Kategoria: LIFESTYLE

Pocztówki z Wakacji.

PODRÓŻE SPORT WYJAZDY

Pocztówki z Wakacji.

To nie jest post w którym będę dużo pisać i Wam opowiadać.

W zamian zabiorę WAS na Cypr. Bo skoro zorganizowaliśmy tam kilka turnusów obozów kolarskich i triathlonowych, to wypada Wam trochę pokazać jak to wyglądało od podszewki 🙂

I pomimo, że nasz ostatni obóz wspólnie z marką i-Sport w który byliśmy zaangażowani organizacyjnie musiał zostać przełożony, to dwa turnusy się kolarskie się odbyły i jeszcze długo będziemy je wspominać.

Na Cyprze mieliśmy zostać praktycznie do połowy kwietnia, niestety sytuacja na świecie zmusiła nas żeby wrócić do domu. Kilka dni nerwówki, podejmowania trudnych decyzji. Nie tylko tych związanych z powrotem, ale też z przełożeniem czy nie kolejnego obozu dały nam trochę do wiwatu.

Do końca nie byliśmy pewni czy ruchy które wykonujemy, są dobre. Teraz z perspektywy czasu wszystko nie mogło się potoczyć lepiej, to co wydawało się trudne i ciężkie okazało się bezpiecznymi rozwiązaniami dla nas i dla naszych zawodników.

Teraz siedząc na obowiązkowej kwarantannie (wróciliśmy do kraju po zamknięciu granic, więc zostaliśmy na nią skierowani automatycznie, nie z powodu choroby czy kontaktu z osobami chorymi) żyjemy wspomnieniami. A ja od kilku wieczorów siedzie na komputerze i przewijam zdjęcia, obrabiam i wysyłam do naszych zawodników w pierwszych turnusów.

JAK NAM MINĄŁ KRÓTKI, ALE INTENSYWNY CZAS NA CYPRZE ?

Mieliśmy być półtora miesiąca na wyspie wróciliśmy po ponad 2 tygodniach. 2 turnusy ponad 40 osób które wspólnie z nami i chłopakami z Na Osi-kolarska przestrzeń przemierzali wyspę wzdłuż i w szerz.  Jaka była nasza rola ? Byliśmy przewodnikami, pomagaliśmy w organizacji czasu całej ekipie na miejscu, rysowaliśmy traski, opiekowaliśmy się grupami rowerowymi i dbaliśmy żeby każdemu było dobrze na mojej rodzinnej wyspie.

Czy się udało?

Mam nie tylko nadzieję, ale też poczucie że faktycznie tak było. Komentarze zarówno trenerów i dietetyka z Na Osi, oraz ich wszystkich zawodników, dają nam do zrozumienia, że to były na prawdę fajne 2 tygodnie. I jeszcze nie raz spotkamy się wspólnie na wyspie !

<3 STAY TUNED <3

A teraz po-skrolujcie na dól, udostępnijcie na Facebooku i pokażcie światu jaki piękny jest Cypr i jak zacną ekipą jest drużyna Na Osi – kolarska przestrzeń.

 

 

 

SEE YOU NEXT TIME ! <3 <3 <3

Bio Mama.

od CHOACHA do DIETETYKA

CODZIENNOŚĆ DIETA POLECANE PORADY

od CHOACHA do DIETETYKA

Coaching to ostatnimi czasy bardzo popularne słowo, często nie rozumiane przez zwykłego szarego nie-korporacyjnego człowieka, który nie do końca nadąża za obecnymi trendami. Coaching jest kluczem do sukcesu w wielkich korporacjach w kręgach menedżerskich, jest tam popularny i wszechobecny. Jednak etiologia tego słowa zazwyczaj nie jest znana zwykłemu Kowalskiemu, takiemu chociażby ja ja, a co za tym idzie nikt tak naprawdę nie wie kim on jest czym się zajmuje i na czym ten coaching polega.

Sama długo nie mogłam pojąć jak ktoś może potrzebować coacha i co on może wnieść do naszego życia. Takiego zwykłego, zazwyczaj mającego swoją mała firmę, działającego na własną rękę, albo chodzącego do normalnej pracy, nie wielkomiejskiego człowieka muszącego stawiać czoła korporacyjnym wyzwaniom.

ANO wbrew pozorom bardzo dużo. Dobry coach to nie tylko osoba która pomaga nam znaleźć drogę ale to też mentor, psycholog i motywator. A sam coaching to nic innego jak forma edukacji nas samych. Narzędzie dzięki któremu możemy znaleźć swoją drogę.

Coaching działa troszkę jak sitko do którego wpuszczamy wszystkie nasze chaotyczne myśli i dzięki jego narzędziom, ćwiczeniom i rozmowie z tego sita wypływają tylko konkretne, sprecyzowane idee.

Jak ja wpadłam w ręce coacha?

Krótko mówiąc kiedy energia jest rozproszona na wiele różnych czynności czujemy że stoimy w miejscu i nie posuwamy się w żadnym kierunku. W sumie nie tylko myślimy, że tak jest ale tak faktycznie jest.  Pomimo że wydaje nam się że tak dużo działamy, tak było w moim przypadku, to nie czujemy zupełnie żadnego postępu.

Najpierw własna firma, potem pomaganie w męża w firmie, do tego odrzuciliśmy triathlon. Pierwsze ciąża, założenie bloga, druga ciąża i początki współpracy około triathlonowych. Niby robiłam tak wiele, a wydawało mi się że nie robię tak na prawdę nic konkretnego. Permanentnie byłam załata, robiłam wiele rzeczy na raz i zupełnie nie ogarniałam mojego eko systemu.  Dużo tematów napoczętych ale w żadnym z nich zero konkretów, zero planu działania i ciągłe przerzucanie energii z jednego miejsca na drugie.

Wtedy wpadła w moje ręce Lucy. Pani psycholog, zajmująca się szeroko pojętym coachingiem. Namówiłam ją do indywidualnej współpracy. Potrzebowałam mentora, ale też motywatora który przy regularnej pracy wywoła u mnie porządek i systematyczność. Kogoś kto nie koniecznie powie mi co mam robić, ale da narzędzia i pokieruje tak żebym umiała sama podjąć na czym mi zależy, jak chce działać i co tak an prawdę jest dla mnie ważne.

Chciałam dowiedzieć się jak znaleźć swoją drogę. Współpracę rozpoczęłyśmy na początku lata. Dwie mamy, każda pracująca na swój sposób i trenująca. Lucyna była tez na etapie ogromnych zmian w życiu, ja w totalnym chaosie naszych wakacyjnych startów rozjazdów i cięgle poza domem. Nie zawsze więc ta współpraca idealnie nam się układała w czasie ( głównie z mojego powodu 🙂 ), ale coś się zaczęło i był to niesamowicie ogromny bodziec dla mnie.

Narzędzia jakie od niej otrzymałam zaczynały powoli przesiewać chaotyczne myśli i natłok pomysłów, a zamieniały się w coraz to węższe bardziej specyficzne i konkretne cele. Zobaczyłam światełko w tunelu, zobaczyłam że po raz pierwszy chcę zrobić coś od A do Z, chciałam coś w końcu zaplanować a nie działać na chybił trafił. Zobaczyłam jak bardzo pomaga mi wypisywanie rzeczy na kartce i o ile łatwiej jest sobie wtedy wizualizować plusy i minusy danego pomysłu, projektu, przedsięwzięcia.

DOGA DO CELU.

 

Pracowałyśmy nad moimi planami, pomysłami praktycznie przez całe lato. Wiadomo, że nie ofd początku byłam ukierunkowana, nawet przez dłuższy czas brnęłam nie w ta stronę co tak na prawdę chciałam, ale przy któryś ćwiczeniach, pyknęło. Nagle wszystko zaczęło być totalnie klarowne, przejrzyste. Serce napełniło się ogromną siłą i wtedy wiedziałam gdzie to wszystko zmierza. Nawet zaczęłam rozszerzać na własną rękę ćwiczenia zadane przez Lucy. Wszystko nabrało sensu, było świeże, moje i pełne nadziei i rozwoju.

Nie napiszę Wam tutaj jak takie spotkania mają wyglądać ile mają trwać. Jak długo trzeba z coachem pracować, bo to wszyto jest indywidualne.

W moim przypadku wszystko było trochę na opak, nasza współpraca była w gorących momentach naszego życia, ja zawalałam terminy, przeciągałam przerwy pomiędzy sesjami, ale pomimo tego wszystkiego dosłownie kilka spotkań, zadań i ćwiczeń totalnie otworzyło mnie na nowe systemy organizacji. Na nowe sposoby myślenia, na przejrzyste deklarowanie swoich celów, ale przede wszystkim na usystematyzowanie swojej pracy.

 

CZEGO COACH CI NIE DA ?

 

Przede wszystkim gotowego rozwiązania. Jeżeli szukasz czegoś takiego to nie to miejsce. Coach nie jest, nawet powiedziałabym nie powinien być, twoim business plenerem. Nie ma Cię też ukierunkowywać.

Ma natomiast dać Ci narzędzia dzięki którym, przy swojej pracy zrozumiesz co jest dla Ciebie ważne, a co nie do końca jest twoje. Nauczy Cię podejmowania właściwych wyborów, pozwoli przeanalizować twoje plany i cele. Będzie motywacją do działania, mentorem który wskaże jak znaleźć swoją drogę. Jednak nie zrobi tego za Ciebie. To ty własną pracą nad swoim życiem, czy biznesem znajdzie prawidłowe rozwiązanie. Takie które będzie Ciebie satysfakcjonować na płaszczyźnie emocjonalnej, ale tez taki które będzie dawał Ci korzyści materialne, czy też inne korzyści nad którymi właśnie pracujesz.

 

I tak oto, przechodząc do meritum. Od tego roku będę tu dla Was mam nadzieję z fachem w ręku. Będę się nie tylko dzielić moimi triathlonowymi postępami, lub ich brakiem ;). Będę też dzieliła się kawłkiem dietetycznej wiedzy z Wami.

Od lat jestem BIO, skupiam się na zdrowym odżywianiu i życiu w zgodzie ze sobą. Rozwijam się, szkolę, jeżdżę na szkolenia, rozmawiam z profesjonalistami. Teraz natomiast jest taki czas kiedy to ja chce się rozwijać tak na poważnie. Po wakacyjnej pracy z Lucyną, jestem obecnie na studiach „Dietetyki Sportowej” , a dokładnie na kierunku wspomaganie dietetyczne w Sporcie. I pomimo, że chwilowo z Lucyną nie pracujemy, bo nawał obowiązków w moim życiu mnie przytłoczył i nie znalazłabym siły i energii na merytoryczną pracę, to zamierzam wrócić do naszych spotkań i wspólnego działania jak tylko trochę się wszystko u mnie uspokoi 🙂

CZY WARTO ?

Dla tych którzy się jeszcze zastanawiają, czy warto. Odpowiem zdecydowanie TAK !

Sama byłam dosyć sceptycznie nastawiona do temu coachingu, wydawało mi się to czymś zbędnym, wymyślonym przez naszą teraźniejszą rzeczywistość. Teraz już nie tylko widzę, ale WIEM, że coacha tak jak psychoterapeutę powinien mieć każdy z nas.

Ciężko jest się odnaleźć w dzisiejszych zabieganych czasach. Coraz ciężej jest nam znaleźć balans i to co dla nas jest na prawdę ważne. Ciągłe wybieranie pomiędzy mniejszym złem, posprzątanym domem czy zrobionym treningiem, czasem z dziećmi czy pieniędzmi na kolejne wakacje, randką z mężem czy chwilą dla siebie, jest przytłaczające.

Współpraca z coachem, pozwala nam:

  • pozostać zmotywowanym
  • zdeterminować nasze cele
  • przesiać chaos w głowie na konstruktywne plany i dążenia
  • korzystać z narzędzi które ułatwiają pracę
  • usystematyzować nasze działania
  • i pewnie masa innych rzeczy które w tym momencie nie przychodzą mi do głowy

Szczerze Wam polecam korzystać z pomocy innych kiedy sami nie do końca wiecie co, gdzie i jak. Nie musimy być samowystarczalni, nie musimy nakładać na siebie jeszcze tej presji. Mamy ich wystarczającą z teraźniejszego otoczenia. Pozwólmy tym którzy się w tym szkolą nam pomóc. Dajmy sobie przestrzeń na pomoc, na korzystanie z wiedzy innych w celu polepszenia swojej jakość życia i pracy.

TO JEST OK !

Na prawdę !

Świat się nie zawali ! 🙂

Ciesze się, że mogłam doświadczyć tego i serdecznie Was do takiej współpracy zachęcam.

GDZIE ZNALEŹĆ MOJEGO COACHA ?

