SPORT TRIATHLON

Zderzenie z kolarstwem.

Powiedziałabym w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie będę przedłużać napisze krótko.

Gran Prix Amatorów na Szosie. Zaczęło się fajnie. Pojechaliśmy, wyjątkowo bez dzieci, bo długo i daleko, bez możliwości kibicowania. Dziwnie… nie trzeba było, najpierw zakładać pianki żeby się zmęczyć. Nie wiadomo było jak się rozgrzewać, czy w ogóle czy peleton się rozgrzeje na trasie i na początku będzie spokojnie.


Nigdy nie startowałam w tego typu wyścigach. Nie jednoznacznie powiedziane reguły jeśli chodzi o start w danych grupach, ale za namową koleżanki która juz tam startowała i trenera. Wystartowałam w pierwszej grupie z samymi facetami. Poza tym wyścig organizowany przez „Rajdy dla Frajdy” więc wydawało mi się że tylko z przodu będzie ‚kolarsko, będzie ściganie, a ja właśnie to chciałam poczuć na własnej skórze’


No i można by pytać czy dobrze zrobiłam, czy nie za mocna grupa, czy nie za duże ambicje i zamiary. Nie będę się jednak zadręczać. Wystartowałam z mocnymi facetami. Plan był żeby dojechać nimi do bufetu i ew dołączyć do drugiej grupy, jak będzie za mocno.

Początkej jechało sie świetnie. Mocno rwane, przyspieszenia i watty jakich nigdy nie kręciłam, ale spodziewałam się mocniej i jeszcze bardziej rwanej jazdy więc się mile zaskoczyłam. Jechało sie cudownie przez 40 minut, trzymałam się z tyłu grupy w komforcie. Po którejś chopce chciałam dopompować na stojąco do panów (wcale cholera jasna nie zostając w tyle) i ……
Niestety za niska przerzutka, za szybko, z górki, a ja podniosłam dupę z siodła i……


Walnęłam, jak to na Garminie sprawdziłam przy 44 km/h z impetem o asfalt. Jechałam tak sobie na nim kilka dobrych metrów chroniąc to co mogę chronić, wyginając się tak żeby jak najmniej skóry było do wymiany. Upadłam bardzo świadomie, bo zanim trzasnęłam o asfalt rower wił węża przez kilka dobrych chwil.
Telefon do organizatorów, cisza, ale jechał samochód z fotografem i ogranizatorem. Zatrzymałam ich, starali się pomóc. Chciałam sie jakoś zaopatrzyć ale w aucie nic nie było. Myślałam, że rower totalnie do wymiany, że tylna przerzutka zgięta, wybiło ja zupełnie do tyłu. Mechanik ze mnie żaden więc rower chwile później już lądował na dachu samochodu, ale nie moglismy go zapiąc więc poszarpaliśmy się z łańcuchem przerzutka wskoczyła na miejsca i hasło: „Rower działa” . SERIO ?


I co teraz, miało byc 110 km fajnego mocnego treningu, a ma się skończy po 20? Głowa paliła mi się od myśli, pytam czy na bufecie mnie opatrzą ? Słyszę, że tak wsiadam na rower i próbuje gonić 3 grupę która chwilę temu koło mnie przejechała. Dogoniłam, wyprzedziłam, poprowadziłam. Zaczęły się górki peleton się cały rozjechał. Na którejś kolejnej górce słysze jak mi coś odpada od roweru, odwracam się widzę lampkę. No dobra po lampkę może bym się nie wróciła, ale odwracając się zwiało mi okulary z twarzy. Zawracam się, kolejny raz musze gonić część grupy, kolejny raz dochodzę do nich. Proszę żeby ktoś z GPS em jechał koło mnie bo nie wiem gdzie jechać, gdzie bufet i ile jeszcze zostało. Garmin został chyba w aucie organizatora. Mam już dość rany bolą mnie jak cholera, w szczególności że wieje na nie wiatr, spływa pot i słońce praży. Ale słyszę że za 5 km będzie bufet. Jedziemy.


