Bez kategorii STARTY TRIATHLON

Wtórpol Triathlon, Triathlon Kraśnik i Castle Triathlon Malbork –

ZAWSZE W NIEDOCZASIE.

 

Nie wiem czy z niecierpliwością po każdym starcie czekacie na relację, czy w ogólne Was one nie interesują. Wiem jednak, że coraz ciężej mi się je pisze, bo przecież ileż można pisać o tym jak mi poszło, jakie były moje odczucia, przeczucia. Po co tam jechałam, dla fun-u i zabawy, czy po pierwsze miejsce.

Tym cieżej mi się pisze kiedy to cały czas jesteśmy w rozjazdach, spędzamy czas z dzieciakami, albo wracamy do domu na chwilę, głównie po to żeby podlać kwiatki i się przepakować. To lato było na prawdę intensywne, jak nie starty i wyjazdy, to cały czas był ktoś u nas. Myślę, że zrobiliśmy więcej kilometrów niż kamperowcy, a wszystko to z dzieciakami pod pachą. Stąd moje zagubienie w sferze bloga.

Na prawdę ciągnąc kilka srok za ogon totalnie nie umiem sobie z priorytezować pisania. Mam momenty wahania czy w ogóle ktoś tu jeszcze jest. Potem wiem że jesteście, ale czy chcecie o tym akurat słyszeć. I tak w kółko czasu brak, a zaległości robią się tak duże, że po miesiącu czasami nie warto w ogóle wracać do tych chwil i przemyśleń. Bo przecież świat idzie dalej, a moje teksty zaczynają się i nigdy nie mają czasu się skończyć.

TRIATHLONY – STARTY

Każdy z tych startów był inny, towarzyszyły mu inne emocje, była inna pogoda, kto iny je organizował. Może, więc nie wypada wsadzać ich do jednego wora, ale chce o nich napisać, inaczej niż zwykle i zaoszczędzić Wam zbędnego czytania, bo pewnie tez zawsze jesteście w NIEDOCZASIE.

WTÓRPOL TRIATHLON – Skarżysko-Kamienna

 

 

To był jeden z niewielu triathlonów na który jechałam po coś konkretnego, po konkretne miejsce, po pierwszą trójkę i fajną nagrodę pieniężną.

Start był tydzień po Super League Triathlon w Poznaniu. Tydzień po jednym z najważniejszych startów w sezonie, nie liczyłam więc na jakiś magiczny wzrost formy, w szczególności, że w Poznaniu padła życiówka. Skarżyska w ogólne nie brałam pod uwagę planując sezon. Tym bardziej, że mój Rafik miał w planach start, a jak on startuje to ja pilnuje dzieci.

Tym razem było jednak inaczej. Zapisałam się 3 dni przed startem, uprzednio sprawdzając listy startowe. Maria Cześnik, nasz była olimpijka, i Petters Klaudia bodajże, nasza PRO-ska. Poza nimi jedna kobieta na podobnym poziomie co ja. Trochę wysiłku i jestem 3-cia, a co za tym idzie fajna kasa w kieszeni. W czwartek przed zawodami niestety na instagramie Monika Chodyna wrzuciła post, że zmierza na spontaniczny start. Moje przeczucia były prawidłowe, wiedziałam, że zobaczymy się na starcie, pewnie tak samo jak ja jechała po nagrodę, szkoda tylko, że zapisała się chwilę po mnie ! Ha ha.

Cały misterny plan legł w gruzach. Ostatecznie w ogólne nie chciało mi się startować. Aura nie pomagała, poranny deszcz, zimno, wróciły wspomnienia z Kraśnika z Mistrzostw Polski sprzed roku. Skoro jednak powiedziałam A, to powiem też B i C i D … Wystartowałam. Nie miałam szczęścia do pływania w tym roku, a to w Skarzysku tylko potwierdziło moją passę. Woda była przerażająca, po raz pierwszy zostałam wciągnieta pod wodę. Jakieś dziewczyna złapała mnie za ramię i ściągnęła za siebie. Najgorsze było to, że Ci ludzie wcale szybko nie płynęli, poniewierali mną, wpływali na mnie i łapali za każdą kończynę. A kiedy ja zaczęłam machać rękoma wyprzedzałam ich o długość ciała.