Lucyna jest biznes coachem. Obecnie prowadzi własną działalność, wspólpracuje z dużymi firmami dla których prowadzi szkolenia. Wiem jednak, że jest otwarta na indywidualne współprace, więc jeśli macie ochotę zobaczyć kim jest i co robi zapraszam Was na

 

Wasza Biegająca Bio Mama…… <3

P.S. A tymczasem śledźcie mojego bloga, Facebooka i instagrama po dawkę świeżej dietetycznej wiedzy, która mam nadzieję już niebawem zacznie systematycznie gościć na moim PROFILU :)

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON WYJAZDY

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

Bardzo się cieszę, że w końcu mogę się z Wami tym podzielić.

Obóz triathlonowy dla Was na Cyprze to moje marzenie od wielu lat, ale zawsze było coś ważniejszego. Dzieci, ciąże, praca… Tym razem wymówki odkładamy na bok i kilka tygodni przygotowań pozwoliło, że w końcu mogę napisać.

NA NASZ PIERWSZY ZAGRANICZNY OBÓZ TRIATHLONOWY, Zabieramy was na cypr !

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres ola.korulczyk@i-sport.pl lub bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

Dlaczego Cypr ? 

W wieku 12 lat wyprowadziłam się wraz z rodzicami na Cypr. Mieszkałam tam, chodziłam do szkoły, potem pracowałam w przerwach pomiędzy semestrami na studiach, a teraz od ponad 5 lat wraz z mężem jeździmy tam 2 razy do roku w celach treningowych. Znamy tą wyspę wzdłuż i wszerz, a co za tym idzie możemy pokazać ją Wam od iście lokalnej strony !

Nasz pierwszy zagraniczny obóz triathlonowy odbędzie w mieście Limassol, które leży u podnóża gór Troodos (najwyższy szczyt Olimp 1952 m. n.p.m.). Dzięki temu jest idealnym miejscem wypadowym na rower. Zaledwie 5 kilometrów od naszego hotelu zaczynają się malownicze, nieuczęszczane wielokilometrowe podjazdy. Teren wokół Limassol jest zróżnicowany, dzięki czemu trasy rowerowe łatwo jest dostosować do potrzeb naszych zawodników. Tuż obok naszego hotelu mamy do dyspozycji odkryty, podgrzewany basen 50 metrowy i łatwy dostęp do akwenu na treningi open water. Ponadto hotel mieście się w publicznym parku z dostępem do alejek i promenady do biegania.

Obóz jest dla KAŻDEGO, niezależnie od Waszego zaawansowania treningowego. Jedziemy w małej kameralnej grupie liczącej maksymalnie 20 osób. Zadania treningowe będą dostosowywane do zawodników, tak samo jak grupy rowerowe i biegowe.

Poza głównym trenerem – Adamem Ogłoblinem, który będzie odpowiadał za część sportową wyjazdu, uczestnicy będą pod opieką moją i mojego męża. Odkąd zamieszkałam w Polsce na stałe, dwa razy do roku wraz z Rafałem wyjeżdżajmy w celach treningowych właśnie na Cypr. Wyspę w siodle rowerowym przejechaliśmy w szerz i wzdłuż i to właśnie pod naszym okiem będą planowane trasy rowerowe. Dzięki naszemu doświadczeniu i znajomości sieci dróg, będziecie mogli dotrzeć w takie zakamarki Cypru w jakie inni Was nie zabiorą. Trasy będą mało uczęszczane przez samochody, a widoki zapierające dech w piersiach. Napijecie się Cypryjskiej kawy w klimatycznych wioskach i poznacie Cypr od lokalnej strony, będziecie mieli też okazję poznać wyjątkowe smaki nie zawsze dostępne dla masowego turysty. W sytuacjach awaryjnych nasza pomoc również może okazać się niezastąpiona.

Dla kogo jest ten wyjazd?

Dla każdego!

Na obóz zapraszamy wszystkich chętnych triathlonistów, nie tylko zawodników i-Sport, niezależnie od Waszego poziomu zaawansowania. Przewidujemy kameralna grupę do 20 osób, dzięki czemu łatwiej będzie spersonalizować zadania treningowe.

Cel zgrupowania?

Ze względu na rewelacyjne warunki kolarskie, będziemy kładli nacisk na treningi rowerowe. Będzie dużo jazdy po górach, ale nie zabraknie też luźnych treningów typu „coffee ride”. Nauczymy się zasad poruszania w peletonie, techniki zjazdu i efektywnego pokonywania podjazdów. Będą mocne akcenty w treningach biegowych i biegowe zwiedzanie miasta. Przewidujemy co najmniej 2 treningi pływackie na basenie 50 m i 2 treningi open water. Celem są duże objętości treningowe, odpoczynek od szarej rzeczywistości i sprzyjająca atmosfera która pomoże Wam wspiąć się na kolejny poziom trenowania.

Każdy z uczestników będzie miał również okazję wziąć udział w 2 wykładach, jeden o tematyce triathlonowej, jeden o tematyce dietetycznej. Podczas zajęć uzupełniających przedstawimy Wam podstawy rollowania i stretchingu, tak abyście dbali również o Waszą regenerację.

Ponadto wiemy jak fajnie jest przywieźć do domu nie tylko wspomnienia, ale też fajne zdjęcia. Dlatego przewidujemy jeden "dzień z fotografem" który, uchwyci Wasze zmęczone ale szczęśliwe twarze, a Wy zabierzecie wysokiej rozdzielczości zdjęcia ze sobą do kraju.

Gdzie będziemy mieszkali?

W Park Beach Hotel***. Hotel usytuowany jest w parku, zaledwie kilka metrów od brzegu morza i piaszczystej plaży. Z hotelu jest łatwy dostęp do sklepów i restauracji. Oddalony jest około 4 kilometry od starego miasta i „Limassol Promenade”. Do naszej dyspozycji jest siłownia, sauna i basen hotelowy z ogrodem, oraz restauracja i bar. Ponadto hotel dysponuje bezpiecznym miejscem do przechowywania rowerów.

Koszty obejmują:

  • Zakwaterowanie w Hotelu Park Beach ***
  • Wyżywienie w formie HB, śniadania oraz obiadokolacja w formie bufetu (pokoje 2-osobowe)
  • Opiekę trenerską i przewodnika
  • Plan treningowy
  • 2 wejścia treningowe na otwarty basen 50 metrowy
  • Transfer grupowy lotnisko – hotel – lotnisko (wraz z rowerem)
  • Wyjątkowy upominek od organizatora
  • Pakiet zdjęć z treningów
  • Wykład dietetyczny, wykład o tematyce triathlonowej
  • Wstęp na siłownię, basen i saunę na terenie hotelu
  • Obowiązkowe ubezpieczenie sportowe (szczegóły: https://cutt.ly/QeV0idK)

Koszty nie obejmują:

  • Biletu lotniczego (cena około 730 zł z bagażem rejestrowanym/lub rowerem)
  • Transferu w innym terminie niż podany (cena do uzgodnienia)

Inne:

  • Możliwość wypożyczenia roweru na miejscu (od 20 EUR/dzień), wymagana wcześniejszą rezerwacja
  • Dopłata do pokoju 1 – osobowego (ok 20 EUR/dzień)
  • Możliwość przyjazdu z osobami towarzyszącymi oraz dziećmi (cena ustalana indywidualnie)

Transfer grupowy oraz noclegi organizujemy pod kątem lotów liniami LOT z Warszawy. 

LOT oferuje nam doskonałe połączenie, abyśmy mogli mieć 9 dni treningowych przy tylko 5 dniach Waszego cennego urlopu. Ponadto w liniach lotniczych LOT istnieje opcja zamiany bagażu rejestrowanego na rower bez dodatkowej opłaty, jeżeli ten nie przekracza 23 kg.

Terminy

10 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 23.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 o 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot pon 23.03.2020 o 03.50 – przylot 23.03.2020 o 06.25

7 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 20.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot piątek 20.03.2020 03.50 – przylot 20.03.2020 o 06.25

Cena:

REZERWACJA DO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2599 PLN
10 dni (9 dni treningowych) – 3049 PLN

REZERWACJA PO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2799 PLN
10 dni (9 dni treningowych) –  3349 PLN

CZEKAMY Z NIECIERPLIWOŚCIĄ NA WAS!

Taki obóz to nie tylko ciężka praca, ale masa zabawy, odpoczynku od szarej zimowej rzeczywistości, nowych znajomości i niezastąpionego kontaktu 1 na 1 z trenerem ! 
To też wiadro motywacji, które wznosi każdego nawet najmniej zmotywowanego na kolejny poziom trenowania ! 

BO W GRUPIE ŁATWIEJ !!!

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres

ola.korulczyk@i-sport.pl lub

bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

<3 <3 <3 Dołączcie do nas w marcu <3 <3 <3

GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

PODRÓŻE POLECANE

GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

Góry kocham, to już chyba każdy wie, ale rzadko uciekam w nie latem. Zawsze boje się ilości ludzi, która w czasie wakacji ma zazwyczaj dwie destynacje morze, lub góry.

Jestem zwolenniczką slow life i wakacji w ciszy i spokoju. Takie też marzyły mi się w górach, ale bałam się że będzie to nie wykonalne. Pierwsza destynacja jaka przyszła nam do myśli to Schronisko Głodówka, w którym zawsze lądują nasi bliscy znajomi. Schronisko to zawsze fajna opcja,  ale wiedziałam, że stamtąd trzeba będzie wszędzie jeździć autkiem. Ponadto Zakopane znam wie gdzie się ruszać mam swoje miejsca. Decyzja padła więc na moje ulubione miejsce w Zakopcu  <3 <3 Willę 5 Dolin <3 <3

Lądowałam w niej zawsze poza sezonem i kochałam ten widok, ten brak ludzi i to że jest już na końcu świata – czyli na obrzeżach Zakopanego.

Pierwsza myśl, czy teraz będzie podobnie, Dolinki są ulubionym miejscem do wędrowania z dzieciakami, a willa jest zaraz na wylocie do Strążyskiej. Nie byłam pewna, ale fakt, że mieści się ona na ostatniej odnodze od ulicy Strążyskiej, i jest prawie ostatnim domem przemówił do mnie i wierzyłam całym sercem że tam będzie spokój. I był, a poza tym były piękne hamaki, mała piaskownica, i slack-line który okazał się super pomysłem dla dzieciaków. Nie było trampolin, na których są krzyki, placu zabaw przy którym trzeba pilnować, był za to ogromny idealnie zielony trawnik na którym można było wymyślać nie skończoną ilość zabaw późnymi wieczorami. A dzięki temu, że tych „dziecięcych atrakcji” jest niewiele w ogrodzie świat jest tam tak spokojny, zielony, naturalny, dziki i cudowny że choć góry wzywają wcale nie chce się w nie iść.

 

GDZIE IŚĆ:

Nie ma co ukrywać, że ludzi na szlakach jest znacznie więcej niż w zimę czy poza sezonem. Ale może, takie lato właśnie jest fajnym momentem aby pójść w te dziksze części, mniej oklepane. łatwiej na pewno bez dzieci, bo można wyżej i dalej. Ale co robić kiedy dzieci są, chodzą o własnych nogach i kochają pieczątki, oraz pierogi z jagodami w schroniskach.

Ano trzeba kombinować i nie podążać za tłumem.

Np. jedna z chyba bardziej uczęszczanych tras z dzieciakami, czyli

Kalatówki i Hala Kondratowa.

Przynajmniej my ją zawsze robimy jak jesteśmy w Zakopanem. Dwa schroniska, masa pieczątek i piękne widoki na Hali.

Do Kalatówek wszyscy lecą kocimi łbami do góry pod schronisko, ale nie wiele osób wie, albo chciało im się doczytać, że wzdłuż najbardziej obleganej trasy o okolicach Kasprowego idzie śliczny wąziutki niebieski szlak przez las prosto na Hale Kondratową. Wprawdzie nie ląduje się na Kalatówkach w drodze do góry, a przechodzi poniżej ich, ale to tylko plus. Bo wszyscy turyści właśnie stołują się w hotelu górskim Kalatówki kiedy wy uderzacie na Halę, uciekając od masy i robiąc sobie przystanek pod piękną bacóweczką, na polanie pod schroniskiem. Tak my zrobiliśmy.

