieć, ale też wiedziałam że jak już odpowie to na pewno mamy tyle samo pętli na swoim koncie. Po minimalnej pauzie chłopak odkrzyknął „SIX”.

Dziękuję. To jedyne słowa jakie mogą określić to co zrobił. Gdyby nie on, pojechałabym jeszcze jedno kółko, a jego kobieta wygrałaby ze mną i zajęła drugie miejsce. Widziałam na jego twarzy, że nie chciał mówić ile kółek mamy za sobą, widziałam że łamie się ze sobą żeby to zrobić, ale zrobił więc na mecie pierwsze co zrobiłam to podeszłam i szczerze podziękowałam. Nie wiem co bym zrobiła bez tego magicznego słowa „six”.

 

BIEG.

Zsiadam z roweru. T2 jest zdecydowanie mniej zatłoczone niż pierwsza strefa. mam plan an mocny bieg. Założenia są, ale wiatr wieje coraz mocniej, połowa trasy biegowej też jest pod wiatr. Plan jest na 4.35 min/km, ale w głowie myśli wirują zrób swoją robotę, nie patrz w tył. Biegnę we∂ług założeń. Pierwszy kilometr nogi są świeże, biegnie mi się dobrze. Powrót pod wiatr też nie wydaje się zbytnio wymagający. Biegnę, czuję się dobrze, biegnę w komforcie. Drugie kółko, biegnę tak samo ale tempo delikatnie spada. Na nawrotkach widzę dziewczynę którą wyprzedziłam na rowerze i która wiedziałam że może mi zagrozić, ale ona zamiast się zbliżać oddala się ode mnie. Widzę, że puchnie, z każdą kolejną nawrotką jest coraz dalej. Nie czuję więc presji na wynik, nie czuję presji na tempo, przerzucam myślenie na utrzymanie pozycji, a nie łapanie ostatkiem sił jak najlepszego wyniku. Jest coś we mnie takiego, gdy nie czuje oddechu na plecach, to zdecydowanie moje ciało wybiera bieg i działanie w strefie komfortu. Biegło mi się dobrze, na 3 kółku nawet przez chwilę pomyślałam jak niesamowicie  luźno mi się biegnie w takim tempie. Po nawrotce gdy wiatr zaczął wiać w twarz troszkę wysiłek dał się we znaki, ale nadal wiedziałam jak się nazywam. Ostatnia pętla, nie przyspieszam, nie ma nikogo za mną. kolejne dziewczyny są daleko za mną, biegnę mocno ale komfortowo. Odkąd stałam się mamą zawsze mam takie podejście na zawodach. Wolę zrobić to ciupkę wolniej nie zajeżdżając się, niż wypruć z siebie flaki a potem umierać przez cały dzień z ciągłym „Mamoooooo…”, „No mama……”, „Mamuś….”. Uśmiechnięta, szczęśliwa, że nie odpuściłam i dotarłam w takim komforcie wbiegłam na metę. Udało się wybiegać 23 minuty z hakiem, co dało mi tempo w okolicach 4.40 min/km. Jestem zadowolona, biorąc pod uwagę wiatr, który wiał przez całą imprezę.

IMG_20181108_230106_744

Takim oto sposobem, wpadłam na metę mojego pierwszego duathlonu po 1:12 minutach. Nasz start miał 2.5 biegu, 20 kilometrów roweru i 5 kilometrów biegu.

 

Nie taki diabeł straszny jak go malują. Duathlon też można przetrwać z uśmiechem na buzi.

IMG-20181104-WA0025-01

 

Polecam podejście z pokorą. Polecam skupić się na sobie, zrobić swoja robotę. Świat staje się od razu jakiś taki łatwiejszy. Nie ma co muszę, tylko jest co chcę. Jesteś tylko ty i twoje założenia, twoje marzenia i to co ty chcesz osiągnąć. A przecież nie ma nic lepszego niż sprostanie swoim marzeniom, założeniom i realizowanie swoich celów.

cof

 

Oddajcie się marzeniom. To idealny czas by POMYŚLEĆ co dalej chcemy ZROBIĆ ze sobą.

NIE TYLKO W SPORCIE ! ! !

 

 

Nie wiem jaki u Was jest zwyczaj, ale my naszym najwierniejszym kibicom zawsze serwujemy LODY. TAKIE NAJBARDZIEJ PRAWDZIWSZE JAKIE SĄ!

fptbty

A jak to na Cypr przystało sobie serwujemy wino i pyszny śródziemnomorski LUNCH !

IMG-20181104-WA0026-01


 

Biegająca Bio Mama.

Leave a Comment