Kategoria: PODRÓŻE

Pocztówki z Wakacji.

PODRÓŻE SPORT WYJAZDY

Pocztówki z Wakacji.

To nie jest post w którym będę dużo pisać i Wam opowiadać.

W zamian zabiorę WAS na Cypr. Bo skoro zorganizowaliśmy tam kilka turnusów obozów kolarskich i triathlonowych, to wypada Wam trochę pokazać jak to wyglądało od podszewki 🙂

I pomimo, że nasz ostatni obóz wspólnie z marką i-Sport w który byliśmy zaangażowani organizacyjnie musiał zostać przełożony, to dwa turnusy się kolarskie się odbyły i jeszcze długo będziemy je wspominać.

Na Cyprze mieliśmy zostać praktycznie do połowy kwietnia, niestety sytuacja na świecie zmusiła nas żeby wrócić do domu. Kilka dni nerwówki, podejmowania trudnych decyzji. Nie tylko tych związanych z powrotem, ale też z przełożeniem czy nie kolejnego obozu dały nam trochę do wiwatu.

Do końca nie byliśmy pewni czy ruchy które wykonujemy, są dobre. Teraz z perspektywy czasu wszystko nie mogło się potoczyć lepiej, to co wydawało się trudne i ciężkie okazało się bezpiecznymi rozwiązaniami dla nas i dla naszych zawodników.

Teraz siedząc na obowiązkowej kwarantannie (wróciliśmy do kraju po zamknięciu granic, więc zostaliśmy na nią skierowani automatycznie, nie z powodu choroby czy kontaktu z osobami chorymi) żyjemy wspomnieniami. A ja od kilku wieczorów siedzie na komputerze i przewijam zdjęcia, obrabiam i wysyłam do naszych zawodników w pierwszych turnusów.

JAK NAM MINĄŁ KRÓTKI, ALE INTENSYWNY CZAS NA CYPRZE ?

Mieliśmy być półtora miesiąca na wyspie wróciliśmy po ponad 2 tygodniach. 2 turnusy ponad 40 osób które wspólnie z nami i chłopakami z Na Osi-kolarska przestrzeń przemierzali wyspę wzdłuż i w szerz.  Jaka była nasza rola ? Byliśmy przewodnikami, pomagaliśmy w organizacji czasu całej ekipie na miejscu, rysowaliśmy traski, opiekowaliśmy się grupami rowerowymi i dbaliśmy żeby każdemu było dobrze na mojej rodzinnej wyspie.

Czy się udało?

Mam nie tylko nadzieję, ale też poczucie że faktycznie tak było. Komentarze zarówno trenerów i dietetyka z Na Osi, oraz ich wszystkich zawodników, dają nam do zrozumienia, że to były na prawdę fajne 2 tygodnie. I jeszcze nie raz spotkamy się wspólnie na wyspie !

<3 STAY TUNED <3

A teraz po-skrolujcie na dól, udostępnijcie na Facebooku i pokażcie światu jaki piękny jest Cypr i jak zacną ekipą jest drużyna Na Osi – kolarska przestrzeń.

 

 

 

SEE YOU NEXT TIME ! <3 <3 <3

Bio Mama.

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON WYJAZDY

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

Bardzo się cieszę, że w końcu mogę się z Wami tym podzielić.

Obóz triathlonowy dla Was na Cyprze to moje marzenie od wielu lat, ale zawsze było coś ważniejszego. Dzieci, ciąże, praca… Tym razem wymówki odkładamy na bok i kilka tygodni przygotowań pozwoliło, że w końcu mogę napisać.

NA NASZ PIERWSZY ZAGRANICZNY OBÓZ TRIATHLONOWY, Zabieramy was na cypr !

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres ola.korulczyk@i-sport.pl lub bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

Dlaczego Cypr ? 

W wieku 12 lat wyprowadziłam się wraz z rodzicami na Cypr. Mieszkałam tam, chodziłam do szkoły, potem pracowałam w przerwach pomiędzy semestrami na studiach, a teraz od ponad 5 lat wraz z mężem jeździmy tam 2 razy do roku w celach treningowych. Znamy tą wyspę wzdłuż i wszerz, a co za tym idzie możemy pokazać ją Wam od iście lokalnej strony !

Nasz pierwszy zagraniczny obóz triathlonowy odbędzie w mieście Limassol, które leży u podnóża gór Troodos (najwyższy szczyt Olimp 1952 m. n.p.m.). Dzięki temu jest idealnym miejscem wypadowym na rower. Zaledwie 5 kilometrów od naszego hotelu zaczynają się malownicze, nieuczęszczane wielokilometrowe podjazdy. Teren wokół Limassol jest zróżnicowany, dzięki czemu trasy rowerowe łatwo jest dostosować do potrzeb naszych zawodników. Tuż obok naszego hotelu mamy do dyspozycji odkryty, podgrzewany basen 50 metrowy i łatwy dostęp do akwenu na treningi open water. Ponadto hotel mieście się w publicznym parku z dostępem do alejek i promenady do biegania.

Obóz jest dla KAŻDEGO, niezależnie od Waszego zaawansowania treningowego. Jedziemy w małej kameralnej grupie liczącej maksymalnie 20 osób. Zadania treningowe będą dostosowywane do zawodników, tak samo jak grupy rowerowe i biegowe.

Poza głównym trenerem – Adamem Ogłoblinem, który będzie odpowiadał za część sportową wyjazdu, uczestnicy będą pod opieką moją i mojego męża. Odkąd zamieszkałam w Polsce na stałe, dwa razy do roku wraz z Rafałem wyjeżdżajmy w celach treningowych właśnie na Cypr. Wyspę w siodle rowerowym przejechaliśmy w szerz i wzdłuż i to właśnie pod naszym okiem będą planowane trasy rowerowe. Dzięki naszemu doświadczeniu i znajomości sieci dróg, będziecie mogli dotrzeć w takie zakamarki Cypru w jakie inni Was nie zabiorą. Trasy będą mało uczęszczane przez samochody, a widoki zapierające dech w piersiach. Napijecie się Cypryjskiej kawy w klimatycznych wioskach i poznacie Cypr od lokalnej strony, będziecie mieli też okazję poznać wyjątkowe smaki nie zawsze dostępne dla masowego turysty. W sytuacjach awaryjnych nasza pomoc również może okazać się niezastąpiona.

Dla kogo jest ten wyjazd?

Dla każdego!

Na obóz zapraszamy wszystkich chętnych triathlonistów, nie tylko zawodników i-Sport, niezależnie od Waszego poziomu zaawansowania. Przewidujemy kameralna grupę do 20 osób, dzięki czemu łatwiej będzie spersonalizować zadania treningowe.

Cel zgrupowania?

Ze względu na rewelacyjne warunki kolarskie, będziemy kładli nacisk na treningi rowerowe. Będzie dużo jazdy po górach, ale nie zabraknie też luźnych treningów typu „coffee ride”. Nauczymy się zasad poruszania w peletonie, techniki zjazdu i efektywnego pokonywania podjazdów. Będą mocne akcenty w treningach biegowych i biegowe zwiedzanie miasta. Przewidujemy co najmniej 2 treningi pływackie na basenie 50 m i 2 treningi open water. Celem są duże objętości treningowe, odpoczynek od szarej rzeczywistości i sprzyjająca atmosfera która pomoże Wam wspiąć się na kolejny poziom trenowania.

Każdy z uczestników będzie miał również okazję wziąć udział w 2 wykładach, jeden o tematyce triathlonowej, jeden o tematyce dietetycznej. Podczas zajęć uzupełniających przedstawimy Wam podstawy rollowania i stretchingu, tak abyście dbali również o Waszą regenerację.

Ponadto wiemy jak fajnie jest przywieźć do domu nie tylko wspomnienia, ale też fajne zdjęcia. Dlatego przewidujemy jeden "dzień z fotografem" który, uchwyci Wasze zmęczone ale szczęśliwe twarze, a Wy zabierzecie wysokiej rozdzielczości zdjęcia ze sobą do kraju.

Gdzie będziemy mieszkali?

W Park Beach Hotel***. Hotel usytuowany jest w parku, zaledwie kilka metrów od brzegu morza i piaszczystej plaży. Z hotelu jest łatwy dostęp do sklepów i restauracji. Oddalony jest około 4 kilometry od starego miasta i „Limassol Promenade”. Do naszej dyspozycji jest siłownia, sauna i basen hotelowy z ogrodem, oraz restauracja i bar. Ponadto hotel dysponuje bezpiecznym miejscem do przechowywania rowerów.

Koszty obejmują:

  • Zakwaterowanie w Hotelu Park Beach ***
  • Wyżywienie w formie HB, śniadania oraz obiadokolacja w formie bufetu (pokoje 2-osobowe)
  • Opiekę trenerską i przewodnika
  • Plan treningowy
  • 2 wejścia treningowe na otwarty basen 50 metrowy
  • Transfer grupowy lotnisko – hotel – lotnisko (wraz z rowerem)
  • Wyjątkowy upominek od organizatora
  • Pakiet zdjęć z treningów
  • Wykład dietetyczny, wykład o tematyce triathlonowej
  • Wstęp na siłownię, basen i saunę na terenie hotelu
  • Obowiązkowe ubezpieczenie sportowe (szczegóły: https://cutt.ly/QeV0idK)

Koszty nie obejmują:

  • Biletu lotniczego (cena około 730 zł z bagażem rejestrowanym/lub rowerem)
  • Transferu w innym terminie niż podany (cena do uzgodnienia)

Inne:

  • Możliwość wypożyczenia roweru na miejscu (od 20 EUR/dzień), wymagana wcześniejszą rezerwacja
  • Dopłata do pokoju 1 – osobowego (ok 20 EUR/dzień)
  • Możliwość przyjazdu z osobami towarzyszącymi oraz dziećmi (cena ustalana indywidualnie)

Transfer grupowy oraz noclegi organizujemy pod kątem lotów liniami LOT z Warszawy. 

LOT oferuje nam doskonałe połączenie, abyśmy mogli mieć 9 dni treningowych przy tylko 5 dniach Waszego cennego urlopu. Ponadto w liniach lotniczych LOT istnieje opcja zamiany bagażu rejestrowanego na rower bez dodatkowej opłaty, jeżeli ten nie przekracza 23 kg.

Terminy

10 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 23.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 o 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot pon 23.03.2020 o 03.50 – przylot 23.03.2020 o 06.25

7 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 20.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot piątek 20.03.2020 03.50 – przylot 20.03.2020 o 06.25

Cena:

REZERWACJA DO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2599 PLN
10 dni (9 dni treningowych) – 3049 PLN

REZERWACJA PO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2799 PLN
10 dni (9 dni treningowych) –  3349 PLN

CZEKAMY Z NIECIERPLIWOŚCIĄ NA WAS!

Taki obóz to nie tylko ciężka praca, ale masa zabawy, odpoczynku od szarej zimowej rzeczywistości, nowych znajomości i niezastąpionego kontaktu 1 na 1 z trenerem ! 
To też wiadro motywacji, które wznosi każdego nawet najmniej zmotywowanego na kolejny poziom trenowania ! 

BO W GRUPIE ŁATWIEJ !!!

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres

ola.korulczyk@i-sport.pl lub

bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

<3 <3 <3 Dołączcie do nas w marcu <3 <3 <3

GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

PODRÓŻE POLECANE

GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

Góry kocham, to już chyba każdy wie, ale rzadko uciekam w nie latem. Zawsze boje się ilości ludzi, która w czasie wakacji ma zazwyczaj dwie destynacje morze, lub góry.

Jestem zwolenniczką slow life i wakacji w ciszy i spokoju. Takie też marzyły mi się w górach, ale bałam się że będzie to nie wykonalne. Pierwsza destynacja jaka przyszła nam do myśli to Schronisko Głodówka, w którym zawsze lądują nasi bliscy znajomi. Schronisko to zawsze fajna opcja,  ale wiedziałam, że stamtąd trzeba będzie wszędzie jeździć autkiem. Ponadto Zakopane znam wie gdzie się ruszać mam swoje miejsca. Decyzja padła więc na moje ulubione miejsce w Zakopcu  <3 <3 Willę 5 Dolin <3 <3

Lądowałam w niej zawsze poza sezonem i kochałam ten widok, ten brak ludzi i to że jest już na końcu świata – czyli na obrzeżach Zakopanego.

Pierwsza myśl, czy teraz będzie podobnie, Dolinki są ulubionym miejscem do wędrowania z dzieciakami, a willa jest zaraz na wylocie do Strążyskiej. Nie byłam pewna, ale fakt, że mieści się ona na ostatniej odnodze od ulicy Strążyskiej, i jest prawie ostatnim domem przemówił do mnie i wierzyłam całym sercem że tam będzie spokój. I był, a poza tym były piękne hamaki, mała piaskownica, i slack-line który okazał się super pomysłem dla dzieciaków. Nie było trampolin, na których są krzyki, placu zabaw przy którym trzeba pilnować, był za to ogromny idealnie zielony trawnik na którym można było wymyślać nie skończoną ilość zabaw późnymi wieczorami. A dzięki temu, że tych „dziecięcych atrakcji” jest niewiele w ogrodzie świat jest tam tak spokojny, zielony, naturalny, dziki i cudowny że choć góry wzywają wcale nie chce się w nie iść.

