Kategoria: SPORT

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

POLECANE SPORT TRIATHLON

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

Nie wiem czy uda mi się przelać te emocje na papier, ale postaram się.

Malbork, co prawda do samego końca nie wierzyłam, że się odbędzie. Przez te wszystkie restrykcje COVID-owe, myślałam że, za duża impreza, za dużo ludzi zapisanych. A tu LABOSPORT, Mistrzowie tegorocznego ogarniania zawodów z COVID-em na plecach, jak zwykle sobie poradzili.

Musze przyznać, że należą im się ogromne gratulację za organizację imprez w tak trudnym czasie. Nie tylko w ogóle to robili, ale też robili to z głową, zachowując, SERIO, wszystkie ważne obostrzenia, wychodząc na przeciw nowej rzeczywistości. ( no dobra dali tylko ciała z tym pływaniem bez pianek w zimnym Olsztynie 😉 hahah)

Malbork nie wiem czy miał być moim numer 1 startem. Nigdy nie patrze się ta na swoje starty według tej kategorii. Zawsze robie kalendarz gdzie startujemy i każdy jest dla mnie prawie równie ważny. Tym razem Malbork miał być miejscem, gdzie się odkuję po okropnym sezonie, który od początku szedł nie tak. Na pierwszych zawodach KOLKA i brak mocy na rowerze, drugie zawody to szlif i wypadek, 3-ie to ulatniające się powietrze ze mnie na każdym kroku. A przecież wiedziałam, że fizycznie jestem dobrze przygotowana, ba nawet lepiej niż kiedykolwiek w życiu, ale coś nie grało. Zawsze było coś nie tak. W głównej mierze razem z trenerem doszliśmy do wniosku, że to głowa płata mi figle.

Jest to pewnie temat na kolejny post ale tak na szybko analizując. Od zawsze byłam ambitna, czasami za bardzo może, ale też dokładnie wiem gdzie jest moje miejsce w szeregu i nie próbuje gór przenosić czy łamać czasów które nie są w zasięgu mojej ręki. Mam jednak taką przypadłość, że obciążam się, obarczam jakimś niewiadomo skąd ciężarem ( może z instagrama :p, pól żartem pól serio) że coś muszę. Że jeśli nie czas to miejsce muszę takie mieć, że nie może mi pójść źle, bo cóż ja Wam napiszę ?! I choć teraz pisząc to, wydaje mi się to głupie, błache i bezsensowne to jest coś, jakaś presja która nakładam na siebie przed każdymi zawodami.

Na szczęście wpadłam w dobre ręce trenerskie, które znają takie przypadki jak ja, które umieją poradzić sobie z takim przypadkiem jak ja i które wiedza co powiedzieć, jak i gdzie, żeby taki przypadek jak ja był opieprzony kiedy trzeba, a pogłaskany kiedy potrzebuje. Oprócz merytorycznego przygotowania, ma niesamowite podejście psychologiczne. Takim trenerem jest Marcin Fabiszewski – mój trener, założyciel klubu TRIWAWA.

Jeśli chcielibyście z nim podjąć współpracę to teraz jest dobry moment by się do niego odezwać. Możecie się powołać na mnie :) 
Marcina znajdziecie na FACEBOOKU i INSTAGRAMIE.
Nagralismy też wspólnie podcast który możecie odsłuchać TUTAJ.
Marcin prowadzi tez grupowe zajęcia na basenie w Wilanowie w Warszawie ;) 

I to właśnie chyba jego esej-wiadomość w przed dzień startu rozluzowała to wszystko, co na mnie siedziało. Jego słowa pozwoliły cieszyć się tym startem. Pozwoliły wejść bez presji do wody, wyjść z niej z jeszcze większą radością i emanować nią na rowerze i biegu. Jeśli to czytasz – DZIĘKUJĘ !

Castle Triathlon Malbrork 2020 – start życia.

Skoro już wiecie co się ze mną działo przed to zaoszczędze Wam historii dotyczącej wprowadzania roweru do strefy zmian, szykowania się i innych tego typu historii które już pewnie nie raz słyszeliście, czy o nich u mnie czytaliście. Wszystko poszło płynnie bez większych problemów. Ponieważ byliśmy dosyć wcześnie przed startem, udało się też porządnie rozgrzać. Fajnie też, że Zosia pojechała z nami. Uwielbiam jak dzieciaki są na naszych startach. Zawsze robi mi się tak cieplutko i przyjemnie w serduchu.

STRATUJEMY – Castle triathlon Malbork 2020 <3

Ustawiamy się na starcie. Na szczęście Rafał zdobył mi butelkę zimnej wody żeby przelać sobie buzie, bo byłabym lekko zdziwiona wpadając do tej lodowatej wody w Nogacie. Startuję z Moniką Chodyną i Karolną Jahnz, obydwie dziewczyny dobrze znam wiem na jakim są poziomie i szczerze mówiąc raczej czuję się wolniejsza od nich więc grzecznie staję chwilkę za nimi na pływaniu. Z Karoliną pływamy podobnie, Monika odstaje w wodzie. Jednak nie po to tu przyjechałam, cały czas magluje wiadomość od trenera z dnia przed, w mojej głowie. WDZIĘCZNOŚĆ, RADOŚĆ. I z takim nastawieniem wpadam do wody chwilkę za najlepszymi.

Płynie mi się super. Przełomowy trening odbyłam dwa dni przed startem. Nie ukrywam, że pływanie w piance miałam mocno spaczone moją wcześniejszą pianką. Długo nie mogłam się przestawić, że w piance mogę mieć nieograniczone ruchy, że pianka może być miękka i przyjemna.

OBECNIE PŁYWAM W PIANCE TYR POLSKA - HURRICANE C5. Po za tym dla wszystkich którzy mnie obserwują, słuchają czy czytają mam też kod rabatowy na wszystko w TYRze ----> KOD: BIOMAMA15 do zrealizowania na www.tyrpolska.pl

Dwa dni przed zawodami w jeziorze z Rafałem coś kliknęło. Zamiast się męczyć jak zwykle, pomyślałam sobie: „HEJ pomyśl ze jesteś w basenie i płyń dokładnie tak jak to robisz tam”. I nagle kliknęło, zaczęłam odpływać od Rafał, tak nagle, bez wkładania jakiejkolwiek większej siły. To samo mówiłam do siebie w wodzie, płynąc w Malborku. Poszło. Płynęło mi się jak w basenie, wygodnie, swobodnie, szybko i z uśmiechem na buzi. Cieszyłam się promieniami słońca, które odbijały się na wodzie, cieszyłam się widokiem zamku Krzyżackiego i tak bujając w obłokach przepływam obok ostatniej bojki i widzę już wyjście z wody !

Co ? Z taką swobodą? EKSTRA LECIMY DALEJ Z TYM MALBORKIEM!

Wychodząc z wody zobaczyłam Karolinę chwileczkę przede mną biegnącą do strefy. Strefy mam szybkie to się nie zmienia. Łapie kask, rower (tego cudownego LIV-a z którym jeszcze nie udało mi się zrobić tego o czym marzyłam, czyli rozwalić system) biegnę do belki…. jak fajnie jest być na zawodach na których wiesz gdzie co jest. Gdzie jest belka, jak mniej więcej biegnie trasa rowerowa itp. Wsiadam na LIV-ka i jazda.

No może nie tak od początku jazda, bo mam nowe buty rowerowe w których nigdy nie startowałam, wiec motam się żeby je założyć. Kibicki obok puszczają żarciki do mnie (na prawdę mnie rozbawiły dziewczyny) i „w końcu się udaje” 😉 Nogi w butach, można jechać. O dziwo, dzięki temu że tak motałam się z butami tętno jest już normalne, co prawda nie mam HR-u, ale czuję jak nie jest przyspieszone, więc zaczynam rozpędzać maszynę.

Tego dnia mocno wiało, nie liczyłam więc na jakieś kosmiczne cyferki na rowerze, marzyło mi się jechać na luźnej nodze, poczuć siłę i moc i wtedy nie ważna jest cała reszta. Jestem w ścisłej czołówce, 2 dziewczyny przede mną czekam na tych facetów za mną, aż zaczną wyprzedzać.

ALE…… ALE ……

Pędzę ! Jakie ja mam silne nogi ! Same jadą, są luźne i jest po prostu bosko ! Patrzę na Garmina, no SERIO pędzę, cały czas licznik pokazuje ponad 42 km/h. Myślę „ok jest z wiatrem”, czyli tak jak rok temu z powrotem będę zdychać. Ale nogi jadą, zasuwają nie bolą, nie ciągną, są takie o jakich marzyłam cały sezon. No to nie oszczędzam się tylko pędzę ile wlezie, żeby na powrocie móc w razie co trochę odpuścić. Jade ciesząc się jak dziecko, emocje wybuchają co chwilę we mnie i aż mini łezki chcą lecieć. TO SIĘ NIE DZIEJE!!!! TYLE CZASU CZEKAŁAM NA TO UCZUCIE ! TYLE TRENINGÓW WYPRACOWANYCH TYLE GODZIN NA ROWERZE I W KOŃCU TO SIE DZIEJE !!!!

Powiem Wam, że gdyby nie żele, ( na zawodach zabrakło mi żeli UNIT-a, które jako jedyne bardzo szybko potrafię zjeść i są na prawdę ekstra. mam natomiast Agisko, które okej dają kopa ale zaklejają okropnie) to myślę, że jeszcze dużo równiej i szybciej bym pojechała. No ale co tu mówić, na drodze powrotnej faktycznie zaczyna mocno wiać, ale skupiam się na pozycji na aerodynamice i LECĘ DALEJ !!!! Karolina jest w zasięgu wzroku i wcale się nie oddala na co liczyłam, tylko przybliża! Żaden facet mnie jeszcze nie wyprzedził! O CO CHODZI ??!!?? Monia też na nawrotce nie jest kosmicznie daleko ode mnie. ALE CZAD! znowu wybuch emocji, radość i uśmiech. Z powrotem lecimy pod mocny wiatr, miota mną pomiędzy drzewami na lewo głównie, bo wiatr mamy w twarz i z boku. Ja na wysokim stożku z przodu, czyli mocno reaguje na wiatr, jest ciężko ale nie jest źle. Patrzę na prędkość, ale ta nie spada ani razu poniżej 32 km/h, a głównie utrzymuję się w okolicach 35 km/h. CO ??? POD WIATR ?

W tym roku rower ma 2 kółka, zamiast jednego więc lecimy 2 razy tą samą pętlę. W sumie dobrze bo fajnie wszystkich widać i widać odległości między nami. W końcu też wiadomo że każdy dystans nawraca w tym samym miejscu !

Jedziemy drugie kółko, a ja praktycznie jestem już na Karoliny plecach. Nie wierzę, nie wiem co się stało. Zastanawiam się czy wyprzedzać, bo przecież jest mocniejsza ode mnie, ale ewidentnie musze się hamować za nią, więc odpalam rakietę i lecę dalej. W zasięgu wzroku pokazuje się juz Monika. Przecież Monia ma mega mocny rower, nie chce mi się wierzyć ale nogi same jadą SERIO !!!

Gdy tylko zaczęły mi wchodzić do głowy pomysły że może coś muszę, to wróciłam głową do wiadomości trenera. RADOCHA! WDZIĘCZNOŚĆ!

I TAK NA TOTALNEJ EUFORII, RADOŚCI i Z MEGA MOCNĄ NOGą PRZELECIAŁAM CAŁY ROWER. Zeszłam dosłownie chwilkę za Monią, wyprzedziłam Karolinę na tyle mocno że nie widziałam jej już w strefie zmian. Ponadto na całej trasie wyprzedziło mnie na rowerze TYLKO 2 FACETÓW, a przecież była ich tam cała masa !!!! NIE WIEM DO DZIŚ CO TAM SIĘ WYDARZYŁO NA TYM ROWERZE. Pojechałam go ze średnią ponad 37 km/h !!!!! poprawiłam życiówkę z roweru o ponad 3 minuty !!!! Wpadłam do strefy zmian i …..

CIEKAWOSTKA: Po zawodach, bo na nich nie spojrzałam się ani razu na WATT-y na zegarku, jak wracaliśmy do domu czyli jakieś 12 h po starcie, weszłam z ciekawości na Garmina żeby zobaczyć jakie WATTY pojechałam na rowerze. Szczerze miałam nadzieję, że fajne bo w sumie tam mocno dobrze jechało mi się rower. Szczerze ? spadłam z krzesła prawie !!! Pojechałam całość na średnich wattach 204, co jest ponad 10 więcej watt niż moje NIBY FTP !!!!! Takie czegoś nigdy nie odwaliłam !

TEN BIEG>>>>>>> co to będzie ??

Mówiłam Wam że mam szybkie strefy ? No mam, bo dzięki strefie zmian na wybiegu byłam już tylko 50 metrów za Moniką Chodyną. Łzy chciały mi same lecieć, czułam się dobrze, nie zajechana po takim cudownym rowerze.

W między czasie, Rafik z moim trenerem stali gdzieś na biegu dyskutując. Mój biedny mąż denerwował się że po takim rowerze już nic nie nabiegam, ale Fabisz powiedział "Spokojnie, pobiegnie" i tak właśnie się stało.

