Kategoria: CODZIENNOŚĆ

od CHOACHA do DIETETYKA

CODZIENNOŚĆ DIETA POLECANE PORADY

od CHOACHA do DIETETYKA

Coaching to ostatnimi czasy bardzo popularne słowo, często nie rozumiane przez zwykłego szarego nie-korporacyjnego człowieka, który nie do końca nadąża za obecnymi trendami. Coaching jest kluczem do sukcesu w wielkich korporacjach w kręgach menedżerskich, jest tam popularny i wszechobecny. Jednak etiologia tego słowa zazwyczaj nie jest znana zwykłemu Kowalskiemu, takiemu chociażby ja ja, a co za tym idzie nikt tak naprawdę nie wie kim on jest czym się zajmuje i na czym ten coaching polega.

Sama długo nie mogłam pojąć jak ktoś może potrzebować coacha i co on może wnieść do naszego życia. Takiego zwykłego, zazwyczaj mającego swoją mała firmę, działającego na własną rękę, albo chodzącego do normalnej pracy, nie wielkomiejskiego człowieka muszącego stawiać czoła korporacyjnym wyzwaniom.

ANO wbrew pozorom bardzo dużo. Dobry coach to nie tylko osoba która pomaga nam znaleźć drogę ale to też mentor, psycholog i motywator. A sam coaching to nic innego jak forma edukacji nas samych. Narzędzie dzięki któremu możemy znaleźć swoją drogę.

Coaching działa troszkę jak sitko do którego wpuszczamy wszystkie nasze chaotyczne myśli i dzięki jego narzędziom, ćwiczeniom i rozmowie z tego sita wypływają tylko konkretne, sprecyzowane idee.

Jak ja wpadłam w ręce coacha?

Krótko mówiąc kiedy energia jest rozproszona na wiele różnych czynności czujemy że stoimy w miejscu i nie posuwamy się w żadnym kierunku. W sumie nie tylko myślimy, że tak jest ale tak faktycznie jest.  Pomimo że wydaje nam się że tak dużo działamy, tak było w moim przypadku, to nie czujemy zupełnie żadnego postępu.

Najpierw własna firma, potem pomaganie w męża w firmie, do tego odrzuciliśmy triathlon. Pierwsze ciąża, założenie bloga, druga ciąża i początki współpracy około triathlonowych. Niby robiłam tak wiele, a wydawało mi się że nie robię tak na prawdę nic konkretnego. Permanentnie byłam załata, robiłam wiele rzeczy na raz i zupełnie nie ogarniałam mojego eko systemu.  Dużo tematów napoczętych ale w żadnym z nich zero konkretów, zero planu działania i ciągłe przerzucanie energii z jednego miejsca na drugie.

Wtedy wpadła w moje ręce Lucy. Pani psycholog, zajmująca się szeroko pojętym coachingiem. Namówiłam ją do indywidualnej współpracy. Potrzebowałam mentora, ale też motywatora który przy regularnej pracy wywoła u mnie porządek i systematyczność. Kogoś kto nie koniecznie powie mi co mam robić, ale da narzędzia i pokieruje tak żebym umiała sama podjąć na czym mi zależy, jak chce działać i co tak an prawdę jest dla mnie ważne.

Chciałam dowiedzieć się jak znaleźć swoją drogę. Współpracę rozpoczęłyśmy na początku lata. Dwie mamy, każda pracująca na swój sposób i trenująca. Lucyna była tez na etapie ogromnych zmian w życiu, ja w totalnym chaosie naszych wakacyjnych startów rozjazdów i cięgle poza domem. Nie zawsze więc ta współpraca idealnie nam się układała w czasie ( głównie z mojego powodu 🙂 ), ale coś się zaczęło i był to niesamowicie ogromny bodziec dla mnie.

Narzędzia jakie od niej otrzymałam zaczynały powoli przesiewać chaotyczne myśli i natłok pomysłów, a zamieniały się w coraz to węższe bardziej specyficzne i konkretne cele. Zobaczyłam światełko w tunelu, zobaczyłam że po raz pierwszy chcę zrobić coś od A do Z, chciałam coś w końcu zaplanować a nie działać na chybił trafił. Zobaczyłam jak bardzo pomaga mi wypisywanie rzeczy na kartce i o ile łatwiej jest sobie wtedy wizualizować plusy i minusy danego pomysłu, projektu, przedsięwzięcia.

DOGA DO CELU.

 

Pracowałyśmy nad moimi planami, pomysłami praktycznie przez całe lato. Wiadomo, że nie ofd początku byłam ukierunkowana, nawet przez dłuższy czas brnęłam nie w ta stronę co tak na prawdę chciałam, ale przy któryś ćwiczeniach, pyknęło. Nagle wszystko zaczęło być totalnie klarowne, przejrzyste. Serce napełniło się ogromną siłą i wtedy wiedziałam gdzie to wszystko zmierza. Nawet zaczęłam rozszerzać na własną rękę ćwiczenia zadane przez Lucy. Wszystko nabrało sensu, było świeże, moje i pełne nadziei i rozwoju.

Nie napiszę Wam tutaj jak takie spotkania mają wyglądać ile mają trwać. Jak długo trzeba z coachem pracować, bo to wszyto jest indywidualne.

W moim przypadku wszystko było trochę na opak, nasza współpraca była w gorących momentach naszego życia, ja zawalałam terminy, przeciągałam przerwy pomiędzy sesjami, ale pomimo tego wszystkiego dosłownie kilka spotkań, zadań i ćwiczeń totalnie otworzyło mnie na nowe systemy organizacji. Na nowe sposoby myślenia, na przejrzyste deklarowanie swoich celów, ale przede wszystkim na usystematyzowanie swojej pracy.

 

CZEGO COACH CI NIE DA ?

 

Przede wszystkim gotowego rozwiązania. Jeżeli szukasz czegoś takiego to nie to miejsce. Coach nie jest, nawet powiedziałabym nie powinien być, twoim business plenerem. Nie ma Cię też ukierunkowywać.

Ma natomiast dać Ci narzędzia dzięki którym, przy swojej pracy zrozumiesz co jest dla Ciebie ważne, a co nie do końca jest twoje. Nauczy Cię podejmowania właściwych wyborów, pozwoli przeanalizować twoje plany i cele. Będzie motywacją do działania, mentorem który wskaże jak znaleźć swoją drogę. Jednak nie zrobi tego za Ciebie. To ty własną pracą nad swoim życiem, czy biznesem znajdzie prawidłowe rozwiązanie. Takie które będzie Ciebie satysfakcjonować na płaszczyźnie emocjonalnej, ale tez taki które będzie dawał Ci korzyści materialne, czy też inne korzyści nad którymi właśnie pracujesz.

 

I tak oto, przechodząc do meritum. Od tego roku będę tu dla Was mam nadzieję z fachem w ręku. Będę się nie tylko dzielić moimi triathlonowymi postępami, lub ich brakiem ;). Będę też dzieliła się kawłkiem dietetycznej wiedzy z Wami.

Od lat jestem BIO, skupiam się na zdrowym odżywianiu i życiu w zgodzie ze sobą. Rozwijam się, szkolę, jeżdżę na szkolenia, rozmawiam z profesjonalistami. Teraz natomiast jest taki czas kiedy to ja chce się rozwijać tak na poważnie. Po wakacyjnej pracy z Lucyną, jestem obecnie na studiach „Dietetyki Sportowej” , a dokładnie na kierunku wspomaganie dietetyczne w Sporcie. I pomimo, że chwilowo z Lucyną nie pracujemy, bo nawał obowiązków w moim życiu mnie przytłoczył i nie znalazłabym siły i energii na merytoryczną pracę, to zamierzam wrócić do naszych spotkań i wspólnego działania jak tylko trochę się wszystko u mnie uspokoi 🙂

CZY WARTO ?

Dla tych którzy się jeszcze zastanawiają, czy warto. Odpowiem zdecydowanie TAK !

Sama byłam dosyć sceptycznie nastawiona do temu coachingu, wydawało mi się to czymś zbędnym, wymyślonym przez naszą teraźniejszą rzeczywistość. Teraz już nie tylko widzę, ale WIEM, że coacha tak jak psychoterapeutę powinien mieć każdy z nas.

Ciężko jest się odnaleźć w dzisiejszych zabieganych czasach. Coraz ciężej jest nam znaleźć balans i to co dla nas jest na prawdę ważne. Ciągłe wybieranie pomiędzy mniejszym złem, posprzątanym domem czy zrobionym treningiem, czasem z dziećmi czy pieniędzmi na kolejne wakacje, randką z mężem czy chwilą dla siebie, jest przytłaczające.