 

GDZIE IŚĆ:

Nie ma co ukrywać, że ludzi na szlakach jest znacznie więcej niż w zimę czy poza sezonem. Ale może, takie lato właśnie jest fajnym momentem aby pójść w te dziksze części, mniej oklepane. łatwiej na pewno bez dzieci, bo można wyżej i dalej. Ale co robić kiedy dzieci są, chodzą o własnych nogach i kochają pieczątki, oraz pierogi z jagodami w schroniskach.

Ano trzeba kombinować i nie podążać za tłumem.

Np. jedna z chyba bardziej uczęszczanych tras z dzieciakami, czyli

Kalatówki i Hala Kondratowa.

Przynajmniej my ją zawsze robimy jak jesteśmy w Zakopanem. Dwa schroniska, masa pieczątek i piękne widoki na Hali.

Do Kalatówek wszyscy lecą kocimi łbami do góry pod schronisko, ale nie wiele osób wie, albo chciało im się doczytać, że wzdłuż najbardziej obleganej trasy o okolicach Kasprowego idzie śliczny wąziutki niebieski szlak przez las prosto na Hale Kondratową. Wprawdzie nie ląduje się na Kalatówkach w drodze do góry, a przechodzi poniżej ich, ale to tylko plus. Bo wszyscy turyści właśnie stołują się w hotelu górskim Kalatówki kiedy wy uderzacie na Halę, uciekając od masy i robiąc sobie przystanek pod piękną bacóweczką, na polanie pod schroniskiem. Tak my zrobiliśmy.

Docierając natomiast na Halę do schroniska, położyliśmy się na jeszcze zupełnie pustej polance i zamówiliśmy najlepsze pierogi z jagodami ( no może nie najlepsze jest jeszcze jedno miejsce gdzie są lepsze, ale ciii o tym później). Schodząc przeszliśmy przez Kalatówki, zbierając kolejne pieczątki i zjadając porządny obiad. Ceny są przystępne, jest domowo, tak jak w schroniskach i z salą zabaw dla dzieci. Kiedy my schodząc dotarliśmy na Kalatówki, turystycznej masy już nie było, było za to popołudniowe słońce, dobra kawa (co w schroniskach jest rzadkością, ale nie ma co ukrywać to bardziej Hotel górski niż schronisko) i cisza spokój 🙂 Droga na dól po kocich łbach po godzinie 16 jest już w niewielkim stopniu uczęszczana i cały dzień robi się przyjemny zdala od mas.

 

NOSAL – nosal i wejście na nosal to idealna wędrówka na dzień kiedy nie ma za dużo czasu na góry, albo przez pogodę, albo przez siły, ale coś trzeba robić. Traska jest na tyle ciekawa i trudna jeśli wchodzi się nie od strony Kuźnic, tylko spod Ścieżki pod Reglami w połowie drogi z Ronda Kuźnickiego, do Kuźnic, a schodzi przy potoku tak jak z Murowańca, że każdy maluch będzie miał na prawdę sporo frajdy. Moja Zosia uwielbia trudne strome podejścia, długie szerokie trasy ją nudzą. Nosal zaliczyliśmy kiedy to mama rano postanowiła polecieć traskę Tour De Pologne amatorów, w ramach treningu rowerowego. Na śniadanko do reszty dołączyłam dopiero po 10, bo podróż 16 km z Bukowiny trwała 50 minut ! ( tak to był jedyny raz kiedy klęłam na ilość turystów w górach 🙂 ). Na szlak dotarliśmy więc dopiero koło 14, i o dziwo chyba fajnie wyszło bo tłumów znowu nie było 🙂

 

Jeśli jesteście z dziećmi na Nosal lepiej podchodzić trudną stromą stroną, spod Bystrej, a dokładniej spod tamy Nosalowej, zielonym szlakiem. Jest ostro w górę, skaliście, ale bezpieczniej w górę niż w dół. Do tego jest fajna przygoda i coś się dzieję, Zośka była zachwycona tą trasą. Trasa w dół lepsza jest natomiast z drugiej strony, jest bezpieczniejsza i wygodniejsza w szczególności jeśli planujecie nosić najmłodszych na plecach, tak jak my w nosidle. Ze szczytu kierujecie się na Nosalową przełęcz, a potem dalej w dół do Kuźnic, gdzie szlak zielony łączy się z niebieskim, z Murowańca i Hali Gąsienicowej. Schodzimy do Kuźnic od strony potoku, przy którym fajnie jest przycupnąć w ciepły dzień i poczuć chłód zimnej górskiej wody.

 

MUROWANIEC 

 

To piękna, dosyć długa trasa, która kończy się w schronisku Murowaniec. My wyruszyliśmy z Kuźnic żółtym szlakiem przez dolinę Jaworzynki, na Halę Gąsienicową do Murowańca. Ponieważ tras do Murowańca jest wiele ludzi na szlakach przez Dolinę nie czuć. Dopiero na Hali widać ich większą ilość, ale ponieważ do samego Murowańca wyszło nam 6 kilometrów w jedną stronę, to nie każdy piszę się już na taką trasę i turyści tam będący przypominają raczej górskich turystów niż tych Krupówk-owych. Ponieważ na górze złapał nas deszcz i pogoda robiła się nieciekawa, zeszliśmy troszkę krótszym i przyjemniejszym niebieskim szlakiem przez Boczań. Jest on mniej stromy i skalisty, no i troszkę krótszy.

Hala Gąsienicowa jest przepięknym miejscem, do którego na prawdę warto dotrzeć.

edf

 

 

RUSINOWA POLANA

od Zazadniej to też fajna mało turystyczna opcja. Parking przy Zazadniej jest mały, a właściwie nie ma go wcale dlatego może turystów jest tylko tyle co samochodów Jest moment stromych schodów, ale cała trasa jest przyjemna i niezbyt trudna. Na Rusinowej w tygodniu nie jest źle, ale w weekendy robi się podobno bardzo tłoczno.

 

 

Warto czmychnąć z stamtąd na Gęsią Szyję, zaliczyć szczyt u zebrać więcej punktów GOT do książeczki, jednak trasa nie jest zbyt przyjemna. Schody, schody i schody…. to nie nasze ulubione podejścia, w szczególności gdy na plecach śpi 15 kilowy człowiek, wraz z całym odzieżowym ekwipunkiem rodzinnym. Dla Zosi schody zrobiły się ciekawe dopiero kiedy zaczęłyśmy je liczyć, poza tym samo podejście nie było zbyt interesujące, wręcz trochę nudne.

 

 

 

Dlatego bez entuzjazmu dotarłyśmy z Zosią na szczyt, który choć trochę wynagrodził to nieprzyjemne podejście. W dół idzie się znacznie lepiej i mniej żmudnie. Z Rusinowej zeszliśmy w stronę parkingu Wierch-Poroniec, skąd miałyśmy nadzieję dostać się do Bukowiny na Tour de Pologne.

 

Polecamy też Dolinę Strążyską,

chociaż tam przy ładnej pogodzie na wejściu turystów jest sporo, z wejściem na Sarnią Skałę i z zejściem przez Dolinę Białego, która jest przepiękna i dużo bardziej spokojna. Taka pętelka to fajna opcja, bo nie nudzi się i jest cały czas coś nowego. Dolina Białego wiedzie cały czas wśród skał, jak w wąwozie. Bardzo przypominała mi wąwóz Homole z Pienin, który zaliczyliśmy zimą.

 

edf

 

JEDZENIE: 

Polecamy kilka miejsc w których nie znajdziecie tłumów, albo znajdziecie tłumy (ale te pozytywne górskie) ale też dobre jedzenie i miłą atmosferę.

Marzanna, przez naszego Stasia tak zwany „SZTUĆC”– to nasze ulubione miejsce w Zakopanem jeśli chodzi o obiady. Najlepiej dla dzieci. Domowy rosół, najsmaczniejsze pierogi z jagodami i sadzone jajo. Jest tam smacznie z fajnym podejściem, jest też porządny schoowy i raczej nie znajdzie się wege jedzenia, o które zresztą w Zakopanem i tak ciężko. Dlatego wolę domowe i z dobrych składników, niż byle jak z kiełbą po góralsku.

KWATERA GŁÓWNA – Jeśli chcecie zjeść coś nie góralskiego w pustej knajpce z fajnym kącikiem zabaw i smacznym jedzeniem, to koniecznie zajrzyjcie tam. Pizaa, burgery i wszelkiego rodzaju pasty i gnocchi. Smaczne, blisko ronda Kuźnickiego.

 Obrochtówka – dosyć popularna restauracja w Zakopanem, jednak nie w czasie letniego klienta. Restauracja jest schowana w bocznej uliczce więc przeciętny Kowalski może jej nie znaleźć. My bywamy tam od dawna i jest zawsze tak samo smacznie. Polecam zupkę czosnkową i dla mięsożernych jagnięcinę.

Cafe STRH – czyli coś nowoczesnego, z obłędnymi wege ciastami. Jeśli nie jesteście w wakacje, albo nie boicie się Krupówek w lato, koniecznie zajrzyjcie tam na czekoladową wegankę. Niebo w gębie. Osobiście mam nadzieję, że ją odtworzę w ciągu zimy, ale zanim to się uda musicie jej skosztować przy okazji bycie w górach 🙂 Co do jedzenia: śniadaniowo – owsiana pyszna, a obiadowo – mało dla dzieci, sandwiche i burgery poprawne, jednak bez tej nutki smaku o której nie umiesz zapomnieć przez parę dni.

Czego unikamy ? 

 

Zdecydowanie Krupówek. Niestety pomimo, że mają wiele dobrego. fajne wyspecjalizowane sklepy, pyszne lody i Cafe STRH z dobrą kawą i weganką, to niestety są tam takie masy ludzi, które nas odstraszają. Odstraszają nas też stoiska z pamiątkami, które nawet nie przypominają górskich pamiątek, tylko te MADE IN CHINA.

Nie wjechaliśmy kolejką na Kasprowy, pomimo że dla dzieci to pewnie frajda, ale nasze tymi kolejkami już sporo się najeździły, a stanie w kolejkach i ścisk w środku pewnie nie jest już dla nich taką frajdą.

Unikamy centrum i Wielkiej krokwi, tego typu atrakcje zostawiłabym na po sezonie. Jeśli jedziecie w góry, korzystajcie właśnie z nich. Deptaki, stoiska z pamiątkami mam wrażenie że są już wszędzie takie same, a dla dzieci większą frajdą będzie odznaka górska z Kozicą ze schroniska niż kolejny klejący się glut prosto a Chin.

 

Z czego korzystamy ? 

 

NOSIDŁO – to MUST HAVE. Dotychczas chodziliśmy z naszym nosidłem TULA, ale skoro Stasiek ma już ponad 2 lata, to nie bardzo chce mu się wsiadać na plecy i nic nie widzieć. Tym razem skorzystalismy z wypożyczali i wzięliśmy nosidło turystyczne. Osobiście mam do nich sceptyczne podejście, głównie jeśli chodzi o pozycję dla dziecka. ( nie jest ona ergonomiczna 🙁 ) Ale to jest kilka dni w roku. Ponadto udało nam się znaleźć na prawdę fajne nosidło – firmy Lafuma, które miało dosyć szerokie podparcie dla pupki malucha. Dodatkowo miało 3 kieszenie na tyle duże, że idąc sama z maluchami w góry pakowałam do nosidła nie tylko Staśka, ale i termos z jedzeniem, kurtki przeciwdeszczowe dla wszystkich i peleryny.  Pieluchy i jakieś drobiazgi lądowały w nerce na biodrach. W ten sposób udało mi się nie chodzić z plecakiem na brzuchy i Staśkiem na plecach !

KSIĄŻECZKA GOT – to kolejny MUST HAVE przy chodzeniu z dzieciakami. Książeczka nie tylko niesamowicie mobilizuje dzieci, ale przybijanie kolejnych pieczątek, z kolejnych wycieczek, a potem oglądanie ich i opowiadanie młodszemu rodzeństwu o trasach sprawia im na prawdę sporo frajdy ! Dlatego jeśli góry to tylko z książeczką.

Dla ciekawskich za zdobyte trasy i szczyty możecie dzieciakom wpisywać punkty GOT. Możecie je łatwo wyliczyć zaznaczając w internecie na stronie www.mapa-turystyczna.pl waszą trasę. Za punkty są odznaki, które możecie odebrać w punktach PTTK, lub zamówić przez internet!

BUTELKA DAFI – to jest HIT tego lata. Odkąd jesteśmy w ich posiadaniu u nas w domu przestaliśmy tak na prawdę produkować większą część śmieci w postacie plastiku. Zosia nosiła ją do przedszkola, a w górach sprawdziła się też idealnie. W każdym schronisku wodę możesz sobie uzupełnić bez problemu, nie targasz ze sobą plastiku w postaci śmieci i nie musisz kupować nigdzie wody !

cof

 

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, piszcie w komentarzach może uzbiera się ich kilka i powstanie kolejny post o górach z dzieckiem ?