Monika biega podobnie jak ja. I przepraszam jeśli to czytasz Monia, ale miałam nikczemny plan na Ciebie. Monikę poznałam, tzn zobaczyłam ją po raz pierwszy, 2 lata temu w Bełchatowie na zawodach Triathlon Energy. Wydała mi się taka PRO, tak daleko miałam do niej. Pamietam jak jechała na dysku, na mega pieknym rowerze czasowym, z PRO kaskiem, wyglądając jak mega PROS-ka! Zrobiła wtedy czas ode mnie o 10 minut lepszy i była, przytoczę tu angielskie stwierdzenie, taka „out of my league” 🙂 Więc biec za Monią, kilkadziesiąt metrów było mega napędzające. Monia biega podobnie ja ja. Mamy ta samo przypadłość bycia nie-biegaczkami, względem pływania. Zaplanowałam sobie, że jeśli zabraknie mi sił na biegu to obiecałam sobie że umrę jej na plecach, ale dolecę na jej plecach do mety. A że wystartowałam chwilę za nią w starcie falowym to na mecie, może się okazać że jednak będę przed nią. MONIA SORRY, ale to wiesz jak dobiec, czy wygrać z taką idolka z młodzieńczych lat 🙂 ha ha ha

Biegnę więc za Monia, biegniemy dobrze koło 4:30, ale boje się że za szybko więc nie przyspieszam. Wpadamy do parku i tak sobie wspólnie lecimy, ale mój dystans do niej cały czas się zbliża. Trochę nie chcę wyprzedzać bo jak spuchnę to bez sensu wyprzedzać, ale biegnie mi się dobrze wiec nie ma co się oszczędzać to tylko 10 km !!! Za nawrotką w parku, na podbiegu, wyprzedzam Monikę. Próbuję spojrzeć gdzie jest Karolina, ale jej nie widać. Karolina bardzo mocno biega, wiem że mnie dojdzie, to tylko kwestia czasu. Biegniemy pierwszą piątkę mocnym tempem całość koło 4:35 wyszła. Fajnie że jest taka rywalizacja między nami. Czuję Monie na plecach i to że musze lecieć przynajmniej tak mocno żeby utrzymać pozycję. Za punktem odżywczym słyszę TRIWAWĘ wiem, że tam na mnie czekają. Zbiegamy do fosy, Karoliny nadal nie widzę, więc wiem że jestem pierwsza i wiem że BĘDĄ SZALEĆ JAK TO ZOBACZĄ, bo do tamtąd utrzymam ta pozycję.

Ale fajnie było zbiegać z powrotem do parku przy swoich kibicach drących się JAK DZIKCY, cudownie było zobaczyć Zośkę, krzyczącą mama, Rafała który serio był zajarany moja dyspozycją, Fabisza dumnego że tak lecę, Ewel która klepała po tyłeczku i emanowała radością! Oczywiście (sorry za słowo) miałam się KURWA cieszyć tym startem to się tak cieszyłam że kolejne łzy poleciały mi i EMOCJE WYSTRZELIŁY ! 🙂 Nie wiem ile razy na trasie wybuchłam płaczem ze szczęścia! Nie liczyłam, ale było to cudowne!

I tak takim mocny tempem doleciałam praktycznie do końca. Trochę odpuściłam na 6 kilometrze, kiedy zobaczyłam, że nie mam nikogo na plecach, że Monia się oddala zamiast przybliżać. Jednak ni stąd ni z owąd, zaatakowała mnie Karolina. Jej tempo nie pozwoliło, żebym chciała się z nią ścigać, wiedziałam że nie dam po prostu rady, ale cieszyłam się jak głupia, że wyprzedza mnie dopiero tak późno, w połowie drugiego kółka, co znaczy, że serio daje CZADU DZISIAJ !!!

Karolina zmotywowała mnie by znowu troszkę jednak przyspieszyć. Pomyślałam sobie, że muszę lecieć tyle ile sił w nogach, bo przecież jest jeszcze druga fala, gdzie nie wiadomo ile lasek startuje i jak mocne są i czy nie złoją mi tyłka! W fosie znowu ryczałam, ale to już prze-milknę, bo przecież moi kibice tak świrowali, że nie wiedziałam jak opanować radość.

I jest BRAMA do ZAMKU!!! WPADAM PRZEZ NIĄ, umieram na szybko na ostatnim zakręcie, bo myślałam że meta jest tuż za bramą, a tu psikus niestety nie 🙂 Jeszcze mała nawrotka i dopiero ……

META!

ZDOBYWAM ZAMEK W TAKIEJ EUFORII I RADOŚCI, TAK ZAJARNA, ŻE NIE UMIE WAM TEGO OPISAĆ!

ODWRACAM SIĘ NA ZEGAR A TAM DO TEGO jeszcze jakiś kosmiczny czas, którego w ogóle nie byłam świadoma!! 2:20 !!!!!!

To był start życia, serio. Zwieńczenie każdej minuty spędzonej na treningu. Start w gazie, takim o którym marzyłam od marca. Start w takiej radości i euforii której nigdy nie przeżyłam. I nawet pisząc to wszystko teraz, radość przepływa przeze mnie takimi mocnymi uderzeniami, że znowu oczy robią się szklane.

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM KTÓRZY MNIE WPSIARAJĄ, którzy do mnie tamtego dnia krzyknęli dawaj ! którzy pomyśleli sobie o mnie w domu, w pracy, na spacerze z dziećmi, którzy szczerze mi życzą sukcesów!

Tych najważniejszych nie muszę tu wymieniać, bo oni sami wiedzą jak ważni są i powiedziałam im to osobiście !

Dziękuję niezmiennie markom które za mną stoją i pozwalają cieszyć się tym sportem:

ZDOBYŁAM ZAMEK, tak jak zawsze marzyłam!

Mam nadzieję, że chociaż w minimalnym stopniu udzieliły się Wam te emocje!

Ola Korulczyk – Biegajaca Bio Mama

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Bez kategorii SPORT TRIATHLON

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Nie lubię pisać relacji z zawodów, które nie idą. Mam wrażenie, że świat nie ma czasu czytać o rzeczach które nie są fajerwerkami, nie motywują, nie są czymś wyjątkowym.

Ale niestety TAK było. Już od samego początku. Do końca wierzyliśmy, może bardziej mieliśmy nadzieję, że jak się bardzo nie chce to pójdzie dobrze. Bo tak czasami się zdarza. Tym razem tak bardzo się nam nie chciało, że aż nie poszło. Piszę nam, bo takie same emocje i odczucia dokładnie miał mój Rafał.

Ale zaczynając od początku.

Dlaczego Elemetal Tri Olsztyn to nie był nasz start ?

Zacznę od tego, że w ogóle nie mieliśmy tam startować. Byliśmy zapisani na zawody w Brodnicy, która usytuowana jest niedaleko wiejskiego domku moich rodziców na Kociewiu, w Borach Tucholskich. Mieliśmy połączyć fajne wakacje ze startami. Ponieważ nie do końca czujemy się komfortowo podróżując w czasach PADNEMII, to zdecydowaliśmy że w te wakacje ograniczymy swoje podróże do odwiedzin znajomych, dziadków, czy domu moich rodziców właśnie na wsi na Kociewiu.

W Brodnicy podczas Garmin Iron Triathlon mieliśmy startować w niedzielę 23 sierpnia. Na 7 dni przed dowiedzieliśmy się, że start jest odwołany i jeśli chcemy gdziekolwiek startować to możemy się przepisać na Olsztyn lub Nieporęt tydzień później. Byliśmy z dzieciakami, więc trzeba było szukać nagle noclegu dla nas, dzieci i dziadków, bo startowaliśmy wyjątkowo na tym samym dystansie. Nic przyjemnego na ostatnią chwilę na Mazurach oczywiście nie było, ostatecznie więc przepisaliśmy się i zdecydowaliśmy że obrócimy te prawie 200 km w jedną stronę w jeden dzień sami, żeby już nie obciążać dzieciaków masą kilometrów.

Olsztyn odbywał się w sobotę, a nie niedzielę jak pierwotny start był zaplanowany. musieliśmy więc o 1 dzień skrócić wakacje nad morzem u znajomych, żeby w miarę się ogarnąć i o 5 rano wstać i wyjechać już do Olsztyna na start.

Zmęczeni, rano bez entuzjazmu wstaliśmy i pojechaliśmy. Wyjątkowo na zawodach nie było naszych przyjaciół, rodziny, dzieci, czy też jakieś znajomej większej bandy. Tym ciężej było wejść w mode „ścigania i fajnej zabawy”. No ale jak już wyruszyliśmy i pojechaliśmy to trzeba wystartować.

PIERWSZE ZŁE WIEŚCI – Tri Olsztyn

Dojechaliśmy w miarę na czas i bez przeszkód, pomimo że pobudka była o 5-tej, a wyjazd chwilę później. Duży ukłon też w stronę LABOSPORT, że przy takich akcjach jak odwołane zawody brak karty zawodnika wydrukowanej i kombinacji co robić dalej, wszyscy bardzo przychylnie podeszli do sprawy. Praktycznie dośrody mogliśmy odwołać jeszcze nasze przepisanie się na Olsztyn (3 dni przed imprezą) i dostalibyśmy voucher na wykorzystanie za rok na innych imprezach Garmin Iron Triathlon. Pomogli nam też z kartami zawodnika, których na wsi zupełnie nie mieliśmy gdzie wydrukować. Więc na prawdę, w tej sytuacji bardzo przychylnie się wszyscy zachowali 🙂 Dziękujemy.

No ale pierwsza zła nowina została ogłoszona juz jak staliśmy w kolejce do strefy zmian. Wszystko poszło w miarę sprawnie jak na dezynfekcję, maseczki w strefie i inne korona-wirusowe-obostrzenia. Stojąc jednak w kolejce dowiedzieliśmy się, że pływanie odbywa się

….. BEZ PIANEK …..

Szczerze, zazwyczaj ucieszyłabym się z tego. Ale odkąd mam nową piankę (Hurricane C5 od TYR Polska) i nie słodzę tu dlatego, że podjęłam z nimi wspólpracę. Podjęłam z nimi współpracę, bo najpierw przetestowałam piankę i się zakochałam. Wracając do tematu, odkąd mam właśnie tą piankę to uwielbiam pływać w piance. Jest mi serio łatwej i do tego mega wygodnie, więc pływanie w piance w końcu jest przyjemnością, a nie jakąś katorgą (pomimo że wcześniej miałam najwyższy model HUUB-a ale to jest zupełnie inna liga, bajka, czy jak to określić). Rafałowi też kupiliśmy po-testowego TYR-a na kilka dni przed zawodami, tym bardziej był on załamany.

Poza tym, mnie się zdarzało już pływać bez pianki. Sama nawet kilka razy zdecydowałam, że popłynę bez, pomimo że były dozwolone, bo takie ograniczenia dawała mi pianka, że wolałam pływać w zeszłym sezonie bez niej. Jemu nie. Tym gorzej na to zareagował, bo jest słabszym pływakiem niż ja. Ja natomiast miałam po raz pierwszy na sobie swój nowy strój triathlonowy, który nie wiedziałam jak się będzie zachowywał w wodzie, ale znając jego krój i uszycie wiedziałam, że będą kłopoty. Jest bardzo wycięty na szyi, a dodając do tego mój biust wiedziałam że nie będzie łatwo. Gdybym chociaż pomyślała o tym, że pływanie może być bez pianek, wzięłabym ze sobą zwykły strój pływacki i założyła na strój tri tak żeby obciskał mnie tam gdzie potrzeba. Stroju jednak nie miałam, a popłynąć musiałam.

Wodę przekreśliłam na samym początku, zestresowana, ale ze śmiechem, bo już nic innego mi nie pozostało stałam na starcie. Strój powciągałam tam gdzie się dało w sportowy stanik żeby jak najmniejszy balon robił się pod wodą. Nie na długo to wystarczyło, w połowie pierwszego kółka poczułam jak balon robi mi się na brzuchu, chwilę później strój się rozpiął do pasa i tak walczyłam do wyjścia z wody. Na przebiegu przez plażę do następnego okrążenia pływackiego starałam się powciskać z powrotem tu i ówdzie strój startowy, zapięłam zamek, ale niestety nie na długo to starczyło i z takim rozpiętym do połowy, łykającym masę wody strojem błagałam żeby jak najszybciej znaleźć się na wyjściu z wody. Płynęłam obok MKON-a co w innych przypadkach napawało by mnie optymizmem, ale w wodzie wiedziałam, że powinnam być znacznie przed nim.

Słaba woda, ale za to szybka strefa i wyleciałam na rower. Byłam 3 dziewczyną w strefie, wybiegając z wody razem z Gosią, z którą nie raz walczyłam na zawodach.

Dla ciekawości Gosia produkuje fajne ciuszki sportowo-outdorowe, więc serdecznie zapraszam Was na jej stronę ---> AYOLA SPORTSWEAR, gdzie znajdziecie nową kolekcję JOGOWO-TRENINGOWĄ. Z kodem: OLA15 macie na nią 15% zniżki. 

Gosia zawsze klepała mi tyłek, ale miałam nadzieję, że chociaż na rowerze mi go nie z klepie znacznie. Rower trudny, trasa mocno kręta 4 nawrotki na każdym kółku, 4 kółka, czyli w sumie 16 nawrotek. Do tego podjazd na każdym kółku, co prawda ani nie sztywny i długi, ale na tyle wymagający że sporo prędkości się na nim wytracało.

Rower poszedł całkiem ok, jak na taki rwany mocno etap. Poza tym już na rowerze czułam że nie mam tej mocy, jechało się ok bez szału w jedną ani w druga stronę, ale czułam cały czas jak bardzo chce mi się napić IZO, które wsadziłam w bidon na siodłem, ale którego nienawidzę wyciągać, bo praktycznie muszę złapać kierownicę, przestać pedałować i się z nim troszkę pomajtać żeby go zdobyć. Szkoda mi było czasu, prędkości itp. Piłam więc wodę z przedniego bidonu i jadłam żele. Z roweru zeszłyśmy z Gosią praktycznie jedna po drugiej. Na ostatniej prostej troszkę mnie odstawiła, bo miotałam się z ostatnim żelem. Do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta, słysząc że zaraz za mną jest jeszcze jedna dziewczyna, Ola. No cóż biegaczką nie jestem, więc skreśliłam swoje szanse na 3 miejsce, dosłownie na wlocie do strefy. A na wylocie modliłam się żeby nie było jak w Sierakowie i żeby kolejne kobiety nie łykały mnie jak sarenki ;p

OCZYWIŚCIE TAK BYŁO …….

