STARTY TRIATHLON

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

ZŁOTA FALA i weekend pełen emocji za mną, a właściwie za nami. Bo był to mocno kobiecy weekend. o samej idei złotej fali myślę, że powinnam skleić osobny post, ale przez to że mój start był pełen ZŁOTO FALOWYCH emocji to tu tez coś o niej usłyszycie.

Swoją przygodę z i-sport, Złotą falą i Super League Triathlonem w Poznaniu, zaczęłam rok temu, kiedy to byłam ambasadorką tej imprezy. Jeśli chcecie więcej poczytać i idei, moich początkach w byciu ambasadorką, czy starcie w zeszłym roku to zapraszam:

tu —–> ZŁOTA FALA -IDEA

——–> START W POZNANIU – ZŁOTA FALA

Ten rok był jednak inny. Inny, bo na starcie stawałam nie tylko jako kobieta wspierająca projekt, ambasadorka, ale też kobieta która zaangażowała się w ten projekt. Emocje były więc potrójne, spotkanie z naszymi ambasadorkami jeszcze bardziej ekscytujące i cała impreza podwójnie ważna.

Po pierwsze trzeba powiedzieć, że babska rywalizacji jest na innym poziomie, jest czystsza, zawiera więcej uśmiechu i życzliwości i chociaż na prawdę się ścigamy, to robimy to z uśmiechem i słowem wsparcia.  Złota fala to start tylko dla kobiet, starujemy w fali przed facetami, co za tym idzie zero pralki w wodzie, same kobiety na linii startu, cisza i spokój w strefie i tak przez większość część trasy. Na bieganiu spotykamy się już z Panami, cześć kobiet spotyka się już na rowerze, ale myślę, że panowie na trasie rowerowej lub biegowej tylko mobilizują, sprawiają że więcej się dzieje i czas szybciej leci.

No ale złota fala to nie tylko start, przynajmniej nie dla nas. To tez spotkania z niesamowitymi kobietami, dziewczynami. To czas poznawania cudownych osób, to czas wspólnych piątek, rozmów i wsparcia. W zeszłym roku było nas kilkanaście, w tym roku podobnie, robi się więc nas coraz więcej. Tworzymy wspólnie swoją babską małą komitywę, w której jest dużo koloru, uśmiechu i wsparcia. Pisząc te zdania, nie da się w sumie opisać tych emocji. Jest ich dużo i są one przede wszystkim pozytywne. Weekend w poznaniu staje się weekendem po którym potrzeba sporego czasu żeby wrócić do normalnego funkcjonowania 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do mojego startu. Start był w sobotę w samo południe. Tzn o 11, ale przecież to prawie samo południe. Ciepło, totalna lampa, a ja z moja termoregulacją miałam największa rozkminę życia: Płynąć w piance, czy bez?

Wiem, że moje pływanie ostatnio słabo wypada i w sumie ma prawo bo od połowy kwietnia do tak na prawdę 2 tygodni przed poznaniem w wodzie byłam kilka razy. Sieraków, Okuninka, miesiąc od połowy maja miałam zawalone zatoki. Tym bardziej wiedziałam, że pianka na prawdę mi pomoże. Było jednak coś we mnie, co nie chciało jej założyć. Jakaś część mnie chciała poczuć luz, może to umieranie w Sierakowie, duszenie się w wodzie i ścisk sprawiło że nie chciałam jej zakładać. Co gorsza zarówno trener, jak i mądra głowa mąż nie chcieli słyszeć, ani zaakceptować opcji bez pianki. Z drugiej strony Fabisz namawiał do płynięcia bez. Nawet mieliśmy się zakładać, o jakieś głupoty, ale Fabisz długo nie chciał przystać na moje warunki. Dało mi to cudownego kopniaka jak wierzy w to że popłynę dobrze. Taka roztargniona stałam jeszcze i rozgrzewałam się w strefie startowej. Mózg mi już parował, bo wiedziałam że jaką decyzję bym nie podjęła, głowa będzie na nią narzekać. Jak popłynę w piance to będzie źle, bo za ciepło. Jak popłynę bez to będzie źle bo za wolno. Chwilę przed pomyślałam sobie, że jak Ula, faworytka dzisiejszego wyścigu popłynie bez to ja też. Co się wydarzyło? Ula przychodzi do strefy startowej bez pianki, a moja głowa już kipi nie wiedząc co robić.

Na 15 minut przed startem podjęłam decyzję, mądry trener wsparł i kazał wejść na chwilę do wody i się przepłynąć. Trach skok na główkę i przedzierałam się przez złote czepki i czarne pianki. Z wody wyskoczyłam już pewna swojej decyzji. To było to! Czułam luz w głowie i rękach, ciepłą wodę spływającą po ciele, ale nie gotowałam się, byłam wolna. Piankę szybciutko oddałam mężowi i poleciałam na linię startu. W zeszłym roku startowałam z pierwszej linii, w tym cofnęłam się o jedną, w końcu lecę bez pianki i nie w formie pływackiej.