Jeśli macie swoje sprawdzone miejsca w rejonie TATR, to koniecznie się nimi podzielcie w komentarzach. Stwórzmy tu miejsce pełne dialogu o górach.

 

To co kogo namówiłam, żeby ruszał w góry ?! <3 <3 <3

Biegająca Bio Mama.

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

Sieraków jest bezlitosny, ale jest też wciągający. Nadal nie rozumiem jak można się tak upodlić na starcie i chcieć więcej. Chyba jest coś w tym, że mam ochotę sprawdzić czy za rok będzie tak samo bolało. Oczywiście nadzieja jest, że nie, ale wiadomo jak to bywa z nadziejami 🙂

Cały wypad był w ogóle bardzo pomysłowy i sam wsobie niezłą przygodą, bo oczywiście miejsc w domkach w OSiR-rze już nie było, a wszyscy znajomi byli zalogowani właśnie tam. Trzeba było więc coś wykombinować. Od razu wpadł mi do głowy pomysł – kamper. Zaprawieni w bojach przyczepowo-półwyspowych jesteśmy więc logistycznie nie było to dla nas żadną nowością. Ba myślę, że było to nawet sporo łatwiejsze logistycznie niż pakowanie naszego samochodu, rozpakowywanie go na miejscu i znowu to samo w drodze powrotnej. Wszystko co potrzebowaliśmy mieliśmy w nowym czterokołowców.

Nie zdradzę wam przy okazji tutaj tajemnicy że właścicielami starego pięknego Volkswagena kampera jesteśmy już od wielu lat, ale za młodu nie było czasu na jego od-restaurowanie, a potem jak rodzinka się powiększyła to nie było już sensu, gdyż byłby on dla nas po prostu za mały.

(oferty kupna można składać pod postem, bo ów kamper stoi i marnieje na polskiej wsi)

Kampera wypożyczyliśmy niedaleko od domu, o jego istnieniu dowiedzieliśmy się całkiem przypadkiem, naprawiając autko w pobliskim serwisie. Ale, że ludzie prowadzący to są super to z miłą chęcią ich pod-reklamuję na blogu.

Chętnych z okolic świętokrzyskiego na wynajem kamperka zapraszam do mercedes-autocentrum w Makoszynie -----> < http://mercedesautocentrum.pl >

 

Kamperka odebralismy w czwartek wieczorem, plan był żeby się zapakować i ruszyć rano, ale skoro całkiem sprawnie sie zapakowaliśmy, a kamper stał pod domkiem to zdecydowaliśmy się że przejedziemy chociaż te 100 kilometrów co by być bliżej naszej destynacji. Do Sierakowa mamy sporo kilometrów i troche nas ta ilość zaskoczyła, kiedy w końcu kilka dni przed wyjazdem spojrzeliśmy się na mapy googlowskie.

Wyruszyliśmy po 21 z domu, nocleg po drodze znaleźliśmy pod Łodzią, trochę dalej niż 100-wka ale było blisko autostrady i w miejscu specjalnym dla kamperów, więc jakoś tak przyjemniej było się tam zatrzymać. I tu znowu podrzucę Wam miejsce bo jest raczej mało znane i możecie je wyszukać dopiero gdzieś tam mocno szukając —- spaliśmy w Moskuliki 46, jest to parking przy prywatnym domu pewnego Pana, który udostępnia to miejsce za darmo dla podróżujących kamperami ludzi. Nie macie tam żadnych udogodnień typu woda, łazienki itp, ale jest piaskownica, huśtawka i dużo zieleni, a właściciele przemili bo mieliśmy okazję z nimi porozmawiać przez telefon. Bardzo przyjemne miejsce, a oprócz tego stoi tam pełno kamperów !

 

 

 

 

 

 

 

W piątek ruszyliśmy zaraz po śniadanku i dojechaliśmy na miejsce koło południa.  Na miejscu okazało się, że niestety pole namiotowe dla kamperów jest spory kawałek od domków naszej ekipy i ekipy TriWawy. Po wielu kombinacjach, rozmowach z panem prezesem, na nie-legalu, ale pod kontrolą, stanęliśmy w końcu przy samym domku prezesa i jego ekipy, czytaj TRIWAWY.

I tu się zaczęło 🙂

Całe trzy dni były mega pozytywne, spędzone w meeega towarzystwie. Zaraz obok domku prezesa był cały i-Sport czyli nasza ekipa trenerska. Sam Sieraków na kilka dni stał się miasteczkiem triathlonowym. Roiło się od samochodów zapakowanych w rowery, od triathlonistów biegających zbierających swoje rzeczy, chodzących z piankami żeby zrobić pierwsze Open Water w tym roku. Gdzie się nie spojrzałeś stali sportowcy, ich kibice i rodziny. Z każdej strony nadjeżdżały rowery, różne, przeróżne, te odpicowane całe oreo, z dyskami i idealnie dobranymi kolorystycznie dodatkami, albo te zwykłe na których każdy z nas zaczynał. Na wszystkie dystanse było zapisanych ponad 2400 osób. Możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedy przez 3 dni w promieniu jednego kilometra przewijała się taka ilość osób, plus ich kibice !

Było bosko. Mój R od razu pomyślał o Hawajach i o Konie, na której takie miasteczko powstaje na tydzień przed startem i zrzesza sporo większa ilość osób startujących plus ich kibice. Już rozumiemy jak można mieć KONA-BLUESA po powrocie z hawajskiej wyspy.

Niemniej jednak przyjechaliśmy tam dla startu, a raczej dla startów, bo każdy oprócz najmłodszego gdzieś startował. Zosia pierwsza zdobywała medal, na biegu dla dzieci.

To był chyba jej taki pierwszy najważniejszy bieg, z chipem na nodze, porządnie wyznaczoną trasą i prawdziwym pakietem startowym. tutaj chylę czoła organizatorom którzy spisali się na medal.  Dzieciaki dostawały swoje naklejki na rowery i kask, numery startowe i chipa. Ponatno dostały mały upominek od JBL w postaci słuchawek i w miarę zdrowe smakołyki, nie wspomnę już o gadżetach które dzieci lubią najbardziej typu plecak, smyczki, rękawy do kibicowania itp.

Bieg poszedł świetnie, widać było małe zdenerwowanie na jej twarzy ale dzielnie całość poleciała sama. Dzieci startowały falowo, nie było więc przepychanek i maluszki startowały z maluszkami a starszaki ze starszakami. Dźwięk gwizdka i w nogi po wyznaczonej trasie. Ja biegłam wzdłuż niej aby pokazać w razie co gdzie ma skręcić, byłam tak wzruszona że nie zrobiłam jej na trasie ani jednego zdjęcia.

Na każdej twarzy widać emocje i zdenerwowanie <3
I tutaj drodzy rodzice jest pole do popisu dla Was. Nie jest trudno zniechęcić dzieci do takich startów. Jest natomiast całkiem trudno nauczyć ich przegrywać, nauczyć ich, że nie muszą być pierwsi, że to ma być zabawa i frajda dla nich. To są jeszcze nasze maluchy jak pójdą w sport wyczynowy będą miały dużo okazji do wygrywania i prawdziwego ścigania. Dajmy im teraz trochę luzu i jak chcą biec wolno, niech biegną wolno, jak chcą skakać do mety niech skaczą, jak chcą lecieć ile sił w nogach niech też to robią, ale nie po to żeby wygrać. Mają jeszcze całe życie na wygrywanie, walczenie, przepychanie się i wyróżnianie z tłumu. Nie odbierajmy im tej dziecięcej beztroski :) 
Dla nich sam start jest tak ogromnym przeżyciem, takim wiadrem emocji, że na prawdę nie ma tam miejsca już na wygrywanie i pierwsze miejsca. Jak się uda super, ale niech to będzie przy okazji :)

Zosia miała tłumaczone przez kilka dni przed startem że nie biegnie żeby wygrać, że biegnie po medal, że ten medal jest najfajniejszą pamiątką jaką może zdobyć. Że to jest zabawa i nauka, bo jak dorośnie będzie umiała startować w zawodach tak jak my. Smutno mi było patrzeć jak takie 5 latki wpadały na metę zapłakane że nie były pierwsze. 

Nasza młoda natomiast po powiedziała, że musi dużo trenować żeby być taką triathlonistka jak my <3 <3 <3
Moje ZŁOTO na mecie <3

 

 

Zosia zdobyła swój medal, czas teraz na nas. Warto wspomnieć o koniu którego wyhodowałam w domu. Mój R wylądował na mecie połówki z czasem 4:35, co jest dla mnie totalnym kosmosem, na czele z rowerem który zrobił w 2:13 ! ! ! Ci co startują wiedzą jaka to wychodzi średnia na 90 kilometrach, Ci co nie startują doinformuję. Chłopak przejechał 90 kilometrów ze średnią 39 km/h. Już teraz rozumiecie dlaczego tak rzadko robimy wspólnie treningi rowerowe :p

Sobota zatem była kolejnym dniem kibica. Tym razem rodzinnie kibicowaliśmy mojemu mężowi, oczywiście nie sami tylko z psycho-fanami TRIWAWĄ. To ile emocji wywołują pośród zawodników jest niezastąpione ! Fajnie jest być częścią tej zgrai. Także sobota była dla ludzi, na mecie cierpliwie czekaliśmy na Fabisza, prezesa psychofanów, Ewel, kobietę którą ciężko dogonić na trasie, mojego R i trenera Adama. Wszyscy z uśmiechem na buzi wlecieli po dobre czasy. Resztę wsparliśmy porządnie na trasie rowerowej i biegowej tworząc własna strefę kibica ! No i rachu ciachu sobota nam minęła.

 

 

UFFFF….

Na szczęście na objazd trasy zebraliśmy się w piątek popołudniu i jeśli ktoś w Sierakowie nie startował a planuje objazd trasy jest absolutnym MUST HAVE tych zawodów. Jeśli nie chcecie się zaskoczyć na zawodach oczywiście. JA dziękowałam mojemu aniołowi, który mnie popchnął żeby po raz pierwszy przejechać trasę. Oj byłabym mocno zdziwiona. Patrząc przez pryzmat opowieści, Sieraków super prosta trasa po ładnym asfalcie, byłabym mocno zawiedziona.

Nie trasa rowerowa nie jest prosta. Nie trasa rowerowa nie jest tylko po pięknym asfalcie (choć w dużej mierze tak). Nie trasa rowerowa NIE JEST ŁATWA! Ale to właśnie dzięki temu jest mega ciekawa i  bardzo satysfakcjonująca.

Po sobotnim starcie nie wiele było czasu dla siebie. Było go jednak na tyle dużo, że na spokojnie okleiłam sobie rower, większość rzeczy dotyczącą trasy i stref zmian wiedziałam kibicując długiemu dystansowi, niby wszystko wiedziałam ale jakiś niepokój siedział we mnie cały wieczór. Sobota się kończy wszyscy świętują, winko się leję, a ja po totalnie nieprzespanej wcześniejszej nocy (dziękuję synu 🙂 ) padam przed północą. Pewnie wiele ciekawych rzeczy mnie ominęło, ale sen był równie cudowny. Wyspana, dalej kaszląca i z zatkanym nosem wstałam, ogarnęłam śniadanko dla dzieci. Sama po kryjomu zjadłam białą bułę z dżemem, napiłam się kawki i ruszyłam do strefy zostawić rower.

 

„SIERAKÓW WITA TRIATHLONISTÓW”

 

Oj duża ta strefa, duża, trafiło mi się fajne miejsce na zewnętrznych wieszakach więc łatwo było zapamiętać. Rowerek gotowy, koła napompowane już wcześniej przez mojego najlepszego serwisanta na świecie, bidony na miejscu nic tylko pocałować ta różową ramę co by grzecznie czekała i wrócić do ludzi. Kamperek stał jakieś 5 minutek drogi od strefy zmian, nie wiele mieliśmy więc do chodzenia. Wróciłam do dzieciaków i Rafała ubrałam się w strój startowy, pianę i ruszyłam nad wodę. Tam szybka rozgrzewka z trenerem, buziaki od dzieciaków i R i jazda na start.

 

Pisząc w skrócie relacje z samego wyścigu mogłabym napisać tak: Na pływaniu umarłam, nie wiem jak nie wiem skąd, na rowerze zmartwychwstałam po to aby podwójnie umrzeć na biegu. I o tyle, takie słowa w sumie idealnie opisywały by mój Sieraków, ale jeśli chcecie więcej i nie macie już dość powiem kilka słów więcej.

START. 

W wodzie na prawdę umarłam, nigdy nie przeżyłam takiego czegoś. Ok może przeżyłam, za młodych lat jak na bardzo ważnych zawodach potrafiło mnie przytkać ze stresu. Ale tu była to jakaś podwójna siła, która nie pozwalała normalnie funkcjonować w wodzie. Woda zimna, ok zatkało mnie na wejściu i to bym rozumiała gdyby nie to że to zatkanie trzymało mnie do ostatniej bojki, powiedziałabym wręcz że do samego końca.