Na biegu praktycznie od pierwszego kółka czułam niemoc. Wyciskałam z siebie wszystkie soki jak cytrynę. Miałam zjazd, za zjazdem. Chciało mi się jeść pić, czegoś słodkiego, jadłam po raz pierwszy cokolwiek na biegu. Marzyłam o żelu który dałby mi jakiegokolwiek kopa. Jadłam natomiast glukozę, którą Rafał dał mi w razie co do spróbowania. Mówił, że nie ma po niej zjazdu i że mega łatwo się ją wciąga, a jemu wierzyłam w tych tematach. Czułam się jak w Gdyni na połówce, którą robiłam w głębokiej anemii. I powiem szczerze już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie żeby zrobić badania, bo przecież czułam nie raz nie dwa niemoc. Ale przez korona-wirusam, to że trzeba się umawiać w diagnostyce na godziny i nie wiadomo czy bezpiecznie czy nie, odkładałam ten temat na lepszy czas. Do mety biegałam marząc w niej, bardziej niż kiedykolwiek. Powietrze schodziło ze mnie z każdym metrem, już nawet nie kilometrem. Na trzecim kółku dorwała mnie Pani Małgorzata, która miała flow tamtego dnia i leciała jak burza, więc 5 miejsce było moje. Doczłapałam się ostatecznie na 6 tym miejscu OPEN. Gdzie dosłownie na ostatnich 200 metrach doszła mnie kolejna sarna, i przeleciała koło mnie takim tempem że włosy złapały tylko wiatr za nią. Okazało się że pobiegła 41 minut na tej wymagającej trasie, ale kto wie gdybym wiedziała że goni przyspieszyłabym pewnie te naście sekund o które mnie wyprzedziła. Nie mniej jednak Olsztyn to taki drugi Sieraków, może nie ma serpentyny, ale są 3 podbiegi na każdej pętli. NA biegu, na olimpijce, znowu pętli jest 4, więc na dystansie całym mamy 12 podbiegów. Jakby tego było mało, po najdłuższym podbiegu, który wbrew pozorom nie był taki zły, zaraz za nawijką 180 stopni, był ostry prawie pionowy zbieg, który mama wrażenie robił więcej złego niż ten cholerny podbieg.

Co czułam na mecie ?

Chciałam jechać do domu jak najszybciej! Tak, tak mieliśmy dość, na dodatek Rafik też na mecie jakiś przygnębiony, mówił że nie miał żadnej motywacji, nie chciało mu się i też go bieg upodlił. Poczekaliśmy więc na dekorację. Bo jak się okazało 2 dziewczyny ode mnie wskoczyły na podium open i stanęłam w końcu 1-wsza w kategorii. Wyżej wymieniona Gosia, nie tylko utrzymała 2 gie miejsce, ale złapała Monikę Chodynę na biegu i wleciała na metę jako 1 wsza kobieta.

Dziwny to był strat. Teraz już pisząc ta relację, jakoś emocje opadły, wpadło kilka dobrych treningów po i mam wrażenie, że po prostu to był taki dzień. Niemniej jednak bo takich emocjach ciężko nam będzie wrócić do Olsztyna :p

Jakby się ktoś pytał, czemu w ogóle nie zesżłam z trasy ? Bo wtedy byłabym jeszcze bardziej wściekła na siebie. Tak wiem, że dałam tyle co miałam. Nie mój dzień, nie mój start, nie moja trasa, nie moje NIC praktycznie. Tym bardziej szkoda że startów w tym sezonie jak na lekarstwo, większość nieplanowana, bo wszystkie nasze pierwotne zostały odwołane. Ale byłam, zrobiłam i trzeba iść dalej.

Oczywiście po zawodach w poniedziałek pierwsze co pojechałam na badania. TRACH, bardzo niska ferrytyna, ale na szczęście jeszcze bez anemii, więc coś w tym czuciu moim mogło być. Jednak w tym tygodniu treningi weszły ładnie i na luzie ( chyba superkompensacja była, tylko dlaczego znowu na treningach, a nie zawodach ?!?!) więc liczę, że nie tak źle z tym moim organizmem.

W ten weekend czeka nas Malbork, zresztą z też nie najłatwiejszym bieganiem, ale trasę przynajmniej znam i wiem czego się spodziewać. Szczerze mówiąc mam ogromną nadzieję, że wszystko tym razem kliknie. Że pasmo kolek, wypadków na zawodach, szlifów i niemocy już ywkorzystałam i chociaż jeden start będzie taki w pełni sił, bo tak na rpawdę tylko na tym mi teraz zależy. Olewam miejsce, konkurencję i inne aspekty. Chce żeby zagrało i żeby była radość a nie umieranie na tarsie.

Trzymajcie kciuki. W czwartek wpada dla Was przepis !!! A w weekend kolejny odcinek podcastu !

Do przeczytania!

Ola – Bio Mama.

FOT. Tomasz Seweryn

P.S. Po naszych teraźniejszych wakacjach szykuję dla Was kilka niespodzianek. Dietetyczne tematy wejdą tutaj na poważnie, pokażą się eBooki i konsultacje. Zostańcie ze mną i podzielcie się tym dalej!

Dziękuję, że tu jesteście, czytacie i się odzywacie od czasu do czasu 🙂

Zderzenie z kolarstwem.

SPORT TRIATHLON

Zderzenie z kolarstwem.

Powiedziałabym w dosłownym tego słowa znaczeniu. Nie będę przedłużać napisze krótko.

Gran Prix Amatorów na Szosie. Zaczęło się fajnie. Pojechaliśmy, wyjątkowo bez dzieci, bo długo i daleko, bez możliwości kibicowania. Dziwnie… nie trzeba było, najpierw zakładać pianki żeby się zmęczyć. Nie wiadomo było jak się rozgrzewać, czy w ogóle czy peleton się rozgrzeje na trasie i na początku będzie spokojnie.


Nigdy nie startowałam w tego typu wyścigach. Nie jednoznacznie powiedziane reguły jeśli chodzi o start w danych grupach, ale za namową koleżanki która juz tam startowała i trenera. Wystartowałam w pierwszej grupie z samymi facetami. Poza tym wyścig organizowany przez „Rajdy dla Frajdy” więc wydawało mi się że tylko z przodu będzie ‚kolarsko, będzie ściganie, a ja właśnie to chciałam poczuć na własnej skórze’


No i można by pytać czy dobrze zrobiłam, czy nie za mocna grupa, czy nie za duże ambicje i zamiary. Nie będę się jednak zadręczać. Wystartowałam z mocnymi facetami. Plan był żeby dojechać nimi do bufetu i ew dołączyć do drugiej grupy, jak będzie za mocno.

Początkej jechało sie świetnie. Mocno rwane, przyspieszenia i watty jakich nigdy nie kręciłam, ale spodziewałam się mocniej i jeszcze bardziej rwanej jazdy więc się mile zaskoczyłam. Jechało sie cudownie przez 40 minut, trzymałam się z tyłu grupy w komforcie. Po którejś chopce chciałam dopompować na stojąco do panów (wcale cholera jasna nie zostając w tyle) i ……
Niestety za niska przerzutka, za szybko, z górki, a ja podniosłam dupę z siodła i……


Walnęłam, jak to na Garminie sprawdziłam przy 44 km/h z impetem o asfalt. Jechałam tak sobie na nim kilka dobrych metrów chroniąc to co mogę chronić, wyginając się tak żeby jak najmniej skóry było do wymiany. Upadłam bardzo świadomie, bo zanim trzasnęłam o asfalt rower wił węża przez kilka dobrych chwil.
Telefon do organizatorów, cisza, ale jechał samochód z fotografem i ogranizatorem. Zatrzymałam ich, starali się pomóc. Chciałam sie jakoś zaopatrzyć ale w aucie nic nie było. Myślałam, że rower totalnie do wymiany, że tylna przerzutka zgięta, wybiło ja zupełnie do tyłu. Mechanik ze mnie żaden więc rower chwile później już lądował na dachu samochodu, ale nie moglismy go zapiąc więc poszarpaliśmy się z łańcuchem przerzutka wskoczyła na miejsca i hasło: „Rower działa” . SERIO ?


I co teraz, miało byc 110 km fajnego mocnego treningu, a ma się skończy po 20? Głowa paliła mi się od myśli, pytam czy na bufecie mnie opatrzą ? Słyszę, że tak wsiadam na rower i próbuje gonić 3 grupę która chwilę temu koło mnie przejechała. Dogoniłam, wyprzedziłam, poprowadziłam. Zaczęły się górki peleton się cały rozjechał. Na którejś kolejnej górce słysze jak mi coś odpada od roweru, odwracam się widzę lampkę. No dobra po lampkę może bym się nie wróciła, ale odwracając się zwiało mi okulary z twarzy. Zawracam się, kolejny raz musze gonić część grupy, kolejny raz dochodzę do nich. Proszę żeby ktoś z GPS em jechał koło mnie bo nie wiem gdzie jechać, gdzie bufet i ile jeszcze zostało. Garmin został chyba w aucie organizatora. Mam już dość rany bolą mnie jak cholera, w szczególności że wieje na nie wiatr, spływa pot i słońce praży. Ale słyszę że za 5 km będzie bufet. Jedziemy.


Dojechałam zamiast złapać coś do jedzenia, próbowałam się sama opatrzeć. Wody utlenionej brak, czegokolwiek do odkarzenia brak, tylko plaster i bandaż. Został ze mną Konrad, kumpel z którym startowaliśmy <dziekuję> Zawiązał bandaż, pomógł ze wszystkim. Ruszyliśmy razem kilkanaście minut za wszystkich próbowaliśmy gonić. Po kilkudziesięciu kilometrach doszliśmy znowu ta samą grupę, którą wyprzedzałam już 2 razy.

Zaczeły się górki, a ja nic nie jedząc praktycznie przez pierwsze 1,5 h złapałam bombę. Wciągnełam 2 żele na zapas. GAMOŃ. I wten sposób ani z bomby nie wyszłam, a jeszcze brzuch mi się zakleił i dalej nic nie przyjmował.

Od 80 kilometra walczyłam, żeby nie stanąć. Wszystko mnie bolało, siły nie było żadnej, zaczęli do mnie dojeżdżczać ludzie których wyprzedziłam juz kilka razy. Na szczęście dojechał empatyczny facet, z którym sobie pogadaliśmy po współczół, powiedziałam, że limit na złe rzeczy już wyczerpałam i mam zasuwać. Trochę odpoczęłam z 10 kilometrów wlokłam się jak ślimak, ale na ostatnich 10 kilometrach gdzie pokazały się krótkie mega sztywne podjazdy odzyskałam siły, brzuch się troszkę uspokoił i zaczął przyjmować chociaż izo.

Ostatecznie dojechałam jako 4 dziewczyna. Liczyłam, ze jeszcze może dogonie jepo drodze, ale na koniec Konrad powiedział mi że wystartowaliśmy za ich peletonem ponad 15 minut więc nie było szans.

Z jednej strony jestem dumna że nie wsiadłam do auta i dojechałam, robiąc mocny trening. Z drugiej strony, smutna, dojechana pod każdym względem, obolała i sama nie wiem co….

  • Wściekła na siebie za nadgorliwość?
  • Że za bardzo chciałam?
  • Że pierwszy taki start i zamiast z pokorą to z jakimiś ambicjami poleciałam na start z facetami ?

Wczoraj cały dzień zwijałam się z bólu, nie mogłam ruszyć żadną częścią ciała. Dzisiaj zaczynam funkcjonować, rany sa zaklejone wszelkimi pomocami o których mi dobre duszki powiedziały. DZIEKUJĘ.

Szkoda stroju, szkoda roweru, szkoda zdrowia. TO NIE BYŁO TEGO WARTE. Biodro, przedramię, bark i kolano do wymiany.

Jak na ta prędkość, jak na ten upadek to serio walnęłam chyba jak baletnica, bo mogło się to skończyć na prawdę tragicznie ! Przy czym start był w otwartym ruchu więc tym bardziej tragicznie 🙁

NIE bierzcie ze mnie przykładu, startujcie z pokorą i niech moja lekcja będzie tez lekcją dla Was 🙂

Najsmutniejsze jest to, że mój domowy KOŃ —–> czyli mój mąż @rafał korulczyk zamiast celebrować 3 MIEJSCE wśród na prawdę wyżyłowanych fajnych kolarzy, martwił się o pocharataną żonę 🙁

<3 DLATEGO POGRATULUJCIE MU CHOCIAŻ WY. <3

Do mnie trafia nagroda specjalna za CHART DUCHA i dojechanie do Mety w tym stanie !

Rowerek od Liv Polska nie jest skasowany, dojechał do mety i spisał się na medal.

Dziękuje reszcie co mnie wspierają nawet w takich głupich poczynaniach jak te !

Liv Polska <> Sklep BIegacza <> NIKE <> CEP Polska <> TYR Polska <> Eko Farma Świetokrzyska <> i trener „Fabisz” Marcina z TRIWAWA <3

CZAS LECZY RANY

#wyścig #kolarstwo #szlif #biomama #dietetyk #kobietawsporcie

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

SPORT TRIATHLON

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

Ta strona ostatnimi czasy nabrała trochę innej odsłony. Więcej jest tu dla Was informacji niż informacji o mnie, bo ileż można czytać o kimś, co nie ? W związku z tym zastanawiałam się czy takie relacje z zawodów Was interesują? Czy interesują Was moje zmagania, czy wolicie słuchać o imprezie, jej organizacji, trasach i o miejscu na przykład gdzie się zatrzymaliśmy na noc jadąc na taki triathlon ? Jeśli podzielicie się ze mną tym co Was interesuje w komentarzu będzie mi się o wiele łatwiej pisało kolejne relacje, o ile w ogóle chcecie

Tymczasem napiszę Wam troszkę o wszystkim 🙂

Triathlon Sokoła 2020

Triathlon SOKOŁA – ściganie po padnemii – ORGANIZACJA

Zawsze zadziwiają mnie te małe imprezy. Nie dość, że zazwyczaj są na prawdę dobrze zorganizowane, mają bogatsze pakiety startowe, wartościowe nagrody, w których skład często wchodzą też małe upominki od lokalnych firm, to jeszcze każdy z obsługi i organizatorów jest miły, uśmiechniety i pomocny. Takie odczucia zawsze mielismy po triathlonie w Okunince „Żelazny Triathlon”, takie odczucia mamy zawsze po Kraśniku „Triathlon Kraśnik”, takie mamy też właśnie po tym.

Nie wiedzieliśmy o jego istnieniu, nie znaliśmy tam nikogo, tras i tego kto to organizuje. Ale szybko poznaliśmy bo PROSWIM Team pięknie oznaczony klubowymi koszulkami od razu dał się poznać. Każdy wiedział do kogo zgłosić się z pytaniem, wszyscy przemili i uprzejmi, z chęcią tez pożartowali z nami. Małe imprezy mają też tą cudowną aurę bez zadęcia, której ja osobiście w triathlonie bardzo nie lubię. Tam tak nie było, było rodzinie, wesoło i na prawdę organizacyjnie dopięte na ostatni guzik.