Docierając natomiast na Halę do schroniska, położyliśmy się na jeszcze zupełnie pustej polance i zamówiliśmy najlepsze pierogi z jagodami ( no może nie najlepsze jest jeszcze jedno miejsce gdzie są lepsze, ale ciii o tym później). Schodząc przeszliśmy przez Kalatówki, zbierając kolejne pieczątki i zjadając porządny obiad. Ceny są przystępne, jest domowo, tak jak w schroniskach i z salą zabaw dla dzieci. Kiedy my schodząc dotarliśmy na Kalatówki, turystycznej masy już nie było, było za to popołudniowe słońce, dobra kawa (co w schroniskach jest rzadkością, ale nie ma co ukrywać to bardziej Hotel górski niż schronisko) i cisza spokój 🙂 Droga na dól po kocich łbach po godzinie 16 jest już w niewielkim stopniu uczęszczana i cały dzień robi się przyjemny zdala od mas.

 

NOSAL – nosal i wejście na nosal to idealna wędrówka na dzień kiedy nie ma za dużo czasu na góry, albo przez pogodę, albo przez siły, ale coś trzeba robić. Traska jest na tyle ciekawa i trudna jeśli wchodzi się nie od strony Kuźnic, tylko spod Ścieżki pod Reglami w połowie drogi z Ronda Kuźnickiego, do Kuźnic, a schodzi przy potoku tak jak z Murowańca, że każdy maluch będzie miał na prawdę sporo frajdy. Moja Zosia uwielbia trudne strome podejścia, długie szerokie trasy ją nudzą. Nosal zaliczyliśmy kiedy to mama rano postanowiła polecieć traskę Tour De Pologne amatorów, w ramach treningu rowerowego. Na śniadanko do reszty dołączyłam dopiero po 10, bo podróż 16 km z Bukowiny trwała 50 minut ! ( tak to był jedyny raz kiedy klęłam na ilość turystów w górach 🙂 ). Na szlak dotarliśmy więc dopiero koło 14, i o dziwo chyba fajnie wyszło bo tłumów znowu nie było 🙂

 

Jeśli jesteście z dziećmi na Nosal lepiej podchodzić trudną stromą stroną, spod Bystrej, a dokładniej spod tamy Nosalowej, zielonym szlakiem. Jest ostro w górę, skaliście, ale bezpieczniej w górę niż w dół. Do tego jest fajna przygoda i coś się dzieję, Zośka była zachwycona tą trasą. Trasa w dół lepsza jest natomiast z drugiej strony, jest bezpieczniejsza i wygodniejsza w szczególności jeśli planujecie nosić najmłodszych na plecach, tak jak my w nosidle. Ze szczytu kierujecie się na Nosalową przełęcz, a potem dalej w dół do Kuźnic, gdzie szlak zielony łączy się z niebieskim, z Murowańca i Hali Gąsienicowej. Schodzimy do Kuźnic od strony potoku, przy którym fajnie jest przycupnąć w ciepły dzień i poczuć chłód zimnej górskiej wody.

 

MUROWANIEC 

 

To piękna, dosyć długa trasa, która kończy się w schronisku Murowaniec. My wyruszyliśmy z Kuźnic żółtym szlakiem przez dolinę Jaworzynki, na Halę Gąsienicową do Murowańca. Ponieważ tras do Murowańca jest wiele ludzi na szlakach przez Dolinę nie czuć. Dopiero na Hali widać ich większą ilość, ale ponieważ do samego Murowańca wyszło nam 6 kilometrów w jedną stronę, to nie każdy piszę się już na taką trasę i turyści tam będący przypominają raczej górskich turystów niż tych Krupówk-owych. Ponieważ na górze złapał nas deszcz i pogoda robiła się nieciekawa, zeszliśmy troszkę krótszym i przyjemniejszym niebieskim szlakiem przez Boczań. Jest on mniej stromy i skalisty, no i troszkę krótszy.

Hala Gąsienicowa jest przepięknym miejscem, do którego na prawdę warto dotrzeć.

edf

 

 

RUSINOWA POLANA

od Zazadniej to też fajna mało turystyczna opcja. Parking przy Zazadniej jest mały, a właściwie nie ma go wcale dlatego może turystów jest tylko tyle co samochodów Jest moment stromych schodów, ale cała trasa jest przyjemna i niezbyt trudna. Na Rusinowej w tygodniu nie jest źle, ale w weekendy robi się podobno bardzo tłoczno.

 

 

Warto czmychnąć z stamtąd na Gęsią Szyję, zaliczyć szczyt u zebrać więcej punktów GOT do książeczki, jednak trasa nie jest zbyt przyjemna. Schody, schody i schody…. to nie nasze ulubione podejścia, w szczególności gdy na plecach śpi 15 kilowy człowiek, wraz z całym odzieżowym ekwipunkiem rodzinnym. Dla Zosi schody zrobiły się ciekawe dopiero kiedy zaczęłyśmy je liczyć, poza tym samo podejście nie było zbyt interesujące, wręcz trochę nudne.

 

 

 

Dlatego bez entuzjazmu dotarłyśmy z Zosią na szczyt, który choć trochę wynagrodził to nieprzyjemne podejście. W dół idzie się znacznie lepiej i mniej żmudnie. Z Rusinowej zeszliśmy w stronę parkingu Wierch-Poroniec, skąd miałyśmy nadzieję dostać się do Bukowiny na Tour de Pologne.

 

Polecamy też Dolinę Strążyską,

chociaż tam przy ładnej pogodzie na wejściu turystów jest sporo, z wejściem na Sarnią Skałę i z zejściem przez Dolinę Białego, która jest przepiękna i dużo bardziej spokojna. Taka pętelka to fajna opcja, bo nie nudzi się i jest cały czas coś nowego. Dolina Białego wiedzie cały czas wśród skał, jak w wąwozie. Bardzo przypominała mi wąwóz Homole z Pienin, który zaliczyliśmy zimą.

 

edf

 

JEDZENIE: 

Polecamy kilka miejsc w których nie znajdziecie tłumów, albo znajdziecie tłumy (ale te pozytywne górskie) ale też dobre jedzenie i miłą atmosferę.

Marzanna, przez naszego Stasia tak zwany „SZTUĆC”– to nasze ulubione miejsce w Zakopanem jeśli chodzi o obiady. Najlepiej dla dzieci. Domowy rosół, najsmaczniejsze pierogi z jagodami i sadzone jajo. Jest tam smacznie z fajnym podejściem, jest też porządny schoowy i raczej nie znajdzie się wege jedzenia, o które zresztą w Zakopanem i tak ciężko. Dlatego wolę domowe i z dobrych składników, niż byle jak z kiełbą po góralsku.

KWATERA GŁÓWNA – Jeśli chcecie zjeść coś nie góralskiego w pustej knajpce z fajnym kącikiem zabaw i smacznym jedzeniem, to koniecznie zajrzyjcie tam. Pizaa, burgery i wszelkiego rodzaju pasty i gnocchi. Smaczne, blisko ronda Kuźnickiego.

 Obrochtówka – dosyć popularna restauracja w Zakopanem, jednak nie w czasie letniego klienta. Restauracja jest schowana w bocznej uliczce więc przeciętny Kowalski może jej nie znaleźć. My bywamy tam od dawna i jest zawsze tak samo smacznie. Polecam zupkę czosnkową i dla mięsożernych jagnięcinę.

Cafe STRH – czyli coś nowoczesnego, z obłędnymi wege ciastami. Jeśli nie jesteście w wakacje, albo nie boicie się Krupówek w lato, koniecznie zajrzyjcie tam na czekoladową wegankę. Niebo w gębie. Osobiście mam nadzieję, że ją odtworzę w ciągu zimy, ale zanim to się uda musicie jej skosztować przy okazji bycie w górach 🙂 Co do jedzenia: śniadaniowo – owsiana pyszna, a obiadowo – mało dla dzieci, sandwiche i burgery poprawne, jednak bez tej nutki smaku o której nie umiesz zapomnieć przez parę dni.

Czego unikamy ? 

 

Zdecydowanie Krupówek. Niestety pomimo, że mają wiele dobrego. fajne wyspecjalizowane sklepy, pyszne lody i Cafe STRH z dobrą kawą i weganką, to niestety są tam takie masy ludzi, które nas odstraszają. Odstraszają nas też stoiska z pamiątkami, które nawet nie przypominają górskich pamiątek, tylko te MADE IN CHINA.

Nie wjechaliśmy kolejką na Kasprowy, pomimo że dla dzieci to pewnie frajda, ale nasze tymi kolejkami już sporo się najeździły, a stanie w kolejkach i ścisk w środku pewnie nie jest już dla nich taką frajdą.

Unikamy centrum i Wielkiej krokwi, tego typu atrakcje zostawiłabym na po sezonie. Jeśli jedziecie w góry, korzystajcie właśnie z nich. Deptaki, stoiska z pamiątkami mam wrażenie że są już wszędzie takie same, a dla dzieci większą frajdą będzie odznaka górska z Kozicą ze schroniska niż kolejny klejący się glut prosto a Chin.

 

Z czego korzystamy ? 

 

NOSIDŁO – to MUST HAVE. Dotychczas chodziliśmy z naszym nosidłem TULA, ale skoro Stasiek ma już ponad 2 lata, to nie bardzo chce mu się wsiadać na plecy i nic nie widzieć. Tym razem skorzystalismy z wypożyczali i wzięliśmy nosidło turystyczne. Osobiście mam do nich sceptyczne podejście, głównie jeśli chodzi o pozycję dla dziecka. ( nie jest ona ergonomiczna 🙁 ) Ale to jest kilka dni w roku. Ponadto udało nam się znaleźć na prawdę fajne nosidło – firmy Lafuma, które miało dosyć szerokie podparcie dla pupki malucha. Dodatkowo miało 3 kieszenie na tyle duże, że idąc sama z maluchami w góry pakowałam do nosidła nie tylko Staśka, ale i termos z jedzeniem, kurtki przeciwdeszczowe dla wszystkich i peleryny.  Pieluchy i jakieś drobiazgi lądowały w nerce na biodrach. W ten sposób udało mi się nie chodzić z plecakiem na brzuchy i Staśkiem na plecach !

KSIĄŻECZKA GOT – to kolejny MUST HAVE przy chodzeniu z dzieciakami. Książeczka nie tylko niesamowicie mobilizuje dzieci, ale przybijanie kolejnych pieczątek, z kolejnych wycieczek, a potem oglądanie ich i opowiadanie młodszemu rodzeństwu o trasach sprawia im na prawdę sporo frajdy ! Dlatego jeśli góry to tylko z książeczką.

Dla ciekawskich za zdobyte trasy i szczyty możecie dzieciakom wpisywać punkty GOT. Możecie je łatwo wyliczyć zaznaczając w internecie na stronie www.mapa-turystyczna.pl waszą trasę. Za punkty są odznaki, które możecie odebrać w punktach PTTK, lub zamówić przez internet!

BUTELKA DAFI – to jest HIT tego lata. Odkąd jesteśmy w ich posiadaniu u nas w domu przestaliśmy tak na prawdę produkować większą część śmieci w postacie plastiku. Zosia nosiła ją do przedszkola, a w górach sprawdziła się też idealnie. W każdym schronisku wodę możesz sobie uzupełnić bez problemu, nie targasz ze sobą plastiku w postaci śmieci i nie musisz kupować nigdzie wody !

cof

 

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, piszcie w komentarzach może uzbiera się ich kilka i powstanie kolejny post o górach z dzieckiem ?

Jeśli macie swoje sprawdzone miejsca w rejonie TATR, to koniecznie się nimi podzielcie w komentarzach. Stwórzmy tu miejsce pełne dialogu o górach.

 

To co kogo namówiłam, żeby ruszał w góry ?! <3 <3 <3

Biegająca Bio Mama.

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

Sieraków jest bezlitosny, ale jest też wciągający. Nadal nie rozumiem jak można się tak upodlić na starcie i chcieć więcej. Chyba jest coś w tym, że mam ochotę sprawdzić czy za rok będzie tak samo bolało. Oczywiście nadzieja jest, że nie, ale wiadomo jak to bywa z nadziejami 🙂

Cały wypad był w ogóle bardzo pomysłowy i sam wsobie niezłą przygodą, bo oczywiście miejsc w domkach w OSiR-rze już nie było, a wszyscy znajomi byli zalogowani właśnie tam. Trzeba było więc coś wykombinować. Od razu wpadł mi do głowy pomysł – kamper. Zaprawieni w bojach przyczepowo-półwyspowych jesteśmy więc logistycznie nie było to dla nas żadną nowością. Ba myślę, że było to nawet sporo łatwiejsze logistycznie niż pakowanie naszego samochodu, rozpakowywanie go na miejscu i znowu to samo w drodze powrotnej. Wszystko co potrzebowaliśmy mieliśmy w nowym czterokołowców.

Nie zdradzę wam przy okazji tutaj tajemnicy że właścicielami starego pięknego Volkswagena kampera jesteśmy już od wielu lat, ale za młodu nie było czasu na jego od-restaurowanie, a potem jak rodzinka się powiększyła to nie było już sensu, gdyż byłby on dla nas po prostu za mały.