 

START.

Kontrolowany, ale przede wszystkim z uśmiechem na buzi. Decyzja o zdjęciu pianki była chyba, najlepszą z możliwych tamtego dnia. Dało mi to jakiś niewyobrażalny luz psychiczny. Wskakujemy do wody, przez chwilkę zrobiło się gęsto dziewczyny pływają po sobie, ale w parę chwil wszystko się wyrównuje. Pewnie pierwsze 3-4 linie znalazły swoje miejsce i płyniemy juz każda swoim tempem. Oprócz pierwszych kilkudziesięciu- kilkuset metrów raczej nie byłam wyprzedzana, wszystko rozegrało się na początku. Wiedziałam, że płynę wolniej, płynęło mi się tez sporo ciężej niż w piance, to znaczy kosztowało mnie to więcej wysiłku, ciężej się nawigowało w szczególności że do pierwszej bojki płynęłyśmy pod falę. Niemniej jednak płynęło mi się cudownie, co prawda czas był o ponad 2 minuty gorszy z pływania niż w zeszłym roku. Ponadto z wody wyszłam jak na mnie wyjątkowo daleko, bo dopiero jako 7 kobieta, ale to jak bardzo się delektowałam tym pływaniem bez pianki i tą wolnością, było warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Wychodzę z wody, ktoś mi krzyczy jak zawsze która jestem, nie powiem, że się zdziwiłam ( oczywiście  myślałam że jednak jestem choć troszkę bliżej czołówki) Widzę moja rodzinkę i przyjaciół, leci wiec pierwszy potężny uśmiech. Szybciutko pędzę do strefy zmian, która cholera znowu jest pod górkę. Za mną bliziutko biegną dwie dziewczyny, jedna to niejaka Małgorzata, która wyprzedziła umierającą mnie na biegu, druga to Iga, wiem że mocno biega więc muszę uciekać.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Strefa bez pianki zajęła mi kilka sekund, czepek i okularki wrzuciłam do koszyka i w tej samej chwili założyłam kask i złapałam rower. Ze strefy wybiegam już piąta. Powiem szczerze, że byłam pewna że z wody byłam też piąta, ale sts-inaczej pokazuje, może to tylko czas 7-my a wyszłyśmy wszystkie przy sobie. Nie wiem, ciągnąc dalej wsiadam na rower i zaczynam jechać. Pomimo, że wiem że jest przede mną kilka dziewczyn jakoś się tym nie przejmuję. Jadę swoje i wiem, że będę je gonić.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Dzień wcześniej zasypiając już w łóżku słuchałam Ewel i Rafała jak rozmawiali o przygodach na trasach na poprzednich startach. Było ich mnóstwo, opowiadali jak to gubili bidony, jak ktoś się wracał po numer startowy, jak ktoś po bidon, jak któreś źle pojechało albo źle wybiegło. Leżę sobie i myślę, jak to możliwe mieć tyle przygód, „Ja NIGDY takich nie miałam”. Moje przygody ograniczają się do tych z zegarkiem, no ale to zrozumiałe w moim wykonaniu, bo jest mi on chyba po prostu troszkę zbędny na zawodach. No ale zdanie to wypowiedziane w głowie, napędziło tą turbinę ze wszechświata która uruchomiła: mówisz, że nigdy to będziesz miała swój pierwszy raz. Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja kiedy wymówię te słowa na głos, to dzieją się rzeczy dziwne i wszystko sprowadza się do tego żeby mi udowodnić, że to NIGDY właśnie się skończy.

W ten oto sposób mój rower był jedną wielką przygodą. Co prawdą zaczął się pięknie bo w tamta stronę moja predkość zały czas pokazywała ponad 40 km/h, nie chciało mi się wieżyć bo nogi nawet dobrze nie piekły, ale jechałam. Po jakiś pięciu kilometrach wielkie napisy na drodze, SLOW DOWN ! ! ! , NAWRÓT ! ! ! i jaskrawe strzałki pokazujące nawrotkę. No to hej przygodo,  nie widzę totalnie nikogo dookoła, śmierdzi mi to ale, jak byk jest napisane, że nawrotka, więc zawracam. Za chwilę po drugiej stronie ulicy wybiega do mnie jakiś strażak krzyczący nieprzyjemnie że co ja ******* robię ?!? Karze jechać prosto, kolejna nawrotka więc i wracam na trasę, kurna, zła jak osa jestem, mówiłaś że nie masz przygód, a tu proszę się zaczęło. W tym momencie wyprzedza mnie Ula, nawet nie byłam na to zła, bo wiedziałam, że na rowerze jest mocniejsza i i tak zrobiłaby to prędzej czy później. Pewnie, że wolałabym później, ale jest prędzej. Jadę dalej. Prawdziwa nawrotka była jeszcze ponad 5 kolejnych kilometrów dalej. Stało tam faktycznie sporo ludzi i chyba nawet jacyś sędziowie, a napisy najprawdopodobniej były pozostałością z trasy enduro, która startowała rano.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Jadę dalej, na nawrotce widziałam, jak zbliżam się do dziewczyn z przodu. Były w sumie 4, więc teraz dopiero jestem 5-ta. Było widać też dziewczyny za mną, trzymały się dosyć blisko, a może po prostu przybliżyły się przez moje gapiostwo ?? Nie ważne, po nawrotce poczułam, dlaczego jechało mi się tak dobrze. Wiatr walnął w twarz i prędkość pod górkę spadała nawet czasem poniżej 30 km/h. Wiedziałam, że tu muszę wycisnąć z siebie więcej, tak żeby zrobić sobie przewagę. W końcu te za mną są lepsze biegaczki.