Współpraca z coachem, pozwala nam:

  • pozostać zmotywowanym
  • zdeterminować nasze cele
  • przesiać chaos w głowie na konstruktywne plany i dążenia
  • korzystać z narzędzi które ułatwiają pracę
  • usystematyzować nasze działania
  • i pewnie masa innych rzeczy które w tym momencie nie przychodzą mi do głowy

Szczerze Wam polecam korzystać z pomocy innych kiedy sami nie do końca wiecie co, gdzie i jak. Nie musimy być samowystarczalni, nie musimy nakładać na siebie jeszcze tej presji. Mamy ich wystarczającą z teraźniejszego otoczenia. Pozwólmy tym którzy się w tym szkolą nam pomóc. Dajmy sobie przestrzeń na pomoc, na korzystanie z wiedzy innych w celu polepszenia swojej jakość życia i pracy.

TO JEST OK !

Na prawdę !

Świat się nie zawali ! 🙂

Ciesze się, że mogłam doświadczyć tego i serdecznie Was do takiej współpracy zachęcam.

GDZIE ZNALEŹĆ MOJEGO COACHA ?

Lucyna jest biznes coachem. Obecnie prowadzi własną działalność, wspólpracuje z dużymi firmami dla których prowadzi szkolenia. Wiem jednak, że jest otwarta na indywidualne współprace, więc jeśli macie ochotę zobaczyć kim jest i co robi zapraszam Was na

 

Wasza Biegająca Bio Mama…… <3

P.S. A tymczasem śledźcie mojego bloga, Facebooka i instagrama po dawkę świeżej dietetycznej wiedzy, która mam nadzieję już niebawem zacznie systematycznie gościć na moim PROFILU :)

ZŁOT FALA i kobieca Strona Sportu.

CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

ZŁOT FALA i kobieca Strona Sportu.

Kobiety dla kobiet i kobiety z kobietami, ZŁOTA FALA.

29351903_570343743315298_7481476671226139663_o

Ostatnio coraz częściej dziewczyny łączą siły żeby stworzyć coś naprawdę pięknego. Złota fala to idea która ma pokazać że jesteśmy naprawdę na wagę złota. Potrafimy być mamami,  żonami, często też w tym samym czasie szefowymi. Umiemy łaczyć wiele obowiązków, przyjmować wiele ról, a co najpiękniejsze czerpać ogromną przyjemność zarówno z każdej z nich z osobna jak i ze wszystkich razem.

IMG_20180429_210120_672 36281916_1716780555101206_9209971726006353920_o IMG_20180429_205759_863

Jesteśmy kobietami na wagę złota, które znalazły pasję do sportu, do zdrowego trybu życia, a te automatycznie łączy się ze zdrową dietą. Chcemy aby nasze maluchy też poznały i poczuły co to znaczy „Żyć z Pasją”. Złota fala to wszystkie złote kobiety które chcą pokazać innym złotym kobietom, że drzemie w nas ogromna siła i motywacja. Chcemy pokazać że triathlon to nie tylko muskuły, silni mężczyźni ociekających testosteronem, ale to też uśmiech, kobiecość, lekkość i dużo różu.

Kobiety pokazują, że triathlon jest dla wszystkich dla każdej Pani, Dziewczyny, Kobiety, a nawet Babci która chodzi po tym świecie.

21167574_1422403447872253_1527103668674852910_o

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakieś 2 miesiące temu, z ramienia firmy Semilac, zostałam ambasadorką Super League Triathlon Poznań, pierwszego w Polsce triathlonu który robi osobny start właśnie dla złotych kobiet. Złota fala to start na dystansie 1/4 Ironman, startujemy przed wszystkimi po to żeby pokazać że jest nas dużo, że sport to uśmiech i pasja i że może nas być jeszcze więcej.

Od paru lat na tym blogu Pragnę was zmotywować i pokazać że można wpleść bycie triathlonistką i trenowanie do codziennego życia i bycie mamą dwójki dzieci. Dlatego kiedy zaprosili mnie do bycia ambasadorką czułam się niezmiernie dumna i szczęśliwa że mogę być częścią tak ważnego wydarzenia w naszym kraju.

29066251_561606984188974_5963997617359683584_o
Oprócz tego bycie ambasadorką pozwoliło mi podjąć współpracę z i-Sport czyli platformą treningową która zajęła się moimi przygotowaniami właśnie do startu w Poznaniu. Po raz pierwszy od paru dobrych lat, po raz pierwszy od kiedy trenuje triathlon, jestem pod opieką trenerską. Dzięki niej przełamała wiele różnych barier w swojej głowie, w nogach i w nastawieniu. Nigdy też treningi nie bolały mnie tak bardzo psychicznie i fizycznie. Poczułam co to znaczy trenować, a nie wychodzić na treningi. W malutkim stopniu przypomniały mi się moje dziecięce lata kiedy trenowałam pływanie i kiedy nie było wymówek od treningu, kiedy zawsze wiedziałam co trenować i w jakim stopniu.

Bycie ambasadorką super League Triathlon Poznań sprawiło że tak naprawdę rzuciłam wszystko, zostawiłam dwójkę dzieci z babcią, męża na drugim końcu Polski, który startuje na swojej imprezie a ja po raz pierwszy zapakowałam sama rower i udałam się do Poznania poznać masę ciekawych kobiet które mają jedną wspólną pasję jaką jest triathlon. Każda z nas jest inna, każda musiała zrezygnować z innych rzeczy żeby móc trenować i każda ma inny cel. Jednak wszystkie nas łączy taka sama miłość do triathlonu i każdej z nas triathlon sprawia taką samą ogromną radość. Po raz pierwszy też będę miała okazję zmierzyć się z taką ilością kobiet na starcie, bo w całym super League Triathlon jest nas ponad 340 dziewczyn, z czego 104 startuje właśnie w ZŁOTEJ FALI.

 

IMG_20180612_010033_050 IMG_20180514_114535_459

Sama szykuje dla was też mały projekt niespodziankę która mam nadzieję ujrzy światło dzienne niebawem i która ma właśnie pomóc nam wspólnie trenować, wspierać się i motywować do ściągania i coraz to lepszych wyników w triathlonie.

 

Trzymajcie kciuki za mój start który będzie w niedzielę 1 lipca o godzinie 10:00.

Wpadajcie na mojego Facebooka oraz Instagram bo spróbuję, będąc po raz pierwszy bez dzieci podrzucić wam fajną relacje.

To co Malujemy pazury na złoto i krzyczymy głośno „Girls Just wanna Have Fun” ?!

images-2
Wasza biegająca bio mama.

2017 … moje wzloty i upadki

Bez kategorii CIĄŻA CODZIENNOŚĆ POLECANE

2017 … moje wzloty i upadki

Halo gdzie ty znowu uciekłeś ?? Czy wy też macie wrażenie że co roku ten czas coraz szybciej mija ? Czy to efekt tego pędu ? Czy po prostu staramy robić się za dużo w za krótkim czasie ?

DSC_0176 2

Nie sprzedam Wam dzisiaj nowych kreacji sylwestrowych. Nie zamierzam też motywować do działania z dniem pierwszego stycznia kolejnego roku.

2017 :

Rok dla mnie przełomowy, pełen wzlotów i upadków. Pełen skrajnych emocji i to wcale nie tych ciążowych. Rok w którym kilka razy chciałam zrezygnować z siebie, bloga, męża, czy triathlonu, rok w którym nie raz dostałam po tyłku. Rok w którym zrozumiałam wiele, wiele doświadczyłam, wiele musiałam się nauczyć i do wielu rzeczy przywyknąć.

Gdybym jednak zajrzała do galerii w moim telefonie emanuje on uśmiechem, nowym życiem, totalnym rozgardiaszem i „multi-taskingiem” w wersji PRO. Robienie wszystkiego na raz było ewidentnie tematem przewodnim tego roku. Dlatego wyjątkowo mam ochotę usiąść i rozkminić co dalej, którędy iść i po co ?

 

UPADŁAŚ ?? POWSTAŃ

Większość tematów koniec końców mogłabym wrzucić do wzlotów. Bo nie jeden mój upadek pozwalał wyciągnąć wnioski, podnieść się i pójść do przodu. Ale w końcu nie od tego się zaczęło więc ??

1. ZGUBIŁAM SIĘ.

W każdej dziedzinie życia. W sporcie, związku, rodzicielstwie. Bywało rożnie, czasem ciężko, czasem wesoło, ale zawsze okropnie emocjonalnie. Chaos jaki ogarnął moje życie przez przeprowadzkę, nowe dziecko a przy tym wszystkim cały czas prace zawodową, totalnie wpuścił mnie w maliny. I nie wiedziałam czy ogarniam to życie, czy już chyba nie. Nie wiedziałam, co jest dla mnie ważne, co ważniejsze, na czym mi zależy najbardziej, a na czym mniej. Co dopuścić na rzecz czego. I pomimo, że nie do końca jeszcze wiem co i jak to wiem, że bez balansu nie dam rady. Ot takie małe światełko w tunelu, które mam nadzieję pomoże stworzyć noworoczną hierarchię.