(oferty kupna można składać pod postem, bo ów kamper stoi i marnieje na polskiej wsi)

Kampera wypożyczyliśmy niedaleko od domu, o jego istnieniu dowiedzieliśmy się całkiem przypadkiem, naprawiając autko w pobliskim serwisie. Ale, że ludzie prowadzący to są super to z miłą chęcią ich pod-reklamuję na blogu.

Chętnych z okolic świętokrzyskiego na wynajem kamperka zapraszam do mercedes-autocentrum w Makoszynie -----> < http://mercedesautocentrum.pl >

 

Kamperka odebralismy w czwartek wieczorem, plan był żeby się zapakować i ruszyć rano, ale skoro całkiem sprawnie sie zapakowaliśmy, a kamper stał pod domkiem to zdecydowaliśmy się że przejedziemy chociaż te 100 kilometrów co by być bliżej naszej destynacji. Do Sierakowa mamy sporo kilometrów i troche nas ta ilość zaskoczyła, kiedy w końcu kilka dni przed wyjazdem spojrzeliśmy się na mapy googlowskie.

Wyruszyliśmy po 21 z domu, nocleg po drodze znaleźliśmy pod Łodzią, trochę dalej niż 100-wka ale było blisko autostrady i w miejscu specjalnym dla kamperów, więc jakoś tak przyjemniej było się tam zatrzymać. I tu znowu podrzucę Wam miejsce bo jest raczej mało znane i możecie je wyszukać dopiero gdzieś tam mocno szukając —- spaliśmy w Moskuliki 46, jest to parking przy prywatnym domu pewnego Pana, który udostępnia to miejsce za darmo dla podróżujących kamperami ludzi. Nie macie tam żadnych udogodnień typu woda, łazienki itp, ale jest piaskownica, huśtawka i dużo zieleni, a właściciele przemili bo mieliśmy okazję z nimi porozmawiać przez telefon. Bardzo przyjemne miejsce, a oprócz tego stoi tam pełno kamperów !

 

 

 

 

 

 

 

W piątek ruszyliśmy zaraz po śniadanku i dojechaliśmy na miejsce koło południa.  Na miejscu okazało się, że niestety pole namiotowe dla kamperów jest spory kawałek od domków naszej ekipy i ekipy TriWawy. Po wielu kombinacjach, rozmowach z panem prezesem, na nie-legalu, ale pod kontrolą, stanęliśmy w końcu przy samym domku prezesa i jego ekipy, czytaj TRIWAWY.

I tu się zaczęło 🙂

Całe trzy dni były mega pozytywne, spędzone w meeega towarzystwie. Zaraz obok domku prezesa był cały i-Sport czyli nasza ekipa trenerska. Sam Sieraków na kilka dni stał się miasteczkiem triathlonowym. Roiło się od samochodów zapakowanych w rowery, od triathlonistów biegających zbierających swoje rzeczy, chodzących z piankami żeby zrobić pierwsze Open Water w tym roku. Gdzie się nie spojrzałeś stali sportowcy, ich kibice i rodziny. Z każdej strony nadjeżdżały rowery, różne, przeróżne, te odpicowane całe oreo, z dyskami i idealnie dobranymi kolorystycznie dodatkami, albo te zwykłe na których każdy z nas zaczynał. Na wszystkie dystanse było zapisanych ponad 2400 osób. Możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedy przez 3 dni w promieniu jednego kilometra przewijała się taka ilość osób, plus ich kibice !

Było bosko. Mój R od razu pomyślał o Hawajach i o Konie, na której takie miasteczko powstaje na tydzień przed startem i zrzesza sporo większa ilość osób startujących plus ich kibice. Już rozumiemy jak można mieć KONA-BLUESA po powrocie z hawajskiej wyspy.

Niemniej jednak przyjechaliśmy tam dla startu, a raczej dla startów, bo każdy oprócz najmłodszego gdzieś startował. Zosia pierwsza zdobywała medal, na biegu dla dzieci.

To był chyba jej taki pierwszy najważniejszy bieg, z chipem na nodze, porządnie wyznaczoną trasą i prawdziwym pakietem startowym. tutaj chylę czoła organizatorom którzy spisali się na medal.  Dzieciaki dostawały swoje naklejki na rowery i kask, numery startowe i chipa. Ponatno dostały mały upominek od JBL w postaci słuchawek i w miarę zdrowe smakołyki, nie wspomnę już o gadżetach które dzieci lubią najbardziej typu plecak, smyczki, rękawy do kibicowania itp.

Bieg poszedł świetnie, widać było małe zdenerwowanie na jej twarzy ale dzielnie całość poleciała sama. Dzieci startowały falowo, nie było więc przepychanek i maluszki startowały z maluszkami a starszaki ze starszakami. Dźwięk gwizdka i w nogi po wyznaczonej trasie. Ja biegłam wzdłuż niej aby pokazać w razie co gdzie ma skręcić, byłam tak wzruszona że nie zrobiłam jej na trasie ani jednego zdjęcia.

Na każdej twarzy widać emocje i zdenerwowanie <3
I tutaj drodzy rodzice jest pole do popisu dla Was. Nie jest trudno zniechęcić dzieci do takich startów. Jest natomiast całkiem trudno nauczyć ich przegrywać, nauczyć ich, że nie muszą być pierwsi, że to ma być zabawa i frajda dla nich. To są jeszcze nasze maluchy jak pójdą w sport wyczynowy będą miały dużo okazji do wygrywania i prawdziwego ścigania. Dajmy im teraz trochę luzu i jak chcą biec wolno, niech biegną wolno, jak chcą skakać do mety niech skaczą, jak chcą lecieć ile sił w nogach niech też to robią, ale nie po to żeby wygrać. Mają jeszcze całe życie na wygrywanie, walczenie, przepychanie się i wyróżnianie z tłumu. Nie odbierajmy im tej dziecięcej beztroski :) 
Dla nich sam start jest tak ogromnym przeżyciem, takim wiadrem emocji, że na prawdę nie ma tam miejsca już na wygrywanie i pierwsze miejsca. Jak się uda super, ale niech to będzie przy okazji :)

Zosia miała tłumaczone przez kilka dni przed startem że nie biegnie żeby wygrać, że biegnie po medal, że ten medal jest najfajniejszą pamiątką jaką może zdobyć. Że to jest zabawa i nauka, bo jak dorośnie będzie umiała startować w zawodach tak jak my. Smutno mi było patrzeć jak takie 5 latki wpadały na metę zapłakane że nie były pierwsze. 

Nasza młoda natomiast po powiedziała, że musi dużo trenować żeby być taką triathlonistka jak my <3 <3 <3
Moje ZŁOTO na mecie <3

 

 

Zosia zdobyła swój medal, czas teraz na nas. Warto wspomnieć o koniu którego wyhodowałam w domu. Mój R wylądował na mecie połówki z czasem 4:35, co jest dla mnie totalnym kosmosem, na czele z rowerem który zrobił w 2:13 ! ! ! Ci co startują wiedzą jaka to wychodzi średnia na 90 kilometrach, Ci co nie startują doinformuję. Chłopak przejechał 90 kilometrów ze średnią 39 km/h. Już teraz rozumiecie dlaczego tak rzadko robimy wspólnie treningi rowerowe :p

Sobota zatem była kolejnym dniem kibica. Tym razem rodzinnie kibicowaliśmy mojemu mężowi, oczywiście nie sami tylko z psycho-fanami TRIWAWĄ. To ile emocji wywołują pośród zawodników jest niezastąpione ! Fajnie jest być częścią tej zgrai. Także sobota była dla ludzi, na mecie cierpliwie czekaliśmy na Fabisza, prezesa psychofanów, Ewel, kobietę którą ciężko dogonić na trasie, mojego R i trenera Adama. Wszyscy z uśmiechem na buzi wlecieli po dobre czasy. Resztę wsparliśmy porządnie na trasie rowerowej i biegowej tworząc własna strefę kibica ! No i rachu ciachu sobota nam minęła.

 

 

UFFFF….

Na szczęście na objazd trasy zebraliśmy się w piątek popołudniu i jeśli ktoś w Sierakowie nie startował a planuje objazd trasy jest absolutnym MUST HAVE tych zawodów. Jeśli nie chcecie się zaskoczyć na zawodach oczywiście. JA dziękowałam mojemu aniołowi, który mnie popchnął żeby po raz pierwszy przejechać trasę. Oj byłabym mocno zdziwiona. Patrząc przez pryzmat opowieści, Sieraków super prosta trasa po ładnym asfalcie, byłabym mocno zawiedziona.

Nie trasa rowerowa nie jest prosta. Nie trasa rowerowa nie jest tylko po pięknym asfalcie (choć w dużej mierze tak). Nie trasa rowerowa NIE JEST ŁATWA! Ale to właśnie dzięki temu jest mega ciekawa i  bardzo satysfakcjonująca.

Po sobotnim starcie nie wiele było czasu dla siebie. Było go jednak na tyle dużo, że na spokojnie okleiłam sobie rower, większość rzeczy dotyczącą trasy i stref zmian wiedziałam kibicując długiemu dystansowi, niby wszystko wiedziałam ale jakiś niepokój siedział we mnie cały wieczór. Sobota się kończy wszyscy świętują, winko się leję, a ja po totalnie nieprzespanej wcześniejszej nocy (dziękuję synu 🙂 ) padam przed północą. Pewnie wiele ciekawych rzeczy mnie ominęło, ale sen był równie cudowny. Wyspana, dalej kaszląca i z zatkanym nosem wstałam, ogarnęłam śniadanko dla dzieci. Sama po kryjomu zjadłam białą bułę z dżemem, napiłam się kawki i ruszyłam do strefy zostawić rower.

 

„SIERAKÓW WITA TRIATHLONISTÓW”

 

Oj duża ta strefa, duża, trafiło mi się fajne miejsce na zewnętrznych wieszakach więc łatwo było zapamiętać. Rowerek gotowy, koła napompowane już wcześniej przez mojego najlepszego serwisanta na świecie, bidony na miejscu nic tylko pocałować ta różową ramę co by grzecznie czekała i wrócić do ludzi. Kamperek stał jakieś 5 minutek drogi od strefy zmian, nie wiele mieliśmy więc do chodzenia. Wróciłam do dzieciaków i Rafała ubrałam się w strój startowy, pianę i ruszyłam nad wodę. Tam szybka rozgrzewka z trenerem, buziaki od dzieciaków i R i jazda na start.

 

Pisząc w skrócie relacje z samego wyścigu mogłabym napisać tak: Na pływaniu umarłam, nie wiem jak nie wiem skąd, na rowerze zmartwychwstałam po to aby podwójnie umrzeć na biegu. I o tyle, takie słowa w sumie idealnie opisywały by mój Sieraków, ale jeśli chcecie więcej i nie macie już dość powiem kilka słów więcej.

START. 

W wodzie na prawdę umarłam, nigdy nie przeżyłam takiego czegoś. Ok może przeżyłam, za młodych lat jak na bardzo ważnych zawodach potrafiło mnie przytkać ze stresu. Ale tu była to jakaś podwójna siła, która nie pozwalała normalnie funkcjonować w wodzie. Woda zimna, ok zatkało mnie na wejściu i to bym rozumiała gdyby nie to że to zatkanie trzymało mnie do ostatniej bojki, powiedziałabym wręcz że do samego końca.

Ja weteranka pływania rzadko kiedy pływam open water na 2 oddechy, zazwyczaj swobodnie oddycham co 3, na zawodach również,  tu miałam ochotę uskutecznić metodę na co 1 oddech. TO co przezyłam to moje, myslałam, że młucę przez tą wodę jak topielec, wszyscy mnie wyprzedzali, a ja totalnie nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Pomiędzy 2 a 3 bojką, regularnie przechodziłam do żabki aby uspokoic oddech, ale to nic nie dawało. Całość przepłynęłam oddychając co 2 i kiedy raz spróbowałam zrobic oddech co 3 myślałam, że się utopię. Rozumiem już tych których w wodzie zatyka ze stresu przed potworami i rezygnują z dalszego płynięcia. Moja głowa też mi raz podpowiedziała, że może jednak lepiej wyść z wody, ale zdrowy rozsądek wiedział że to stres i mam nadzieję chociaż w minimalnym stopniu zimno. Bo inaczej wole sobie tego nie tłumaczyć.

Woda dłużyła się okropnie, z każdym oddechem miałam wrażenie, że utonę, ale zaczęłam się skupiać na jeszcze jednym wdechu, jeszcze jednym wdechu i tak dobrnęłam do końca. Nigdy nie czułam takiej ulgi wychodząc na ląd.