Ja weteranka pływania rzadko kiedy pływam open water na 2 oddechy, zazwyczaj swobodnie oddycham co 3, na zawodach również,  tu miałam ochotę uskutecznić metodę na co 1 oddech. TO co przezyłam to moje, myslałam, że młucę przez tą wodę jak topielec, wszyscy mnie wyprzedzali, a ja totalnie nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Pomiędzy 2 a 3 bojką, regularnie przechodziłam do żabki aby uspokoic oddech, ale to nic nie dawało. Całość przepłynęłam oddychając co 2 i kiedy raz spróbowałam zrobic oddech co 3 myślałam, że się utopię. Rozumiem już tych których w wodzie zatyka ze stresu przed potworami i rezygnują z dalszego płynięcia. Moja głowa też mi raz podpowiedziała, że może jednak lepiej wyść z wody, ale zdrowy rozsądek wiedział że to stres i mam nadzieję chociaż w minimalnym stopniu zimno. Bo inaczej wole sobie tego nie tłumaczyć.

Woda dłużyła się okropnie, z każdym oddechem miałam wrażenie, że utonę, ale zaczęłam się skupiać na jeszcze jednym wdechu, jeszcze jednym wdechu i tak dobrnęłam do końca. Nigdy nie czułam takiej ulgi wychodząc na ląd.

Tam czekał na mnie 700 metrowy podbieg, oj Sieraków lubi te górki i podbiegi. Nie spinałam się na nim zbyt mocno, lekko, powolutku poleciałam po rower. Szybkie ruchy w strefie i kilka chwil później wybiegam do belki rowerowej. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie była tak bliziutko jakby się chciało. Biegliśmy po krawężnikach, przez kawałek lasku żeby przez jeszcze sto metrów lecieć po asfalcie do głównej drogi.

Jest belka. Wsiadam na ROWER. 

Tutaj wiedziałam czego się spodziewać, tutaj tez chciałam wyciągnąć z siebie maksimum. Na rower wsiadłam jako 4 ta kobieta, na pierwszej pętli dociągnęłam do 3 -ciej zawodniczki. Dosyć szybko i sprawnie ją wyprzedziłam, wyprzedzałam też niektórych panów, z niektórymi co chwilę się wymijałam, tak to jest kiedy zawody są bez draftu a każdy próbuje utrzymać swoje.

Jechało mi się cudownie, nie był to dzień konia, ale było ekstra. Na górkach dociągałam do górnych Wattów, na zjazdach pedałowałam tak by zyskać jak najwięcej. Rower był mega dynamiczny, cały czas się coś działo. Pierwsze kilka kilometrów, jest dosyć krętę, na początku czeka na ans tez chyba najdłuższy, najstromszy podjazd. Jednak nie na tyle stromy i długi by zrzucać się z blatu, ale na tyle stromy i długi że na drugim kółku musiałam podnieść dupsko z siodełka żeby nie utracić swojej kadencji. Jechałam i jechałam, żadnej dziewczyny nie widziałam ani przed sobą ani za sobą. Po kilku kilometrach wpadamy faktycznie na cudowny nowiutki asfalt, który tak na prawdę jedziemy dalej resztę kółka. Całą trasa jest pagórkowata, raz w górę raz dół. Trzeba jechać na tyle mocno w dół, żeby potem było jak najłatwiej w górę. Obok moich PSYCHOFANÓW przejeżdżam ponad 40 km/h, oj tak co by myśleli że całość pędzę tak mocno 🙂

W drugiej połowie drugiego kółka dogania mnie Ula, dziewczyna która wygrała Super League w Poznaniu w zeszłym roku. Jest prędka, ale nie aż tak prędka żeby zniknąć mi z oczu w sumie do końca trasy rowerowej. Wpadam chwilę za nia do strefy zmian, a mój R krzyczy, że mam tylko minute starty do pierwszej babki. WOW

WOW.

Na prawdę byłam z siebie dumna. na takiej imprezie polecieć tak rower to było coś. Co prawda w ogóle nie interesowało mnie jaką mam stratę do pierwszej dziewczyny bo wiedziałam że na tym biegu jej nie dogonię, no chyba że by mnie ktoś podwiózł na rowerze 😉 Ale miło było usłyszeć, że i trener i on mają wrażenie, że jeszcze mogę coś tu ugrać <3 Dzięki chłopaki !

BIEG. Może być krótko ?? Umarłam dwa razy. Pierwsze dwa kilometry leciałam, w dobrym tempie, czekając na te podbiegi. Nawet mi ten szutr i piach tak nie przeszkadzały. Potem nagle zaczął się podbieg, najpierw taki przedsmak malutki króciutki w piachu ale stromy. Na 4-tym kilometrze dotarłam do wisienki na torcie. Najpierw stromy podbieg, żeby później zobaczyć że jest jeszcze stromszy podbieg. Można by go porównać do serpentyn w Alpach po których wspina się na rowerze. Takie coś pomniejszone do skali biegania i człowiek zamiast roweru. Sierakowska umieralania, no chyba że się jest biegaczem górskim to możecie to sobie nazwać inaczej, ja tam umarłam. DWA RAZY.

Zleciał ten bieg szybko, ale w bólu, na drugim kółku miałam ochotę się już tam zatrzymać. Nie dość , że boli to jeszcze co jakiś czas na dobitkę wyprzedzają mnie damskie nogi. Czy one są tak wytrenowane na górkach ? Czy ja nie mam siły, bo jestem cienias ?! Deprymujące jest spadanie na kolejne to pozycje dół w tak krótkim czasie, ale musiałam to zagryźć i lecieć do końca.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Z 4 miejsca spadłam na 9-te i nie, nie jestem zadowolona z siebie, ale wybrzydzać tez nie będę.  Może te ambicje są gdzieś za wysokie i nie ma co stawiać sobie poprzeczki tak wysoko? Z drugiej strony jak mam nie stawiać jak jestem sportowcem z krwi i kości !?

Szczęśliwie udało mi się utrzymać 3 msc w swojej kategorii. Na metę doleciałam z czasem 2:30…. Dumna z roweru, załamana pływaniem i zdeprymowana bieganiem. Niemniej jednak start był udany, dostałam w tyłek tak jak nigdy, a jednak chcę więcej i wracam tam za rok !

 

A ty ?!

Dobrnąłeś do końca i lecisz ze mną do Sierakowa za rok ?! 🙂

Agnieszko dziękuję za zawieszenie medalu, taki smakuje podwójnie.

Dziękuje firmom, które mnie wspierają:

i-Sport platformie treningowej <3

On Running Polska za buty w których biegam najszybciej jak umiem :)

CEP Polska za pomoc w regeneracji i dbanie o moje nogi

Eko Farmie Świętokrzyskiej za dbanie o mój brzuch i brzuch mojej rodziny <3 

I Wam wszystkim którzy nie raz wykrzyczeli moje imię na trasie dodając otuchy i powera dzięki któremu urywałam kolejne sekundy. TO w dużej mierze wy się przyczyniliście do tego wyniku :) 
Niestety nie umywacie się do buziaków i piątek od moich dzieci, ale te są niezastąpione <3 <3 ;) ;)

Do następnego razu.

 

Bio Mama.

 

 

 

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

PODRÓŻE POLECANE

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

Z dziećmi w górach, sama byłam już cztery razy.

Nie będę pisała o moich wyprawach chronologicznie bo pierwszy wypad był prawie rok temu. Zacznę natomiast od tyłu, może kiedyś wracając do tego pierwszego razu, bo nie ma co ukrywać ten ostatni jest najświeższy i zaraz był najbardziej wymagający dla mnie.

Ci co chcą usłyszeć że taki wypad jest prawie jak leśne SPA i można leżeć z nimi do góry brzuchem, od razu mogą zaprzestać czytania. Owszem można przez chwilę leżeć do góry brzuchem na kawałku kurtki na którejś z górskich Hal, ale przez większość czasu nosisz nadprogramowe kilogramy, podajesz pić jeść, śpiewasz, motywujesz żeby szły dalej i wymyślasz kolejne to zadania do czasu aż szczyt będzie w zasięgu Waszego wzroku.

Ci, co natomiast bardziej realistycznie wyobrażają sobie wypad w góry z dwójką małych dzieci, ale czekają też na cudownego tego aspekty – mega więź, wspólny wysiłek i poświęcenie całej siebie dla dzieciaków, zapraszam do tekstu.

 

Czy to w ogóle jest realne?

Pierwsze słowa, jakie nasuwały się wszystkim kiedy usłyszeli mój kolejny z rzędu plan na góry z dziećmi, brzmiały zazwyczaj: „Ja bym się nie odważyła.”, ” Ja bym się bała”, „Ale jesteś odważna!”

W końcu do odważnych świat należy i tutaj możemy być mniej lub bardziej odważni, ale strach? Zupełnie nie rozumiem strachu, poza tym że ugrzęźniemy gdzieś na skale, albo będziemy musieli nocować w lesie bez namiotu i jedzenia. Ale hej, na Rysy z nimi w zimę nie planowałam iść, a wszystkie wycieczki raczej kończmy przed zachodem słońca, wiec czego się bać. Przecież to są moje dzieci i pewnie, że może być ciężej lub łatwiej, bardziej wymagająco lub mniej, ale przez cały czas to są moje dzieci więc się NIE BOJĘ.

Oczywiście mam rożne obawy przed każdym wyjazdem, typu czy obędzie się bez afery podczas podróży, albo czy Zosia nie odmówi i nie uda nam się zrealizować celu wyprawy. Ale to są błahostki, które lepiej lub gorzej jakoś ogarniemy. WSPÓLNIE, bo na takich wyjazdach robimy wszystko WSPÓLNIE.

LOGISTYKA NAJTRUDNIEJSZA.

 

Za pierwszym razem taki wypad może wydawać się ciężką pracą logistyczną, ale z każdym kolejnym wszystko będzie znacznie łatwiejsze. Moje sposoby na udaną podróż samochodem to przygotowanie na różne sytuacje. Co prawda zaczynałam od masy rzeczy, które nie do końca się sprawdziły, ale po kilku razach plecaki były znacznie mniej napakowane, za to bardziej przemyślanymi rzeczami.

Plecak Zosi: 

Zosia część plecaka zawsze pakuje sama. Wybiera sobie teraz ulubioną maskotkę, przytulankę, jakąś lale czy co ona sobie tam ostatnio wkręciła w tą małą głowę. Ja dopakowuję jej jakąś książeczkę (taką co mieści się do plecaka i wiem że ostatnio była HIT-em w domu), którą nie tylko może przeglądać sobie w aucie, ale też będziemy mogły czytać wieczorami na miejscu. Dorzucam piórnik z kredkami i długopisem i jakieś zestawy zabaw dla 4-latka, zagadki i rzeczy do rozwiązywania.

Plecak Stasia:

Tutaj jest bardziej monotonnie, jak na chłopaka przystało. Są autka takie które mają jakiś element ruchowy, wtedy młody umie się na nich dłużej skupić. Autko z przyciskiem który wydaje jakiś dźwięk też jest mile widziane. Podróż bez konia i innych zwierząt tez byłaby nieudana,dlatego jest tam więcej „pierdół” niż u Zośki. U Stasia w plecaku lądują też książki z twardymi stronami, tak aby łatwo mu się je oglądało i żeby zwyczajnie w świecie ich nie podarł, bo przecież cóż ciekawszego można robić nudząc się którąś z kolei godzinę w samochodzie? Kilka razy z rzędu włożyłam tez Play-Doh. Niesamowite ile czasu dziecko może wytrzymać w foteliku kulając, albo wkładając i wyciągając z pudełka kulkę ciastoliny. Minus playdoh jest taki że nie zawsze wiemy do końca gdzie on to na koniec upchnie, trzeba więc wziąć poprawkę że możemy znaleźć je przyklejone do różnych elementów samochodu. ( Ci co mają auta w skórze, są na wygranej pozycji !)

Oprócz tego w podroży zawsze w plecaczkach mają małe woreczki ze smakołykami i bidony z wodą które wkładam do stojaków na picie z tyłu samochodu, bo prowadząc auto jest mi dużo łatwiej je im podać.

Przygotowane smakołyki muszą być identyczne, bo przecież jeśli Stasiu wyciągnie banana, którego na przykład Zosia przez ostatnie 2 tygodnie nie ruszała, to ona też będzie na pewno chciała tego banana. Dlatego obowiązkowo w plecach dodatkowo lądują jakieś owoce, banan, jabłko, jakiś batonik (my często kupujemy te z LIDL-a Lupilu ekologiczne, albo HPBA energy bars), ostatnio zorbiłam małe pudełeczka z rodzynkami i suszonymi bananami takimi do pochrupania. Zdarza się, że dostaną „zdrowe lizaki” na momenty kryzysowe, albo żelki najbardziej lubimy te EKO z IKEI, na bazie soków owocowych, ale te rarytasy wolę trzymać z przodu na „kryzysowe chwile”, bo jak wylądują w plecakach to czasami nie uda nam się odjechać z parkingu a już lizaki są w buzi, albo małe rączki dzielnie próbują rozbroić szeleszczące papierki.