Bardzo podobał mi się fakt, jak organizatorzy zareagowali na mały mankament strefy zmian. W sobotę widać było że zawodnicy wbiegając do strefy zmian muszą przenieść rower przez krawężnik, co nie dla każdego w tym amoku było łatwe i widoczne, niektórym rower nawet upadł bo nie zauważyli krawężnika. W niedzielę, na krawężniku leżała już mata i jakieś podkładki tak że rower spokojnie po nim przejeżdżał. 

Jak to się stało że Triathlon Sokoła trwał 2 dni ?? Ano po prostu dlatego, że na sobotnia imprezę pakiety rozeszły się jak świeże bułeczki, organizatorzy szybciutko podjęli decyzję, że skoro jest takie zainteresowanie robimy też imprezę 2-giego dnia, czyli w niedzielę ! 🙂

Nam udało się zapisać na niedzielę. Pierwotnie Rafał miał startować w sobotę, ale nie było juz pakietów i tu od samego początku super kontakt z organizatorami którzy starali się pomóc zorganizować nam jakiś pakiet startowy od zawodników którzy jednak nie dotrą na zawody. Znaleźliśmy jednak opiekę do dzieciaków na niedzielę, bo ciocia zgodziła się na wspólny wypad z nami, więc na szczęście nie musieliśmy korzystać z serdeczności tylko oboje wystartowaliśmy w niedzielę.

PAKIETY ekstra. Bogate. Były w nich standardowo koszulki, izo i baton, fajny czepek, ale dostaliśmy też ręczniki szybkoschnące z logiem triathlonu i miód z lokalnej pasieki. Jak dla mnie bomba, w szczególności że start kosztował tylko 160 zł !

Nagrody były rzeczowe, tematyczne bo za pierwsze 3 miejsca open były BONY do decathlonu, mi się udało wygrać BON o wartości 250 zł. Poza tym ja za 2 miejsce dostałam jeszcze SMARTBAND-a, ekstra upominek od lokalnej firmy LAVARE, produkującej różne kobiece niesamowitości z lawendy. Nagrody lepsze, większe i fajniejsze niż na niektórych dużych cyklach imprez. Nie wspomnę już o pucharze i fajnych medalach 🙂

Organizacyjnie wszystko dopięte. Pływanie mega, start falowy, puszczali co 5 sek pojedynczo (myślę, że to kwestia ograniczeń), bojki duże dobrze widoczne trasa domierzona. Woda brudna ale kto patrzy na kolor wody podczas startu ;p ? Strefa zmian najszybsza w jakiej kiedykolwiek byłam, co nie oznacza że my bylismy szybcy <ha ha>. Ledwo co wybiegając z wody było się juz przy rowerze więc ani czasu na zdjęcie czepka nie było, ani na rozpięcie pianki. Wszyscy nieźle zamotani że tak szybko trzeba się rozbierać, widać to było kiedy kibicowaliśmy w sobotę. Fajna strefa kibica z leżaczkami, lodami dla dzieciaków, jedzonkiem i piwkiem dla spragnionych. Na rowerze trasa mega dobrze oznaczona, co prawda jechałam nią dzień wcześniej ale tam każde skrzyżowanie zakręt zmiana przebiegu trasy obstawiona nie jednym człowiekiem a kilkoma. NAwrotka trudna technicznie, ale dobrze oznaczona. Już na 200m metrów przed duże znaki na palikach były przy drodze. Pan z flagą w szachownicę przed belką do strefy zmian, czyli z daleka było widać że czas wypiąć buty. Bieganie trudne technicznie, aczkolwiek spodziewałam się jeszcze trudniejszego, ale bardzo dobrze oznaczone. Bieg po leśnych drogach w 2 miejscach na 5 km woda, na każdym zakręcie kilka osób z obsługi. Nie dało się zgubić. Meta na dobitkę bo ostatnie 15 metrów po piachu, ale przy tych emocjach już nie przeszkadzało 🙂 Strefa finiszera z wodą owocami i ciepłym jedzonkiem, jak to na tych lokalnych mniejszych imprezach zazwyczaj bywa.

Ja daje 5+ i na pewno wracamy tam za rok !

Triathlon Sokoła 2020 – objazd trasy

Triathlon Sokoła – ściganie po pandemii, czyli moje zmagania .

Nie mam za wiele tu do powiedzenia. Odnosze wrażenie, że każdy z nas tak czeka na te starty po pandemii. Widać że większość ludzi solidnie przepracowała okres LOCK DOWN-u w Polsce i cały świat triathlonowy poszedł mocno do przodu. Widać to u facetów, u mojego Rafała w kategorii, gdzie czasy i tempa niegdyś na podium open dzisiaj dają miejsce w pierwszej 10-tce w kategorii, widać to też u kobiet. No poza mną, nie za wiele pokazałam z mojego przepracowania. Niemniej jednak jesteśmy spragnieni startów. A co za tym idzie u mnie to stres. Od kąd stałam sie osobą obserwowaną ( nawet w tak małym stopniu w jakim ja jestem) to nakładam na siebie nie potrzebną presję. POnadto nałożyłam ją teraz na siebie podwójnie, chcąc dać z siebie serio wszystko. Bo przecież cyferki na treningach ruszyły, bieganie jest szybsze rower kreci w końcu większe WATT-y. A tu proszę przyszedł Pan stres i zjadł wszystko to co wypracowałam i dodał jeszcze niedosyt i trochę wściekłości na siebie. Poza tym, że były to pierwsze zawody po rocznej przerwie, to jeszcze były to zawody na których stawiałam się po raz pierwszy w nowych barwach od stóp do głów. Nowy trener, nowy rower, nowa pianka, nowe buty, nowe izotoniki i żele, nowe wszystko poza strojem który jeszcze NOWY do mnie nie dotarł. Myślę, że to dorzuciło mi potrójną presję i stres którego nie umiałam już ogarnąć.

Triathlon Sokoła – przed startem

Woda o dziwo!, jej się bałam najbardziej, bo skoro czułam stres to zazwyczaj pokutuje za niego w wodzie. Tym razem było inaczej. Może to też efekt PIANKI która po prostu jest tak boska i tak cudownie się w niej pływa i która podbudowała mnie mega setkami w tempie na 1:23, bez pływania mocno w basenie, że po prostu poleciałam na haju. Pływanie najszybsze w życiu. Popłynęłam 11 minut z małym hakiem, co jak na domierzoną trasę jest ekstra !

ROWER, ah ten rower. Z moim nowym LIV-kiem mamy trudną miłość, bo wymagam od niego bardzo dużo, zresztą tak jak od mojej nogi która nagle nie zmieniła swojej objętości mięśniowej ( o ile można tak coś nazwać :p) Rower pojechałam w 33 minuty, czyli średnia około 36 km/h, ale …. no co chciałam lepiej i tutaj zaczyna się praca z głową. Myślę, że tak szczerze pisząc stres i ogromne oczekiwania zburzyły mi cały FUN. Zamiast się cieszyc, że mam taką piekną maszynę i pedąłować ile sił to cały czas było, no kurna nie dajesz rady takich WATTów jechać? Ostatnio na trenigu kręciłaś większe… i tak przez 20 km. No dobra może przez 10, bo druga połowę trasy jechało mi się fajnie, tętno stresowe było zbite, oddech normalny i spokojny i pedałowałam w końcu tak jak chciałam. No ale szybko się skończyło. Wpadłam z gracja baletnicy do strefy szybciutko, ząłożyłam butki i wyleciałam na trasę biegową.

Trasa rowerowa szybka, ale wymagająca, cały czas góra dól. Kilka mocnych zakrętów. Nie łatwa, nie prosta, ale za to ciekawa. Nawrotka trudna technicznie, bo bardzo wąsko, zaraz po zjeździe, ale wystarczyło dobrze się zrzucić na biegach, wyhamować i mieć taki rower jak mój żeby poszło gładko. Na LIV-ie, pomimo mocniejszej pozycji dużo łatwiej mi robie nawrotki 180. Zaraz po nawrotce podjazd dość długi jak na taką szybką trasę, trzymał aż się sama zdziwiłam. Powrót dla mnie przyjemniejszy, szybszy, ale to bardzo subiektywna opinia. Trasa dobrze oznaczona.  

Tutaj największą zagwostką były buty, TRAILOWE, czy STARTOWE ? Skończyło się na startowych, bo trener tak doradził. Jak się okazało słusznie, gdyż większość trasy i tak było po utwardzonych leśnych ścieżkach i Vaporfly-ie leciały na nich bez problemu. Przynajmniej w tym tempie co biegłam, a nie było ono zawrotne. Tak na prawdę tylko jeden kilometr byl na prawdę trudny, góra dół, pełno piachu i wąska ścieżka, ale minął mi tak szybko, że nawet go nie pamiętam. Z biegiem niestety od samego prawie początku było nie tak jak powinno. Kolka odezwała się juz na pierwszej prostej, ale miałam nadzieję, że to tylko taki mały psikus który zaraz przejdzie. Niestety nie przechodził, a na 3 kilometrze brzuch zamienił się w taki kamień, że nie było jak biec i przeszłam na chwilę do marszu. Szybko jednak zawalczyłam z głową i wróciłam do truchtu. I tak od tego momentu z tętnem jak na wybieganiu, luźnym oddechem, luźnymi nogami i brzuchem jak kamień truchtałam sobie do mety. Z jednej strony wściekła z drugiej sama nie wiem co. Cieszyłam się jednak, że jestem chociaż pierwsza.

Pierwsze 2 km to utwardzona leśna ścieżka. Szeroka, szutr, trochę kamieni. Na samym początku bufet z wodą.  Na 3 kilometrze ostra nawijka i wbiegamy pod górkę w głęboki las wąska leśną ścieżką. Potem droga przez kilometr wiedzie góra dół, po piachu i wąskich singlach, aż na około 4 kilometrze wylatujemy znowu na dużą leśną utwardzoną drogę. Po której biegniemy z powrotem do zbiornika Turza, gdzie pływaliśmy i prosto na metę. Przed samym balonem mety, mamy na dobitkę trochę piachu, ale jeśli nie musicie się ścigać ze swoim rywalem to w ogóle nie przeszkadza. 

KOLKA to chyba najbardziej nie zbadane zagadnienie sportowe. Nie wiadomo tak na prawdę skąd się bierze i jaka jest jej przyczyna. Jest masa domniemań i pomysłów na jej pochodzenie. Ja stawiam na stres, który sprawił, że mój brzuch przepona i inne mięśnie nie były w takiej relaksacji w jakiej powinny od samego rana. Już na rozgrzewce czułam jak sztywnieje mi brzuch i zamiast gamoń rozgrzać się lepiej, to wolałam przestać.

Jak się czuję po Triathlonie Sokoła, moim pierwszym ściganiu po pandemii?

Mam ogromny niedosyt i takie poczucie, że przecież tak fajnie mi szło na treningach, tak fajnie przepracowałam ten ostatni czas, nigdy tak solidnie nie trenowałam i MASZ BABO PLACEK ! 🙂 Za bardzo się spięłam, za dużo od siebie wymagałam i za dużo oczekiwałam i zamiast polecieć na nieświadomce i w radości jak to zazwyczaj robię to leciałam jak przejechana przez walec :p Wisienką na trocie było, gdy wchodząc na podium dowiedziałam się, że jestem ….. DRUGA. A na wynikach jeszcze kilkanaście minut po przybiegnięciu drugiej dziewczyny na metę cały czas widniałam online jako pierwsza 🙁

Także podium dorzuciło trochę ognia do pieca i SPALIŁ SIĘ TEN PLACEK.

Teraz już z uśmiechem na twarzy to wszystko piszę, zresztą cały czas był uśmiech bo jak się nie uśmiechać jak dzieciaki stoją na mecie, cieszą się jak mama wchodzi na podium i jedzą ze mną arbuzy w strefie finiszera. Ale gdzieś tam głęboko w środku był wielki niedosyt i takie dziwne uczucie które długo nie chciało się ze mną rozstać.

Czas trochę przekierować głowę, nie nakładać na siebie presji na wynik, na cele, na podium. Czas czerpać radość, a jak wyniki przyjdą same to będzie ekstra.

Tylko ……. dlaczego mam się tyle męczyć na treningach żeby czerpać tylko radość ???????? 🙂

Do Sokołowa Małopolskiego na pewno wrócimy, bo impreza była mega fajnie zorganizowana, niedaleko domu, fajna trasa rowerowa i biegowa wbrew pozorom

Triathlon Sokoła od podszewki – ściganie po pandemii.

NA triathlon pojechalismy juz w Sobotę. Co prawda mamy tylko 200 km niecałe do Sokołowa, ale jadąc z dzieciakami i kiedy oboje startujemy łatwiej i lżej psychicznie jest kiedy pojedzie się na taką imprezę dzień wcześniej. Jedyna agroturystyka jaką znalazłam obok. Spaliśmy u „Wakacje u Babci Krysi” przemiła Pani, ciekawy design, jak to mój Rafał mówił wczesne roco-coco, ale mega szyściutko, pachnąco i miło. Ugotowaliśmy sobie sami jedzonko, bo restauracji jako tako nie wyszukałam żadnych ciekawych. Wypad jak zwykle udany. Nie wiele do zoabczenia w okolicahc, bo do samego Sokołowa w sumie nie wjeżdżaliśmy a dookoła tylko okoliczne wioski i domy przy dordze, ale nic nam nie brakowało. Dzieciaki miały huśtawkę, hamak i konia do dyspozycji. Wszędzie pachniało słomą i sianem, takie typowe wiejskie wakacje.

Jeśli ktoś lubi takie klimaty to polecamy. Jedyne co to łóżka były raczej na mniejsze osoby mój Rafał 191 cm wzrostu niestety się na swoim nie mieścił 🙂 Ale dużo śmiechu przez to było!

Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca, było o wszystkim o czym chcieliście przeczytać. Na Triathlon Sokoła na pewno wrócimy za rok !

Do przeczytania !

Ola – Biegająca Bio Mama

NIKE VAPORFLY NEXT % – Czy te buty same biegają ?

POLECANE SPORT TESTY

NIKE VAPORFLY NEXT % – Czy te buty same biegają ?

Pewnie każdy choć raz słyszał o tych butach. Nike stworzył model o który nie tylko było głosno, ale który nie łatwy jest do zdobycia. Gdy tylko pokazuje sie na półkach w sklepie buty wyprzedają się jak świeże bułeczki. A wywadawło by się, że tak zaawansowany model, nie będzie smacznym kąskiem dla każdego.