Tam czekał na mnie 700 metrowy podbieg, oj Sieraków lubi te górki i podbiegi. Nie spinałam się na nim zbyt mocno, lekko, powolutku poleciałam po rower. Szybkie ruchy w strefie i kilka chwil później wybiegam do belki rowerowej. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie była tak bliziutko jakby się chciało. Biegliśmy po krawężnikach, przez kawałek lasku żeby przez jeszcze sto metrów lecieć po asfalcie do głównej drogi.

Jest belka. Wsiadam na ROWER. 

Tutaj wiedziałam czego się spodziewać, tutaj tez chciałam wyciągnąć z siebie maksimum. Na rower wsiadłam jako 4 ta kobieta, na pierwszej pętli dociągnęłam do 3 -ciej zawodniczki. Dosyć szybko i sprawnie ją wyprzedziłam, wyprzedzałam też niektórych panów, z niektórymi co chwilę się wymijałam, tak to jest kiedy zawody są bez draftu a każdy próbuje utrzymać swoje.

Jechało mi się cudownie, nie był to dzień konia, ale było ekstra. Na górkach dociągałam do górnych Wattów, na zjazdach pedałowałam tak by zyskać jak najwięcej. Rower był mega dynamiczny, cały czas się coś działo. Pierwsze kilka kilometrów, jest dosyć krętę, na początku czeka na ans tez chyba najdłuższy, najstromszy podjazd. Jednak nie na tyle stromy i długi by zrzucać się z blatu, ale na tyle stromy i długi że na drugim kółku musiałam podnieść dupsko z siodełka żeby nie utracić swojej kadencji. Jechałam i jechałam, żadnej dziewczyny nie widziałam ani przed sobą ani za sobą. Po kilku kilometrach wpadamy faktycznie na cudowny nowiutki asfalt, który tak na prawdę jedziemy dalej resztę kółka. Całą trasa jest pagórkowata, raz w górę raz dół. Trzeba jechać na tyle mocno w dół, żeby potem było jak najłatwiej w górę. Obok moich PSYCHOFANÓW przejeżdżam ponad 40 km/h, oj tak co by myśleli że całość pędzę tak mocno 🙂

W drugiej połowie drugiego kółka dogania mnie Ula, dziewczyna która wygrała Super League w Poznaniu w zeszłym roku. Jest prędka, ale nie aż tak prędka żeby zniknąć mi z oczu w sumie do końca trasy rowerowej. Wpadam chwilę za nia do strefy zmian, a mój R krzyczy, że mam tylko minute starty do pierwszej babki. WOW

WOW.

Na prawdę byłam z siebie dumna. na takiej imprezie polecieć tak rower to było coś. Co prawda w ogóle nie interesowało mnie jaką mam stratę do pierwszej dziewczyny bo wiedziałam że na tym biegu jej nie dogonię, no chyba że by mnie ktoś podwiózł na rowerze 😉 Ale miło było usłyszeć, że i trener i on mają wrażenie, że jeszcze mogę coś tu ugrać <3 Dzięki chłopaki !

BIEG. Może być krótko ?? Umarłam dwa razy. Pierwsze dwa kilometry leciałam, w dobrym tempie, czekając na te podbiegi. Nawet mi ten szutr i piach tak nie przeszkadzały. Potem nagle zaczął się podbieg, najpierw taki przedsmak malutki króciutki w piachu ale stromy. Na 4-tym kilometrze dotarłam do wisienki na torcie. Najpierw stromy podbieg, żeby później zobaczyć że jest jeszcze stromszy podbieg. Można by go porównać do serpentyn w Alpach po których wspina się na rowerze. Takie coś pomniejszone do skali biegania i człowiek zamiast roweru. Sierakowska umieralania, no chyba że się jest biegaczem górskim to możecie to sobie nazwać inaczej, ja tam umarłam. DWA RAZY.

Zleciał ten bieg szybko, ale w bólu, na drugim kółku miałam ochotę się już tam zatrzymać. Nie dość , że boli to jeszcze co jakiś czas na dobitkę wyprzedzają mnie damskie nogi. Czy one są tak wytrenowane na górkach ? Czy ja nie mam siły, bo jestem cienias ?! Deprymujące jest spadanie na kolejne to pozycje dół w tak krótkim czasie, ale musiałam to zagryźć i lecieć do końca.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Z 4 miejsca spadłam na 9-te i nie, nie jestem zadowolona z siebie, ale wybrzydzać tez nie będę.  Może te ambicje są gdzieś za wysokie i nie ma co stawiać sobie poprzeczki tak wysoko? Z drugiej strony jak mam nie stawiać jak jestem sportowcem z krwi i kości !?

Szczęśliwie udało mi się utrzymać 3 msc w swojej kategorii. Na metę doleciałam z czasem 2:30…. Dumna z roweru, załamana pływaniem i zdeprymowana bieganiem. Niemniej jednak start był udany, dostałam w tyłek tak jak nigdy, a jednak chcę więcej i wracam tam za rok !

 

A ty ?!

Dobrnąłeś do końca i lecisz ze mną do Sierakowa za rok ?! 🙂

Agnieszko dziękuję za zawieszenie medalu, taki smakuje podwójnie.

Dziękuje firmom, które mnie wspierają:

i-Sport platformie treningowej <3

On Running Polska za buty w których biegam najszybciej jak umiem :)

CEP Polska za pomoc w regeneracji i dbanie o moje nogi

Eko Farmie Świętokrzyskiej za dbanie o mój brzuch i brzuch mojej rodziny <3 

I Wam wszystkim którzy nie raz wykrzyczeli moje imię na trasie dodając otuchy i powera dzięki któremu urywałam kolejne sekundy. TO w dużej mierze wy się przyczyniliście do tego wyniku :) 
Niestety nie umywacie się do buziaków i piątek od moich dzieci, ale te są niezastąpione <3 <3 ;) ;)

Do następnego razu.

 

Bio Mama.

 

 

 

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

PODRÓŻE POLECANE

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

Z dziećmi w górach, sama byłam już cztery razy.

Nie będę pisała o moich wyprawach chronologicznie bo pierwszy wypad był prawie rok temu. Zacznę natomiast od tyłu, może kiedyś wracając do tego pierwszego razu, bo nie ma co ukrywać ten ostatni jest najświeższy i zaraz był najbardziej wymagający dla mnie.

Ci co chcą usłyszeć że taki wypad jest prawie jak leśne SPA i można leżeć z nimi do góry brzuchem, od razu mogą zaprzestać czytania. Owszem można przez chwilę leżeć do góry brzuchem na kawałku kurtki na którejś z górskich Hal, ale przez większość czasu nosisz nadprogramowe kilogramy, podajesz pić jeść, śpiewasz, motywujesz żeby szły dalej i wymyślasz kolejne to zadania do czasu aż szczyt będzie w zasięgu Waszego wzroku.

Ci, co natomiast bardziej realistycznie wyobrażają sobie wypad w góry z dwójką małych dzieci, ale czekają też na cudownego tego aspekty – mega więź, wspólny wysiłek i poświęcenie całej siebie dla dzieciaków, zapraszam do tekstu.

 

Czy to w ogóle jest realne?

Pierwsze słowa, jakie nasuwały się wszystkim kiedy usłyszeli mój kolejny z rzędu plan na góry z dziećmi, brzmiały zazwyczaj: „Ja bym się nie odważyła.”, ” Ja bym się bała”, „Ale jesteś odważna!”

W końcu do odważnych świat należy i tutaj możemy być mniej lub bardziej odważni, ale strach? Zupełnie nie rozumiem strachu, poza tym że ugrzęźniemy gdzieś na skale, albo będziemy musieli nocować w lesie bez namiotu i jedzenia. Ale hej, na Rysy z nimi w zimę nie planowałam iść, a wszystkie wycieczki raczej kończmy przed zachodem słońca, wiec czego się bać. Przecież to są moje dzieci i pewnie, że może być ciężej lub łatwiej, bardziej wymagająco lub mniej, ale przez cały czas to są moje dzieci więc się NIE BOJĘ.

Oczywiście mam rożne obawy przed każdym wyjazdem, typu czy obędzie się bez afery podczas podróży, albo czy Zosia nie odmówi i nie uda nam się zrealizować celu wyprawy. Ale to są błahostki, które lepiej lub gorzej jakoś ogarniemy. WSPÓLNIE, bo na takich wyjazdach robimy wszystko WSPÓLNIE.

LOGISTYKA NAJTRUDNIEJSZA.

 

Za pierwszym razem taki wypad może wydawać się ciężką pracą logistyczną, ale z każdym kolejnym wszystko będzie znacznie łatwiejsze. Moje sposoby na udaną podróż samochodem to przygotowanie na różne sytuacje. Co prawda zaczynałam od masy rzeczy, które nie do końca się sprawdziły, ale po kilku razach plecaki były znacznie mniej napakowane, za to bardziej przemyślanymi rzeczami.

Plecak Zosi: 

Zosia część plecaka zawsze pakuje sama. Wybiera sobie teraz ulubioną maskotkę, przytulankę, jakąś lale czy co ona sobie tam ostatnio wkręciła w tą małą głowę. Ja dopakowuję jej jakąś książeczkę (taką co mieści się do plecaka i wiem że ostatnio była HIT-em w domu), którą nie tylko może przeglądać sobie w aucie, ale też będziemy mogły czytać wieczorami na miejscu. Dorzucam piórnik z kredkami i długopisem i jakieś zestawy zabaw dla 4-latka, zagadki i rzeczy do rozwiązywania.

Plecak Stasia:

Tutaj jest bardziej monotonnie, jak na chłopaka przystało. Są autka takie które mają jakiś element ruchowy, wtedy młody umie się na nich dłużej skupić. Autko z przyciskiem który wydaje jakiś dźwięk też jest mile widziane. Podróż bez konia i innych zwierząt tez byłaby nieudana,dlatego jest tam więcej „pierdół” niż u Zośki. U Stasia w plecaku lądują też książki z twardymi stronami, tak aby łatwo mu się je oglądało i żeby zwyczajnie w świecie ich nie podarł, bo przecież cóż ciekawszego można robić nudząc się którąś z kolei godzinę w samochodzie? Kilka razy z rzędu włożyłam tez Play-Doh. Niesamowite ile czasu dziecko może wytrzymać w foteliku kulając, albo wkładając i wyciągając z pudełka kulkę ciastoliny. Minus playdoh jest taki że nie zawsze wiemy do końca gdzie on to na koniec upchnie, trzeba więc wziąć poprawkę że możemy znaleźć je przyklejone do różnych elementów samochodu. ( Ci co mają auta w skórze, są na wygranej pozycji !)

Oprócz tego w podroży zawsze w plecaczkach mają małe woreczki ze smakołykami i bidony z wodą które wkładam do stojaków na picie z tyłu samochodu, bo prowadząc auto jest mi dużo łatwiej je im podać.

Przygotowane smakołyki muszą być identyczne, bo przecież jeśli Stasiu wyciągnie banana, którego na przykład Zosia przez ostatnie 2 tygodnie nie ruszała, to ona też będzie na pewno chciała tego banana. Dlatego obowiązkowo w plecach dodatkowo lądują jakieś owoce, banan, jabłko, jakiś batonik (my często kupujemy te z LIDL-a Lupilu ekologiczne, albo HPBA energy bars), ostatnio zorbiłam małe pudełeczka z rodzynkami i suszonymi bananami takimi do pochrupania. Zdarza się, że dostaną „zdrowe lizaki” na momenty kryzysowe, albo żelki najbardziej lubimy te EKO z IKEI, na bazie soków owocowych, ale te rarytasy wolę trzymać z przodu na „kryzysowe chwile”, bo jak wylądują w plecakach to czasami nie uda nam się odjechać z parkingu a już lizaki są w buzi, albo małe rączki dzielnie próbują rozbroić szeleszczące papierki.

Co robię z nimi w górach?

Przełomowym wyjazdem był nasz wypad w Bieszczady. Lato, 2018 Zosia miała wtedy niecałe 3,5 roku. To był mój pierwszy wypad, bez Rafała, z nimi w góry. Dzień po dniu moje małe dziecko się rozkręcało. Chodziło dalej, dłużej z większą chęcią. Zdobywanie góry było dla niej równie ekscytujące jak dla mnie. Wciągnęła się i tak już nam zostało.

Dopóki Stasiu nie chodził było łatwiej teraz ciężej jest jego załadować do nosidła, ale ostatnim razem dałam mu też już sporą część przejść samodzielnie. Robimy trudne i łatwe trasy. Jak jesteśmy na dłużej to często byczymy się któregoś dnia, idziemy na basen, jemy lody albo znajdujemy sobie inną atrakcję tak żeby nogi i te małe ciała odpoczęły.

ZAKOPANE – Dzień po dniu.