 

2. PRZESTAŁAM SPRZĄTAĆ.

To chyba mój najgorszy upadek tego roku. Zaczęło się niewinnie, małe mieszkanie, dwójka dzieci i świadomość że zaraz będziemy na swoim, trochę większym nie motywowała do sprzątania. Rośliśmy w stercie rzeczy z tygodnia na tydzień, z miesiąca na miesiąc. Za chwilę mieliśmy wrzucać wszytko do kartonów, jednak to za chwile przeciągało się. Pomiędzy milion wyjazdów z dwójką maluchów, psem, rowerami, wózkiem, przyczepka do rowerów itp. Zawsze było coś, zawsze trzeba było gdzieś biec i tak wszystko dookoła nas rosło i rosło. Powoli się odgruzowujemy, ale trwało to długo i zabrało nam mnóstwo nocy i nerwów kiedy dzieci spały.

 

3. ZBYT SZYBKIE TEMPO.

I pomimo, że nie jedna osoba zwaliła by winę na ciągły pęd życia narzucony gdzieś odgórnie. Ja czuję że to ewidentnie moja wina i brak mojej organizacji. W końcu to kobieta jest szyją w związku, a mężczyzna głową. Więc brakiem organizacji obarczam siebie. Gdyby szyja nie miała „kręczu karku”, głowa lepiej by współpracowała i łatwiej by jej było iść wspólnym torem.

 

4. KSIĄŻKI, KSIĄŻKI, KSIĄŻKI.

Miał być Stachu, miały być spacery, wolne poranne kawki i czytanie podczas drzemek młodego. W zamian jest: „Kiedy ja będę miała czas na Was – KSIĄŻKI ??”

 

5. ZANIEDBAŁAM BLOGA.

To chyba upadek, który sprawia mi najwięcej przykrości. Przykrości bo kocham to miejsce. Jednak z czegoś musiałam zrezygnować, by mieć dzisiaj to co mam. Najłatwiej było z bloga, bo z dzieci nie mogłam 🙂 Bez treningów o czym bym ja Wam pisała? A z pracy nie mogłam bo nie miałabym na czym jeździć i w czym biegać :p

Ale to miejsce w sieci dużo dla mnie znaczy, tak samo jak Wy! I dziękuję Wam za to że tu jesteście pomimo, że mnie ostatnio nie ma.

I czasami tak z sentymentu, wertuję przez menu i posty. Wracam do przeszłości, a jest ona tu nie powiem, pięknie udokumentowana 🙂

 

WZLOTY

 

1. Jakoś się udało – JESTEŚMY NA SWOIM.

Tutaj wrzucam cały życiowy chaos, który doprowadził mnie do miejsca w którym jestem teraz. Do bycia mamą po raz drugi, do swoich czterech ścian, które zjadły nam pół życia zanim przenieśliśmy kartony ze starego mieszkania. Do bycia aktywną zawodowo nawet kiedy mały się rodził, urodził i teraz kiedy na dobre jest już z nami.

2. ZOSTAŁAM MAMĄ PO RAZ DRUGI.

Nie mogłabym wrzucić tego tylko do jednego wora z resztą życiowego udało się. Bycie mamą bywa okropnie wyzywające, ale jest równie satysfakcjonujące. Ciąża, poród i mama dwójki, to zdecydowanie jeden z najciekawszych WZLOTÓW TEGO ROKU. W szczególności jeśli za syna trafia Ci się taki chłopak jak nasz Staś.

IMG-20180102-WA0004

3. TRI LOVE.

Tak jest. Kocham TRIATHLON. I chyba już nie przestanę. Były kryzysy, były nawet wahania czy nie zrezygnować na ten rok, czy nie za dużo biorę na swoje barki. Jednak każdy start w tym roku, pierwszy już po 2.5 miesiącach po porodzie, dał takiego kopniaka, że myśli o rezygnacji chciałam zgnieść, rozdeptać i strzelić sobie w tył głowy że nawet przeszło mi przez myśl, żeby zrezygnować.

 

4. WYGRAŁAM TRIATHLON!

Niespodziewanie, nie wiadomo kiedy, bez spinki i na totalnym luzie wbiegłam na metę jako pierwsza kobieta OPEN! Takie cuda też się zdarzają, nawet podwójnym matkom i chwilę po porodzie. Cypr jak zwykle był dla mnie łaskawy. Pokazał, że warto marzyć, bo marzenia są po to by je spełniać !

17_B9517

5. DOLECIAŁAM do mety w 38 tygodniu ciąży !

W terminie porodu wzięłam udział w biegu ulicznym, spakowana w torbę do szpitala, która grzała się w samochodzie, a my rodzinnie lecieliśmy 5-tkę po lesie. Był to na prawdę przepiękny bieg. Pomimo, że moje człapiące tempo dało mi w kość jak nie jedna połówka, gęba cieszyła mi się jeszcze przez tydzień po samoistnie, a do dziś na zawołanie, gdy przywrócę wspomnienia.

IMG_20170514_173153_713

6. NAPISAŁAM ArTYKUŁ DO magazynu szosa <3 <3 <3

Cudowne było to uczucie, kiedy otworzyłam najnowszą szosę i obaczyłam swój artykuł jej stronach. SZOSA zawsze wydawała mi się taka prestiżowa, poza zasięgiem moich słów i mojego pisania. A tu nagle BACH udało się ! 🙂 Czyli po raz kolejny warto marzyć i spełniać te marzenia.

DSC_0176 2

7. UCZĘ SIĘ SIEBIE OD NOWA.

A co najpiękniejsze dobrze o tym wiem. Dojrzałam, jestem świadoma swoich decyzji, celów, pragnień. Chce pracować nad sobą a nie nad innymi i mam nadzieję że kolejny rok mi na to pozwoli!

 

 

DLATEGO ŻYCZĘ WAM CUUUUUDOWNEGO NOWEGO ROKU !

PEŁNEGO SPOKOJU ŻYCIA, BEZ PĘDU I DLA SIEBIE, WYPEŁNIONEGO MIŁOŚCIĄ I SZCZĘŚCIEM.

PEŁNEGO NOWYCH WYZWAŃ, MARZEŃ I CELÓW, ORAZ MOTYWACJI I ZDROWIA DO ICH REALIZACJI.

 

GOTOWI DO DZIAŁANIA ? 🙂

IMG_20171214_203529_476#1

 

O.

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

Jakiś czas temu napisał mi się post o dzieleniu tego co się kocha z kimś kogo się kocha. Czyli o pasji, rodzinie i partnerstwie. Nie jest to słodki temat, prawdę mówiąc jest dosyć gorzki, pełny kompromisów, wyrzeczeń i zrozumienia.

DSC_0161

SKOK W BOK <Kocham dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe”>

Ale… warto napisać jego aktualniejszą wersję, bo im dziecko starsze tym łatwiej. NAPRAWDĘ !

Minęły ponad dwa lata odkąd Zosia jest z nami. Dwa lata treningów, pracy i ciągłego dbania o dom. Nowe projekty, nowe wyzwania życiowe i zmiany. Ogromne dla nas zmiany życiowe. A jednak dużo łatwiej jest teraz niż było jeszcze dwa lata temu.

IMG_20150410_140820Pamiętam czas kiedy przywieźliśmy to małe stworzenie do domu. Nie wiedzieliśmy co robić, kiedy, gdzie i jak. Uczyliśmy się tak na prawdę życia od nowa. Wspólnego i w pojedynkę. Musieliśmy nauczyć się siebie, tego jak chcemy funkcjonować gdy nie można już zawsze i wszędzie robić tego co nam się żywnie podoba. Musieliśmy nauczyć się tego malucha, jak z nim funkcjonować i jak wprowadzić go do naszego życia aby to nie zmieniło się drastycznie. Dwa lata zmian i dwa lata dostosowywania się, popłaciło. Teraz już wiemy jak to wszystko ogarnąć!

 

IMG_20150830_224446Wielu ludzi odkłada swoje pasje, marzenia na półkę „za jakiś czas” gdy tylko dziecko pokazuje się w ich życiu. Nie jest to dobry sposób na rodzicielstwo. Pewnie, że nie wszystkie rzeczy można i chce się realizować tak jak przed przyjściem na świat nowego członka rodziny. Ale nie warto odkładać siebie na drugi plan. Gwarantuje Wam, że nie tylko Wy będziecie dużo szczęśliwsi mogąc robić dalej to co kochacie, ale i Wasze dzieci na tym skorzystają, bo spełniony rodzic to i spełnione, szczęśliwe dziecko. Odkładając siebie na półkę, prędzej czy później doznacie frustracji, która tylko przekona Was jak ważna w życiu jest równowaga pomiędzy codziennością, a pasją.