Co robię z nimi w górach?

Przełomowym wyjazdem był nasz wypad w Bieszczady. Lato, 2018 Zosia miała wtedy niecałe 3,5 roku. To był mój pierwszy wypad, bez Rafała, z nimi w góry. Dzień po dniu moje małe dziecko się rozkręcało. Chodziło dalej, dłużej z większą chęcią. Zdobywanie góry było dla niej równie ekscytujące jak dla mnie. Wciągnęła się i tak już nam zostało.

Dopóki Stasiu nie chodził było łatwiej teraz ciężej jest jego załadować do nosidła, ale ostatnim razem dałam mu też już sporą część przejść samodzielnie. Robimy trudne i łatwe trasy. Jak jesteśmy na dłużej to często byczymy się któregoś dnia, idziemy na basen, jemy lody albo znajdujemy sobie inną atrakcję tak żeby nogi i te małe ciała odpoczęły.

ZAKOPANE – Dzień po dniu.

Kocham to miejsce, a najbardziej wtedy kiedy turustów jest tam jak na naparstek. Zresztą na szlakach w zimę szybko przerzedza się towarzystwo. Zimą nie każdy wejdzie wyżej niż Kalatówki, bo zwyczajne adidasy nie wystarczają.

Na Kondratowej można zobaczyć już raczej tych na prawdę kochających góry, a najwięcej tam skitur-owców. Zresztą Hala Kondratowa i tamto schronisko to chyba moje ulubione miejsce w Tatrach.

Dojechaliśmy w piątek wieczorem. Prognoza pokazywała piękne słońce tak na prawdę tylko w sobotę. Marzyłam więc o Kasprowym. O porządnym cały dniu tułaczki. Zazwyczaj taki coś zaplanowałabym na kolejne dni kiedy to mała Z się rozkręci z chodzeniem. Ale wiedziałam, że tylko tego dnia będzie to możliwe patrząc na prognozę pogody. Decyzję zostawiłam do rana.

Już o 6 rano słońce uderzało nam prosto w twarz, kiedy przedzierało się przez zasłony naszego pokoju. Stasiek nie zastanawiał się ani chwili żeby poleżeć jeszcze w łóżku i tak przez ponad 1.5 godziny graliśmy w pokoju w różne gry, bo śniadanie zamówiłam na 8. Kto by tak wcześnie wstawał na wakacjach 🙂

Zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy w stronę ronda kuźnickiego. Koło 10 weszliśmy na szlak i 6 godzin później byliśmy na szczycie. Góra była wyzwaniem, mała opadła mi zupełnie z sił, Stasiek jak na osobę jeszcze nie mówiącą miał niesamowicie wiele do powiedzenia „ciuuuu ciuuu” „tuuuuu” ” bruuuum” . Nie wiem kiedy nie wiem jak minęło nam te 6 godzin.

Nie powiem, że jakąś godzinę od szczytu, żałowałam trochę mojej decyzji ale odwrotu już nie było.  W dół wszystko zajęło by nam kolejne kilka godzin, a czasu na to powoli nam brakowało. Zresztą wiedziałam, że mniej zaboli wchodzenie przez jeszcze godzinę, niz schodzenie w dól przez kilka kolejnych. O Stasiu, którego cierpliwość była juz na samym krańcu, już nie wspomnę.

Na szczęście tego dnia były zawody w GIGANCIE na Goryczkowej, wiedziałam, że kolejka będzie jeździć do 18 i że po wejściu będzie można na spokojnie zjeść odtajać i po prostu odpocząć. Trzeba było się doczłapać na górę, pocieszyć się zachodem słońca i zjechać na dół kolejką.

Dzisiaj patrząc na ten wyczyn nie wiem jak o 4 letnie dziecko to zrobiło. Nie wiem jak ja to zrobiłam o zdrowych nerwach i nie wiem jak jej przetłumaczyłam, że tam wejdzie i jej sie uda. Mała zrobiła ponad 7 kilometrów pod górkę, ponad 6 godzin marszu i około 1000 metrów w górę !

To nie było łatwe podejście, nie polecam nikomu nie doświadczonemu w górach. Tym bardziej z dzieckiem które zaczyna swoją przygodę z chodzeniem po górach. My zaprawieni w boju wędrownicze, daliśmy radę. Zosia na szczycie była tak szczęśliwa, że miałam wrażenie że patrzę na doświadczonego himalaistę, który zdobył wymarzony szczyt.

DZIEŃ 2 – ulubione schronisko.

Często w prognozach pokazuje się deszcz jak gdzieś jesteśmy, ale nigdy nie dochodzi do jego skutku. Nasza energia ewidentnie odpycha te deszczowe chmury 🙂  Na 3 dni z deszczem padało tylko na koniec wyjazdu wieczorem, jak już tak na prawdę ładowaliśmy się do samochodu.

Drugiego dnia miało być delikatnie i dosyć nisko, przez prognozę i przez zmęczone nogi mojej córki. Nie chciałam żeby znienawidziła góry. Chodzenie z nią zimą jest dużo trudniejsze niż latem. Śnieg w słoneczne dni, jak sobota na Kasprowym, jest miękki nogi się obsuwają, zapadają i trzeba włożyć dużo więcej energii w zwykły marsz.  Drugiego dnia więc było przyjemnie delikatnie troszkę pod górkę w równie piękne miejsca, ale bez większego wysiłku. Wdrapaliśmy się na Hale Kondratową, moje już wspominane, ulubione miejsce.

Zresztą zawsze jak jesteśmy w tatrach odwiedzamy to miejsce. Kalatówki i rosołek tez zaliczyliśmy. nawet Stasiu przedreptał połowę trasy na Kalatówki w górę i w dół.

DO ZOBACZENIA TATRY.

Trzeci dzień był tylko dla dzieci. Miały byc krótkie góry z rana, ale pogoda nie zachęcała. Zreszta trzaba by było się później przebierać z kombinezonów i tak dalej. Dlatego była papugarnia, nie polecam <ha ha ha>, lodowsko, typowy dzień na krupówkach, chociaż pamiątek nie kupowaliśmy. Lody, dobra kawa i ciacho i jakieś czekoladowe koktajle, kto nie zna STRH8 na krupówkach niech pozna 🙂

 

CO TrzEBA MIEĆ:

Tatry zimą nie zawsze wybaczają błędy i pomimo że chodzenie z dziećmi po górach raczej nie powinno być w takich miejscach gdzie jakikolwiek błąd może nastąpić, to i tak trzeba byc porządnie przygotowanym.

  • RAKI TO PODSTAWA – bez raków ani rusz. Tzn oczywiście mogą być raczki takie które można założyć na każdego miękkiego buta, ale muszą być porządnej firmy i muszą to być raczki, nie miejskie kolce.
  • czołówka – zawsze biorę. pomimo, że nie planuje nigdy schodzić po zmroku, ale nie wiadomo co może się wydarzyć na szlaku, a bez czołówki wieczorem raczej byłoby groźnie.
  • plecak i rzeczy na zmianę – dla dzieciaków podstawa to skarpetki na zmianę i cieniutkie woreczki. Pomimo, że zosia ma buty jacka Wolfskina WODOODPORNE, to nogi miała przemoczone. śnieg na jej butach w raczkach utrzymywał się i buty po kilku godzinach po prostu PRZEMAKAŁY. Wtedy zakładamy suchutką skarpetkę, którą wkładamy w WORECZEK foliowy i dziecko ma sucho i CIEPŁO. UBRANIA na ZMIANĘ, albo kolejna warstwą też jest konieczna. DLatego plecak dobrze zapakowany to podstawa, w GÓRACH pogoda lubi się zmieniać !
  • jedzenie plus coś słodkeigo kalorycznego –  tak nawet ja bio mama mam zawsze i to zawsze ze sobą porządną tabliczkę czekolady. Może nie tej tiramisu od milki, ale gorzkiej z orzechami lub takiej jaką jadamy. Zdarza nam się wziąć żelki ( raczej te eko ), bo dzieciaki w SZCZEGÓLNOŚCI tego potrzebują. Oczywiście woda i normalna kanapka na piknik też jest. Zimą mamy zawsze termos z herbatką z imbirem żeby SIĘ ROZGRZAĆ jak jest taka potrzeba. Lepiej WZIĄĆ za dużo niż za mało, bo gdy sił brak tylko czekolada albo dobry ZAsTRZYk cukru może wam pomóc.
  • GOGLE / OKULARY – dla siebie pewnie nie zapomnicie, ale dla maluchów ponieważ nie noszą na codzień pewnie juz tak. W górach w szczególności zimą porzadne okulary z filtrami UV lub gogle to podstawa. Ja wole gogle bo są bardziej wszechstronne. Nadają SIĘ na ŚNIEŻYCE, mocne słońce i wietrzne dni osłaniając tez część twarzy. Bez nich ani rusz w białe ośniezone szczyty, zapalenie spojówek, to częsta przypadłość, po takim dniu na pełnym słońcu w śniegu. poza tym w najgorszym wypadku możecie maluchom po prostu zepsuć wzrok.

 

Wypad z dzieciakami w góry jest niesamowitym przeżyciem. Dzieci nabierają ogromnej pokory do gór, do wędrówek. Poznają co to jest zmęczenie, ale tez poznają jakie to uczucie wspiąć się na górę kiedy wydawało się że sił już nie ma.

To tez cudowny czas 1:1, lub w jak w moim przypadku 1:2 🙂 czyli ja i dwójka moich dzieci. Jestem tam dla nich, bez telefonu, pracy i innych obowiązków domowych. Jesteśmy ze sobą cały dzień, całą noc. Gramy, śmiejemy się, pomagamy sobie, motywujemy się na wzajem. Spędzamy czas na świeżym powietrzu i w naturze, która uczy nas wiele. Poznajemy świat prawdziwy, naturalny a nie ten przez ekran telewizora, czy telefonu.

Jadąc z nimi w góry jestem cała dla nich. Oni to wiedzą i widzą i zawsze w górach czuję, że są ze mną inne dzieci. Współpracujące, pomagające, szczęśliwe i uśmiechnięte.

 

POLECAM SPRÓBOWAĆ, NAWET W POJEDYNKĘ.

 

 

 

MAMA w GÓRACH.

PODRÓŻE

MAMA w GÓRACH.

Sama nie nadążam za własnym życiem, a już zupełnie nie mam pomysłu jak to zrobić żebyście Wy za nim nadążali.

Niemniej jednak ciągle wyjeżdżamy, przemieszczamy się, spacerujemy, uciekamy w jeszcze większa naturę niż nasza wieś, warto więc o tym pisać. I pomimo że posty może nie będą na czasie z pogodą to muszą się tu pokazać. Na dwa różne sposoby odwiedziłam góry w ostatnim czasie. I nie ma co ukrywać po długim czasie ponownie poczułam jak bardzo kocham to miejsce. Jak moje bateria ładują się w stylu „SUPER CHARGE” w takim miejscu i jak bardzo pragnę spędzać tam dużo czasu!

IMG_20180403_225306_250

 

 

 

Góry na Skiturach, o tym będzie niebawem ( co prawda miało być już dawno temu, ale życie 🙂 )

Dziś będzie góry z dzieckiem, a raczej dziećmi! Wyobraźcie sobie wypad na spontanie do naszego cudownego Zakopca w jeszcze mocno zimowych warunkach i totalnie bez-turustycznym czasie. Dwójka maluchów, tata z rowerem na dachu samochodu, matka z nartami w packu. Kto gdzie, kiedy i po co nie mamy jeszcze zielonego pojęcia wiemy jednak że ma to być nasz czas, dla wszystkich i z wszystkimi. Brak jakiegokolwiek przygotowania, zero zaplanowanych trasek, dni i innych atrakcji. Wyjdzie w praniu, rano kiedy zobaczymy jaka pogoda.

y2V01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zatrzymaliśmy się w willi TATIANA <www.willatatiana.pl> miejsce które serdecznie polecamy za jego położenie i klimat jaki panuje w środku. Cenowo łatwo się z nimi negocjuje, a miejsce nie jest aż tak wyselekcjonowane jak na zdjęciach. Lubię ładne miejsca, przyjemne, domowe i ciepłe które ewidentnie oddają atmosferę miejsca w którym mamy się wakacjować. Nie lubię molochów, hoteli 5*, gdzie wstydzę się wyjść w dresie na śniadanie, a z make-upem powinno iść się do łóżka, bo tak wypada. Kochamy miejsca z klimatem, agroturystyki z prawdziwego zdarzenia, jeziora, domy z bala, drewniane chatki, kozy, krowy na podwórku i zapach trawy! Kocham odstawić samochód na parking i nie tykać go przez cały czas odpoczynku, chce się szlajać i szlajać, po uliczkach, parkach szlakach i knajpkach. W końcu to wakacje i mają być zawsze w trybie SLOW!