Kocham to miejsce, a najbardziej wtedy kiedy turustów jest tam jak na naparstek. Zresztą na szlakach w zimę szybko przerzedza się towarzystwo. Zimą nie każdy wejdzie wyżej niż Kalatówki, bo zwyczajne adidasy nie wystarczają.

Na Kondratowej można zobaczyć już raczej tych na prawdę kochających góry, a najwięcej tam skitur-owców. Zresztą Hala Kondratowa i tamto schronisko to chyba moje ulubione miejsce w Tatrach.

Dojechaliśmy w piątek wieczorem. Prognoza pokazywała piękne słońce tak na prawdę tylko w sobotę. Marzyłam więc o Kasprowym. O porządnym cały dniu tułaczki. Zazwyczaj taki coś zaplanowałabym na kolejne dni kiedy to mała Z się rozkręci z chodzeniem. Ale wiedziałam, że tylko tego dnia będzie to możliwe patrząc na prognozę pogody. Decyzję zostawiłam do rana.

Już o 6 rano słońce uderzało nam prosto w twarz, kiedy przedzierało się przez zasłony naszego pokoju. Stasiek nie zastanawiał się ani chwili żeby poleżeć jeszcze w łóżku i tak przez ponad 1.5 godziny graliśmy w pokoju w różne gry, bo śniadanie zamówiłam na 8. Kto by tak wcześnie wstawał na wakacjach 🙂

Zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy w stronę ronda kuźnickiego. Koło 10 weszliśmy na szlak i 6 godzin później byliśmy na szczycie. Góra była wyzwaniem, mała opadła mi zupełnie z sił, Stasiek jak na osobę jeszcze nie mówiącą miał niesamowicie wiele do powiedzenia „ciuuuu ciuuu” „tuuuuu” ” bruuuum” . Nie wiem kiedy nie wiem jak minęło nam te 6 godzin.

Nie powiem, że jakąś godzinę od szczytu, żałowałam trochę mojej decyzji ale odwrotu już nie było.  W dół wszystko zajęło by nam kolejne kilka godzin, a czasu na to powoli nam brakowało. Zresztą wiedziałam, że mniej zaboli wchodzenie przez jeszcze godzinę, niz schodzenie w dól przez kilka kolejnych. O Stasiu, którego cierpliwość była juz na samym krańcu, już nie wspomnę.

Na szczęście tego dnia były zawody w GIGANCIE na Goryczkowej, wiedziałam, że kolejka będzie jeździć do 18 i że po wejściu będzie można na spokojnie zjeść odtajać i po prostu odpocząć. Trzeba było się doczłapać na górę, pocieszyć się zachodem słońca i zjechać na dół kolejką.

Dzisiaj patrząc na ten wyczyn nie wiem jak o 4 letnie dziecko to zrobiło. Nie wiem jak ja to zrobiłam o zdrowych nerwach i nie wiem jak jej przetłumaczyłam, że tam wejdzie i jej sie uda. Mała zrobiła ponad 7 kilometrów pod górkę, ponad 6 godzin marszu i około 1000 metrów w górę !

To nie było łatwe podejście, nie polecam nikomu nie doświadczonemu w górach. Tym bardziej z dzieckiem które zaczyna swoją przygodę z chodzeniem po górach. My zaprawieni w boju wędrownicze, daliśmy radę. Zosia na szczycie była tak szczęśliwa, że miałam wrażenie że patrzę na doświadczonego himalaistę, który zdobył wymarzony szczyt.

DZIEŃ 2 – ulubione schronisko.

Często w prognozach pokazuje się deszcz jak gdzieś jesteśmy, ale nigdy nie dochodzi do jego skutku. Nasza energia ewidentnie odpycha te deszczowe chmury 🙂  Na 3 dni z deszczem padało tylko na koniec wyjazdu wieczorem, jak już tak na prawdę ładowaliśmy się do samochodu.

Drugiego dnia miało być delikatnie i dosyć nisko, przez prognozę i przez zmęczone nogi mojej córki. Nie chciałam żeby znienawidziła góry. Chodzenie z nią zimą jest dużo trudniejsze niż latem. Śnieg w słoneczne dni, jak sobota na Kasprowym, jest miękki nogi się obsuwają, zapadają i trzeba włożyć dużo więcej energii w zwykły marsz.  Drugiego dnia więc było przyjemnie delikatnie troszkę pod górkę w równie piękne miejsca, ale bez większego wysiłku. Wdrapaliśmy się na Hale Kondratową, moje już wspominane, ulubione miejsce.

Zresztą zawsze jak jesteśmy w tatrach odwiedzamy to miejsce. Kalatówki i rosołek tez zaliczyliśmy. nawet Stasiu przedreptał połowę trasy na Kalatówki w górę i w dół.

DO ZOBACZENIA TATRY.

Trzeci dzień był tylko dla dzieci. Miały byc krótkie góry z rana, ale pogoda nie zachęcała. Zreszta trzaba by było się później przebierać z kombinezonów i tak dalej. Dlatego była papugarnia, nie polecam <ha ha ha>, lodowsko, typowy dzień na krupówkach, chociaż pamiątek nie kupowaliśmy. Lody, dobra kawa i ciacho i jakieś czekoladowe koktajle, kto nie zna STRH8 na krupówkach niech pozna 🙂

 

CO TrzEBA MIEĆ:

Tatry zimą nie zawsze wybaczają błędy i pomimo że chodzenie z dziećmi po górach raczej nie powinno być w takich miejscach gdzie jakikolwiek błąd może nastąpić, to i tak trzeba byc porządnie przygotowanym.

  • RAKI TO PODSTAWA – bez raków ani rusz. Tzn oczywiście mogą być raczki takie które można założyć na każdego miękkiego buta, ale muszą być porządnej firmy i muszą to być raczki, nie miejskie kolce.
  • czołówka – zawsze biorę. pomimo, że nie planuje nigdy schodzić po zmroku, ale nie wiadomo co może się wydarzyć na szlaku, a bez czołówki wieczorem raczej byłoby groźnie.
  • plecak i rzeczy na zmianę – dla dzieciaków podstawa to skarpetki na zmianę i cieniutkie woreczki. Pomimo, że zosia ma buty jacka Wolfskina WODOODPORNE, to nogi miała przemoczone. śnieg na jej butach w raczkach utrzymywał się i buty po kilku godzinach po prostu PRZEMAKAŁY. Wtedy zakładamy suchutką skarpetkę, którą wkładamy w WORECZEK foliowy i dziecko ma sucho i CIEPŁO. UBRANIA na ZMIANĘ, albo kolejna warstwą też jest konieczna. DLatego plecak dobrze zapakowany to podstawa, w GÓRACH pogoda lubi się zmieniać !
  • jedzenie plus coś słodkeigo kalorycznego –  tak nawet ja bio mama mam zawsze i to zawsze ze sobą porządną tabliczkę czekolady. Może nie tej tiramisu od milki, ale gorzkiej z orzechami lub takiej jaką jadamy. Zdarza nam się wziąć żelki ( raczej te eko ), bo dzieciaki w SZCZEGÓLNOŚCI tego potrzebują. Oczywiście woda i normalna kanapka na piknik też jest. Zimą mamy zawsze termos z herbatką z imbirem żeby SIĘ ROZGRZAĆ jak jest taka potrzeba. Lepiej WZIĄĆ za dużo niż za mało, bo gdy sił brak tylko czekolada albo dobry ZAsTRZYk cukru może wam pomóc.
  • GOGLE / OKULARY – dla siebie pewnie nie zapomnicie, ale dla maluchów ponieważ nie noszą na codzień pewnie juz tak. W górach w szczególności zimą porzadne okulary z filtrami UV lub gogle to podstawa. Ja wole gogle bo są bardziej wszechstronne. Nadają SIĘ na ŚNIEŻYCE, mocne słońce i wietrzne dni osłaniając tez część twarzy. Bez nich ani rusz w białe ośniezone szczyty, zapalenie spojówek, to częsta przypadłość, po takim dniu na pełnym słońcu w śniegu. poza tym w najgorszym wypadku możecie maluchom po prostu zepsuć wzrok.

 

Wypad z dzieciakami w góry jest niesamowitym przeżyciem. Dzieci nabierają ogromnej pokory do gór, do wędrówek. Poznają co to jest zmęczenie, ale tez poznają jakie to uczucie wspiąć się na górę kiedy wydawało się że sił już nie ma.

To tez cudowny czas 1:1, lub w jak w moim przypadku 1:2 🙂 czyli ja i dwójka moich dzieci. Jestem tam dla nich, bez telefonu, pracy i innych obowiązków domowych. Jesteśmy ze sobą cały dzień, całą noc. Gramy, śmiejemy się, pomagamy sobie, motywujemy się na wzajem. Spędzamy czas na świeżym powietrzu i w naturze, która uczy nas wiele. Poznajemy świat prawdziwy, naturalny a nie ten przez ekran telewizora, czy telefonu.

Jadąc z nimi w góry jestem cała dla nich. Oni to wiedzą i widzą i zawsze w górach czuję, że są ze mną inne dzieci. Współpracujące, pomagające, szczęśliwe i uśmiechnięte.

 

POLECAM SPRÓBOWAĆ, NAWET W POJEDYNKĘ.

 

 

 

ZŁOT FALA i kobieca Strona Sportu.

CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

ZŁOT FALA i kobieca Strona Sportu.

Kobiety dla kobiet i kobiety z kobietami, ZŁOTA FALA.

29351903_570343743315298_7481476671226139663_o

Ostatnio coraz częściej dziewczyny łączą siły żeby stworzyć coś naprawdę pięknego. Złota fala to idea która ma pokazać że jesteśmy naprawdę na wagę złota. Potrafimy być mamami,  żonami, często też w tym samym czasie szefowymi. Umiemy łaczyć wiele obowiązków, przyjmować wiele ról, a co najpiękniejsze czerpać ogromną przyjemność zarówno z każdej z nich z osobna jak i ze wszystkich razem.

IMG_20180429_210120_672 36281916_1716780555101206_9209971726006353920_o IMG_20180429_205759_863

Jesteśmy kobietami na wagę złota, które znalazły pasję do sportu, do zdrowego trybu życia, a te automatycznie łączy się ze zdrową dietą. Chcemy aby nasze maluchy też poznały i poczuły co to znaczy „Żyć z Pasją”. Złota fala to wszystkie złote kobiety które chcą pokazać innym złotym kobietom, że drzemie w nas ogromna siła i motywacja. Chcemy pokazać że triathlon to nie tylko muskuły, silni mężczyźni ociekających testosteronem, ale to też uśmiech, kobiecość, lekkość i dużo różu.

Kobiety pokazują, że triathlon jest dla wszystkich dla każdej Pani, Dziewczyny, Kobiety, a nawet Babci która chodzi po tym świecie.

21167574_1422403447872253_1527103668674852910_o

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakieś 2 miesiące temu, z ramienia firmy Semilac, zostałam ambasadorką Super League Triathlon Poznań, pierwszego w Polsce triathlonu który robi osobny start właśnie dla złotych kobiet. Złota fala to start na dystansie 1/4 Ironman, startujemy przed wszystkimi po to żeby pokazać że jest nas dużo, że sport to uśmiech i pasja i że może nas być jeszcze więcej.

Od paru lat na tym blogu Pragnę was zmotywować i pokazać że można wpleść bycie triathlonistką i trenowanie do codziennego życia i bycie mamą dwójki dzieci. Dlatego kiedy zaprosili mnie do bycia ambasadorką czułam się niezmiernie dumna i szczęśliwa że mogę być częścią tak ważnego wydarzenia w naszym kraju.

29066251_561606984188974_5963997617359683584_o
Oprócz tego bycie ambasadorką pozwoliło mi podjąć współpracę z i-Sport czyli platformą treningową która zajęła się moimi przygotowaniami właśnie do startu w Poznaniu. Po raz pierwszy od paru dobrych lat, po raz pierwszy od kiedy trenuje triathlon, jestem pod opieką trenerską. Dzięki niej przełamała wiele różnych barier w swojej głowie, w nogach i w nastawieniu. Nigdy też treningi nie bolały mnie tak bardzo psychicznie i fizycznie. Poczułam co to znaczy trenować, a nie wychodzić na treningi. W malutkim stopniu przypomniały mi się moje dziecięce lata kiedy trenowałam pływanie i kiedy nie było wymówek od treningu, kiedy zawsze wiedziałam co trenować i w jakim stopniu.