Uratował mnie Kola, nasz przyajciel, który dosłownie zatrzymał siebie i wszystkich za sobą i pozwolił mi zacząć normalnie płynąć. Po tych przeżyciach uciekłam zupełnie na prawą stronę trzymając dystans około 10 metrów od wszystkich pływaków. Byłam wściekła, rozumiałam te wszytskie osoby które łapią traumy w wodzie podczas startów. Nikomu nie życzę takich doświadczeń. Potem było juz z górki. Rower pojechałam zajebiście, 2-gi czas wśród kobiet, zaraz za Marią Cześnik. Wyprzedziłam Klaudię Petters, i zrobiłam lepszy czas niż Monika. Pomimo, że lał deszcz i wiał niemiłosiernie wiatr, rower bardzo mi się podobał. Były podjazdy zjazdy, cały czas się coś działo. Była też chwila grozy, kiedy straciłam panowanie nad rowerem. Podczas mocnego podmuchu na śliskiej jezdni rower zaczął mi myszkować,  a ja zobaczyłam siebie na pobliskim płocie, ale na szczęście wyciągnęłam się z tego i dotarłam prawie szczęśliwe do strefy. Prawie, bo na belce spadłam z roweru.  Przeceniłam swoją prędkość w tych warunkach i niestety rower został na belce a ja poleciałam do przodu. Nic się jednak nie stało, szybko wróciłam po rower i poleciałam dalej. Bieganie było wyjątkowe. Po pierwsze super mi się biegło. Przez pierwsze 5 kilometrów biegłam w niesamowitym komforcie, w całkiem dobrym tempie przez las. Po drugie na drugim kółku wyszłam totalnie poza swoją strefę komfortu, lecąc ostatnie 3 kilometry na 4:30 min/km, uciekając przed kobietą którą miałam na plecach. Najpierw oczywiście musiałam stoczyć walkę ze swoim mózgiem, ale po kilku mocnych słowach i przekleństwach w jego kierunku, nogi w bólu z każdym metrem przyspieszały.

Czy warto było ? JASNE ostatecznie byłam 1-wsza w swojej kategorii, wygrałam tylko i aż 600 zł, nie dostałam się na mocno obstawione podium OPEN, ale start był bardzo udany. Cóż więcej można chcieć niż dać z siebie wszystko i zgarnąć chociaż te kilka stówek 🙂

Strefa finiszera w Skarżysku, to był raj dla zmęczonego ciała i .... brzucha :) Nigdy nie widziałam tak pysznie i obficie obsadzonej strefy. Było wszystko to co wszędzie w nieograniczonej ilości, ale była też lemoniada naturalna, tort, ciasta, jagodzianki. Była kawa, dobre jedzenie, na które wyjątkowo mieliśmy ochotę. Było też słońce które ogrzewało nas podczas ceremonii wręczania nagród. Taka najsmaczniejsza z możliwych wisienka na torcie.
Ponadto wszystkie zdjęcia FREE, wszystkie dostępne z DATASPORT w dużej rozdzielczości. Fajne są takie małe gesty które, za które wiemy że płacimy <3

 

TRIATHLON KRAŚNIK 2019

 

To kolejny spontaniczny start. to też start do którego mam chyba największy sentyment. To mój pierwszy start w Polsce, mój pierwszy start po urodzeniu Zosi i Stasia. To super, rodzinna impreza, cudowna atmosfera i sami swoi. Jesteśmy tam co roku od 5 lat. I aż zal było mi pomysleć, że w tym roku mogłoby mnie nie być.

W tym roku było inaczej. Kraśnik słynie z tego, że zawody są rozgrywane w konwencji z draftem. W zeszłym roku były tam Mistrzostwa Polski na dystansie olimpijskim i rozgorzałe rozmowy doprowadziły do tego, że dozwolone były czasówki, ale zabroniony był drafting. W tym roku organizatorzy chcieli wrócić do korzeni, czyli rozegrać zawody w takiej konwencji w jakiej olimpijka powinna być rozgrywana, czyli z draftem. Internet jednak jest okrutny i polemiki jakie powstały wokół organizatorów, sprawiły, że została podjęta decyzja: „Zawody z draftem, ale bez czasówek”.

Tutaj zaczął się problem dla mnie. Moja szosa grzeje się od kilku lat na Cyprze. W Polsce mam tylko ARGONA, czyli czasówkę. Nie chciałam pożyczać roweru od bliskich mi osób, bo na zawodach nie dbam o sprzęt. Nie myślę o tym czy go porysuję, czy mi upadnie, ma być szybko i tyle. Start był coraz bliżej, moje chęci na udział w nim coraz większe więc zaczęłam działać.