Ovrfa

 

Nie myślałam że wypad z tymi gagatkami może być taki SLOW, taki FUN, i taki FULL OF LOVE.

Było bez spiny treningowej, głównie ja odpuściłam, ale łażenie po górach z plecakami w postaci dzieciaków potraktowałam jak dobry trening. A fakt że chodziliśmy spać koło 23 wskazuje na to że chyba faktycznie tak było. 19 kilometrów po betonie do morskiego oka i z powrotem naprzemiennie z Zośką i Stasiem na plecach, pchając wózek z prawdziwym plecakiem poczuliśmy wieczorem w nogach. Ponad 20 godzin chodzenia, dwa dni deszczu i mgły na 6 noclegów, myślę, że to całkiem niezły wynik jak na pierwszy raz.

Morskie Oko, fajny trening z plecakami.

 

 

GÓRY W KWIETNIU.

 

Ten kwiecień był wyjątkowy, bo prawie zupełnie zimowy. Pamiętajcie że warto sprawdzić jakie warunki panują tam wyżej. My bez raczków nie ruszaliśmy się nigdzie. Taka mała rzecz, a dzięki niej na prawdę mogliśmy wejść w przeróżne rejony tatr. I pomimo, że na dole prawdziwą wiosną aż pachniało, to an szlakach po 1-2 kilometrach robiło się zupełnie zimowo.

IMG_20180403_202244_625 IMG_20180406_210203_340

 

JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ?

  1. Zacznijcie od podjęcia decyzji że jedziecie 🙂 Łażenie z dzieckiem po górach może być na prawdę fajowe.
  2. Zakopane jest miejscem gdzie wypożyczycie większość wędrownego sprzętu. Jeżeli ruszacie się zimą czy na przełomie zimy po pierwszym dniu będziecie wiedzieć czy warto zainwestować w raki/raczki. Te drugie są uniwersalne założycie je na każdego miękkiego buta trekkingowego. Mój R wypróbował je nawet na Salomonach Crossmax-ach. Dzięki nim żadem oblodzony szlak nie będzie dla Was zagrożeniem życia, albo dwóch , jeśli wędrujecie z dzieciakami.
  3. Plecak i dwójka maluchów, jak to ogarnąć ?? No cóż, jedna osoba musi się troszkę poświęcić. I nosicie dziecko na przodzie i plecak na plecach albo dziecko na plecach i plecak na przodzie. Możecie kombinować żeby podpiąć plecak do nosidła ale u ans to nie wypaliło. Druga opcja to dojście do schroniska z wózkiem a potem krótkie wędrówki z dzieciakami w nosidłach plus mały przybornik gdzieś na biodrach.
  4. Dzieci współpracują. Uwierzcie mi nasze dwa gagatki to nie ten typ siedzący. Wszystko zależy od Was i jak im to przedstawicie. Gałązki, szyszki listki zbierane z ziemi to na prawdę fajne zabawki, a maszerujące piosenki to ekstra zabawa dla nawet 3 latki. Zosia cześć trasek pokonywała sama. Bardziej po to aby się rozgrzać i poruszać, ale nosidło zarówno jedno i drugie stało się całkiem fajną zabawą. Pierwsze krzyki zostały zażegnane innym podejściem do sprawy. Dlatego na prawdę da się przekonać te dzieciaki to tego, musicie tylko znaleźć na nie sposób. Każdy lubi być pomocnikiem, może ta wersja na nich zadziała ??
  5. Pieczątki, kartki, książeczki. Nie ma nic bardziej motywacyjnego niż pieczątka w każdym schronisku, kartki z niedźwiedziami, książeczki i odznaki. Gdy maszerowaliśmy w stronę murowańca przy -4 stopniach a dzieciaki nie były ubrane na taki ziąb. Bo była mgła, mokro i chłód naprawdę dał się odczuwać. Zosia pomimo prawie zamarzniętych stóp głosowała żeby dalej wchodzić po pieczątki. Bo jak to ma wrócić do dom bez ??

7TZYp

Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
IMG_20180406_205345_162
Trasa do Murowańca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

FRAJDA FRAJDA FRAJDA… Góry mogą być na prawdę fajne, dla rodziców to ciężka praca z dodatkowym obciążeniem. Dla dzieciaków to natura, drzewa, skały, wodospady, kwiatki, szyszki, liście, mchy i zwierzęce ślady. Żcie tułającego się ludka może byc na prawdę przyjemne. Trzeba się tylko do niego przygotować.

JAK się przygotować ?

  • Ubranka na zmianę, i to od A do Z, zapasowe rękawiczki druga czapa, dodatkowa bluza i spodenki. Bodziaki koszulki i pieluchy na zamianę to podstawa. Dla starszej pociechy dodatkowa koszulka, bluza, gatki do przebrania, skarpetki czy rajstopy. Woreczki foliowe gdyby zaczęły przemakać Wam butki.
  • Jedzonko x3 bo uwieżcie mi te małe ludki potrafią skonsumować dużo więcej łażąc cąły dzięń po dworze.
  • repertuar piosenkowy
  • Jakaś zabawka którą łatwo złapać w rączkę podczas gdy maluch jest w nosidle.
  • Coś do „ciumkania” w razie totalnej awarii humoru 🙂 czyli tego jedzonko które dziecko samo może jeść
Pamiętajcie !! Że na przełomie dwóch pór roku, możecie zastać inne warunki na dole a zupełnie inne na górze. Im wyżej w górę tym zimniej !! Możecie zacząć wchodzić wiosną ( tak jak my kiedy szliśmy nad Morskie oko), a skończyć totalną zimą! 

IMG_20180404_185643_153



Zaczynamy wędrówkę.


I ją kończymy:

cof

CZY WARTO ?

Zastanawiasz się, czy góry są dla Ciebie ?!

Pewnie że tak! Zacznijcei od spokojnych dolinek miejsc gdzie możecie przejść część trasy z wózkiem, a potem przetransportować Wasze pociechy w nosidłach i innych noszących gadżetach (chusty itp). Potem w miarę chodzenia, zaczniecie wybierać sobie trudniejsze trasy, dłuższe, bardziej widowiskowe. Przy dzieciach nauczyłam się, że jest JEDNA zasada jeśli wprowadza się NOWOŚCI w ich życie. Musimy podejść do sprawy z workiem CIERPLIWOŚCI, NA SPOKOJNIE i STOPNIOWO WPROWADZAĆ NOWE RZECZY!

Robicie tak przy wprowadzaniu nowego jedzenia, uczeniu dzieciaków spania w określonych godzinach, wprowadzaniu innych aktywności. Róbcie TAK TEŻ kiedy chcecie brać udział w Waszych aktywnościach, żeby zaczęły z Wami biegać, trenować, czy też łazić po górach !

6vwMi

No to co?! Plecaki na plecy i nie zastanawiajcie się dłużej ! Góry są dla KAŻDEGO! Pamiętajcie tylko o byciu rozważnym i przygotujcie się do tego jak należy.

 

Biegająca Bio Mama.

selfp

Dlaczego chce mi się trenować na wakacjach ?

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Dlaczego chce mi się trenować na wakacjach ?

IMG_20160503_203843

Pijesz to Mohito w swoim all inclusive hotelu już 3 dzień z rzędu i zamiast upajać się chwilą słońca i totalnego relaksu zaczyna Cie coś denerwować ?? Twój organizm domaga się kilometrów, ruchu albo jakiegoś życia ? Znasz ten scenariusz ?

To jst właśnie powód dla którego my zrezygnowaliśmy z all-inclusive i podróżujemy na własna rękę. Nie zrozum mnie źle nie mam nic przeciwko tego typu wyjazdom, ale nie są one dla mnie relaksem. Nie sprawiają mi przyjemności, wręcz czuję jakby życie przepływało mi przez palce. Zamiast cieszyć się tego typu chwilami, czuję że mi czegoś brakuje. Brakuje mi życia w życiu. Dlatego my postawiliśmy na aktywne wakacje. Nie oznacza to że nie lubimy sobie poleżeć plackiem na plaży z książką, która od dawna czekała na swój czas. Lubimy, ale dosyć często kiedy to robimy mamy rowery na dachu samochodu, albo pianki i buty biegowe spakowane w torbie plażowej. Nie trenujemy też ponad wszystko. Jeżeli dzień zapowiada się turystycznie po prostu odpuszczamy albo wstajemu wcześnie rano po ten zastrzyk endorfin , który mieliśmy w planie. Takie wakacje smakują nam bardziej.

DSC_0715

Aktywność sprawia że cały czas mamy apetyt na lokalne smakołyki. Nasze brzuchy nie są przepełnione drinkami z kołyszącymi się w letnim wietrze palemkami. Nie krzyczą dość na widok kolejnego talerza z hotelowego bufetu. Po naszych wakacjach nie czujemy sie ospali i ociężali przez kolejne kilka dni w kraju. Nie okazuje się ze nasza waga nie mieści się już na skali, a my sfrustrowani tygodniowa labą czujemy sie zdołowani psychicznie.

IMG_20160520_194858#1

W zamian chce nam sie więcej, chce nam sie planować kolejne wyjazdy i podróże. Najlepiej tam gdzie są fajne ścieżki biegowe, czy rowerowe. Fajnie też żeby basen był niedaleko, albo jakikolwiek akwen, który ciągnie się na tyle daleko żeby pomachać w nim rękoma. To właśnie ten typpodróżowania sprawił, że poznaliśmy fajne miejsca, fajnych ludzi. Na Triathlonie w Larnace na którym startowaliśmy kilka lat z rzędu, znamy się z zawodnikami, witamy wymieniamy doświadczenia. Chris, organizator połamaratonu w Pafos w którym biegłam jako jedyna z wózkiem do dziś pisze do mnie na facebooku pytajac kiedy ponownie startujemy na wyspie. Często od słowa do słowa dowiadujemy się o fajnych trasach rowerowych, miejscach do trenowania. W świecie sportowców jest otwartość. Ludzie z uśmiechem na twarzy opowiadają o sobie, przyjmują nas do swojego grona, szczerze się pozdrawiają na trasach rowerowych, czasem nawat zagadują. Z siodełka rowerowego, czy przemierzając kolejne kilometry w biegowych butach możecie poznać miejsca, do których nigdy nie zawiózł by Was wypożyczony samochód. Byle jaka kawa w malutkiej górskiej kawiarence smakuje lepiej niż idealna latte w błyszczącej kawiarni na nadmorskim bulwarze. Owoce i wrzywa od lokalnych farmerów, okazują się tak soczyste i smaczne, że za ich smakiem tęsknimy przez wiele miesięcy po powrocie do kraju.

 

IMG_20160521_211541

No dobra ale jak sie zmobilizowac, zeby trenowac na wakacjach ?

 

Jeżeli życie sportowe jest częścią Ciebie, nie będziesz mieć najmniejszych problemów żeby wstać o świcie i zanim całe miasto ożyje przelecieć się po nadmorskich ścieżkach, albo przebiec się po górskich szlakach na które turyści nie zdążyli jeszcze wybyć. Jeżeli jednak zaczynasz swoją biegową przygodę, lub tego typu wakacje nie są dla Ciebie chlebem powszednim. Warto połączyć wyjazd rodzinny ze startem. W ten sposób będziesz zmotywowany do treningów i poznasz odległe miejsce z zupełnie innej strony. Wymienisz się poglądami z ludźmi na mecie, zobaczysz jak wyglądają lokalni sportowcy i jak różnią się od naszych realiów. Z biegiem czasu, buty biegowe czy rower staną się twoim przedmiotem niezbędnym do udanych wakacji. Nawet będąc w tym hotelu all-inclusive, spróbuj przed poranną obfitością jaką codziennie goszczą Cię stoły hotelowej stołówki założyć biegowe buty i sprawdzić zakamarki otaczającego Cię słonecznego miasta. Obiecuję że śniadanie będzie smakować jak niebo w gębie, a delikatnie spocone plecy ukoi chłodna basenowa woda.

IMG_20160429_193320

 

IMG_20160502_212104

 

20160904_134338-01

Jest jedna rzecz w naszym życiu jaką zmieniła się odkąd zostaliśmy rodzicami. Odnaleźliśmy to co jest dla nas w życiu ważne. Nauczyliśmy się korzystać z każdej wolnej chwili i nie marnotrawić czasu wolnego, którego nawet przy jednym dwulatku jest niewiele. Dla wielu z Was nasze sportowe wakacje mogą wydawać się nudne, przereklamowane, czy też podporządkowane treningom. Wcale tak nie jest. Zazwyczaj trenujemy rano lub wieczorem zostawiając sobie większość dnia na wakacyjne aktywności i zwiedzanie. Zdarza nam się organizować całodzienne wycieczki rowerowe, zazwyczaj są wtedy z nami nasi przyjaciele lub ktoś z rodziny żeby zająć się naszych małym podróżnikiem. Lubimy też wracać w te same miejsca i poznawać coraz to dalsze jego zakątki i ludzi. Lubimy wracać w miejsca gdzie czujemy się dobrze, bo to właśnie tam możemy na prawdę odpocząć. Nie zawsze chce nam się zwiedzać, czasami po prostu chcemy być w innym miejscu, oderwać się od codzienności, napić się lokalnej kawy i zjeść tamtejszy deser.