Bycie ambasadorką super League Triathlon Poznań sprawiło że tak naprawdę rzuciłam wszystko, zostawiłam dwójkę dzieci z babcią, męża na drugim końcu Polski, który startuje na swojej imprezie a ja po raz pierwszy zapakowałam sama rower i udałam się do Poznania poznać masę ciekawych kobiet które mają jedną wspólną pasję jaką jest triathlon. Każda z nas jest inna, każda musiała zrezygnować z innych rzeczy żeby móc trenować i każda ma inny cel. Jednak wszystkie nas łączy taka sama miłość do triathlonu i każdej z nas triathlon sprawia taką samą ogromną radość. Po raz pierwszy też będę miała okazję zmierzyć się z taką ilością kobiet na starcie, bo w całym super League Triathlon jest nas ponad 340 dziewczyn, z czego 104 startuje właśnie w ZŁOTEJ FALI.

 

IMG_20180612_010033_050 IMG_20180514_114535_459

Sama szykuje dla was też mały projekt niespodziankę która mam nadzieję ujrzy światło dzienne niebawem i która ma właśnie pomóc nam wspólnie trenować, wspierać się i motywować do ściągania i coraz to lepszych wyników w triathlonie.

 

Trzymajcie kciuki za mój start który będzie w niedzielę 1 lipca o godzinie 10:00.

Wpadajcie na mojego Facebooka oraz Instagram bo spróbuję, będąc po raz pierwszy bez dzieci podrzucić wam fajną relacje.

To co Malujemy pazury na złoto i krzyczymy głośno „Girls Just wanna Have Fun” ?!

images-2
Wasza biegająca bio mama.

MAMA w GÓRACH.

PODRÓŻE

MAMA w GÓRACH.

Sama nie nadążam za własnym życiem, a już zupełnie nie mam pomysłu jak to zrobić żebyście Wy za nim nadążali.

Niemniej jednak ciągle wyjeżdżamy, przemieszczamy się, spacerujemy, uciekamy w jeszcze większa naturę niż nasza wieś, warto więc o tym pisać. I pomimo że posty może nie będą na czasie z pogodą to muszą się tu pokazać. Na dwa różne sposoby odwiedziłam góry w ostatnim czasie. I nie ma co ukrywać po długim czasie ponownie poczułam jak bardzo kocham to miejsce. Jak moje bateria ładują się w stylu „SUPER CHARGE” w takim miejscu i jak bardzo pragnę spędzać tam dużo czasu!

IMG_20180403_225306_250

 

 

 

Góry na Skiturach, o tym będzie niebawem ( co prawda miało być już dawno temu, ale życie 🙂 )

Dziś będzie góry z dzieckiem, a raczej dziećmi! Wyobraźcie sobie wypad na spontanie do naszego cudownego Zakopca w jeszcze mocno zimowych warunkach i totalnie bez-turustycznym czasie. Dwójka maluchów, tata z rowerem na dachu samochodu, matka z nartami w packu. Kto gdzie, kiedy i po co nie mamy jeszcze zielonego pojęcia wiemy jednak że ma to być nasz czas, dla wszystkich i z wszystkimi. Brak jakiegokolwiek przygotowania, zero zaplanowanych trasek, dni i innych atrakcji. Wyjdzie w praniu, rano kiedy zobaczymy jaka pogoda.

y2V01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zatrzymaliśmy się w willi TATIANA <www.willatatiana.pl> miejsce które serdecznie polecamy za jego położenie i klimat jaki panuje w środku. Cenowo łatwo się z nimi negocjuje, a miejsce nie jest aż tak wyselekcjonowane jak na zdjęciach. Lubię ładne miejsca, przyjemne, domowe i ciepłe które ewidentnie oddają atmosferę miejsca w którym mamy się wakacjować. Nie lubię molochów, hoteli 5*, gdzie wstydzę się wyjść w dresie na śniadanie, a z make-upem powinno iść się do łóżka, bo tak wypada. Kochamy miejsca z klimatem, agroturystyki z prawdziwego zdarzenia, jeziora, domy z bala, drewniane chatki, kozy, krowy na podwórku i zapach trawy! Kocham odstawić samochód na parking i nie tykać go przez cały czas odpoczynku, chce się szlajać i szlajać, po uliczkach, parkach szlakach i knajpkach. W końcu to wakacje i mają być zawsze w trybie SLOW!

Ovrfa

 

Nie myślałam że wypad z tymi gagatkami może być taki SLOW, taki FUN, i taki FULL OF LOVE.

Było bez spiny treningowej, głównie ja odpuściłam, ale łażenie po górach z plecakami w postaci dzieciaków potraktowałam jak dobry trening. A fakt że chodziliśmy spać koło 23 wskazuje na to że chyba faktycznie tak było. 19 kilometrów po betonie do morskiego oka i z powrotem naprzemiennie z Zośką i Stasiem na plecach, pchając wózek z prawdziwym plecakiem poczuliśmy wieczorem w nogach. Ponad 20 godzin chodzenia, dwa dni deszczu i mgły na 6 noclegów, myślę, że to całkiem niezły wynik jak na pierwszy raz.

Morskie Oko, fajny trening z plecakami.

 

 

GÓRY W KWIETNIU.

 

Ten kwiecień był wyjątkowy, bo prawie zupełnie zimowy. Pamiętajcie że warto sprawdzić jakie warunki panują tam wyżej. My bez raczków nie ruszaliśmy się nigdzie. Taka mała rzecz, a dzięki niej na prawdę mogliśmy wejść w przeróżne rejony tatr. I pomimo, że na dole prawdziwą wiosną aż pachniało, to an szlakach po 1-2 kilometrach robiło się zupełnie zimowo.

IMG_20180403_202244_625 IMG_20180406_210203_340

 

JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ?

  1. Zacznijcie od podjęcia decyzji że jedziecie 🙂 Łażenie z dzieckiem po górach może być na prawdę fajowe.
  2. Zakopane jest miejscem gdzie wypożyczycie większość wędrownego sprzętu. Jeżeli ruszacie się zimą czy na przełomie zimy po pierwszym dniu będziecie wiedzieć czy warto zainwestować w raki/raczki. Te drugie są uniwersalne założycie je na każdego miękkiego buta trekkingowego. Mój R wypróbował je nawet na Salomonach Crossmax-ach. Dzięki nim żadem oblodzony szlak nie będzie dla Was zagrożeniem życia, albo dwóch , jeśli wędrujecie z dzieciakami.
  3. Plecak i dwójka maluchów, jak to ogarnąć ?? No cóż, jedna osoba musi się troszkę poświęcić. I nosicie dziecko na przodzie i plecak na plecach albo dziecko na plecach i plecak na przodzie. Możecie kombinować żeby podpiąć plecak do nosidła ale u ans to nie wypaliło. Druga opcja to dojście do schroniska z wózkiem a potem krótkie wędrówki z dzieciakami w nosidłach plus mały przybornik gdzieś na biodrach.
  4. Dzieci współpracują. Uwierzcie mi nasze dwa gagatki to nie ten typ siedzący. Wszystko zależy od Was i jak im to przedstawicie. Gałązki, szyszki listki zbierane z ziemi to na prawdę fajne zabawki, a maszerujące piosenki to ekstra zabawa dla nawet 3 latki. Zosia cześć trasek pokonywała sama. Bardziej po to aby się rozgrzać i poruszać, ale nosidło zarówno jedno i drugie stało się całkiem fajną zabawą. Pierwsze krzyki zostały zażegnane innym podejściem do sprawy. Dlatego na prawdę da się przekonać te dzieciaki to tego, musicie tylko znaleźć na nie sposób. Każdy lubi być pomocnikiem, może ta wersja na nich zadziała ??
  5. Pieczątki, kartki, książeczki. Nie ma nic bardziej motywacyjnego niż pieczątka w każdym schronisku, kartki z niedźwiedziami, książeczki i odznaki. Gdy maszerowaliśmy w stronę murowańca przy -4 stopniach a dzieciaki nie były ubrane na taki ziąb. Bo była mgła, mokro i chłód naprawdę dał się odczuwać. Zosia pomimo prawie zamarzniętych stóp głosowała żeby dalej wchodzić po pieczątki. Bo jak to ma wrócić do dom bez ??

7TZYp

Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
IMG_20180406_205345_162
Trasa do Murowańca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

FRAJDA FRAJDA FRAJDA… Góry mogą być na prawdę fajne, dla rodziców to ciężka praca z dodatkowym obciążeniem. Dla dzieciaków to natura, drzewa, skały, wodospady, kwiatki, szyszki, liście, mchy i zwierzęce ślady. Żcie tułającego się ludka może byc na prawdę przyjemne. Trzeba się tylko do niego przygotować.

JAK się przygotować ?

  • Ubranka na zmianę, i to od A do Z, zapasowe rękawiczki druga czapa, dodatkowa bluza i spodenki. Bodziaki koszulki i pieluchy na zamianę to podstawa. Dla starszej pociechy dodatkowa koszulka, bluza, gatki do przebrania, skarpetki czy rajstopy. Woreczki foliowe gdyby zaczęły przemakać Wam butki.
  • Jedzonko x3 bo uwieżcie mi te małe ludki potrafią skonsumować dużo więcej łażąc cąły dzięń po dworze.
  • repertuar piosenkowy
  • Jakaś zabawka którą łatwo złapać w rączkę podczas gdy maluch jest w nosidle.
  • Coś do „ciumkania” w razie totalnej awarii humoru 🙂 czyli tego jedzonko które dziecko samo może jeść
Pamiętajcie !! Że na przełomie dwóch pór roku, możecie zastać inne warunki na dole a zupełnie inne na górze. Im wyżej w górę tym zimniej !! Możecie zacząć wchodzić wiosną ( tak jak my kiedy szliśmy nad Morskie oko), a skończyć totalną zimą! 

IMG_20180404_185643_153



Zaczynamy wędrówkę.


I ją kończymy:

cof

CZY WARTO ?

Zastanawiasz się, czy góry są dla Ciebie ?!

Pewnie że tak! Zacznijcei od spokojnych dolinek miejsc gdzie możecie przejść część trasy z wózkiem, a potem przetransportować Wasze pociechy w nosidłach i innych noszących gadżetach (chusty itp). Potem w miarę chodzenia, zaczniecie wybierać sobie trudniejsze trasy, dłuższe, bardziej widowiskowe. Przy dzieciach nauczyłam się, że jest JEDNA zasada jeśli wprowadza się NOWOŚCI w ich życie. Musimy podejść do sprawy z workiem CIERPLIWOŚCI, NA SPOKOJNIE i STOPNIOWO WPROWADZAĆ NOWE RZECZY!

Robicie tak przy wprowadzaniu nowego jedzenia, uczeniu dzieciaków spania w określonych godzinach, wprowadzaniu innych aktywności. Róbcie TAK TEŻ kiedy chcecie brać udział w Waszych aktywnościach, żeby zaczęły z Wami biegać, trenować, czy też łazić po górach !

6vwMi

No to co?! Plecaki na plecy i nie zastanawiajcie się dłużej ! Góry są dla KAŻDEGO! Pamiętajcie tylko o byciu rozważnym i przygotujcie się do tego jak należy.

 

Biegająca Bio Mama.

selfp

2017 … moje wzloty i upadki

Bez kategorii CIĄŻA CODZIENNOŚĆ POLECANE

2017 … moje wzloty i upadki

Halo gdzie ty znowu uciekłeś ?? Czy wy też macie wrażenie że co roku ten czas coraz szybciej mija ? Czy to efekt tego pędu ? Czy po prostu staramy robić się za dużo w za krótkim czasie ?

DSC_0176 2

Nie sprzedam Wam dzisiaj nowych kreacji sylwestrowych. Nie zamierzam też motywować do działania z dniem pierwszego stycznia kolejnego roku.

2017 :

Rok dla mnie przełomowy, pełen wzlotów i upadków. Pełen skrajnych emocji i to wcale nie tych ciążowych. Rok w którym kilka razy chciałam zrezygnować z siebie, bloga, męża, czy triathlonu, rok w którym nie raz dostałam po tyłku. Rok w którym zrozumiałam wiele, wiele doświadczyłam, wiele musiałam się nauczyć i do wielu rzeczy przywyknąć.

Gdybym jednak zajrzała do galerii w moim telefonie emanuje on uśmiechem, nowym życiem, totalnym rozgardiaszem i „multi-taskingiem” w wersji PRO. Robienie wszystkiego na raz było ewidentnie tematem przewodnim tego roku. Dlatego wyjątkowo mam ochotę usiąść i rozkminić co dalej, którędy iść i po co ?

 

UPADŁAŚ ?? POWSTAŃ

Większość tematów koniec końców mogłabym wrzucić do wzlotów. Bo nie jeden mój upadek pozwalał wyciągnąć wnioski, podnieść się i pójść do przodu. Ale w końcu nie od tego się zaczęło więc ??