 

Myślałam, że nigdy to nie nastąpi. Bycie mamą takiego maluszka daje do myślenia i trochę  transformuje twoje spojrzenie na świat. Bycie non stop z dzieckiem daje Ci poczucie, że będziesz tą „kurą domową” już do końca życia. A jednak 🙂 Nie jest tak źle bo im starsze dziecko tym wszystko jest łatwiejsze, w szczególności jeśli chodzi o organizację życia domowego, treningów i całej logistyki z tym związanej. Wspólne treningi, wspólne wyjeżdżenia wydawały mi się nie realne jeszcze rok temu. Dziś wiem, że ten stan hibernacji rodzinnej jest tylko przejściowy, a powrót do wspólnego dzielenia pasji jest szybszy niż nam się wydaje. Nawet będąc full time mamą, czy tatą.

IMG_20151019_002508

bieg11

Odkąd nasza mała poszła do żłobka, i nie chciałabym wdawać się tutaj w dyskusje dlaczego , po co, to najważniejszy okres w życiu dziecka. Poszła mając ponad półtora-roku i była to nasza świadoma, długo przemyślana decyzja. Od tego czasu nasz świat wrócił choć w małym stopniu do normy. Będąc rodzicami bez babć pod ręką, niani i innych wspomagaczy na prawdę pomaga zrozumieć na czym polega bycie rodzicem na pełen etat. Mała w żłobku równała się z tym, że nagle nie trzeba było pracować z dzieckiem na kolanach, pośród zabawek, robiąc w między czasie obiad czy pranie, albo po nocach. Można było najnormalniej w świecie oddać się jednemu zadaniu a potem drugiemu. Nagle wkomponowanie treningów w nasz zwykły dzień stało się proste. Ustawialiśmy kto zawozi małą, kto odbiera, kto ma czas w którym momencie dnia na jaki trening. Od czasu do czasu udało nam się wpleść małe perełki treningowe typu „robimy to we dwoje”, zupełnie sami, tak jak dawniej, zanim zostaliśmy rodzicami.  Dla nas tego typu wypady były lepsze od randek, to był nasz sposób na randkę i pomimo że od czasu do czasu lubimy pójść wspólnie do kina czy na kolację, to wolimy to wspólne dzielenie pasji. Te wspólne rowery, pływanie, czy chociaż chwilowe bieganie, bo tutaj niestety mamy dosyć spory rozrzut jeśli chodzi o tempo.

IMG_20160712_164452 IMG_20160721_234859 IMG_20160828_203949 20160904_134338-01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niemniej jednak dzielenie pasji z partnerem nie zawsze bywa łatwe i nadal zdarzają się sytuacje, kiedy to jedno rezygnuje na rzecz drugiego z treningu czy startu bo nie ma z kim zostawić Zosi. Staramy się jednak ogarniać to w ten sposób, że obydwie strony były zadowolone. I pomimo, że nie zawsze jest łatwo, to na pewno jest dużo łatwiej niż było na początku naszej rodzicielskiej drogi.

DSC_0073

Hmmm…. No dobra a co teraz jak będzie dwójka ?

Nie wiem, ale wiem na pewno, że znajdziemy sposób i czas na nasze triathlonowe życie. Jest ono nieodłączną częścią nas tak samo jak są nimi nasze dzieci. Pewnie wrócimy do etapu fajnie jest dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe. Jednak wiem że ten okres jest chwilowy i po, czeka nas tylko łatwiej, łatwiej i łatwiej.

DSC_0087

 

O.

Czas oczekiwania.

CIĄŻA CODZIENNOŚĆ

Czas oczekiwania.

No i czekamy.

Nie spodziewałabym się takiego zakończenia sprawy. Mały w brzuchu od samego początku wydawał się sporo aktywniejszy, a co za tym szło, moje przekonanie, że równie aktywniej i szybciej będzie próbował wydostać się na świat.

Niestety….

Nauka cierpliwości w moim przypadku przed porodami sięga zenitu. Nie tylko muszę opanować swój strach, który przy drugim porodzie myślę, że jest nieunikniony ponieważ mniej więcej wiemy co nas czeka. Ale i frustrację spowodowaną tęsknotą za rodziną i domem. Ciężej się leży w szpitalu, kiedy ma się chodzące 2.5 roczne szczęście na zewnątrz. I nie martwię się o to czy mój mąż sobie z nią poradzi, bo wiem że bez żadnego problemu razem im będzie równie fajnie. Jednak jest mi smutno że nie mogę być z nimi, tęsknie, tak zwyczajnie po ludzku tęsknie.

IMG_20170529_122143_339

Minęły już 3 dni odkąd zamieniłam domową sypialnie na szpitalne łóżko, no i w końcu zaakceptowałam chyba moje bycie tu. Jestem prawie tydzień po terminie więc, chcą mieć mnie pod obserwacją i pomimo że mogłam walczyć o wyjście choć jeszcze na chwilę, bo wywołanie porodu mam ustalone na piątek. Chcę zaoszczędzić mojej małej tej lawiny emocji jakie nią tak czy siak targają. Jej mała główka wie, że mamusia jest w szpitalu z Panią doktor która pomoże wyjść Stasiowi na świat. Moje bycie w szpitalu i wychodzenie bez malucha, a potem ponowne pójście do szpitala mogło by ją trochę rozerwać emocjonalnie, dlatego zdecydowałam się tu być, hmmmm jakby to powiedzieć w ciągłości 🙂

Dzień narzekania, dzień tęsknoty i w końcu mam chęci i siłę pisać i kontaktować się ze światem 🙂 Moja głowa co prawda potrzebowała chwili, żeby to przetrawić, że znowu jest tak samo i w końcu zaakceptowała fakt, że teraz jest czas …. oczekiwania. Trzeba być cierpliwym, a czy umilę sobie ten czas pozytywnym myśleniem czy go sobie popsuję to już zależy tylko i wyłącznie ode mnie.

Z porodem jest trochę jak z zawodami, trenujesz, układasz całe życie pod wielki finał, a na koniec i tak okazuje się, że pomimo tego że jesteś w życiowej formie to są rzeczy niezależne od Ciebie (jak an przykład kapeć w rowerze, wywrotka, rozwalone okularki, albo po prostu nie twój dzień) które albo możesz przyjąć na klatę takimi jakie są, albo możesz zapłakany i sfrustrowany zejść z trasy i narzekać na wszystko co się wydarzyło przez następne kilka dni, czy tygodni.

 

Bycie w szpitalu trzeba sobie umilać. A z moimi nawykami żywieniowymi byłaby to jeszcze większa katorga, dlatgeo zawsze i wszędzie, na wszystkich wyjazdach i wypadach, mam ze sobą mały woreczek mojej śniadaniowej mieszanki.
Bycie w szpitalu trzeba sobie umilać. A z moimi nawykami żywieniowymi byłaby to jeszcze większa katorga, dlatgeo zawsze i wszędzie, na wszystkich wyjazdach i wypadach, mam ze sobą mały woreczek mojej śniadaniowej mieszanki.

Dlatego podniosłam głowę do góry i z „cierpliwą” niecierpliwością 🙂 czekam na te małe rączki i stópki które w końcu będę mogła wycałować.

Jestem nie tylko bardziej świadoma tego co mnie czeka, ale też tego co noszę w sobie. Łatwiej jest mi wyobrazić sobie te kręcące nóżki które co chwile obijają moje żebra, tą główkę, która od czasu do czasu tak mocno pcha się na świat. Łatwiej mi jest zobaczyć Moje dziecko na monitorze aparatu USG, którego buźka śpi sobie w najlepsze.

 

 

 

 

 

Trzymajcie kciuki i do napisania ! Może być nas już więcej 🙂

O.

P.S. A tak na marginesie, mam wrażenie, że moja głowa w żadnym wypadku nie umie dopuścić do siebie tego że poród może zacząć się naturalnie, że jakby się to faktycznie zaczęło dziać to zamiast skupiać się na bólu i skurczach byłaby w niebo wzięta i skakała z radości 🙂

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

„Jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”.

Zainspirowali mnie do tego posta nasi Panowie, którzy z pasji potrafią wyciągnąć to co najlepsze.