<SKOK W BOK : „Island Life, czyli kawałek naszej wyspy” > już niebawem.

 

 

IMG_20170405_161620_210

 

IMG_20170401_202751_418#1

 

Jeżeli jeszcze się wahasz, czy masz miejsce w swojej walizce na biegowe buty, czy też piankę triathlonową, pomyśl o tym jak fajnie jest biegać w promieniach słońca, albo jak piękne są góry od tej ziemskiej nie tylko narciarskiej strony. Każde morze czeka na twoje zmęczenie, każda ścieżka z miłą chęcią przywita Cię o poranku. Każde wzgórze zaprasza twoje cienkie koła w odwiedziny. A dzięki byciu aktywnym właśnie podczas swoich chwil relaksu, każdy smak będzie intensywniejszy, przepełniony miejscem w którym właśnie się nieźle zmęczyłeś.

 

IMG_20161118_193745

 

Jeszcze się wahasz ??

O.

Półtoraroczniak – nasz najlepszy zakup, czyli rowerek biegowy od Milly Mally.

Bez kategorii CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE POLECANE

Półtoraroczniak – nasz najlepszy zakup, czyli rowerek biegowy od Milly Mally.

 

Słońce coraz częściej pokazuje się za oknem, po śniegu zostały tylko wspomnienia. A że zima była całkiem długa i zimowa w tym roku to wraz z promieniami słonecznymi i cieplejszymi dniami chce się wyjść na dwór. Robić cokolwiek, pobiegać, na rower, poczuć namiastkę lata i nadchodzącego sezonu. To samo myślę czuja nasze dzieci, które po zimowych popołudniach w domu, kiedy za oknem szybko robiło się ciemno, chcą wybiec na dwór i szaleć na świeżym powietrzu.

Kupiliśmy go przypadkiem, zupełnie przypadkiem na targach rowerowych w Kielcach. Stoisko z dziecięcymi rzeczami od razu przykuło Zosi uwagę. Chodziki, autka, rowerki biegowe, była tego cała masa. Ale gdzieś tam ciut dalej niż w zasięgu ręki wisiał ON. Piękny, kolorowy, z 4 kółkami, rowerek biegowy dla maluchów. Zosia wtedy półtoraroczniak, pomimo że miała już rowerek biegowy, nie nadawała się jeszcze na dwa kółka. Biegowy był dla niej za ciężki, za bardzo chwiejny i pomimo że najniższy na rynku, jeszcze jednak ciut za wysoki. Od czasu do czasu oswajaliśmy ja z nim, ale dziecko ewidentnie wołało „jeszcze chwilę mamo!” muszę do niego zwyczajnie dorosnąć.

20160929_173709-01

Orion od Milly Mally to inna bajka, jest leciutki, ma 4 kółka, więc jest stabilny jak zwykłe jeździki dla niemowlaków, a jednak nawiązuje do rowerka biegowego. Pozycja na nim jest taka sama jak na biegowym, dzięki czemu dziecko uczy się tej pozycji którą później wykorzysta na dwóch kołkach. Do tego jego neonowa wersja, którą my wybraliśmy, jest totalnym odlotem więc ciężko powiedzieć mu NIE.

Niemniej jednak nie byłoby go z nami gdyby Zosia dosiadając go po raz pierwszy nie poleciała przez całą halę C z wielkim okrzykiem radości. Bacznie obserwowałam, czy to aby nie na pewno kolejny „głupi” zakup, kolejne „widzi mi się” na chwilę. Po dobrych kilkunastu minutach testowania, milionie za i przeciw, wielu zdaniach wymienionych z moim rozumem, czy nie przesadzamy, czy nie ma za dużo i czy zaraz nie rzuci w kąt, zdecydowaliśmy się go kupić.

20160929_141847-01

I tak zaczęła się nasza przygoda z ORION-em. Przejechał z nami całą Europę. Latał samolotem, odwiedził wszystkie „nasze” zakątki w Polsce, bagażnik samochodowy stał się jego nowym domem, a on był nieodłącznym elementem życia mojej małej Z. Jej „łaja” towarzyszył nam na spacerach, był podwózką z domu do garażu i z samochodu do domu. Dzień bez niego był dniem straconym. Jeździł nawet po śniegu.

20161117_155246-01

 

Orion w skrócie, czyli plusy i minusy:

  • Jednym z wielkich plusów tego rowerka, jest jego cena. W detalu rowerek kosztuje około 150 zł, w zależności od sklepu w którym go kupicie. Jak na tyle dni radości ile sprawił mojemu dziecku jest warty każdego grosza.
  • Ma 4 koła. Dla takich jeszcze nie dwulatków, dwukołowe rowerki mogą być za ciężkie, za chwiejne lub inne za-cośtam. Dzięki 4 kółkom na Orionie możecie spokojnie posadzi nawet młodsze dziecko niż półtoraroczniak. Pozycja jest stabilna, wysoka i wydaje się na prawdę komfortowa. Dwa przednie koła są skrętne. Dziecko za pomocą balansu ciała skręca w prawo i w lewo.
  • Ma kauczukowe koła. Koła naszego bohatera są stworzone z kauczuku, takiego samego jak rolki, płynnie się poruszają, ich miękkość sprawia, że niwelują wstrząsy i są ciche, nawet kiedy maluch jeździ po bruku, albo w … mieszkaniu. Tak, Ci co mają duże przestrzenie w domu, czy mieszkaniu spokojnie mogą zabrać rowerek biegowy do czterech ścian!
  • Jest po prostu ładny. Z daleka przypomina misia na 4 kołach, z buzią, uszami i tułowiem, na którym się siedzi. Jest też na prawdę kolorowy. Nasza neonowa wersja, najbardziej nam się spodobała. Jest wesoła, wdzięczna i dziewczęca, a zarazem myślę, że przez ilość kolorów jaką posiada spokojnie nada się dla chłopaka. Dostępny jest prawie w całej gamie kolorystycznej, znajdziecie go w kolorze czerwonym, różowym, fioletowym, albo bardziej chłopięcych zielonym i niebieskim. Oczywiście najbardziej polecam naszą neonową wersję, multicolor.
  • Jest porządny. Cały stelaż zrobiony jest z aluminium i wykończony plastikowymi detalami. Dzięki czemu nic się nie psuje nawet kiedy maluch popchnie go rzuci na asfalt czy zrobi inne ciekawe rzeczy na jakie wpadnie 🙂
  • Jest lekki. Tak Orion od Milly Mally waży jedyne 2.4 kg. Nie tylko jest to plus dla dziecka, bo przy tej wadze samo umie go obsługiwać, ale nadaje się aby wziąć go praktycznie wszędzie.Nasz najdalej poleciał z nami na Cypr i wcale nie trzeba było go rozmontowywać. Wsadziliśmy go po prostu w całości do walizki 🙂
  • Wygodne siedzisko. Siedzisko Oriona, nawiązuje do zwykłego siodełka w rowerku biegowym, jest wykonane z miękkiego plastiku, który delikatnie ugina się pod wpływem ciężaru malucha, jest więc elastyczne i dzięki temu wygodne
  • MINUS! Tak jest jeden minus Oriona i chyba więcej niz ten jeden nie znalazłabym. Nie ma regulacji „siodełka/siedziska”. Nasza Zosia na sam koniec przygody z naszym neonowym cackiem od Milly Mally wyglądała trochę jakby ukradła rowerek młodszej siostrze. Jednak sprawiało jej to, do końca, tyle radości, że nie mogliśmy jej go odebrać. Ta troszkę zbyt niska pozycja na koniec nie przeszkadzała jej w żaden sposób w jeździe, nie spowodowała że trudniej jej się na nim poruszało. Była tylko tak na prawdę zbyt niską pozycją dla oka, a czy dla niej i dla jej jeżdżenia, to nie wiem. Może wcale nie.

DSC_0442

DSC_0308

DSC_0290

 

Dzięki Milly Mally Zosia płynnie przesiadła się na rowerek biegowy, ten z dwoma kółkami. Na koniec lutego kiedy miała skończone 2 latka i kiedy pierwsze śniegi stopniały a na dworze zrobiło się wiosennie, po prostu wręczyłam jej nowego dwukołowca. Ku mojemu zdziwieniu wsiadła na niego i po prostu pojechała. Dwa dni później podnosiła już sama obydwie nogi krzycząc „Juhuuuu, juhuuuu” .

Orion od Milly Mally był chyba najtrafniejszym zakupem od Zosi narodzin. Dał tyle szczęścia małej co żadna inna zabawka. Spędził z nami co prawda tylko pół roku, ale było to chyba najintensywniejsze pół roku na jakie taki Orion był przygotowany. Rozwinął ją motorycznie i był towarzyszem codziennych czynności. Z całego serca wszystkim go POLECAM!

DSC_0147

DSC_0163

DSC_0110

DSC_0142

DSC_0160

 

Teraz stoi w garażu i czeka na kolejnego „właściciela” 🙂

 

O.

 

DSC_0365

 

 

 

 

5 miejsc wartych grzechu w Trójmieście.

PODRÓŻE

5 miejsc wartych grzechu w Trójmieście.

Wydawało mi się, że tego typu posty nie do końca pasują do mojego bloga, ale wiele z Was piszę do mnie wiadomości co polecam, gdzie warto zjeść, co odwiedzić. Koniecznie chcecie usłyszeć o Cyprze i o tym obiecuję napiszę, ale na razie coś łatwiejszego. Zabiorę cześć z Was bardzo blisko, bo wręcz na Wasze podwórko, a cześć nieco dalej, bo nad nasze Polskie morze.

Trójmiasto to miejsce gdzie się urodziłam i gdzie wracamy dość często. Czuję się też tam jak w domu, bo jest to jeden z moich wielu „domów”. Jest w moim Trójmieście coś magicznego coś co mnie tam przyciąga i za czym tęsknie. Jest też kilka miejsc do których zawsze wracamy. Głównie mowa tu o „jedzeniowniach”, o miejscach do spotkania, na kawę i porozmawiania, do najedzenia się do syta i ze smakiem i do… grzeszenia. Kocham jeść w miejscach eko, bio i tych dziwnych vege i zazwyczaj tam się stołuję jeśli w ogóle wybieram jedzenie na mieście. Ale jest kilka miejsc w których zawsze z chęcią zgrzeszę, klasyki, podniebienne rarytasy, które łechcą moje kubki smakowe raz na jakiś czas.

 1. Bacio Di Caffe, Sopot. (ul. Ogrodowa 2/1) 

img_20161102_204811

Jedno z miejsc w których moje dziecko ma dozwolone LODY. Tak, takie prawdziwe, robione na mleku, czy tam śmietanie, wolę nie pytać 🙂 Ale są to prawdziwe lody, nie z proszku, nie z ulepszaczami, tylko z  prawdziwych składników, bo o to się dopytałam. I tak jak ja zawsze kochałam lody, nadal uwielbiam je nad życie, tak nie umiem odebrać mojej córce przyjemności z tego co ja uważam za nieziemsko pyszne. I chociaż zazwyczaj robimy w domu takie zdrowe z bananów i masła orzechowego domowej roboty, to od czasu do czasu, kiedy jesteśmy na wakacjach w Sopocie idziemy do Bacio Di Caffe. Miejsca, gdzie lody nakładane są łopatką taką jak we Włoszech, mają niestandardowe smaki i są prawdziwą poezją. Zawsze świeże, nawet po sezonie kiedy u konkurencji już marnie to wygląda, serwowane w wafelkach lub kubeczkach. Miejsce samo w sobie jest malutkie, ale znajdzieciu tu kilka kameralnych stolików przy których oprócz porcji lodów możecie napić się dobrej kawy ( tak mają mleko nie krowie, a do tego mają mleko innych firm niż znienawidzone przeze mnie Alpro) oraz zjeść równie nieziemskie ciasta. Podobno beza, która jest chyba 6 warstwowa jest słodka, ale bezkonkurencyjna!

Na lato Bacio wychodzi na dwór, gdzie można przycupnąć sobie na jednym z małych stolików i pooglądać Sopot. Nasz obowiązkowy przystanek gdy jeździmy na rowerach 🙂

img-20160822-wa0005

Bacio znajdziecie idąc Monte Cassino w stronę sopockiego mola. Musicie skręcić w ulicę Grunwaldzką przejść jakieś 100 metrów i zaraz po prawej stronie znajdziecie małą pyszną kawiarnię.

Alternatywa dla Bacio Di Cafe to MIŁO MI, które znajdziecie w Gdyni. Lody mają bardzo smaczne i wygrywają wafelkami bezglutenowymi, ale ja i tak wole moje Sopockie Bacio.