Najpierw przeprowadziłam rozmowy z organizatorem czy ewentualnie im uda się cos dla mnie ogarnąć. Maja kilka zaprzyjaźnionych sklepów. W między czasie jednak napisałam do LIV Polska. Nie powiem, że taki LiV-ek nie byłby spełnieniem marzeń. Od wielu lat patrze się na te rowerki z zachwytem. Oczywiście żeby nie było za łatwo, osoba za to odpowiedzialna była na wakacjach. Rowerku żadnego testowego nie było. Ale rozmowy szybo przeistoczyły się w czyny. I w sumie z niecały tydzień doleciał do mnie nowiuteńki LIV, czarny, elegancki i zupełnie inny niż moje wszystkie rowery. Zakochałam się.

Czasu na jego ustawienie i złożenie nie mieliśmy za dużo. Na szczęście z pomącą przyszedł, mój mąż i nasz rowerowy kumpel Mati. Chłopaki spędzili pół nocy żeby rozgryźć jak złożyć przerzutki, ponaciągać linki, ustawić je tak żeby chodziły cichuteńko, szybko i idealnie. Na 2 dni przed startem zrobiłam sobie króciutki rozjazd, żeby jako tako ustawić rower. Nie powiem, że nie było to ciężkie zadanie, jeżdżąc przez ostatnie 4 miesiące tylko na czasówce, nie mogłam się oprzeć żeby wymusić w sobie pozycję jak najbardziej zbliżoną do tej jaką mam na rowerze czasowym.

Start sam w sobie był IDEALNY. Płynęło mi się niesamowicie, po prawie całym sezonie niekończącej się walki w wodzie, w Kraśniku wszystko to odpuściło. Najszybsza grupa odpłynęła, ja zostałam kawałek za nią i tam przez 1500 metrów płynęłam zupełnie sama, w swoim tempie, na luzie, z luźną głową. To było to. Rower, jak to na LIV-a przystało poszedł znakomicie. Wiało dość mocno, co na szosie można było bardzo mocno odczuć jadąc samej, na szczęście zawody były w konwencji z draftem, a co za tym idzie współpraca i pociągi. Pierwsze kółko zrobiłam praktycznie sama, tak to jest cholera jak się za szybko z wody wychodzi. Na drugim doleciała do mnie pociąg, chyba najszybszy pociąg na tych zawodach, z moim mężem na czele.

Chłopaki pozwolili się dołączyć i tak przez kolejne dwa kółka pędziłam razem z nimi. Ich tempo, zrywy po nawrotkach na prawdę były przeze mnie prawie nie osiągalne, a jednak trzymałam się i nie chciałam odpuścić. Zmusili mnie do pedałowania czasami nawet ponad 300 WATT, a średnie Watt-y jakie mi wyszły z całego startu dochodziły prawie pod 200, czyli były sporo wyższe niż kiedykolwiek na innych zawodach. Dostałam w dupę, ale tak pozytywnie, wyprzedziłam wszystkie możliwe kobiety, choć była tam tylko jedna szybsza pływaczka. Ostatnie kółko niestety intercity odjechało, moje nogi fizycznie były totalnie zajechane i nie dały rady utrzymać rwanego ostatniego kółka. I tak bardzo im dziękuję za mega współpracę, a satysfakcja, że wiekszą część wyścigu jechałam z mężem który zazwyczaj wyprzedza mnie jak pendolino, zostanie w e mnie na długo.

Biegani trzeba było utrzymać. Trzeba było więc utrzymałam. Nie było tam żadnych przypływów nadprzyrodzonych sił, raczej na 8-mym kilometrze totalnie mnie odcinało i chyba mocny rower dawał się we znaki, ale satysfakcja pozwoliło dobiec na metę mniej więcej tak jakie były założenia.

Kraśnik po enty był NIEZWYKŁY. Po raz drugi też stanęłam na pierwszym stopniu podium OPEN. Po raz drugi w swoim życiu, na mecie złapałam ta szarfę i podniosłam ja nad głowę. Te emocje są na prawdę warte każdej przepracowanej godziny na treningu. Oby więcej takich!

Muszę też niezmiernie podziękować firmie LIV Polska, bo bez nich ten start byłby NIEMOŻLIWY <3 Rower spisał się jak marzenie !

CASTLE TRIATHLON MALBORK 2019

 

Malbork był trochę jak takie wiadro zimnej wody. Ten sezon serio brałam z przymkniętymi oczami. Treningi były totalnie rozklepane, raz w totalnym reżimie, raz w totalnym chaosie. Oczywiście nie przez trenera, ale przez samą siebie. Tym bardziej dziękuję, że Adam z <platforma treningowa i-Sport> się nie poddał i nie kopnął mnie w tyłek. Taki miałam sezon takie podejście. Potrzebowałam tego luzu, nie chciałam wpadać w reżim treningowy, ale ambicje miałam.