IMG_20170324_235314_136

I dziwić się, że anemia lubi trzymać się kobiet, że przetrenowanie w naszym życiu częściej się pojawia niż w męskim świecie, że to my częściej mówimy nie mam siły na trening, nie dam rady zrobić tych interwałów. Opowiem wam dwie historie, „jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”. Ciekawi mnie czy znacie te sytuacje z autopsji, czy to tylko w moim świecie tak jest i to ja powinnam nad sobą popracować ??

 

„Jego trenowanie”.

Ma jeden, czy dwa treningi, nie ważne zawsze na nie znajdzie czas. Kobieta walczy o to aby było to dostosowane do życia rodzinnego i w pewnym momencie panowie uczą się i potrafią sobie to tak zorganizować. Niemniej jednak co ma być zrobione, to zrobione będzie i taki jest ich świat. On potrafi zrezygnować z piwa z kolegami, kina z żoną i kolacji w restauracji na rzecz treningu i nie żałuje tego w przeciwieństwie do niej, która pomimo, że kocha trenować, to życie towarzyskie też kocha, a wino z przyjaciółką to już w ogóle. On wychodzi na trening, ma totalny reset. Biega. Myśli o startach, kolejnych treningach. Analizuje tempo, tętno i całą masę innych kwestii treningowo-rozwojowych. Po treningu wraca, rozciągnie się, wy-rolluje. Zgra trening, zanalizuje go od A do Z. Wie nad czym musi popracować, planuje postępy i kolejne treningi w głowie. W spokoju usiądzie, ostygnie wyciągnie świeże rzeczy z szafy i pójdzie pod zasłużony prysznic. Zrobi sobie po-treningowy koktajl, wypije, usiądzie i się zregeneruje. Nie lubi kiedy po treningu musi coś robić. Zawsze się od tego wywinie, albo odłoży na później. Będzie przysięgał zrobienie i jakoś przez przypadek wypadnie mu to z głowy. Oczywiście są sytuację kiedy panowie też potrafią w szybkim tempie się wykąpać, ogarnąć dziecko i siebie, albo ewentualne zadania. Jednak to nie jest ich dzień powszedni, tych dni nie lubią, są poddenerwowani.

Jego trenowanie to jego mekka, mała cześć jego życia do której wpuszcza kobietę, ale tylko powierzchownie. Pokazuje progres i to z czego jest dumny. Reszta to jego mała tajemnica, to jego pudełko do którego nie masz wstępu. O treningach, trenowaniu, startach i ewentualnych planach z kumplami potrafi rozmawiać cały dzień, albo i dwa. To jego prawdziwa pasja i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Cieszy go każde nowe wyzwanie, postęp. Cieszą go te analizy, pomiary mocy, gadżety, które ma, które są w zasięgu ręki, a na które musi jeszcze długo poczekać. Czerpie  z tego prawdziwą i szczerą przyjemność, raduje się tym, pielęgnuje ten związek, poświęca mu cały swój wolny czas. Te treningowe cyferki są lepsze od imprezy, regeneracja i całą treningowa otoczka lepsza od wypadu do kina, a sam trening lepszy od…. no mam nadzieję że nie nas 🙂

IMG_20160712_164452

 

„Jej trenowanie”.

Niezależnie od ilości treningów, zawsze wplecie je między obowiązki rodzinne. Myśli o tym żeby on też miał czas na swój trening, należy do tych którzy prędzej zrezygnują ze swojego na rzecz innych. Jak dziecko poprosi by została, długo się będzie zastanawiać czy nie posłuchać. Czasami miewa wyrzuty sumienia, kiedy robi swoje, ale dzielnie próbuje walczyć z milionem myśli w swojej głowie. Nie potrafi zrezygnować z wina z koleżanką na rzecz wieczornego biegania, albo drugiego treningu. Przecież nic się stanie jeśli opuści tylko jedną jednostkę treningową, a tak dawno nie widziała się z „Justyną” przecież i to winko na pewno nie zaszkodzi. Ona wychodząc na trening, dotlenia się, resetuje, ale tylko przez chwilę. Po kilku kilometrach jej głowa jest pełna pomysłów, planów na dzień i obiad. Zastanawia się jakie ciasto upiec, co kupić w spożywczym, jak zmienić ten kącik dla małej. Myśli przelatują przez jej głowę prędkością światła, zmienia tematy co kilka kroków. Jak ma jakąś trudniejszą jednostkę treningową do zrobienia, lepiej na tym wychodzi, ma mniej czasu na myślenie. Trzeba spiąć pośladki i dać z siebie wszystko, więc tak robi, ciężko oddychając i totalnie się resetując. Nie ważne, czy schodzi z roweru, wraca z biegania, zanim się rozciągnie potrafi wysadzić dziecko, w jej głowie lista rzeczy do zrobienia zaczyna krzyczeć. Rozciąganie więc robi na szybkiego, bo trzeba, zapominając jak ważne jest ono w treningu wytrzymałości-owca. Później będzie płakać, że boli,a le przecież teraz jej mózg nie pozwala jej na relaks. „Relaksowała” się przecież biegając, pływając czy jeżdżąc na rowerze. Teraz jest czas by powrócić to codziennego kieratu, dlatego nie ściągając jeszcze biegowych ciuchów, szatkuję już cebulkę do makaronu, na który wodę wstawiła zanim zaczęła się rozciągać. W między czasie kiedy sos się gotuje ona wskakuje pod turbo szybki prysznic, nie zawsze myjąc głowę po każdym treningu. Na szczęście się nie poci i związane w kitę po lekkim treningu wyglądają całkiem okej. Dlatego lubi basen wtedy zawsze jest czas na umycie tych długich włosów. Oczywiście trening zgrywa wtedy kiedy sobie o tym przypomni, często włączając zegarek przed kolejnym. Niby zna się na tych cyferkach, tempach i progresie, ale nie ma czasu tego analizować i nie wiadomo czy ją to faktycznie mało interesuje, czy po prostu stała się wobec tego ignorantką nie z wyboru. Nie mniej jednak nie ma czasu by się nad tym zastawiać, chciała przecież dzisiaj jeszcze ogarnąć firmę, zrobić pranie, posprzątać tam za chlebakiem bo ostatnio widziała pełno okruchów, a zaraz trzeba lecieć po młodą do dzieci. Po treningu ma zawsze milion rzeczy do zrobienia, często zaczyna kilka na raz nie kończąc tak na prawdę żadnej. Te treningi, ten „czas wolny”, pozwalają jej na odlot w kosmos jej myśli. Dlatego po treningu ta burza mózgów nie wie do czego najpierw włożyć swoje ręce. Lata z kąta w kąt, podnosząc wszystko z podłogi, myjąc lustro, albo baterie stojąc pod prysznicem, odkurza gotując obiad. Nie ma chwili wytchnienia, tego relaksu po czy spokojnego rozciągania. Umie wytrzymać w oazie spokoju przez kilka minut, a potem zaczyna szaleć.

Co jest najsmutniejsze, że same sobie takie życie tworzymy. Dom by się nie zawalił bez jej przypływu po-treningowej energii i nagłego sprzątania. Obiad też by się ugotował w spokojniejszych warunkach. Dziecko poradziło by sobie z nocnikiem podczas jej rozciągania. Świat by się nie zawalił gdyby usiadła na te 15 minut po treningu z nogami w górze i odpoczęła. Ale to ta nasza okropna głowa nie pozwala nam się relaksować, tak bez powodu, bez celu i z pustą głową. Styki się palą i nie niczym ich nie umiem ugasić.

 

 

Dlatego…

szczerze Wam tego Panowie zazdroszczę!

IMG_20160807_223543

 

O.

Dlaczego chce mi się trenować na wakacjach ?

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Dlaczego chce mi się trenować na wakacjach ?

IMG_20160503_203843

Pijesz to Mohito w swoim all inclusive hotelu już 3 dzień z rzędu i zamiast upajać się chwilą słońca i totalnego relaksu zaczyna Cie coś denerwować ?? Twój organizm domaga się kilometrów, ruchu albo jakiegoś życia ? Znasz ten scenariusz ?

To jst właśnie powód dla którego my zrezygnowaliśmy z all-inclusive i podróżujemy na własna rękę. Nie zrozum mnie źle nie mam nic przeciwko tego typu wyjazdom, ale nie są one dla mnie relaksem. Nie sprawiają mi przyjemności, wręcz czuję jakby życie przepływało mi przez palce. Zamiast cieszyć się tego typu chwilami, czuję że mi czegoś brakuje. Brakuje mi życia w życiu. Dlatego my postawiliśmy na aktywne wakacje. Nie oznacza to że nie lubimy sobie poleżeć plackiem na plaży z książką, która od dawna czekała na swój czas. Lubimy, ale dosyć często kiedy to robimy mamy rowery na dachu samochodu, albo pianki i buty biegowe spakowane w torbie plażowej. Nie trenujemy też ponad wszystko. Jeżeli dzień zapowiada się turystycznie po prostu odpuszczamy albo wstajemu wcześnie rano po ten zastrzyk endorfin , który mieliśmy w planie. Takie wakacje smakują nam bardziej.