1-wsza dziewczynę przede mną dogoniłam stosunkowo szybko. Wyprzedziłam ją, na nawrotce na drugie kółko, gdzie trasa zrobiła się techniczna i nie było mowy o ściganiu, odcięłam się tez od Pań, które jechały za mną, a 3-cią dziewuchę miałam już w zasięgu wzroku. Wiedziałam, że to kwestia czasu. Ale żeby nie było nudno, zaczęło mnie okropnie mdlić, zjedzony żel był prawie spowrotem w gardle, wiedziałam, że tak się dzieje jak jeżdżę z HR-em, który wpijając mi się pod stanikiem w przeponę stymuluje żołądek. I tak w połowie drugiego kółka zaczęłam się motać z HR-em, Najpierw nie mogłam go zsunąć na brzuch, potem odpadł mi czujnik, w końcu rozpięłam cały strój, który mi się zablokował i nie mogłam go zasunąć z powrotem, zerwałam cały pasek, wypadł mi czujnik i jechałam świecąc cyckami przez resztę trasy.

Z tego powodu sporo dłużej zajęło mi dogonienie 3-ciej dziewczyny, ale dopadłam ją wyprzedziłam i do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta. Karolina którą, wyprzedziłam na rowerze w zeszłym roku, nie biegała szybciej. W tym jednak mnie zaskoczyła i już na pierwszym kółku biegowy mnie dogoniła, wyprzedziła i mocno leciała przede mną. Próbowałam się trzymać, ale czułam że jest mocniejsza więc odpuściłam. Wiedziałam, że mam 2 biegaczki za sobą, które mogą jeszcze namieszać, a wolałam mieć siłę do końca niż wyrwać na początku a potem umierać.

Na nawrotce na pierwszej pętli, zobaczyłam jak owe biegaczki mają całkiem spory dystans do mnie, dzielił nas ponad kilometr, a co za tym idzie z 4 minuty różnicy w czasie. Takie endorfiny mnie dopadły, że przez kilometr leciałam na 4:30 🙂

Bieganie raczej było kontrolowane, z uśmiechem. podobno wyglądałam jakbym się w ogólne nie męczyła, ale co wycisnęłam z siebie to moje. Jeszcze dużo mi brakuje żeby nauczyć się biegać tak mocno jak to możliwe. Bieganie u mnie zawsze jest asekuracyjne i nigdy nie umiem doprowadzić się do sponiewierania. Nie umiem wycisnąć z siebie tego więcej, zawsze jestem w swoim komforcie. Jeszcze trochę czasu przede mną więc może kiedyś nauczę się tego.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Na metę wpadłam jako 4 OPEN, z czasem 2:24:57, najpierw myślałam, że urwałam minutkę od zeszłorocznego czasu, ale kiedy zorientowałam się że były to 3, świat stał się na prawdę piękny 🙂

Wpadłam szczęśliwa, że wybroniłam wysokie miejsce OPEN, że pomimo tych perypetii zdrowotnych na początku sezonu, wszystko się wyklarowało, czułam jakąkolwiek moc i siłę i brnęłam do przodu. Wpadłam szczęśliwa, przede wszystkim bo ten start sprawił mi na prawdę ogromną przyjemność, a o to mi najbardziej chodziło.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

NOWA ŻYCIÓWKA, całkiem niezłe bieganie, MASA PRZYJACIÓŁ, ZNAJOMYCH, KIBICÓW na mecie i na trasie dodawała energii i radości.

 

To był na prawdę udany start. I kiedy tak na spokojnie po wszystkim usiadłam z mężem i gadaliśmy o zawodach, zapytał: ” I co nie żałujesz, że nie założyłaś pianki, pewnie byłabyś 3-cia, bo popłynęłabyś te 2 minuty szybciej?”

Na mecie nie przeszło mi to nawet przez myśl. A dziś zrobiłabym dokładnie to samo, jeśli te 2 minuty miały mi dać tyle radości i swobody jaką czułam, to były warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

 

Do zobaczenia na kolejnych startach.

 

Bio Mama.

 

 

Leave a Comment