20160802_114709

2. Dziupla, Sopot  (ul.Pułaskiego 19/2)

img_20161122_143534

 

Pozostajemy w Sopocie. Moje ostatnie odkrycie, pomimo że jest już od jakiegoś czasu. Wegetariańska, wegańska knajpka, serwuje pyszne obiadki, czyli kotlety z bobu, czy tofu, polenty warzywne, risotta i inne cuda. Nasze faworyty to zupa krem z białych warzyw, kotleciki z bobu z pure buraczanym i sałatka dziupla z kozim serem i pestkami dyni. Ale nie martwcie się można tu też po delektować się na słodko, napijecie się tu kawy ( oczywiście na mleku roślinnym) i zjecie pycha ciacha na przykład z daktyli, maku i z musem malinowym na mleku kokosowym. Nawet ciacho Snikers, które smakowało i wyglądało jakby było na bazie słoik-owej Nutelli, okazało się całkiem zdrową bombą kaloryczną. Nutella robiona oczywiście przez nich, na mleku kokosowym i orzechach.

20161031_160143

Wielkim plusem Dziupli jest to, że mieści się delikatnie z boku od „Monciaka”, czyli sławnego deptaku Monte Cassino. Dlatego nawet latem, kiedy w Sopocie roi się od turystów tam jest trochę ciszej i spokojniej.

Czy warto wybrać się z dzieckiem ?? Pewnie, że TAK pomimo, że Dziupla jest dosyć mała i kameralna knajpką, jest też kącik zabaw dla Ciebie i masa różnych gier planszowych i ciekawych kolorowych książek. A co najfajniejsze, że od czasu do czasu widać rotację w zabawkach i te stare wymieniane są na te nowe 🙂

20161031_161400

Fajna opcja dla wszystkich internetowców ? Za wrzucenie zdjęcia jedzenia na Instagramie ze znacznikiem i tagiem do Dziupla, dostajecie 10% rabatu 🙂

Dziupla to mój ulubieniec, gdy nie chce się gotować a chce zjeść prawie jak w domu.

 

3. Monte Vino, Sopot – najlepsze śniadanie jakie jadłam na mieście (ul.Bohaterów Monte Cassino 65/9)

 

20160701_104756

Trafiliśmy tu zupełnie przez przypadek. W sumie nigdy nie pomyślałabym, że można tu zjeść dobre śniadanie, bo knajpki samej w sobie nie znam, ale wydawała mi się drogą opcją tylko na wieczorną kolację i dobrą butelkę wina. Po porannym rodzinnym treningu i małej sesji z wózkiem, przez przypadek spotkaliśmy moją mamę szwendającą się po jeszcze pustym porannym Sopocie, która namówiła nas na śniadanie na mieście. Rzadko zdarzają nam się takie wypady, ponieważ, rzadko zdarza mi się znaleźć w śniadaniowym menu dokładnie to co bym chciała zjeść, ale Monte Wino bardzo pozytywnie zaskoczyło nas fajną kartą. Na stół wjechała owsianka na mleku kokosowym ze świeżymi owocami leśnymi, o której marzę do dziś była tak pyszna, wegańska wersja śniadaniowa, z chlebkami czysto-ziarnistymi, pasztetami i rożnymi pastami warzywnymi, oraz dla mojej drugiej połówki i małej Z jajecznica na masełku. Nie jadłam w życiu lepszego śniadania!

20160701_104812

Wszystko było równie pyszne, ale moja owsianka zdecydowanie królowała na stole. Wylizałam miskę i do dziś marze o kolejnej. Przy pięknym słońcu, jeszcze nie do końca obudzonym letnim Sopocie i przy barowych stolikach zjedliśmy przypadkowo najlepsze śniadanie w życiu, popijając kawką na mleku kokosowym.

Nie wiem jak jest w Monte Wino na co dzień, czy wieczorami, jadłam tak raz, ale było tak smacznie, że nie może go tu zabraknąć.

 

 

4. Mąka i kawa, Gdynia. ( ul. Świętojańska 65) 

 

20161102_142839

Miejsce bez którego nie obejdzie się nasz pobyt w Trójmieście. Pomimo, że daleko od domu, bo w centrum Gdyni to zawsze znajdziemy czas żeby tam zawitać. Co serwują? Pizzeeeeeee…. Tak taka prawdziwą, na białym cieście, ale tak obłędną, że za każdym razem kiedy tam jesteśmy przypomina mi się mój Erasmus w Bologni, gdzie przez pół roku moim głównym posiłkiem była Margarita za 3 euro z pobliskiej pizzerii. I nie tylko urzekło nas to miejsce wyjątkowo włoskim cienkim ciastem, ale też wyjątkowo włoskimi połączeniami smaków. Mój faworyt w Mąka i Kawa to nieziemska pizza z salami, mascarpone i rukolą. Zacznijmy od tego, że pizza bez rukoli dla mnie to nie pizza. Ale połączenie ostrej salami która delikatnie przypala usta, z serkiem mascarpone, który powoli rozpuszcza się na gorącym cieście jest idealne. Moją salami-mascarpone zawsze poleje solidnie Crema di Balsamico, która dodaje temu delikatnej słodyczy i ….. hmmm…. co tu dużo mówić po prostu poezja! Fajną opcje są pizze tygodnia, które często zawierają jakieś lokalne, czy sezonowe produkty. W menu macie jakieś 10 rodzai pizzy, każda warta uwagi i każda zupełnie inna. Oprócz pizzy zjeciu tu włoskie panini i napijecie się podobno równie smacznej kawy. My tam jednak jesteśmy zawsze po jedno i na jedno… PIZZE ! Mąka i kawa ewidentnie warta jest tego białego pszennego grzechu !
20161102_142836

20161102_142824

 

 

 

5. Alt Cafe, Gdynia (ul. Legionów 112F/1 Osiedle ALTUS)

 

20161030_173854

 

Nasz totalny „must have” na mapie trójmiasta. Miejsce w którym musimy wypić kawę. To tez dla nas mocno sentymentalne miejsce, bo to właśnie tu wypiliśmy pierwszą kawę z naszymi już teraz dobrymi i nie tylko biegowymi znajomymi Mateuszem i Gosią. Kiedy nasze dziewczyny bawiły się szaleńczo na placu zabaw, my przez kilka godzin non stop gadaliśmy o życiu. Alt Cafe to nasze miejsce na mapie Trójmiasta, to nasza oaza i sposób na gorszej pogody trójmiejskie popołudnia.

Pewnie nie wiele muszę o tym miejscu pisać, bo zasłużyło już wcześniej na gościnę na blogu. Część z Was mogła już się z nim zapoznać. Jednak wszystkich co chcą dowiedzieć się o tym miejscu więcej, a nie czytali, odeślę do posta: „Idziemy na kawę, czyli czego mi brakuje tu gdzie teraz jestem”.

20160823_172715

 

Alt Cafe to jedno z tych miejsc które urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Miejsce z zewnątrz niepozorne, nie wydawałoby się że kryje w sobie prawdziwy raj zabawy. Drewniany domek ze zjeżdżalnią do bajkowych kulek, tor samochodowy, retro zabawki, kuchnia dla wszystkich kucharek, konik na biegunach i ściana dziecinnego szaleństwa to tylko część rzeczy jakie czekają na Wasze maluchy w świecie Alt Cafe. Wszystko tam jest stworzone ze smakiem i z myślą o najmłodszych. kawiarnia podzielona jest na dwie części więc zapraszam tu nie tylko dzieciatych, ale też i koneserów deserów, kawy i od niedawna PIZZY. Napijecie się tu pysznej lemoniady, świeżo wyciskanych soków, kawy która przypasuje każdemu i zjecie kawał pysznego ciacha, bo w Alt Cafe serwują kawały ciacha. Krojone od serca, żeby napełnić każdy nawet ten najgłodniejszy brzuch. Znajdziecie tu słodkie klasyki, serniki, banofee pie, ale czeka też zawsze ta trochę bardziej zdrowa/fit wersja dla wybarńców. Bezglutenowe czekoladowe, albo szarlota prawie z samymi jabłkami. Od niedawna Tomek ( właściciel Alf Cafe) wprowadził „coś na słono”. Serwują bowiem na prawdę pyszna pizzę z fajnie dobranymi składnikami. Jest włosko i smakowicie. Są też kremy z warzyw dla maluchów i fajne włoskie kanapki dla lekko zgłodniałych

       20160823_183701_001

 

Pamiętajcie jednak, że gdy szaro, buro za oknem w Alt Cafe robi się dosyć tłocznie dlatego, jeśli planujecie spędzić tam miło popołudnie najlepiej zarezerwujcie sobie stolik i upewnijcie się, że nie ma tego dnia przyjęcia urodzinowego na wyłączność 🙂

Ja Wam to miejsce Serdecznie polecam!

 


 

Dużo jeździmy po Polsce i nie tylko, dlatego mam nadzieję, że powoli zacznę zapełniać zakładkę <PODRÓŻE>. Jest milion miejsc do których mogę was zabrać, jest milion tras rowerowych i biegowych które wydeptaliśmy swoimi nogami na świecie i jest milion miejsc które odwiedziliśmy w poszukiwaniu smaków, smaków "tych jedynych". Dlatego mam nadzieję, że ten blog nie tylko będzie o bieganiu, triathlonie, byciu mamą i ciąży. Powoli zacznę zabierać Was w różne miejsca na ziemi, po kulinarnych, biegowych czy też rowerowych szlakach. Bądźcie tu ze mną, a może choć w małym stopniu poczujecie smak tych miejsc i to co kryją moje kolejne "domy".

O.

 

 

 

 

 

CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Ah ten Cypr…

Ah ten Cypr.

I cóż ja mogę napisać. Chyba widać, że wakacje były udane, pełne nowych przygód jak siedzę cicho i nic nie piszę.

Po pierwsze chcę Was przeprosić za moje milczenie, ale nie było ono dlatego że nie miałam czym z Wami się dzielić. Wręcz przeciwnie, działo się tyle, że nie było kiedy. Ale obiecuję, że choćby w samochodzie na kolanie, czy też po nocach spróbuję to wszystko nadrobić.

Tak jak pisałam już kiedyś. Każdy nasz wypad na Cypr wiąże się z czymś nowym i pomimo że tą wyspę odwiedzamy już od wielu, wielu lat, a przyjeżdżamy zawsze na wiele, wiele tygodni to za każdym razem odkrywamy jej jeszcze piękniejsze oblicze. Poznajemy ją od innej strony i spędzamy czas w specyficzny, sportowy, ale za każdym razem inny sposób.

 

 

 

Ten wyjazd był mekką rowerową. Spędzony zdecydowanie pod hasłem „Na szosie”. Każdy dzień wiązał się z przełamywaniem granic, wyznaczaniem nowych celów i sprawdzaniem siebie w coraz to trudniejszych warunkach. Szaleliśmy na rowerach przez 5 tygodni, a szaleństwa te zostały uwieńczone wjazdem na 2000 m.n.p.m., czyli 50 kilometrów jechałam cały czas pod górkę. Zaczęłam z poziomu morza, żeby ilka godzin później znaleźć się na cypryjskich szczytach i najwyższej górze na Cyprze, Mount Olympus, sięgającą 1952 m.n.p.m. Jeździliśmy daleko, jeździliśmy wysoko, we dwoje, w pojedynkę, z samego rana, w ciągu dnia, albo nawet późnym wieczorem. Pokochałam rower, zawsze go lubiłam, ale teraz poczułam jak to jest wypracować swoje i mieć przyjemność nawet ze „stówki” po górach. Czasami nogi puchły, czasami zastanawiałam się po co ja to wszystko robię, ale widoki i uczucie spełnienia po każdym treningu sprawiały, że chciałam więcej.

Każdego dnia.

Powrót jest najtrudniejszy.

IMG_20160612_105719

 

Teraz jesteśmy w drodze powrotnej z Kopenhagi, polecieliśmy tu do mojej chrześnicy na urodziny. Odkryliśmy przepiękne miejsce, miejsce w którym sportowe życie to chleb powszedni. Miejsce gdzie wszyscy biegają, jeżdżą na rowerach, gdzie za miastem widać więcej kolarzy niż samochodów. Miejsce gdzie ekologiczne to nie wymysł, a codzienność, miejsce gdzie ekologiczne nie kosztuje dużo więcej. Niestety jedyny minus Dani to fakt, że jest pioruńsko droga.  Ale o niej wrzucę tu osobny post.

Wracamy do domu, po naszych maratońskich podróżach, po milionie kilometrów przebytych samolotami, autobusami, samochodem, po tysiącach kilometrów spędzonych na treningach, po niewielu przespanych nocach. Niemniej jednak warto było, zobaczyć wszystko co zobaczyliśmy, posmakować wszystkiego czego posmakowaliśmy, poznać wszystkich których poznaliśmy.

 

 

Za jakiś czas będziemy dalej wakacjować, ale teraz czas wracać powoli do domu.

Powoli bo…

…czeka nas jeszcze jeden przystanek. Nasza ukochana wieś i triathlon w Starogardzie Gdańskim, którego boję się jak cholera.

 

 

O.