DSC_0715

Aktywność sprawia że cały czas mamy apetyt na lokalne smakołyki. Nasze brzuchy nie są przepełnione drinkami z kołyszącymi się w letnim wietrze palemkami. Nie krzyczą dość na widok kolejnego talerza z hotelowego bufetu. Po naszych wakacjach nie czujemy sie ospali i ociężali przez kolejne kilka dni w kraju. Nie okazuje się ze nasza waga nie mieści się już na skali, a my sfrustrowani tygodniowa labą czujemy sie zdołowani psychicznie.

IMG_20160520_194858#1

W zamian chce nam sie więcej, chce nam sie planować kolejne wyjazdy i podróże. Najlepiej tam gdzie są fajne ścieżki biegowe, czy rowerowe. Fajnie też żeby basen był niedaleko, albo jakikolwiek akwen, który ciągnie się na tyle daleko żeby pomachać w nim rękoma. To właśnie ten typpodróżowania sprawił, że poznaliśmy fajne miejsca, fajnych ludzi. Na Triathlonie w Larnace na którym startowaliśmy kilka lat z rzędu, znamy się z zawodnikami, witamy wymieniamy doświadczenia. Chris, organizator połamaratonu w Pafos w którym biegłam jako jedyna z wózkiem do dziś pisze do mnie na facebooku pytajac kiedy ponownie startujemy na wyspie. Często od słowa do słowa dowiadujemy się o fajnych trasach rowerowych, miejscach do trenowania. W świecie sportowców jest otwartość. Ludzie z uśmiechem na twarzy opowiadają o sobie, przyjmują nas do swojego grona, szczerze się pozdrawiają na trasach rowerowych, czasem nawat zagadują. Z siodełka rowerowego, czy przemierzając kolejne kilometry w biegowych butach możecie poznać miejsca, do których nigdy nie zawiózł by Was wypożyczony samochód. Byle jaka kawa w malutkiej górskiej kawiarence smakuje lepiej niż idealna latte w błyszczącej kawiarni na nadmorskim bulwarze. Owoce i wrzywa od lokalnych farmerów, okazują się tak soczyste i smaczne, że za ich smakiem tęsknimy przez wiele miesięcy po powrocie do kraju.

 

IMG_20160521_211541

No dobra ale jak sie zmobilizowac, zeby trenowac na wakacjach ?

 

Jeżeli życie sportowe jest częścią Ciebie, nie będziesz mieć najmniejszych problemów żeby wstać o świcie i zanim całe miasto ożyje przelecieć się po nadmorskich ścieżkach, albo przebiec się po górskich szlakach na które turyści nie zdążyli jeszcze wybyć. Jeżeli jednak zaczynasz swoją biegową przygodę, lub tego typu wakacje nie są dla Ciebie chlebem powszednim. Warto połączyć wyjazd rodzinny ze startem. W ten sposób będziesz zmotywowany do treningów i poznasz odległe miejsce z zupełnie innej strony. Wymienisz się poglądami z ludźmi na mecie, zobaczysz jak wyglądają lokalni sportowcy i jak różnią się od naszych realiów. Z biegiem czasu, buty biegowe czy rower staną się twoim przedmiotem niezbędnym do udanych wakacji. Nawet będąc w tym hotelu all-inclusive, spróbuj przed poranną obfitością jaką codziennie goszczą Cię stoły hotelowej stołówki założyć biegowe buty i sprawdzić zakamarki otaczającego Cię słonecznego miasta. Obiecuję że śniadanie będzie smakować jak niebo w gębie, a delikatnie spocone plecy ukoi chłodna basenowa woda.

IMG_20160429_193320

 

IMG_20160502_212104

 

20160904_134338-01

Jest jedna rzecz w naszym życiu jaką zmieniła się odkąd zostaliśmy rodzicami. Odnaleźliśmy to co jest dla nas w życiu ważne. Nauczyliśmy się korzystać z każdej wolnej chwili i nie marnotrawić czasu wolnego, którego nawet przy jednym dwulatku jest niewiele. Dla wielu z Was nasze sportowe wakacje mogą wydawać się nudne, przereklamowane, czy też podporządkowane treningom. Wcale tak nie jest. Zazwyczaj trenujemy rano lub wieczorem zostawiając sobie większość dnia na wakacyjne aktywności i zwiedzanie. Zdarza nam się organizować całodzienne wycieczki rowerowe, zazwyczaj są wtedy z nami nasi przyjaciele lub ktoś z rodziny żeby zająć się naszych małym podróżnikiem. Lubimy też wracać w te same miejsca i poznawać coraz to dalsze jego zakątki i ludzi. Lubimy wracać w miejsca gdzie czujemy się dobrze, bo to właśnie tam możemy na prawdę odpocząć. Nie zawsze chce nam się zwiedzać, czasami po prostu chcemy być w innym miejscu, oderwać się od codzienności, napić się lokalnej kawy i zjeść tamtejszy deser.

<SKOK W BOK : „Island Life, czyli kawałek naszej wyspy” > już niebawem.

 

 

IMG_20170405_161620_210

 

IMG_20170401_202751_418#1

 

Jeżeli jeszcze się wahasz, czy masz miejsce w swojej walizce na biegowe buty, czy też piankę triathlonową, pomyśl o tym jak fajnie jest biegać w promieniach słońca, albo jak piękne są góry od tej ziemskiej nie tylko narciarskiej strony. Każde morze czeka na twoje zmęczenie, każda ścieżka z miłą chęcią przywita Cię o poranku. Każde wzgórze zaprasza twoje cienkie koła w odwiedziny. A dzięki byciu aktywnym właśnie podczas swoich chwil relaksu, każdy smak będzie intensywniejszy, przepełniony miejscem w którym właśnie się nieźle zmęczyłeś.

 

IMG_20161118_193745

 

Jeszcze się wahasz ??

O.

Półtoraroczniak – nasz najlepszy zakup, czyli rowerek biegowy od Milly Mally.

Bez kategorii CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE POLECANE

Półtoraroczniak – nasz najlepszy zakup, czyli rowerek biegowy od Milly Mally.

 

Słońce coraz częściej pokazuje się za oknem, po śniegu zostały tylko wspomnienia. A że zima była całkiem długa i zimowa w tym roku to wraz z promieniami słonecznymi i cieplejszymi dniami chce się wyjść na dwór. Robić cokolwiek, pobiegać, na rower, poczuć namiastkę lata i nadchodzącego sezonu. To samo myślę czuja nasze dzieci, które po zimowych popołudniach w domu, kiedy za oknem szybko robiło się ciemno, chcą wybiec na dwór i szaleć na świeżym powietrzu.

Kupiliśmy go przypadkiem, zupełnie przypadkiem na targach rowerowych w Kielcach. Stoisko z dziecięcymi rzeczami od razu przykuło Zosi uwagę. Chodziki, autka, rowerki biegowe, była tego cała masa. Ale gdzieś tam ciut dalej niż w zasięgu ręki wisiał ON. Piękny, kolorowy, z 4 kółkami, rowerek biegowy dla maluchów. Zosia wtedy półtoraroczniak, pomimo że miała już rowerek biegowy, nie nadawała się jeszcze na dwa kółka. Biegowy był dla niej za ciężki, za bardzo chwiejny i pomimo że najniższy na rynku, jeszcze jednak ciut za wysoki. Od czasu do czasu oswajaliśmy ja z nim, ale dziecko ewidentnie wołało „jeszcze chwilę mamo!” muszę do niego zwyczajnie dorosnąć.

20160929_173709-01

Orion od Milly Mally to inna bajka, jest leciutki, ma 4 kółka, więc jest stabilny jak zwykłe jeździki dla niemowlaków, a jednak nawiązuje do rowerka biegowego. Pozycja na nim jest taka sama jak na biegowym, dzięki czemu dziecko uczy się tej pozycji którą później wykorzysta na dwóch kołkach. Do tego jego neonowa wersja, którą my wybraliśmy, jest totalnym odlotem więc ciężko powiedzieć mu NIE.

Niemniej jednak nie byłoby go z nami gdyby Zosia dosiadając go po raz pierwszy nie poleciała przez całą halę C z wielkim okrzykiem radości. Bacznie obserwowałam, czy to aby nie na pewno kolejny „głupi” zakup, kolejne „widzi mi się” na chwilę. Po dobrych kilkunastu minutach testowania, milionie za i przeciw, wielu zdaniach wymienionych z moim rozumem, czy nie przesadzamy, czy nie ma za dużo i czy zaraz nie rzuci w kąt, zdecydowaliśmy się go kupić.