Foto. Ola Graff Fotografia

No właśnie więc jak to jest z tymi VAPORFLY-ami NEXT %? Czy one same biegają ?

Zacznijmy może od początku. Co mają te buty w sobie czego nie mają inne modele?

Ano przede wszystkim węglową płytkę która umieszczona jest w podeszwie buta. Ta płytka sprawia, że but zaliczany jest obecnie do najbardziej dynamicznych butów na rynku. Płyta daje mocne wybicie i dynamikę, działa trochę na zasadzie sprężyny. Moje pierwsze odczucia biegania w nim mogłabym porównać do przyczepionych przepołowionych piłeczek tenisowych do podeszwy. Czuć niesamowitą sprężystość. Ale nie tylko płytka sprawia że but jest innowacyjny. Całość podeszwy oprócz płytki wykonana jest z pianki ZOOMX, bardzo lekkiej, bardzo miękkiej i z bardzo rezponsywnego materiału. Dlatego pomimo że but jest twardy, jeśli chcielibyśmy go zgiąć w pół jest to prawie niemożliwe bez uszkadzania podeszwy, a dokładniej płytki w niej zatopionej. To ten sam but zarazem jest też niesamowicie miękki, przez co jest bardzo wygodny i przyjemny do użytkowania. Poza tym cholewka i materiał VAPOURWEAVE z jakiej jest ona wykonana jest bardzo delikatny, cienki i lekki, co daje naszej stopie niesamowity komfort. But waży 174 g, i ma drop 8mm.

NIKE Vaporfly Next %

Ok, to wszystko dotyczy technicznych detali dotyczących tego modelu. Jednak po co nam ta technologia jeśli but nie byłby taki idealny do biegania?

VAPORFLY NEXT %, wizualnie.

Zanim jeszcze przejdę do ich właściwości treningowych to wspomnę tylko o ich wyglądzie. Przede wszystkim Vaporfly-e to bardzo futurystyczne buty. Zaczynając od ich podeszwy która ma swoje uzasadnienia w technologi, po całą cholewkę i kolorystykę kończąc. Każdy model VAPORFLY-i który wychodzi do sprzedaży ma inny kolor. Zatem możecie dokładnie wiedzieć kiedy ktoś zakupił swoje buty 🙂 Poza tym że wyglądają, tak jakbyśmy mogli na nich dosłownie odlecieć, to ich technologia na pewno wygrywa w mojej opinii nad ich designem 🙂

NIKE Vaporfly Next %

Moje pierwsze odczucia w VAPORFLY NEXT %.

Przede wszystkim wygoda. But wydaje się tak delikatny, miękki i dopasowany, że jest w nim na prawdę wygodnie. Jest leciutki, ma fajny język i wiązanie, którego się nie czuje. Super rozwiązany został też zapiętek, który jest typowym rozwiązaniem w NIKE-ach, ale który idealnie sie sprawdza w tym bucie przy tak delikatnej cholewce. Cholewka jest z przewiewnego materiału przypominającego folię. Pięta jest wzmocniona.

No ale co z moimi odczuciami biegowymi ?

Juz Wam piszę. Moje zupełnie pierwsze odczucie podczas biegu w tych butach można by porównać do biegania w butach do których mamy przyczepione na podeszwie przedzielone na pół piłki tenisowe. Buty są niesamowicie dynamiczne, oddają masę energii. Jest to model którego ja osobiście na prawdę nie umiem porównać do innego modelu buta. Połączenie płytki węglowej i bardzo responsywnej pianki ZOOMX, naprawdę udało się marce NIKE. Buty są twarde, a zarazem tak miękkie, że zachowują się trochę jak sprężyna. Buty jak na taki typowo uliczny model, mają minimalny, ale już większy niż ich poprzednik, bieżnik na przedniej części podeszwy po to aby w trudnych warunkach pogodowych zachowywały się dużo lepiej niż ich poprzednik vapourfly 4%. But dobrze zachowuję się na wilgotnym asfalcie, radzi sobie też na utwardzonym terenie leśnym.

Fot. Aleksandra Graff Photogrpahy

Ja osobiście w tym modelu nie przebiegałam za dużo, ponieważ wydają mi się dosyć delikatne dlatego zostawiam je sobie na bardzo trudne jednostki biegowe i na starty. Ale w ramach testów przebiegałam każdy trening, od dłuższego wybiegania w luźnym tempie, po biegi ciągłe, tempówki i przebieżki.

Na długich luźnych wybieganiach buty są dynamiczne i po prostu mega wygodne. (Moje wybiegania to tempo około 5:25-5:35 min/km)

Na biegach ciągłych (okolice 4:40-4:50) czuć już dużo większa dynamikę. Buty nadal pozostają super wygodne dla stopy. Noga nie męczy się, a ilośc pianki ZOOMX sprawia że lądowanie jest bardzo komfortowe dla stopy.

Tempówki i przebieżki. Tutaj zaczyna się dopiero prawdziwy potencjał tego buta. Im szybsze tempo tym bardziej dynamiczny staje się but, tym więcej energi oddaje nam podczas biegu.

Zatem schodzimy do pytania —–>

Czy NIKE VAPORFLY NEXT % SAME BIEGAJA?

Niestety musze Wam trochę ostudzić tą hipotezę, bo ŻADNE buty same nie biegają. Jeżeli biegacie 10 km w 55 minut to nie przebiegniecie w nich 10 km w 45 min. Jeżeli jednak biegacie 10 km w 40 min, to jest duże prawdopodobieństwo że przebiegniecie 10 km w 38+ min w tych butach. Jest w tym modelu coś, co na pewno pomoże Wam biegać szybciej niż dotychczas. Podstawą jest jednak Wasze przygotowanie.

Ten model butów biegowych wymusza szybsze bieganie na biegaczu. Są one tak dynamiczne i responsywne, że nogi same przyspieszają. Z mojego punktu widzenia, prawdziwy potencjał tych butów widzę dopiero przy prędkościach w granicach 4:00 min/km . Im szybciej biegamy tym więcej dają nam te buty. Wymuszają one szybsze bieganie, dużo szybciej przetacza się but po asfalcie. Jeśli chodzi o ich użytkowanie i ich moce biegowe to nie mam co do nich żadnych uwag. Jednak nie biegają same, a to biegacz biega i tylko od nas zależy czy wyciągniemy z nich potencjał czy nie.

Jedynym minusem VAPORFLY NEXT % to ich cena. Nie są to buty na każdą kieszeń, jeśli jednak ich cena nie zraża Was do zakupu, to szczerze polecam. Czy są warte swojej ceny ?? To zależy. Jeśli masz nie jeść przez półmiesiąca wartościowych obiadów, a w zamian zajadał się bułkami to raczej nie. Jesli ich zakup nie obciąża w ogóle twojego portfela, albo zamiant dwóch wyjść rodzinnych do knajpy możesz zafundować sobie takie buty to polecam.

Na pewno wyciągną one z Ciebie twój potencjał biegowy. Będą wymuszać szybsze bieganie i moga przyczynić się do nowych życiówek. Jednak pamiętaj że ten but jest szybki i najlepiej sprawdzi się u szybkich biegaczy. To właśnie oni wyciągną z niego wszystko to co w sobie skrywa.

Butki możecie kupić oczywiście na stronie mojego partnera Sklep Biegacza, jednak jest to bardzo chodliwy model który dostępny jest w ograniczonych ilościach. Dlatego najlepiej zapiszcie się do newslettera, i śledźcie ich profile w social mediach FACEBOOK & INSTAGRAM jeśli chcecie upolować swoją parę !

Mam nadzieję, że pomogłam i rozwiałam troszkę mistyczność tego modelu ! Do przeczytania !

Ola – Bio Mama.

TESTY męskiego modelu Brooks Launch 7- startówki czy treningówki ?

BIEGANIE POLECANE TESTY TRIATHLON

TESTY męskiego modelu Brooks Launch 7- startówki czy treningówki ?

Tym razem to Rafał testował buty. Od zawsze chciałam żeby od czasu do czasu pojawiały się tu też tematy męskie, lub bardziej uniwersalne i tym razem się udało.

Na tapetę wjechały biegowe buty marki Brooks, model Launch 7. Model który szczyci się tym, że jest lekki i dynamiczny, a przy tym posiada dobrą amortyzację. Co w przypadku faceta o wzroście 191 cm i wadze 80 kilo, do długich treningów jest niezbędne.

Brooks Launch 7 treningówka czy startówka?

Przygotowując się w tym sezonie do długiego dystansu w triathlonie poszukiwałem butów które będą umożliwiały mi zrealizowanie długich wybiegań z mocniejszymi akcentami. Przede wszystkim w komforcie dla moich stóp. Marka Brooks poleciła mi właśnie ten model do tego typu treningów.  Z opisów i recenzji w internecie można przeczytać, że to but dynamiczny, lekki a więc szybki, ale z dobrą amortyzacją potrzebną na długich wybieganiach. I wszystko okazało się prawdą…ale

nie od pierwszego biegania.

OPIS BUTA:
Cholewka Brooks Launch 7 w porównaniu do poprzednich modeli wykonana jest z jednowarstwowej siateczki, która daje doskonałą cyrkulację powietrza.

Poza tym model ten posiada stabilny zapiętek wewnętrzny wykończony miękkim kołnierzem z pianki, który ma za zadanie podnieść komfort noszenia. 

Powierzchnia Brooks Launch 7 składa się z najlżejszych materiałów. 
Podeszwa środkowa wykonana z BioMoGo DNA, daje sprężystą długotrwałą amortyzację, zwiększona w śródstopiu została zaprojektowana tak, aby zapewnić techniczne wsparcie, bez obciążania wagi buta. 

Podeszwa zewnętrzna posiada specjalne strefy zgięcia, umożliwiające płynne przetaczanie, stworzona na twarde nawierzchnie. 

Brooks Launch 7 jest lekki, waży tylko 255 gram. 

Przeznaczony jest dla osób ze stopą neutralną. Posiada 10 mm drop.

Marka Brooks udostępniłam mi ten model w czasie kwarantanny, dlatego nie mogłem przetestować go od razu na dworze. Pierwsze bieganie w Launch-ach zrobiłem, właśnie ze względu na kwarantannę, na bieżni mechanicznej w domu. Matka natura obdarzyła mnie dużą stopą, nie zawsze zatem udaje mi się dobrać buty bez mierzenia, pomimo że zawsze kupuje je z wkładką o tej samej długości. Z tym modelem było podobnie, po założeniu pierwsze moje odczucie to „Przydałby się większy rozmiar.” Po przeanalizowaniu jednak długości wkładki do stopy i miejscu jakie wbrew pozorom miałem na przedzie buta, zdecydowałem się zatrzymać ten model. Jak się okazało był to dobry wybór.

miłość nie od pierwszego wejrzenia.

Z kilometra na kilometr było coraz lepiej, a stopa po prostu potrzebowała czasu na ułożenie się w bucie. Po pierwszym treningu [prawie 20 kilometrów z zadaniami] odczuwałem lekkie odparzenia na stopach [używałem tych samych co zawsze, sprawdzonych skarpet], jednak przy kolejnych treningach już tego nie było. Tak jakby but, a z nim materiał i wkładka się ułożyły i dyskomfort znikł. Myślę, że pierwsze odczucia mogły być związane z tym, że but był nowy lub kwestia tego że wykonałem w nich pierwszy mocny treningu i w dodatku na bieżni mechanicznej.

BIEGANIE NA DWORZE W MODELU BRooks Launch 7.

Co innego wydarzyło się kiedy po raz pierwszy wyszedłem na dwór. Pierwsze treningi na zewnątrz utwierdziły mnie w przekonaniu, że to będą super buty do dłuższych wybiegań. Dzięki bezszwowej konstrukcji nie doświadczyłem żadnego dyskomfortu, oprócz wspomnianego pierwszego treningu, żadnego otarcia, szczególnie w przedniej części buta.  Jest to ważne, ponieważ sporo treningów wykonuję w pofałdowanym terenie, a w czasie zbiegów w innych butach, odczuwałem dyskomfort stopy po dłuższych jednostkach.

Zapiętek jest wysoki i dość sztywny, na pierwszy rzut oka wydaje się nawet za sztywny, z dużą ilością gąbki. Na początku, zanim but się nie ułożył, wydawało mi się, że może przez niego zrobić się jakieś otarcie, ale po dłuższym użytkowaniu stwierdzam, ze to duży plus. Dobrze trzyma stopę, nawet w trudnym, nierównym terenie w którym często biegam.

Czy BROOKS LAUNCH 7 to STARTÓWKA CZY TRENINGÓWKA ?

Jestem przyzwyczajony do biegania na zawodach w twardych sztywnych modelach. Biegam ze śródstopia zatem amortyzacja podczas zawodów nie jest najważniejszym aspektem, w porównaniu do dynamiki. Brooks Launch 7 to idealny model na długie treningi z zadaniami. Jest lekki, ma dobrą amortyzację i jest dynamiczny. Nie jest to natomiast model który pasował by mi na starty. Zdecydowanie super się biega w nim treningowo. Zreszta jest to nowy model moich starych treningowych butów. Zatem do Brooks-ów jako marki nie od teraz jestem przekonany. Brooks Launch 7 to but z przyzwoitą amortyzacją, nie jest jednak ciężkim, topornym butem z wysoką amortyzacją, który sprawdzi się tylko i wyłącznie na długich luźnych wybieganiach.  Można by powiedzieć, że to taki but dla biegaczy którzy lubią czuć dynamikę, ale w tyle głowy chcieliby też zadbać o trochę większy komfort stóp podczas długich treningów. Ponieważ moje obecne treningi, są dosyć duże objętościowo ten model bardzo dobrze się sprawdza do tego typu treningów. Biegam również w terenie zalesionym, czy po szutrze i wbrew pozorom kiedy jest sucho buty całkiem dobrze radzą sobie nawet i tam. W szczególności przypasował mi sztywny zapiętek, który dobrze trzyma stopę podczas zbiegów.

WIZUALNIE.