1. ZGUBIŁAM SIĘ.

W każdej dziedzinie życia. W sporcie, związku, rodzicielstwie. Bywało rożnie, czasem ciężko, czasem wesoło, ale zawsze okropnie emocjonalnie. Chaos jaki ogarnął moje życie przez przeprowadzkę, nowe dziecko a przy tym wszystkim cały czas prace zawodową, totalnie wpuścił mnie w maliny. I nie wiedziałam czy ogarniam to życie, czy już chyba nie. Nie wiedziałam, co jest dla mnie ważne, co ważniejsze, na czym mi zależy najbardziej, a na czym mniej. Co dopuścić na rzecz czego. I pomimo, że nie do końca jeszcze wiem co i jak to wiem, że bez balansu nie dam rady. Ot takie małe światełko w tunelu, które mam nadzieję pomoże stworzyć noworoczną hierarchię.

 

2. PRZESTAŁAM SPRZĄTAĆ.

To chyba mój najgorszy upadek tego roku. Zaczęło się niewinnie, małe mieszkanie, dwójka dzieci i świadomość że zaraz będziemy na swoim, trochę większym nie motywowała do sprzątania. Rośliśmy w stercie rzeczy z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Za chwilę mieliśmy wrzucać wszytko do kartonów, jednak to za chwile przeciągało się. Pomiędzy milion wyjazdów z dwójką maluchów, psem, rowerami, wózkiem, przyczepka do rowerów itp. Zawsze było coś, zawsze trzeba było gdzieś biec i tak wszystko dookoła nas rosło i rosło. Powoli się odgruzowujemy, ale trwało to długo i zabrało nam mnóstwo nocy i nerwów kiedy dzieci spały.

 

3. ZBYT SZYBKIE TEMPO.

I pomimo, że nie jedna osoba zwaliła by winę na ciągły pęd życia narzucony gdzieś odgórnie. Ja czuję że to ewidentnie moja wina i brak mojej organizacji. W końcu to kobieta jest szyją w związku, a mężczyzna głową. Więc brakiem organizacji obarczam siebie. Gdyby szyja nie miała „kręczu karku”, głowa lepiej by współpracowała i łatwiej by jej było iść wspólnym torem.

 

4. KSIĄŻKI, KSIĄŻKI, KSIĄŻKI.

Miał być Stachu, miały być spacery, wolne poranne kawki i czytanie podczas drzemek młodego. W zamian jest: „Kiedy ja będę miała czas na Was – KSIĄŻKI ??”

 

5. ZANIEDBAŁAM BLOGA.

To chyba upadek, który sprawia mi najwięcej przykrości. Przykrości bo kocham to miejsce. Jednak z czegoś musiałam zrezygnować, by mieć dzisiaj to co mam. Najłatwiej było z bloga, bo z dzieci nie mogłam 🙂 Bez treningów o czym bym ja Wam pisała? A z pracy nie mogłam bo nie miałabym na czym jeździć i w czym biegać :p

Ale to miejsce w sieci dużo dla mnie znaczy, tak samo jak Wy! I dziękuję Wam za to że tu jesteście pomimo, że mnie ostatnio nie ma.

I czasami tak z sentymentu, wertuję przez menu i posty. Wracam do przeszłości, a jest ona tu nie powiem, pięknie udokumentowana 🙂

 

WZLOTY

 

1. Jakoś się udało – JESTEŚMY NA SWOIM.

Tutaj wrzucam cały życiowy chaos, który doprowadził mnie do miejsca w którym jestem teraz. Do bycia mamą po raz drugi, do swoich czterech ścian, które zjadły nam pół życia zanim przenieśliśmy kartony ze starego mieszkania. Do bycia aktywną zawodowo nawet kiedy mały się rodził, urodził i teraz kiedy na dobre jest już z nami.

2. ZOSTAŁAM MAMĄ PO RAZ DRUGI.

Nie mogłabym wrzucić tego tylko do jednego wora z resztą życiowego udało się. Bycie mamą bywa okropnie wyzywające, ale jest równie satysfakcjonujące. Ciąża, poród i mama dwójki, to zdecydowanie jeden z najciekawszych WZLOTÓW TEGO ROKU. W szczególności jeśli za syna trafia Ci się taki chłopak jak nasz Staś.

IMG-20180102-WA0004

3. TRI LOVE.

Tak jest. Kocham TRIATHLON. I chyba już nie przestanę. Były kryzysy, były nawet wahania czy nie zrezygnować na ten rok, czy nie za dużo biorę na swoje barki. Jednak każdy start w tym roku, pierwszy już po 2.5 miesiącach po porodzie, dał takiego kopniaka, że myśli o rezygnacji chciałam zgnieść, rozdeptać i strzelić sobie w tył głowy że nawet przeszło mi przez myśl, żeby zrezygnować.

 

4. WYGRAŁAM TRIATHLON!

Niespodziewanie, nie wiadomo kiedy, bez spinki i na totalnym luzie wbiegłam na metę jako pierwsza kobieta OPEN! Takie cuda też się zdarzają, nawet podwójnym matkom i chwilę po porodzie. Cypr jak zwykle był dla mnie łaskawy. Pokazał, że warto marzyć, bo marzenia są po to by je spełniać !

17_B9517

5. DOLECIAŁAM do mety w 38 tygodniu ciąży !

W terminie porodu wzięłam udział w biegu ulicznym, spakowana w torbę do szpitala, która grzała się w samochodzie, a my rodzinnie lecieliśmy 5-tkę po lesie. Był to na prawdę przepiękny bieg. Pomimo, że moje człapiące tempo dało mi w kość jak nie jedna połówka, gęba cieszyła mi się jeszcze przez tydzień po samoistnie, a do dziś na zawołanie, gdy przywrócę wspomnienia.

IMG_20170514_173153_713

6. NAPISAŁAM ArTYKUŁ DO magazynu szosa <3 <3 <3

Cudowne było to uczucie, kiedy otworzyłam najnowszą szosę i obaczyłam swój artykuł jej stronach. SZOSA zawsze wydawała mi się taka prestiżowa, poza zasięgiem moich słów i mojego pisania. A tu nagle BACH udało się ! 🙂 Czyli po raz kolejny warto marzyć i spełniać te marzenia.

DSC_0176 2

7. UCZĘ SIĘ SIEBIE OD NOWA.

A co najpiękniejsze dobrze o tym wiem. Dojrzałam, jestem świadoma swoich decyzji, celów, pragnień. Chce pracować nad sobą a nie nad innymi i mam nadzieję że kolejny rok mi na to pozwoli!

 

 

DLATEGO ŻYCZĘ WAM CUUUUUDOWNEGO NOWEGO ROKU !

PEŁNEGO SPOKOJU ŻYCIA, BEZ PĘDU I DLA SIEBIE, WYPEŁNIONEGO MIŁOŚCIĄ I SZCZĘŚCIEM.

PEŁNEGO NOWYCH WYZWAŃ, MARZEŃ I CELÓW, ORAZ MOTYWACJI I ZDROWIA DO ICH REALIZACJI.

 

GOTOWI DO DZIAŁANIA ? 🙂

IMG_20171214_203529_476#1

 

O.

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

Jakiś czas temu napisał mi się post o dzieleniu tego co się kocha z kimś kogo się kocha. Czyli o pasji, rodzinie i partnerstwie. Nie jest to słodki temat, prawdę mówiąc jest dosyć gorzki, pełny kompromisów, wyrzeczeń i zrozumienia.

DSC_0161

SKOK W BOK <Kocham dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe”>

Ale… warto napisać jego aktualniejszą wersję, bo im dziecko starsze tym łatwiej. NAPRAWDĘ !

Minęły ponad dwa lata odkąd Zosia jest z nami. Dwa lata treningów, pracy i ciągłego dbania o dom. Nowe projekty, nowe wyzwania życiowe i zmiany. Ogromne dla nas zmiany życiowe. A jednak dużo łatwiej jest teraz niż było jeszcze dwa lata temu.

IMG_20150410_140820Pamiętam czas kiedy przywieźliśmy to małe stworzenie do domu. Nie wiedzieliśmy co robić, kiedy, gdzie i jak. Uczyliśmy się tak na prawdę życia od nowa. Wspólnego i w pojedynkę. Musieliśmy nauczyć się siebie, tego jak chcemy funkcjonować gdy nie można już zawsze i wszędzie robić tego co nam się żywnie podoba. Musieliśmy nauczyć się tego malucha, jak z nim funkcjonować i jak wprowadzić go do naszego życia aby to nie zmieniło się drastycznie. Dwa lata zmian i dwa lata dostosowywania się, popłaciło. Teraz już wiemy jak to wszystko ogarnąć!

 

IMG_20150830_224446Wielu ludzi odkłada swoje pasje, marzenia na półkę „za jakiś czas” gdy tylko dziecko pokazuje się w ich życiu. Nie jest to dobry sposób na rodzicielstwo. Pewnie, że nie wszystkie rzeczy można i chce się realizować tak jak przed przyjściem na świat nowego członka rodziny. Ale nie warto odkładać siebie na drugi plan. Gwarantuje Wam, że nie tylko Wy będziecie dużo szczęśliwsi mogąc robić dalej to co kochacie, ale i Wasze dzieci na tym skorzystają, bo spełniony rodzic to i spełnione, szczęśliwe dziecko. Odkładając siebie na półkę, prędzej czy później doznacie frustracji, która tylko przekona Was jak ważna w życiu jest równowaga pomiędzy codziennością, a pasją.

 

Myślałam, że nigdy to nie nastąpi. Bycie mamą takiego maluszka daje do myślenia i trochę  transformuje twoje spojrzenie na świat. Bycie non stop z dzieckiem daje Ci poczucie, że będziesz tą „kurą domową” już do końca życia. A jednak 🙂 Nie jest tak źle bo im starsze dziecko tym wszystko jest łatwiejsze, w szczególności jeśli chodzi o organizację życia domowego, treningów i całej logistyki z tym związanej. Wspólne treningi, wspólne wyjeżdżenia wydawały mi się nie realne jeszcze rok temu. Dziś wiem, że ten stan hibernacji rodzinnej jest tylko przejściowy, a powrót do wspólnego dzielenia pasji jest szybszy niż nam się wydaje. Nawet będąc full time mamą, czy tatą.

IMG_20151019_002508

bieg11

Odkąd nasza mała poszła do żłobka, i nie chciałabym wdawać się tutaj w dyskusje dlaczego , po co, to najważniejszy okres w życiu dziecka. Poszła mając ponad półtora-roku i była to nasza świadoma, długo przemyślana decyzja. Od tego czasu nasz świat wrócił choć w małym stopniu do normy. Będąc rodzicami bez babć pod ręką, niani i innych wspomagaczy na prawdę pomaga zrozumieć na czym polega bycie rodzicem na pełen etat. Mała w żłobku równała się z tym, że nagle nie trzeba było pracować z dzieckiem na kolanach, pośród zabawek, robiąc w między czasie obiad czy pranie, albo po nocach. Można było najnormalniej w świecie oddać się jednemu zadaniu a potem drugiemu. Nagle wkomponowanie treningów w nasz zwykły dzień stało się proste. Ustawialiśmy kto zawozi małą, kto odbiera, kto ma czas w którym momencie dnia na jaki trening. Od czasu do czasu udało nam się wpleść małe perełki treningowe typu „robimy to we dwoje”, zupełnie sami, tak jak dawniej, zanim zostaliśmy rodzicami.  Dla nas tego typu wypady były lepsze od randek, to był nasz sposób na randkę i pomimo że od czasu do czasu lubimy pójść wspólnie do kina czy na kolację, to wolimy to wspólne dzielenie pasji. Te wspólne rowery, pływanie, czy chociaż chwilowe bieganie, bo tutaj niestety mamy dosyć spory rozrzut jeśli chodzi o tempo.

IMG_20160712_164452 IMG_20160721_234859 IMG_20160828_203949 20160904_134338-01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niemniej jednak dzielenie pasji z partnerem nie zawsze bywa łatwe i nadal zdarzają się sytuacje, kiedy to jedno rezygnuje na rzecz drugiego z treningu czy startu bo nie ma z kim zostawić Zosi. Staramy się jednak ogarniać to w ten sposób, że obydwie strony były zadowolone. I pomimo, że nie zawsze jest łatwo, to na pewno jest dużo łatwiej niż było na początku naszej rodzicielskiej drogi.

DSC_0073

Hmmm…. No dobra a co teraz jak będzie dwójka ?

Nie wiem, ale wiem na pewno, że znajdziemy sposób i czas na nasze triathlonowe życie. Jest ono nieodłączną częścią nas tak samo jak są nimi nasze dzieci. Pewnie wrócimy do etapu fajnie jest dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe. Jednak wiem że ten okres jest chwilowy i po, czeka nas tylko łatwiej, łatwiej i łatwiej.

DSC_0087

 

O.