20160929_141847-01

I tak zaczęła się nasza przygoda z ORION-em. Przejechał z nami całą Europę. Latał samolotem, odwiedził wszystkie „nasze” zakątki w Polsce, bagażnik samochodowy stał się jego nowym domem, a on był nieodłącznym elementem życia mojej małej Z. Jej „łaja” towarzyszył nam na spacerach, był podwózką z domu do garażu i z samochodu do domu. Dzień bez niego był dniem straconym. Jeździł nawet po śniegu.

20161117_155246-01

 

Orion w skrócie, czyli plusy i minusy:

  • Jednym z wielkich plusów tego rowerka, jest jego cena. W detalu rowerek kosztuje około 150 zł, w zależności od sklepu w którym go kupicie. Jak na tyle dni radości ile sprawił mojemu dziecku jest warty każdego grosza.
  • Ma 4 koła. Dla takich jeszcze nie dwulatków, dwukołowe rowerki mogą być za ciężkie, za chwiejne lub inne za-cośtam. Dzięki 4 kółkom na Orionie możecie spokojnie posadzi nawet młodsze dziecko niż półtoraroczniak. Pozycja jest stabilna, wysoka i wydaje się na prawdę komfortowa. Dwa przednie koła są skrętne. Dziecko za pomocą balansu ciała skręca w prawo i w lewo.
  • Ma kauczukowe koła. Koła naszego bohatera są stworzone z kauczuku, takiego samego jak rolki, płynnie się poruszają, ich miękkość sprawia, że niwelują wstrząsy i są ciche, nawet kiedy maluch jeździ po bruku, albo w … mieszkaniu. Tak, Ci co mają duże przestrzenie w domu, czy mieszkaniu spokojnie mogą zabrać rowerek biegowy do czterech ścian!
  • Jest po prostu ładny. Z daleka przypomina misia na 4 kołach, z buzią, uszami i tułowiem, na którym się siedzi. Jest też na prawdę kolorowy. Nasza neonowa wersja, najbardziej nam się spodobała. Jest wesoła, wdzięczna i dziewczęca, a zarazem myślę, że przez ilość kolorów jaką posiada spokojnie nada się dla chłopaka. Dostępny jest prawie w całej gamie kolorystycznej, znajdziecie go w kolorze czerwonym, różowym, fioletowym, albo bardziej chłopięcych zielonym i niebieskim. Oczywiście najbardziej polecam naszą neonową wersję, multicolor.
  • Jest porządny. Cały stelaż zrobiony jest z aluminium i wykończony plastikowymi detalami. Dzięki czemu nic się nie psuje nawet kiedy maluch popchnie go rzuci na asfalt czy zrobi inne ciekawe rzeczy na jakie wpadnie 🙂
  • Jest lekki. Tak Orion od Milly Mally waży jedyne 2.4 kg. Nie tylko jest to plus dla dziecka, bo przy tej wadze samo umie go obsługiwać, ale nadaje się aby wziąć go praktycznie wszędzie.Nasz najdalej poleciał z nami na Cypr i wcale nie trzeba było go rozmontowywać. Wsadziliśmy go po prostu w całości do walizki 🙂
  • Wygodne siedzisko. Siedzisko Oriona, nawiązuje do zwykłego siodełka w rowerku biegowym, jest wykonane z miękkiego plastiku, który delikatnie ugina się pod wpływem ciężaru malucha, jest więc elastyczne i dzięki temu wygodne
  • MINUS! Tak jest jeden minus Oriona i chyba więcej niz ten jeden nie znalazłabym. Nie ma regulacji „siodełka/siedziska”. Nasza Zosia na sam koniec przygody z naszym neonowym cackiem od Milly Mally wyglądała trochę jakby ukradła rowerek młodszej siostrze. Jednak sprawiało jej to, do końca, tyle radości, że nie mogliśmy jej go odebrać. Ta troszkę zbyt niska pozycja na koniec nie przeszkadzała jej w żaden sposób w jeździe, nie spowodowała że trudniej jej się na nim poruszało. Była tylko tak na prawdę zbyt niską pozycją dla oka, a czy dla niej i dla jej jeżdżenia, to nie wiem. Może wcale nie.

DSC_0442

DSC_0308

DSC_0290

 

Dzięki Milly Mally Zosia płynnie przesiadła się na rowerek biegowy, ten z dwoma kółkami. Na koniec lutego kiedy miała skończone 2 latka i kiedy pierwsze śniegi stopniały a na dworze zrobiło się wiosennie, po prostu wręczyłam jej nowego dwukołowca. Ku mojemu zdziwieniu wsiadła na niego i po prostu pojechała. Dwa dni później podnosiła już sama obydwie nogi krzycząc „Juhuuuu, juhuuuu” .

Orion od Milly Mally był chyba najtrafniejszym zakupem od Zosi narodzin. Dał tyle szczęścia małej co żadna inna zabawka. Spędził z nami co prawda tylko pół roku, ale było to chyba najintensywniejsze pół roku na jakie taki Orion był przygotowany. Rozwinął ją motorycznie i był towarzyszem codziennych czynności. Z całego serca wszystkim go POLECAM!

DSC_0147

DSC_0163

DSC_0110

DSC_0142

DSC_0160

 

Teraz stoi w garażu i czeka na kolejnego „właściciela” 🙂

 

O.

 

DSC_0365

 

 

 

 

Powrót do przeszłości, po ponad 15 latach staje ponownie na słupku.

CIĄŻA CODZIENNOŚĆ

Powrót do przeszłości, po ponad 15 latach staje ponownie na słupku.

Basen to miejsce, w którym zawsze czuję się jak w domu. Nie ważne czy chodzi o ten w rodzinnym Sopocie, na którym spędziłam pół życia, czy ten w teraźniejszym mieście. Basen to podmuch gorąca gdy wchodzi się na halę, to uciekanie przed prysznicem przed pływaniem, to zamoczone klapki w brodziku i przechodzenie po murku z boku co by nie trzeba było moczyć nóg w tej zimnej wodzie. To od zawsze „bezsensowne machanie rękoma” przed wejściem do wody, ten krótki oddech kiedy czuje się pierwsze chluśnięcie wody na twarzy, te okularki wsadzone na pośladku za kostium, ten czepek i sposób w jaki się go zakłada. Basen to odciśnięty czepek na czole po treningu, to zanurzenie głowy bez czepka po pływaniu żeby zamoczyć włosy. Basen to pływanie od ściany do ściany w pogoni za szybszym oddechem, zmęczeniem i mocno bijącym sercem.

15591229_1261914667212142_7289569414342515554_o

Dla jednych basen to katorga, żmudne odbijanie się od ściany. Dla mnie basen to sentyment, powrót do przeszłości.

Od siódmego roku życia do 13, spędzałam w nim co najmniej 3 godziny dziennie przez większość część roku. Klepałam w najmocniejszych okresach po 10 kilometrów dziennie, z czego każdy trening skrupulatnie zapisywałam w zeszycie aby pamiętać co, kiedy i jak pływaliśmy. Teraz te zeszyty przydały by się nad życie, ale gdzie ich szukać ?? 🙂

Niemniej jednak, dzisiaj ścigam się w bieganiu, które kiedyś dla mnie było chyba najgorszym sportem na świecie. Ścigam się w triathlonie, które dziś jest dla mnie najfajniejszym sportem na świecie i choć ma w sobie część pływacką nie jest to samo co skok do basenu i mocne młucenie rękoma o wodę. Te zawody były moim małym marzeniem, chciałam poczuć jak to jest stawać na słupku po tylu latach, usłyszeć to „na miejsca”, poczuć ten dreszczyk przelatujący przez całe ciało i polecieć co sił w rękach te parę basenów (co prawda nie stałam na wysokim słupku tylko skakałam z posadzki prawie, bo ciąża, ale efekt był ten sam).

img_20161218_162730

img_20161218_140249

To było piękne uczucie. Powrócić na te parne basenowe hale, żeby postać w mokrej koszulce i czekać na swój start. Chlust wody na twarz przed startem, komenda na miejsca i poszli. 25 m dowolnym było na rozgrzewkę, nigdy nie byłam sprinterką i tego dnia też nią się nie czułam, ale 100 zmiennym, które popłynęłam w zeszłą niedzielę, było spełnieniem marzeń. Denerwowałam się czy nie będzie to dla mnie za ciężkie, 100 m zmiennym to nie 1500 m w piance i jeziorze, które płynie się w zupełnie innym tempie. Tutaj miał być ogień. Nie wiedziałam na ile mocno mogę popłynąć, przecież jestem w ciąży. Nie wiedziałam czy mi ręce nie spuchną na koniec tej mocnej setki. Delfin, grzbiet, żaba, kraul, wszystkie płynęło mi się tak samo cudownie. Czułam nieziemską moc, zapomniałam na 1,5 minuty że jestem w ciąży i poczułam się jak nastolatka szalejąca na basenowym torze. Czas był też ekstraśny jak na 5 miesiąc i 15 lat nie startowania 🙂 1:33 na 100 zmiennym, tego się nie spodziewałam.