Ja co prawda nie kupuję butów, tym bardziej biegowych oczami. Raczej jestem pragmatyczny i szukam takich modeli, które spełniają moje oczekiwania w kwestiach technicznych, a ich wizualny aspekt nie jest dla mnie kluczowy. Brooks jako marka ceni sobie prostotę i taki właśnie jest ten model – bardzo uniwersalny. Mój model to model grafitowy/czarny, czyli można by powiedzieć taki klasyk. Klasyk ten jednak jest przełamany fajnym jaskrawym logiem, dzięki czemu buty są też lepiej widoczne. Ciemne modele zdecydowanie przemawiają do mnie, kiedy chodzi o bieganie w terenie. Poza tym Brooks nie jest marką, która posiada w swojej ofercie wymyślone kosmiczne modele. Raczej jest to marka gdzie króluje prostota i klasyka i taki właśnie jest ten model. Dla tych co preferują kolorowe buty Model Launch 7 jest dostępny także w kolorze czerwonym z niebieskim logiem.

Podsumowując…

Plusy:

  • Bezszwowa konstrukcja sprawia, że jest na prawdę wygodny
  • Nieprzesadzona amortyzacja
  • Fajna dynamika
  • Poprawnie radzi sobie w terenie

MINUSY:

  • Nieagresywny bieżnik sprawia, że słabo sobie radzi w terenie gdy jest mokro

Czy polecam ? 

Jeśli ktoś tak jak ja potrzebuje buta, który jest takim idealnym kompromisem pomiędzy amortyzacją, a dynamiką, to to jest właśnie ten model. Zdecydowanie zakwalifikowałbym go do butów treningowych, wiem jednak że sporo jest biegaczy którzy potrzebują większego komfortu nawet na zawodach i używaliby go również tam. Jest to też przede wszystkim model w przystępnej cenie, jak na swoje technologiczne zaawansowanie. Klasyczny,  Jest to uniwersalny model, który poniekąd dostosuje się do Waszych potrzeb i umiejętności.

Rafał i Ola.

Jeśli macie jakieś pytania, piszcie w komentarzach i postaramy się na nie odpowiedzieć jak najszybciej.

Regeneracja z NORMATEC Polska, jak to działa ?

BIEGANIE POLECANE SPORT TESTY TRIATHLON

Regeneracja z NORMATEC Polska, jak to działa ?

Nie raz pewnie widzieliście stoisko na ulicznych biegach gdzie biegacze siedzieli na wygodnych fotelach z nogami wsadzonymi w kosmicznie wielkie czarne skarpety. Część z Was zastanawiała się pewnie co to jest, część spróbowała, a część obeszła to dużym łukiem, wnioskując pod nosem że pewnie to kolejny wymysł producentów na sportowe gadżety.

Kiedy marka NORMATEC odezwała się do mnie czy nie chciałabym tego przetestować, byłam zarazem zaskoczona i podekscytowana, bo w sumie nigdy nie miałam tego na nogach.

Chcę aby ten artykuł był dla Was wartościowy, nie tylko pod kątem jak z tego korzystać, ale też do czego to w ogóle służy i w jaki sposób merytorycznie pisząc może to nas wspomóc. Nie bez przyczyny korzystają z tego typu urządzeń ekipy kolarskie na tourach. No ale moja wiedza w tym temacie była jednak znikoma, ograniczała się tylko do tego że wiedziałam, że takie coś istnieje. Dlatego poprosiłam o pomoc specjalistkę Ewelinę Wołos, przede wszystkim fizjoterapeutkę, ale też trenerkę specjalizującą się w treningu motorycznym i aktywną wybitna polską triathlonistkę, aby wsparła mnie swoją wiedzą odnośnie kosmicznych skarpet.

NORMATEC, bo dane nam było testować produkty tej marki, to nic innego jak mechaniczny drenaż limfatyczny, który wykonywany jest za pomocą aparatu do kompresji pneumatycznej. Inaczej mówiąc jest to urządzenie które zawiera specjalne mankiety podzielone na komory, w których umieszcza się kończyny. Urządzenie, wtłaczając powietrze w kolejne sektory, wytwarza podciśnienie stymulujące układ limfatyczny do pracy. Ponadto NORMATEC jest urządzeniem akumulatorowym i przenośnym, naładowany możecie stosować wszędzie. Jest też specjalna aplikacja do niego dzięki której możecie sterować urządzeniem, ustalając czas i intensywność pracy. Zadaniem takiego aparatu jest regeneracja układu limfatycznego, usuwanie zbędnych metabolitów i pomoc w usuwaniu ewentualnych obrzęków (jeżeli ktoś ma do tego na przykład predyspozycje). I to właśnie o jego zastosowaniu, celach i ewentualnych problemach będę z Eweliną rozmawiać.

Wrzucam Wam naszą rozmowę w postaci wywiadu, bo taki też wywiad przeprowadziłam. <3

1. JA: Przede wszystkim trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co to jest ten układ limfatyczny? Jak działa?

Odp Eweliny: Układ limfatyczny to sieć naczyń chłonnych, które z tkanek śródmiąższowych zbierają białka i płyn tkankowy, następnie za pomocą limfy dalej transportują go do węzłów chłonnych (np. w pachwinie), produkowane tam limfocyty oczyszczają go z substancji toksycznych. Dalej transport limfy biegnie naczyniami limfatycznymi (pniami) w kierunku przewodu piersiowego, gdzie łącząc się z układem krążenia następuje wymiana substancji odżywczych i zbędnych produktów metabolizmu z żył.

 

2. JA: Jak wiadomo maszyna nigdy nie zastąpi człowieka, ale może są jakieś specyficzne elementy które odróżniają mechaniczny drenaż od dotyku człowieka?

Odp Eweliny: Przede wszystkim warto podkreślić, że manualny drenaż limfatyczny musi być wykonywany przez wyspecjalizowanych terapeutów bądź masażystów. 

Celem drenażu jest przyspieszenie przepuszczalności większej ilości zgromadzonego płynu. Stymulacja pulsacji ścian naczyń limfatycznych przyspiesza drenaż do dobrze funkcjonujących naczyń limfatycznych. Masaż uaktywnia proliferację limfatyczną tkanek, czyli reakcję immunologiczną.

Musimy zauważyć, że obrzęk zbierający się np. na kostce, nie będzie leczony masażem tylko i wyłącznie na regionie kostki. A terapeuci wręcz przeciwnie zaczną terapie odlegle, udrażniając np. naczynia limfatyczne w obrębie pachwiny. To tak jak z korkiem z powodu wypadku, aby się samochody ruszyły, nie działamy od tyłu napierając na korek a usuwamy zalegające auto ☺ 

Terapia przez człowieka będzie nakierowana na problem, terapeuta za pomocą dotyku i czucia jest w stanie ocenić stan tkanki, jej sztywność, napięcie, temperaturę. Jakość, wielkość węzłów chłonnych, ich przesuwalność itd.

Musimy pamiętać, że naczynia limfatyczne leżą w tkance powierzchownej. W powięzi, która organizuje nam strukturę tkanki podskórnej.  Membrana, którą ma każdy człowiek jest włóknisto-elastyczną siatką jest zbudowana z ok. 2/3 wody, a w niej zawieszone są właśnie naczynia limfatyczne czy nerwy. 

Zaburzenia w obrębie powięzi tj. zaburzenia nawodnienia, urazy, stres, nadmierny wysiłek przewlekłe zmęczenie będzie wpływało na funkcjonowanie naczyń limfatycznych.  Mechaniczny nacisk na powieź działa na zasadzie docisku cieczy, dociera do obciążonych obszarów i wyciąga z nich wodę, dla wyobrażenia sobie pomyślmy o ściskanej gąbce.

Kompresoterapia, a więc masaż w kosmicznych skarpetach- pomaga na zasadzie ucisku wywieranego na tkanki aby utrzymać w nich właściwe ciśnienie śródtkankowe. 

Przepływ płynów będzie tutaj działał na zasadzie gradientu ciśnienia, od wysokiego do niskiego. Aby przeciwdziałać nagromadzeniu płynów w tkance, stymulujemy ją poprzez ucisk, aby powrót płynu z zawartymi substancjami do naczyń krwionośnych i żył był szybszy. 

Jako ciekawostka. Według marki NORMATEC, urządzenie mechaniczne ma przewagę nad drenażem manualnym wykonywanym przez wyspecjalizowanego terapeutę, przede wszystkim przez możliwość osiągnięcia wyższego ciśnienia.

3. JA: Jak może nas wspomóc taka forma regeneracji ?

Odp Eweliny: Zarówno specjalistyczna terapia jak i podejrzewam terapia mechaniczna ma na celu zwiększenie przepływu limfy, normalizację ilości tlenu w tkankach i zmniejszenie reakcji prozapalnych w skórze limfatycznej. 

Zatem => Szybsze usuwanie zalegającego płynu i szybsze pozbywanie się zbędnych produktów metabolicznych, które odpowiadają za tworzenie stanu zapalnego.

Czyli nasz organizm dzięki drenażowi limfatycznemu jest w stanie usuwać dużo szybciej wszelkie zbędne produkty metaboliczne które powstały podczas intensywnego treningu, zatem wspomaga nasza regenerację po wysiłkową.

 

4. JA: Rozmawiałyśmy o cisnieniu jakie może wytwarzać takie urządzenie. Nasz model ma zakres 30-110 mmHg i 10 leveli. Możemy sobie więc mniej więcej obliczyć jakie ciśnienie jest przy każdym z leveli. Wiem, że nie każdy level będzie na nas działał tak samo. Czy jest jakaś magiczna granica, od której takie urządzenie faktycznie działa, a które przed tą granicą jest np formą placebo ?

Odp Eweliny: Stopień ucisku będzie zależny od obrzęku, u pacjentów chorych z dużym obrzękiem, stosujemy większe ciśnienie. Zatem jeśli ktoś jest zdrowy lekkie ciśnienie będzie stymulowało szybszy przepływ. 

Jako ciekawstka w wersji podstawowej NORMATEC-a jaką ja miałam, ucisk jest na poziomie do 110 mmHg i jest stały w każdej komorze. Natomiast marka NORMATEC posiada również sterownik Pro, który ma możliwość indywidualnego ustalenia poziomu ucisku w każdej komorze. Co za tym idzie urządzenie PRO może być stosowane do medycznych zastosowań przez fizjoterapeutów, na przykład przy urazach takich jak zmiażdżenie ręki po wypadku.

5. Przejdę teraz trochę do konkretów, które pewnie będą interesowały przeciętnego „Kowalskiego”, czyli takie know/how użytkowania. 

JA: Kiedy stosować, przed czy po treningu ? 

Odp Eweliny: Zdecydowanie po treningu.

JA:Jeśli po to czy trzeba odczekać jakiś czas, czy można bezpośrednio po.?

Odp Eweliny: Myśle żę po treningu będzie to najwłaściwsze, to tak jak z oknem na jedzenie i kąpiel bezpośrednio po treningu (do godziny).

JA: Jak długo trzeba taki masaż wykonywać, żeby były efekty?

Odp Eweliny: Tutaj nie mam zdania ile najmniej,  ale sesja od 20 min do 1h wydawałaby mi się właściwa, patrząc na jakim obszarze pracujemy.

Według marki NORMATEC sesje powinny być dostosowane do poziomu zmęczenie mięśni. Zatem jeśli jesteście po bardzo mocnej jednostce treningowej to warto korzystać z urządzenia dłużej. Jeśli ma to być delikatna forma regeneracji wystarczy 20 min.
JA: Ile razy w tygodniu powinno się stosować ? jakie jest optimum ? 

Odp Eweliny: Stosowanie po intensywnym wysiłku będzie najlepsze, po jednostkach kiedy czujemy ze nasze nogi są na prawdę zmęczone. Jeśli zmęczenie jest ciągłe to nie zaszkodzi przez kilka dni włożyć nogi w gacie kosmiczne nawet i 2x dziennie.

Jeśli ktoś ma tendencje do obrzęków to będzie to pewnie super sposób do profilaktyki następstw jakie niesie za sobą obrzęk pierwotny. 

JA: Czy możemy zrobić sobie krzywdę używając tego za często ? Ile to jest za często ? 

Odp Eweliny: Jeśli jesteśmy zdrowi dajmy szanse żeby nasz organizm radził sobie sam z trudnościami, przecież jest bardzo mądry i stosujmy te magiczne pomoce po intensywnych sesjach.

Według marki NORMATEC, długotrwałe i kilkugodzinne stosowanie dziennie na maksymalnym ucisku może przynieść ujemne korzyści dla zdrowia. Dlatego tak jak ze wszystkim, tak samo z magicznymi kosmicznymi skarpetami trzeba podejść do tego z głową.

Dziękuję serdecznie Ewelinie, za poświęcony czas i rozwianie chyba podstawowych pytań jakie każdy może mieć widząc to urządzenie po raz pierwszy.

———————————————————————————————————

Ewelinę możecie znaleźć na jej profilu na facebooku —-> EWELSPORT 
Ponadto w czasach pandemii Ewelina prowadzi treningi online we wtorki i piątki o godzinie 20, trening funkcjonalny pod kątem triathlonu. Jeśli chcecei dołaczyć wystarczy odezwać się do niej na facebooku lub napisać maila na: ewelsport@wp.pl .
Ewelinę na codzień możecie też znaleźć w gabinecie w Warszawie. Kontaktujcie się równeiż mailowo by umówić się na wizytę.

———————————————————————————————————

W mojej subiektywnej opinii, ja byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Są według mnie dwie główne zalety tego urządzenia:

  • REGENERACJA

    –  przez okres ponad 2 tygodni w jakim mieliśmy to urządzenie w domu, tylko przez dwa dni nie korzystałam z niego, żeby sprawdzić czy jest jakakolwiek różnica podczas korzystania i nie korzystania. Muszę przyznać z pełną szczerością, że treningi wykonywane po zastosowaniu NORMATECA mogłam od samego początku wykonywać na pełnych obrotach. Nogi zawsze były świeże i lekkie, a trening od pierwszych minut „wchodził”. W przypadku kilku dni w których nie wsadziłam nóg w kosmiczne skarpety, potrzebowałam conajmniej kilkunastu minut aby moje nogi się rozkręciły na obroty które wymagał trening. W szczególności mogłam to odczuć na rowerze, kiedy lekki nogi kręciły same, lub kiedy nogi były ciężki i bardzo długo zajmowało mi rozkręcenie ich żeby zaczęły jechać na pożądanych wattach.