Dojechałam zamiast złapać coś do jedzenia, próbowałam się sama opatrzeć. Wody utlenionej brak, czegokolwiek do odkarzenia brak, tylko plaster i bandaż. Został ze mną Konrad, kumpel z którym startowaliśmy <dziekuję> Zawiązał bandaż, pomógł ze wszystkim. Ruszyliśmy razem kilkanaście minut za wszystkich próbowaliśmy gonić. Po kilkudziesięciu kilometrach doszliśmy znowu ta samą grupę, którą wyprzedzałam już 2 razy.

Zaczeły się górki, a ja nic nie jedząc praktycznie przez pierwsze 1,5 h złapałam bombę. Wciągnełam 2 żele na zapas. GAMOŃ. I wten sposób ani z bomby nie wyszłam, a jeszcze brzuch mi się zakleił i dalej nic nie przyjmował.

Od 80 kilometra walczyłam, żeby nie stanąć. Wszystko mnie bolało, siły nie było żadnej, zaczęli do mnie dojeżdżczać ludzie których wyprzedziłam juz kilka razy. Na szczęście dojechał empatyczny facet, z którym sobie pogadaliśmy po współczół, powiedziałam, że limit na złe rzeczy już wyczerpałam i mam zasuwać. Trochę odpoczęłam z 10 kilometrów wlokłam się jak ślimak, ale na ostatnich 10 kilometrach gdzie pokazały się krótkie mega sztywne podjazdy odzyskałam siły, brzuch się troszkę uspokoił i zaczął przyjmować chociaż izo.

Ostatecznie dojechałam jako 4 dziewczyna. Liczyłam, ze jeszcze może dogonie jepo drodze, ale na koniec Konrad powiedział mi że wystartowaliśmy za ich peletonem ponad 15 minut więc nie było szans.

Z jednej strony jestem dumna że nie wsiadłam do auta i dojechałam, robiąc mocny trening. Z drugiej strony, smutna, dojechana pod każdym względem, obolała i sama nie wiem co….

  • Wściekła na siebie za nadgorliwość?
  • Że za bardzo chciałam?
  • Że pierwszy taki start i zamiast z pokorą to z jakimiś ambicjami poleciałam na start z facetami ?

Wczoraj cały dzień zwijałam się z bólu, nie mogłam ruszyć żadną częścią ciała. Dzisiaj zaczynam funkcjonować, rany sa zaklejone wszelkimi pomocami o których mi dobre duszki powiedziały. DZIEKUJĘ.

Szkoda stroju, szkoda roweru, szkoda zdrowia. TO NIE BYŁO TEGO WARTE. Biodro, przedramię, bark i kolano do wymiany.

Jak na ta prędkość, jak na ten upadek to serio walnęłam chyba jak baletnica, bo mogło się to skończyć na prawdę tragicznie ! Przy czym start był w otwartym ruchu więc tym bardziej tragicznie 🙁

NIE bierzcie ze mnie przykładu, startujcie z pokorą i niech moja lekcja będzie tez lekcją dla Was 🙂

Najsmutniejsze jest to, że mój domowy KOŃ —–> czyli mój mąż @rafał korulczyk zamiast celebrować 3 MIEJSCE wśród na prawdę wyżyłowanych fajnych kolarzy, martwił się o pocharataną żonę 🙁

<3 DLATEGO POGRATULUJCIE MU CHOCIAŻ WY. <3

Do mnie trafia nagroda specjalna za CHART DUCHA i dojechanie do Mety w tym stanie !

Rowerek od Liv Polska nie jest skasowany, dojechał do mety i spisał się na medal.

Dziękuje reszcie co mnie wspierają nawet w takich głupich poczynaniach jak te !

Liv Polska <> Sklep BIegacza <> NIKE <> CEP Polska <> TYR Polska <> Eko Farma Świetokrzyska <> i trener „Fabisz” Marcina z TRIWAWA <3

CZAS LECZY RANY

#wyścig #kolarstwo #szlif #biomama #dietetyk #kobietawsporcie

Leave a Comment