img_20161219_124144

Cudownie było dopingować swoim najbliższym znajomym, cudownie było patrzeć jak zwykli ludzie sprawdzali swoich sił na basenie. Cudownie było też patrzeć na moje dziecko które przez ponad 4 godziny na basenie, cały czas było uśmiechnięte, krzyczało co sił w gardle i skakało z radości kibicując innym.

img_20161223_212227_161

Jednak najpiękniejsze było to, że ona też chciała. I to jest najcudowniejsze w tym całym naszym rodzinnym sportowym zamieszaniu, że ona też chce! Że wsiąka razem z nami w ten świat, że nie krzyczy nie, jak tłumacze jej, że zaraz będziemy się ścigać, a przecież już jest w tym wieku że umie tupnąć nóżką. Piękne jest to, że jest równie nakręcona, umie czekać na gwizdek i CHCE ZE MNĄ TAK SZALEĆ! Z uśmiechem na twarzy biega z innymi dziećmi, pływa koło starszaków, a może kiedyś i zaszaleje na jednym z tych KIDS TRIATHLON, kto wie ?? 🙂 Mam nadzieję, że te wszystkie starty z mamą u boku nauczą ją, że to jest zabawa, że trzeba się cieszyć z tego i próbować. Mam nadzieję, że to oswoi ją ze sportem, że pokaże jej jak fajnie jest żyć z pasją.

img_20161218_164156

 

img_20161218_163812

 

Nawet to podium jej jakoś strasznie nie onieśmieliło, zaprawiona w trzymaniu moich pucharów w sezonie traithonowym, z uśmiechem przyjęła swoją statuetkę i dyplom.

img_20161219_124012
Trzecia dziewczynka zwątpiła i nie weszła do wody, stąd to miejsce 😉

 

img_20161218_164635

 

Bawcie się sportem, zarażajcie nim swoje pociechy. Niech wiedzą, że istnieją ciekawsze rzeczy niż używki, komputer i telewizor.

Sportowych Wesołych Świąt Życzę Wam wszystkim w tym roku ! 🙂

 

O.

Wszechobecny kryzys ?

CODZIENNOŚĆ POLECANE

Wszechobecny kryzys ?

Raczej nie śledzę innych blogów, nie czytam namiętnie wszystkiego co każdy udostępnia. I nie dlatego, że jestem ignorantką, ale zwyczajnie nie mam na to wszystko czasu. Niemniej jednak od czasu do czasu, kiedy siedzę w aucie czekając na kogoś lub coś, czy pod salą obiadową w żłobku czekając na moje szczęście mam te kilka minut które namiętnie spędzam ze wzrokiem zawieszonym w smartfonie zaglądając właśnie tam gdzie nie mam czasu zaglądać na co-dzień.

 

I tak oto od posta do posta, od jednej blogerki biegowej do kolejnej, widzę bardzo podobną unoszącą się aurę. Wszechobecny kryzys ? 

Myślałam, że to tylko ja zboczyłam gdzieś ze swojej drogi, ale widzę, że wielu z nas zastanawia się nad tym samym. Czy to wszystko jest na prawdę wartę tych kilku urwanych minut na zawodach ? Biegniemy tą ścieżką pełną treningów, wyrzeczeń, bo przecież żeby te treningi udało nam się wcisnąć w pełny grafik musimy z wielu rzeczy rezygnować. A na koniec i tak nie wiemy czy zdrowie i życie pozwoli nam żeby wystartować w pełnej dyspozycji i czy aby na pewno to wszystko warte jest tylu wyrzeczeń ? Czasami żałuję, że wystartowałam po raz pierwszy w triathlonie kilka lat temu. Nie wiedziałabym co to jest, z czym to się je, życie byłoby dużo łatwiejsze.

No właśnie, ale czy łatwiejsze zawsze znaczy lepsze ? Jestem sportowcem, od dziecka, sport jest częścią mojego życia i nie umiem sobie wyobrazić jak mogłabym to wszystko zaprzestać. Nie mogłabym! To wiem, bo teraz kiedy mi nie wolno, wymyślam milion powodów dla których w sumie może już bym mogła 🙂 Ale pytanie jest gdzie jest ta granica ? Kiedy nasze ambicje zaczynają zabierać radość? Czy warto robić to za wszelką cenę? Nie zrozumcie mnie źle, ja bez sportu nie umiałabym żyć. Nie ważne na jakim poziomie jestem, treningi to cześć mojego życia. To moja chwila, to czas kiedy czuje, że żyję. Nadal namawiam Was wszystkich do tego abyście zaczęli biegać, pływać, znaleźli swoją pasję, bo ona daje radość, szczęście i spełnienie. Pytanie tylko na ile chcemy pchać siebie i swój organizm żeby realizować swoje cele ? Na ile mamy siły i determinacji żeby brnąć na przód kiedy wszystko próbuje nas zatrzymać?

Moje perypetie nauczyły mnie jednego że czasami warto zejść ze ścieżki którą się podąża i spojrzeć na nią z boku. Zastanowić się. Zobaczyć jaką radość daje nam podążanie nią. Zatrzymać się na chwilę, odpocząć, pozwolić reszcie iść dalej i w kroczyć na nią dopiero kiedy poczujemy że na nowo jesteśmy w pełni sił. Pamiętajmy, żebyśmy nie stracili radości z podążania do celu, bo wtedy  sam cel nie będzie już taki słodki jaki by był, gdyby był realizowany ze szczęściem i spełnieniem. Pamiętajmy, że możemy mieć momenty zawahania. Nie bójmy się ich, zaakceptujmy je, a rozwiązanie samo przyjdzie.

Każdy kto podążając przez jakiś czas pod górkę, na przekór przeciwieństwom losu ma prawo do „mętliku”. Mętlik w głowie każe nam spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy. Otwiera nam oczy na to, że balans jest najważniejszy. Że zaniedbując jedną sferę życia na rzecz drugiej, gdzieś kiedyś dotknie nas ten „mętlik”. Zadając sobie pytania co tak na prawdę sprawia mi radość i z czego tak na prawdę czerpię satysfakcje, pozwoli nam dużo szybciej wyjść z niego. Pomoże znaleźć balans który, gdzieś po drodze realizacji jednego celu zanikł. A przecież to właśnie o ten balans w życiu chodzi. O to żeby spełniać się we wszystkich sfera życia, a nie tylko jednej.

Tak jak nie umiałabym spełniać się będąc tylko mamą, tak samo gdy poświęcam swoje życie tylko triathlonowi, też w którymś momencie czuję że czegoś mi brak. Kluczem do szczęścia według mnie jest BALANS, który wbrew pozorom jest bardzo trudny do znalezienia i utrzymania. Jednak jak już to Wam się uda, to gwarantuje, że „mętlik” zniknie na długo.

Dlatego życze Wam, już może prawie Świątecznie i Nowo Rocznie abyście mieli jak najmniej takich „mętlików”. Abyście pamiętali o tym, żeby rozwijać się w każdej sferze życia. żebyście pamiętali o tym aby nie zaniedbywać siebie w całej tej życiowej pogoni. żebyście nie zaniedbywali rodziny, partnera, czy dzieci. czasami warto pobiec tą 10 o tą minutkę wolniej, ale ciesząc się każdym metrem, kilometrem przygotowań. Przecież całe życie przed nami. To dlaczego czego chcemy tak szybko się polepszać, tak szybko bić życiówki?! Co do jasnej Helenki będziemy robić za 10 lat kiedy pobijać życiówki będzie coraz trudniej ?? 🙂

 

 

foto-bnos16_01_mta_20161111_135520_4-01

20160904_134338-01

img_20160820_220029

received_1241909135850738-01

IMG_20160828_203949

IMG_20160828_201557

IMG_20160807_223543

IMG_20160710_142825

DSC_0170

IMG_20160628_131741

13346234_970871619692107_7274706621918803862_o

13315274_970592376386698_8121546384219278152_n

 

IMG_20160522_131318

DSC_0065

DSC_0469

 

IMG_20160419_224646

12898245_10206363888725194_2615953779805895193_o

20160320_121359

 

 

O.