  • RELAKS

    – kiedy siadasz a kawą podpięta do urządzenia, nagle świat się zatrzymuje. I choć dzieci biegają obok, a ty pijesz kawę, to nie możesz wstać do nich więc SERIO odpoczywasz przez cały ten czas stosowania urządzenia. Myślę, że to fajny taki przymusowy lock-down w skarpetach z którego nikt Cię nie jest w stanie wyciągnąć, przez czas twojej „regeneracji”. Mi to się bardzo przydało, przede wszystkim otworzyłam oczy co to znaczy na prawdę odpoczywać po treningu. Nawet dzieci są jakieś bardziej wyrozumiałe, widząc Cię zapakowaną w ten strój. To był dla mnie fenomen że przez 2 tygodnie codziennie mogłam sobie poszperać na telefonie w internetach, poczytać ksiązkę, wypić kawę w spokoju lub obejrzeć z mężem DOM Z PAPIERU na Netlfixie 🙂

Ja jestem na TAK, a Rafał ?

On odczuł też dużą pomoc w regeneracji. Mówił, że nie tylko czuł, że ma lekkie nogi ale czuł też fizycznie jak szybciej mu się regenerują i jest w stanie wykonywać jednostki na większej intensywności w krótszych odstępach czasu. Ponadto regenerację nóg można było też odczuć podczas normalnego funkcjonowania w domu, czyli wchodzenia po schodach po mocnych treningach i prace w ogrodzie, gdzie nogi były w takim stanie jakby tej ciężkiej jednostki nie było.

PODSUMOWUJEMY CZY NORMATEC działa? 

Według nas TAK. Używanie go na codzień przez dwa tygodnie, dało nam odczuć jak szybko nogi potrafią się zregenerować. Myślę, że każdy kto będzie miał do czynienia z tym sprzętem będzie czuł dużą poprawę w regeneracji po treningu. Pytanie tylko czy nie rozleniwimy naszego organizmu przez zbyt częste użytkowanie? Niestety na ten temat nie ma żadnych badań, ale zastosowałabym się do rady Eweliny, aby tego typu sprzętu używać przy dużej intensywności treningów, np na obozach sportowych, lub po intensywnych jednostkach treningowych i zawodach.

A Wy macie swoje zdanie na temat drenażu limfatycznego ?
Stosowaliście?
Podzielcie się w komentarzach Waszą opinią, JESTEM ciekawa waszego doświadczenia.
ola.

 

 

Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

BIEGANIE POLECANE TESTY

Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

Sport w czasach PANDEMII, chyba raczej tak powinnam zatytuować ten wpis. Wiem, że ostatnio bieżnia mechaniczna to temat tabu u sportowców amatorów i pro, chociaż Ci drudzy w większości od dawna są już jej posiadaczami.

Skoro obostrzenia brzmią coraz bardziej niejasno i coraz bardziej restrykcyjnie. Nie wiemy czy biegać, czy nie. Czy wychylać nosa, dokąd najdalej możemy i na ile faktycznie jest to niebezpieczne dla naszego zdrowia ( mówię tu o możliwości zarażenia się wirusem podczas treningu ). Są Ci którzy mimo wszystko będą tupać nogą i próbować do końca postawić na swoje. Są tez tacy którzy akceptują sytuację i szukają z niej jakiegoś wyjścia i Ci piszą do mnie w wiadomościach pytania o bieżnię.

Bieżnia u nas była na tapecie od 2 lat. Głównie chcieliśmy ją zakupić, bo w zimę bardzo cieżko u nas z treningami biegowymi, taką mamy sezonową prace i zima to szczyt naszego sezonu. Możemy biegać albo o świcie albo bardzo późno wieczorem, co w moim przypadku jest niemożliwe bo nie biegam nocą po lasach 🙁 Jednak zawsze podchodziliśmy troszkę sceptycznie do treningów na niej, no i jak u wszystkich zawsze były „lepsze” wydatki. Kiedy zamknęli granice, a my wracaliśmy do kraju ostatnim rejsowym samolotem, prawie uciekając z Cypru zanim PANDEMIA zacznie się na dobre. Wiedzieliśmy, że będziemy na obowiązkowej 14 dniowej kwarantannie. Wracając po ponad 2 tygodniach mocnych treningów na Cyprze na obozach, głównie rowerowych, było nam bardzo szkoda formy i pracy, żeby zaprzestać bieganiu zupełnie na 2 tygodnie. Zaczęły się rozmowy o bieżni, takie na poważnie.

NO I STAŁO SIĘ… Przylecieliśmy w weekend a w środę bieżnia była już u nas w domu. Niemniej jednak zanim trafiła do nas, mój Rafał przeczytał chyba wszystkie dostępne artykuły dotyczące jej wyboru, rozmawiał z każdym kto jest w posiadaniu bieżni i to jemu możecie podziękować za powstanie tego tekstu. Ja tylko korzystam on ma wiedzę i chce się z Wami nią podzielić.

Szczególne podziękowania tu dla dwójki krasnoludków, którzy tą bieżnię przywieźli nam pod drzwi prosto z Warszawy wiedząc, że nawet nie napiją się z nami kawy i nie wejdą na minutkę do środka. Jak się okazuje bieżnie chociażby te z decathlonu, są dostarczane przez kuriera, ale niestety kurierzy tych produktów nie dostarczają do drzwi tylko trzeba odbierać je z magazynów ( są za ciężkie). Trzeba więc po nie podjechać autem nie do sklepu, ale do magazynu regionalnego dla kurierów, pomimo, że na stronie napisane jest dostawa kurierem.
Naszych dwóch krasnalów odebrało dla nas tą bieżnię i przywiozło do domu. 
Tacy prawdziwi pomocnicy ludzi w potrzebie, trenujący oczywiście i czujący klimat <3
DZIĘKUJEMY ! ! !

 

NA CO ZWRÓCIĆ UWAGE PRZY WYBOŻE BIEŻNI: 

  • Przede wszystkim na dużą moc silnika. Zakładam, że większa ilość osób które to czytają to aktywni biegacze lub triathloniści, zatem nie jesteście osobami które uprawiają jogging, a chcecie bieżnie wykorzystać do wykonywania wszystkich jednostek treningowych. My mamy  moc 2 KM, która jest wystarczająca dla większości amatorów, szybko zmienia tempo i nachylenie.
  • Prędkość powyżej 20 km/h. Jeżeli chcecie robić treningi interwałowe i móc robić na nich przebieżki to większość z Was pewnie osiąga taką prędkość podczas interwałów. Ważne jest żeby bieżnia miała prędkość troszkę większą niż wasze planowane tempo interwałów. Żeby nie zajechać bieżni, nie powinniśmy biegać z maksymalna prędkością długich odcinków, musi być spory zapas.
  • Duży pas po którym biegamy.  Tak na prawdę im dłuższy pas, tym bardziej komfortowo się biega. Przy moim wzroście, lub kobiecych gabarytach może to nie być aż tak istotne, ale przy wzroście mojego Rafała 192 cm, już tak. Na mniejszym pasie, możecie mieć wrażenie, że zaraz Wam się pas skończy i spadniecie, przez co będziecie czuli dyskomfort przy bieganiu. Nasz pas jest długości 150 cm i ma szerokość 51 cm, jest to raczej jeden z większych pasów dostępnych na rynku, równocześnie daje duży komfortowy biegu. Nawet mój Rafał z noga o długości ponad metra biega w komforcie.
  • Czy bieżnia ma ograniczenia godzinowe jeśli chodzi o jej pracę. Niektóre bieżnie na prywatne potrzeby mają napisane w opisie że nie powinny być używane więcej niż np 8h/tygodniowo. Warto na to zwrócić uwagę gdyż przy ewentualnych defektach, lub chęci skorzystania z gwarancji, możecie jej nie mieć po prostu uznanej, lub bieżnia szybko się zużyje.

NASZA BIEŻNIA:

Nasza bieżnia to bieżnia z DECATHLONU, marki DOMYOS INTENSE RUN  —-> PODRZUCAM WAM LINKA DO NIEJ JEŚLI CHCECIE ZOBACZYĆ WSZYSTKIE JEJ SPECYFIKACJE.

 

Poniżej jednak skrócę jej zalety i wymienię ewentualne wady: 

DOMYOS INTENSE RUN ZALETY:

  • Gwarancja i bezsporne korzystanie z tej gwarancji
  • Bieżnia jest składana więc po każdy treningu można ją złożyć i zajmuje połowę miejsca.
  • Duży PAS biegowy, dobry silnik i duża prędkość do 22 km/h (tempo 3.00 min/km to 20 km/h) Przyjmuje się, że biegiem ciągłym można biec około 2 km/h mniej niż prędkość maksymalna. Zatem nasza bieżnia posłuży każdemu kto chce biegać nawet biegiem ciągłym na 3:00 min/km .
  • Łatwy w obsłudze panel, duże widoczne cyfry i wszystko to co powinno być na widoku: czas, dystans, prędkość, spalone kcal.
  • Bieżnia jest na stronie Decathlonu z kategoryzowana jako do intensywnego użytkowania.
  • Można ją dosyć łatwo przesuwać dzięki rolkom zamontowanym na dole.
  • Posiada pasek piersiowy do HR.
  • Decathlon mówi że bieżnia jest cicha. My niestety nie mamy porównania do innych bieżni. Mieszkamy w domu i na dole bieżni w ogóle nie słychać. Ale to są bardzo subiektywne opinie.
  • Wentylator całkiem fajnie działający, ma 3 stopniową regulację i na najmocniejszej na prawdę fajnie działa, chłodzi. Powietrze jest zimne, ale wieję troszkę na klatkę i gardło i czasami robi się nawet za zimno.
  • Wbudowane głośniki które dedykowanym kablem możecie podłączyć do telefonu lub tabletu. Macie też dedykowany stojak na tablet telefon na pulpice co jest fajnym gadżetem.
  • Dwa miejsca na bidon i ewentualne żele i inne przybory.
  • Komunikację BLUETOOTH, ale tylko do dedykowanej aplikacji DOMYOS. Jeśli jednak ściągniecie sobie ta aplikację to możecie kontrolować prędkość i nachylenie przez nią. Ponadto jest dużo fajnych programów treningowych dla początkujących.
  • Bezprzewodowy PILOT na bluetootha, który pozwala regulować prędkość (co 1 km/h) i nachylenie ( co 1%) ułatwiając szybką zmianę prędkości i nachylenia podczas interwałówbez dotykania wyświetlacza. WIELKI PLUS I POMOCNIK.
  • Szybka zmiana tempa, bez problemu można wykonać np 15-20 sekundowe przyspieszenia, ze zmianą prędkości o nawet 10 km/h .
  • Jest stabilna, ale jest też dość lekką bieżnią. W porównaniu do komercyjnych bieżni w klubach, jest mniej stabilna, ale tamte ważą ponad 200 kilo i bardzo ciężko jest je złożyć samemu w domu. Przy wysokich prędkościach, wadze i gabarytach Rafała bieżnia troszkę się rusza. Przy moich gabarytach i prędkościach z jakich ja korzystam bieżnia wydaje się bardzo stabilna.

WADY:

  • Nie stwierdzono 🙂 Pewnie jesteśmy tak szczęśliwi że możemy robić treningi biegowe będąc zamknięci w domu, więc wady wyjdą dopiero po zakończonej pandemii.

 

Ok no dobra, skoro temat jest mocno na topie to może napiszemy też jakie są w ogóle plusy biegania na bieżni mechanicznej. Bo skoro nie możemy teraz biegać na dworze to trzeba znaleźć plusy biegania w środku.

 

Zalety biegania na bieżni mechanicznej :

  • Bieganie w każdą pogodę! Nie ma wymówek „wieczorem, psy, gwałciciele, dzikie zwierzęta ” jak to mój Rafał napisał, czy inne dziwadła.
  • Dokładna kontrola tempa oraz kadencji (bieżnie pokazują km/h i musimy się nauczyć przeliczać jakim tempem biegamy. Zwift (darmowy dla biegaczy) pokazuje tempo, prędkość w km/h, tętno, dystans, kadencję, więc można biegać ze zwiftem włączony na tablecie lub komputerze obok, tak aby monitorować chociażby tempo biegu.
  • Łatwiej wykonać zakładki-szybciej przechodzimy z roweru na bieg. Możemy łatwo wykonywać treningi zakładkowe łączone: rower-bieg-rower lub bieg-rower itd
  • Nauka jedzenia i picia w czasie treningu (łatwiej jest pić i jeść w czasie treningów na bieżni, przyzwyczajać układ trawienia na długie dystanse (Rafał nie byłem przyzwyczajony do picia i jedzenia w czasie treningów biegowych, zresztą ja też, i teraz wykorzystujemy bieżnię do tego i czuje ze z treningu na trening lepiej mi się biega z pełnym żołądkiem)

MINUSY:

  • Ja nie mam czujnika biegania na buta i niestety zegarek bardzo przekłamuje mi dane tempa biegu. Mam jednak tabelkę z przeliczeniem prędkości na tempo i wszystkie treningi rozpisuję sobie w zakresach km/h wtedy wiem jakich wartości się trzymać.
  • Nie wychodzimy z domu, nie dotleniamy się. Jednak w obecnych czasach pandemii nie wiadomo czy to minus czy plus 😉

TRICKI I TRICZKI ŻEBY WAM SIĘ DOBRZE BIEGAŁO:

  • Trzeba pamiętać o otwieraniu okien, żeby zmniejszyć do minimum stężenie dwutlenku węgla w pokoju i pamiętać o wentylatorze. My mamy na pilota duży wentylator i możemy go włączać po rozgrzewce i wyłączać przy schłodzeniu na koniec treningu żeby się nie wychładzać.
  • Bez problemu, co ciekawe, można wykonać treningi typu podbiegi i przebieżki. Zanim wykonamy mocne, szybkie treningi koniecznie zrób kilka łatwych biegów żeby zobaczyć jak reaguje bieżnia oraz twój błędnik. Zakończ każdy trening wolnym biegiem i marszem. Po zejściu z bieżni z wysokiej prędkości błędnik czasami wariuje.
  • W czasie treningu mocniej się pocimy—> wygodnym sposobem jest buff na czoło albo w pogotowiu ręcznik.
  • Na bieżni biega się trochę łatwiej ( nie mi 😉 ) niż na zewnątrz, aby wyrównać te różnice ustawiamy nachylenie pasa bieżni na 1%. Większość bieżni mechanicznych ma bardzo dobra amortyzację-przez to mniej kontuzji.
  • Zwift w wersji biegowej —> Co potrzebne ? Komputer lub tablet z zainstalowana aplikacją zwift, RunPod czyli czujnik kadencji zakładany na buta (decathlon, garmin, adidac itp) czujnik tętna, i czujnik ANT+ do komputera. Wersja biegowa Zwift jest narazie bezpłatna, nie ma potrzeby podpinam karty kredytowej. W aplikacji oprócz naszego awatara który gdzieś sobie biegnie wśród innych biegaczy oraz kolarzy widzimy dokładnie wszystkie parametry (tempo, prędkość, tętno, kadencję, czas treningu, dystans) są w aplikacji gotowe plany treningowe z których możemy kozystac. Jest sporo tras do wyboru:watopia,richmond,londyn czy Nowy Jork która po synchronizacji aplikacji ze strava i garminem umożliwia przesłanie aktywności do tych platform.
  • Ponadto jak można sobie umilić fajnie czas biegając. Po pierwsze filmy na tablecie, netflix-ie podpiętym bezpośrednio pod głośniki z bieżni, lub podcasty.
  • Fajnie tez ustawić sobie bieżnie z widokiem na ….. coś co lubicie 🙂 my mamy ustawioną ją pod oknem skierowaną centralnie na nasz przydomowy lasek, czyli biegamy prawie jak na dworze ! 🙂
  • My ten model sami wnieśliśmy na piętro u ans w domu, nie wspomnę, że prawie zginęłam przy tym śmiercią tragiczna, a bieżnie rozwaliłaby schody, ale udało nam się. Waży ponad 100 kilo więc warto mieć dwie w miarę silne ( albo jedną bardzo silną i jedną przeciętną jak u nas ;p ) osoby żeby taką bieżnię złożyć. Polecam nie rozśmieszanie osób noszących bieżnie po schodach 🙂
  • Bieżnie oczywiście trzeba złożyć samemu w domu nam to zajęło niecałą godzinkę, instrukcja była czytelna, może nie IKEA, ale wszystko było jasne.