Najszybciej pisząc i tak wystarczająco długo prześlizgiwałam się z fajnymi wynikami przez ten sezon. Co prawda padła tylko jedna życiówka, ale właśnie wtedy kiedy najbardziej jej chciałam. Dlatego Malbork pomimo udanego startu, prze cudownej atmosfery, bo jak wiecie starty w towarzystwie są zdecydowanie fajniejsze niż te solo, to dostałam w dupę psychicznie. Trochę, bo długo to nie trwało, ale szczęście na mecie musiałam sobie sama wcisnąć do głowy.

Start ogólnie bardzo pozytywny, mocna obsada, Gosia Otworowska i Ola z GVT, czyli nasze Polskie konie. Ponadto startowała też kolejna mocna zawodniczka, z którą nie raz spotkałam się w zeszłym roku. Wiedziałam, że na miejsce OPEN nie mam szans, a jednak ambicje miałam żeby zorbić to szybciej, mocniej niż w zesżłym roku. Woda fajna, szkoda że start falowy nie był do końca falowy tylko zrobione było wąskie gardło, bo przy wejściu do wody dostawało się łokciami od innych nadgorliwych zawodników. W wodzie jednak to wszystko sie rozmyło i płynęło się przyjemnie. Zresztą tak jak zawsze w Malborku. Wdech ZAMEK, wdech ZAMEK, takich widoków raczej nie znajdziecie nigdzie indziej!

Rower bajka, ale tylko w jedną stronę. Czułam taki GAZ, taką siłę, a Watty i prędkość tylko to potwierdzały. Niestety w policzek dostałam po nawrotce. Piękna średnia powyżej 37 km/h cały czas powolutku malała. Dostaliśmy wiatr w twarz i pomimo że przed startem wydawało się, że wiatru nie ma. Czaił się skubany gdzieś na trasie. Pomimo to, rower jak zwykle, 36km/h utrzymane, świeżość zachowana, ale mały niesmak że z powrotem tak ciężko i tak sporo wolniej niż w tamtą stronę. SERIO miałam wrażenie, że w końcu utrzymam tą prędkość powyżej 37. Ale jeszcze nie tym razem.

Bieganie, też niby było spoko. Pobiegłam szybciej niż w zeszłym roku, rower też pojechałam trochę mocniej. Pływanie było tylko wolniejsze ale to o pare sekund. Końcowy wynik jednak był wolniejszy o minutę. I weź tu teraz wytłumacz swojej głowie, że strefy zmian były sporo dłuższe, bo praktycznie 2 minuty więcej tam spędziłam. Że wcale nie było tak źle. Niestety w momencie przekraczania mety nie da się. Przynajmniej nie u mnie.

Teraz z perspektywy czasu, cieszę się, że takie wiadro zimnej wody wylało mi się na głowę. Cieszę się bo, choć emocji nie ma juz we mnie to wspomnienia o nich jak najbardziej TAK. A co za tym idzie, kiedy nie będzie mi się chciało, zrobic tych interwałów, tego treningu CORE przez zimę. Nie będzie mi się chciało siadać na ten trenażer, albo wychodzić na dwór pojeździć bo słaba pogoda. To wrócę sobie w mojej blond głowie do tego startu i jeszcze raz przemyślę i przewartościuję sobie to czego tak na prawdę chcę.

Jeżeli szukasz luzu, to daj go sobie też na mecie, a nie tylko na treningach. Jeżeli zależy ci jednak, na tych cyferkach, polepszaniu się i na kolejnych małych kroczkach w kierunku bycia silniejszym sportowcem to pokaż to też na treningach i nie odpuszczaj gdy jest ciężej, albo auro nie do końca sprzyja.

 

Teraz cieszę się, że nie przez cały sezon się tak łatwo prześlizgnęłam. Cieszę się, że były lepsze i gorsze momenty, bo to właśnie one dokładnie pokazały mi czego chcę, jakie mam wyniki przy danym zaangażowaniu i czy robie to wszystko wber sobie czy w zgodzie ze sobą.

Oby kolejny sezon był tak pozytywny jak ten.

Nie idealny.

Indywidualny, ale mój.

 

Bio Mama…..

P.S. Żeby nie było, pod koniec października startujemy jeszcze na Cyprze, ale tam SERIO SERIO muszę sobie głowę wyczyścić przed, bo ostatnio było mocno zdrowotnie w moim życiu, a nie treningowo :p

 

Leave a Comment