Tak ogólnie pisząc czy warto. Każda moja myśl mówi TAK !

Jestem zwolenniczką biegania na dworze, biegam w każdych temperaturach, uwielbiam mróz, gorzej znoszę ciepło. Nienawidzę trenowania w domu, ale są dni, momenty w życiu kiedy po prostu wyjście na dwór jest niemożliwe. Np trening z dzieckiem w domu, bieganie późnym wieczorem u nas na wsi, lub pandemia która zamyka nas w domach na kilka tygodni, a może nawet i miesięcy.

Bieżnia jest super sposobem na trenowanie zawsze i bez wymówek, nie wiem na ile będziemy ją używać kiedy życie wróci do normy, ale wiem że nie będzie już szukania wymówek żeby na trening biegowy nie wyjść.

W obecnej sytuacji jak nie musimy nie wychodzimy i praktycznie od 3 tygodni biegamy tylko na bieżni. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej którą kupiliśmy i nie przeszło mi ani razu przez myśl żeby zrezygnować z treningu biegowego w tym czasie, pod pretekstem że bieżnia jest „nudna”.

 

POLECAMY KAŻDEMU.

DZIECIAKI TEŻ JĄ UWIELBIAJĄ <3

Wielkie podziękowania dla mojego Rafała, bez którego wiedzy ten tekst by nie powstał ! Dziękuje ! <3
Pocztówki z Wakacji.

PODRÓŻE SPORT WYJAZDY

Pocztówki z Wakacji.

To nie jest post w którym będę dużo pisać i Wam opowiadać.

W zamian zabiorę WAS na Cypr. Bo skoro zorganizowaliśmy tam kilka turnusów obozów kolarskich i triathlonowych, to wypada Wam trochę pokazać jak to wyglądało od podszewki 🙂

I pomimo, że nasz ostatni obóz wspólnie z marką i-Sport w który byliśmy zaangażowani organizacyjnie musiał zostać przełożony, to dwa turnusy się kolarskie się odbyły i jeszcze długo będziemy je wspominać.

Na Cyprze mieliśmy zostać praktycznie do połowy kwietnia, niestety sytuacja na świecie zmusiła nas żeby wrócić do domu. Kilka dni nerwówki, podejmowania trudnych decyzji. Nie tylko tych związanych z powrotem, ale też z przełożeniem czy nie kolejnego obozu dały nam trochę do wiwatu.

Do końca nie byliśmy pewni czy ruchy które wykonujemy, są dobre. Teraz z perspektywy czasu wszystko nie mogło się potoczyć lepiej, to co wydawało się trudne i ciężkie okazało się bezpiecznymi rozwiązaniami dla nas i dla naszych zawodników.

Teraz siedząc na obowiązkowej kwarantannie (wróciliśmy do kraju po zamknięciu granic, więc zostaliśmy na nią skierowani automatycznie, nie z powodu choroby czy kontaktu z osobami chorymi) żyjemy wspomnieniami. A ja od kilku wieczorów siedzie na komputerze i przewijam zdjęcia, obrabiam i wysyłam do naszych zawodników w pierwszych turnusów.

JAK NAM MINĄŁ KRÓTKI, ALE INTENSYWNY CZAS NA CYPRZE ?

Mieliśmy być półtora miesiąca na wyspie wróciliśmy po ponad 2 tygodniach. 2 turnusy ponad 40 osób które wspólnie z nami i chłopakami z Na Osi-kolarska przestrzeń przemierzali wyspę wzdłuż i w szerz.  Jaka była nasza rola ? Byliśmy przewodnikami, pomagaliśmy w organizacji czasu całej ekipie na miejscu, rysowaliśmy traski, opiekowaliśmy się grupami rowerowymi i dbaliśmy żeby każdemu było dobrze na mojej rodzinnej wyspie.

Czy się udało?

Mam nie tylko nadzieję, ale też poczucie że faktycznie tak było. Komentarze zarówno trenerów i dietetyka z Na Osi, oraz ich wszystkich zawodników, dają nam do zrozumienia, że to były na prawdę fajne 2 tygodnie. I jeszcze nie raz spotkamy się wspólnie na wyspie !

<3 STAY TUNED <3

A teraz po-skrolujcie na dól, udostępnijcie na Facebooku i pokażcie światu jaki piękny jest Cypr i jak zacną ekipą jest drużyna Na Osi – kolarska przestrzeń.

 

 

 

SEE YOU NEXT TIME ! <3 <3 <3

Bio Mama.

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON WYJAZDY

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

Bardzo się cieszę, że w końcu mogę się z Wami tym podzielić.

Obóz triathlonowy dla Was na Cyprze to moje marzenie od wielu lat, ale zawsze było coś ważniejszego. Dzieci, ciąże, praca… Tym razem wymówki odkładamy na bok i kilka tygodni przygotowań pozwoliło, że w końcu mogę napisać.

NA NASZ PIERWSZY ZAGRANICZNY OBÓZ TRIATHLONOWY, Zabieramy was na cypr !

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres ola.korulczyk@i-sport.pl lub bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

Dlaczego Cypr ? 

W wieku 12 lat wyprowadziłam się wraz z rodzicami na Cypr. Mieszkałam tam, chodziłam do szkoły, potem pracowałam w przerwach pomiędzy semestrami na studiach, a teraz od ponad 5 lat wraz z mężem jeździmy tam 2 razy do roku w celach treningowych. Znamy tą wyspę wzdłuż i wszerz, a co za tym idzie możemy pokazać ją Wam od iście lokalnej strony !

Nasz pierwszy zagraniczny obóz triathlonowy odbędzie w mieście Limassol, które leży u podnóża gór Troodos (najwyższy szczyt Olimp 1952 m. n.p.m.). Dzięki temu jest idealnym miejscem wypadowym na rower. Zaledwie 5 kilometrów od naszego hotelu zaczynają się malownicze, nieuczęszczane wielokilometrowe podjazdy. Teren wokół Limassol jest zróżnicowany, dzięki czemu trasy rowerowe łatwo jest dostosować do potrzeb naszych zawodników. Tuż obok naszego hotelu mamy do dyspozycji odkryty, podgrzewany basen 50 metrowy i łatwy dostęp do akwenu na treningi open water. Ponadto hotel mieście się w publicznym parku z dostępem do alejek i promenady do biegania.

Obóz jest dla KAŻDEGO, niezależnie od Waszego zaawansowania treningowego. Jedziemy w małej kameralnej grupie liczącej maksymalnie 20 osób. Zadania treningowe będą dostosowywane do zawodników, tak samo jak grupy rowerowe i biegowe.

Poza głównym trenerem – Adamem Ogłoblinem, który będzie odpowiadał za część sportową wyjazdu, uczestnicy będą pod opieką moją i mojego męża. Odkąd zamieszkałam w Polsce na stałe, dwa razy do roku wraz z Rafałem wyjeżdżajmy w celach treningowych właśnie na Cypr. Wyspę w siodle rowerowym przejechaliśmy w szerz i wzdłuż i to właśnie pod naszym okiem będą planowane trasy rowerowe. Dzięki naszemu doświadczeniu i znajomości sieci dróg, będziecie mogli dotrzeć w takie zakamarki Cypru w jakie inni Was nie zabiorą. Trasy będą mało uczęszczane przez samochody, a widoki zapierające dech w piersiach. Napijecie się Cypryjskiej kawy w klimatycznych wioskach i poznacie Cypr od lokalnej strony, będziecie mieli też okazję poznać wyjątkowe smaki nie zawsze dostępne dla masowego turysty. W sytuacjach awaryjnych nasza pomoc również może okazać się niezastąpiona.

Dla kogo jest ten wyjazd?

Dla każdego!

Na obóz zapraszamy wszystkich chętnych triathlonistów, nie tylko zawodników i-Sport, niezależnie od Waszego poziomu zaawansowania. Przewidujemy kameralna grupę do 20 osób, dzięki czemu łatwiej będzie spersonalizować zadania treningowe.

Cel zgrupowania?

Ze względu na rewelacyjne warunki kolarskie, będziemy kładli nacisk na treningi rowerowe. Będzie dużo jazdy po górach, ale nie zabraknie też luźnych treningów typu „coffee ride”. Nauczymy się zasad poruszania w peletonie, techniki zjazdu i efektywnego pokonywania podjazdów. Będą mocne akcenty w treningach biegowych i biegowe zwiedzanie miasta. Przewidujemy co najmniej 2 treningi pływackie na basenie 50 m i 2 treningi open water. Celem są duże objętości treningowe, odpoczynek od szarej rzeczywistości i sprzyjająca atmosfera która pomoże Wam wspiąć się na kolejny poziom trenowania.

Każdy z uczestników będzie miał również okazję wziąć udział w 2 wykładach, jeden o tematyce triathlonowej, jeden o tematyce dietetycznej. Podczas zajęć uzupełniających przedstawimy Wam podstawy rollowania i stretchingu, tak abyście dbali również o Waszą regenerację.

Ponadto wiemy jak fajnie jest przywieźć do domu nie tylko wspomnienia, ale też fajne zdjęcia. Dlatego przewidujemy jeden "dzień z fotografem" który, uchwyci Wasze zmęczone ale szczęśliwe twarze, a Wy zabierzecie wysokiej rozdzielczości zdjęcia ze sobą do kraju.

Gdzie będziemy mieszkali?

W Park Beach Hotel***. Hotel usytuowany jest w parku, zaledwie kilka metrów od brzegu morza i piaszczystej plaży. Z hotelu jest łatwy dostęp do sklepów i restauracji. Oddalony jest około 4 kilometry od starego miasta i „Limassol Promenade”. Do naszej dyspozycji jest siłownia, sauna i basen hotelowy z ogrodem, oraz restauracja i bar. Ponadto hotel dysponuje bezpiecznym miejscem do przechowywania rowerów.

Koszty obejmują:

  • Zakwaterowanie w Hotelu Park Beach ***
  • Wyżywienie w formie HB, śniadania oraz obiadokolacja w formie bufetu (pokoje 2-osobowe)
  • Opiekę trenerską i przewodnika
  • Plan treningowy
  • 2 wejścia treningowe na otwarty basen 50 metrowy
  • Transfer grupowy lotnisko – hotel – lotnisko (wraz z rowerem)
  • Wyjątkowy upominek od organizatora
  • Pakiet zdjęć z treningów
  • Wykład dietetyczny, wykład o tematyce triathlonowej
  • Wstęp na siłownię, basen i saunę na terenie hotelu
  • Obowiązkowe ubezpieczenie sportowe (szczegóły: https://cutt.ly/QeV0idK)

Koszty nie obejmują:

  • Biletu lotniczego (cena około 730 zł z bagażem rejestrowanym/lub rowerem)
  • Transferu w innym terminie niż podany (cena do uzgodnienia)

Inne:

  • Możliwość wypożyczenia roweru na miejscu (od 20 EUR/dzień), wymagana wcześniejszą rezerwacja
  • Dopłata do pokoju 1 – osobowego (ok 20 EUR/dzień)
  • Możliwość przyjazdu z osobami towarzyszącymi oraz dziećmi (cena ustalana indywidualnie)

Transfer grupowy oraz noclegi organizujemy pod kątem lotów liniami LOT z Warszawy. 

LOT oferuje nam doskonałe połączenie, abyśmy mogli mieć 9 dni treningowych przy tylko 5 dniach Waszego cennego urlopu. Ponadto w liniach lotniczych LOT istnieje opcja zamiany bagażu rejestrowanego na rower bez dodatkowej opłaty, jeżeli ten nie przekracza 23 kg.

Terminy

10 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 23.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 o 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot pon 23.03.2020 o 03.50 – przylot 23.03.2020 o 06.25

7 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 20.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot piątek 20.03.2020 03.50 – przylot 20.03.2020 o 06.25

Cena:

REZERWACJA DO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2599 PLN
10 dni (9 dni treningowych) – 3049 PLN

REZERWACJA PO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2799 PLN
10 dni (9 dni treningowych) –  3349 PLN

CZEKAMY Z NIECIERPLIWOŚCIĄ NA WAS!

Taki obóz to nie tylko ciężka praca, ale masa zabawy, odpoczynku od szarej zimowej rzeczywistości, nowych znajomości i niezastąpionego kontaktu 1 na 1 z trenerem ! 
To też wiadro motywacji, które wznosi każdego nawet najmniej zmotywowanego na kolejny poziom trenowania ! 

BO W GRUPIE ŁATWIEJ !!!

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres

ola.korulczyk@i-sport.pl lub

bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

<3 <3 <3 Dołączcie do nas w marcu <3 <3 <3