Kategoria: TRIATHLON

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

SPORT TRIATHLON

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

Ta strona ostatnimi czasy nabrała trochę innej odsłony. Więcej jest tu dla Was informacji niż informacji o mnie, bo ileż można czytać o kimś, co nie ? W związku z tym zastanawiałam się czy takie relacje z zawodów Was interesują? Czy interesują Was moje zmagania, czy wolicie słuchać o imprezie, jej organizacji, trasach i o miejscu na przykład gdzie się zatrzymaliśmy na noc jadąc na taki triathlon ? Jeśli podzielicie się ze mną tym co Was interesuje w komentarzu będzie mi się o wiele łatwiej pisało kolejne relacje, o ile w ogóle chcecie

Tymczasem napiszę Wam troszkę o wszystkim 🙂

Triathlon Sokoła 2020

Triathlon SOKOŁA – ściganie po padnemii – ORGANIZACJA

Zawsze zadziwiają mnie te małe imprezy. Nie dość, że zazwyczaj są na prawdę dobrze zorganizowane, mają bogatsze pakiety startowe, wartościowe nagrody, w których skład często wchodzą też małe upominki od lokalnych firm, to jeszcze każdy z obsługi i organizatorów jest miły, uśmiechniety i pomocny. Takie odczucia zawsze mielismy po triathlonie w Okunince „Żelazny Triathlon”, takie odczucia mamy zawsze po Kraśniku „Triathlon Kraśnik”, takie mamy też właśnie po tym.

Nie wiedzieliśmy o jego istnieniu, nie znaliśmy tam nikogo, tras i tego kto to organizuje. Ale szybko poznaliśmy bo PROSWIM Team pięknie oznaczony klubowymi koszulkami od razu dał się poznać. Każdy wiedział do kogo zgłosić się z pytaniem, wszyscy przemili i uprzejmi, z chęcią tez pożartowali z nami. Małe imprezy mają też tą cudowną aurę bez zadęcia, której ja osobiście w triathlonie bardzo nie lubię. Tam tak nie było, było rodzinie, wesoło i na prawdę organizacyjnie dopięte na ostatni guzik.

Bardzo podobał mi się fakt, jak organizatorzy zareagowali na mały mankament strefy zmian. W sobotę widać było że zawodnicy wbiegając do strefy zmian muszą przenieść rower przez krawężnik, co nie dla każdego w tym amoku było łatwe i widoczne, niektórym rower nawet upadł bo nie zauważyli krawężnika. W niedzielę, na krawężniku leżała już mata i jakieś podkładki tak że rower spokojnie po nim przejeżdżał. 

Jak to się stało że Triathlon Sokoła trwał 2 dni ?? Ano po prostu dlatego, że na sobotnia imprezę pakiety rozeszły się jak świeże bułeczki, organizatorzy szybciutko podjęli decyzję, że skoro jest takie zainteresowanie robimy też imprezę 2-giego dnia, czyli w niedzielę ! 🙂

Nam udało się zapisać na niedzielę. Pierwotnie Rafał miał startować w sobotę, ale nie było juz pakietów i tu od samego początku super kontakt z organizatorami którzy starali się pomóc zorganizować nam jakiś pakiet startowy od zawodników którzy jednak nie dotrą na zawody. Znaleźliśmy jednak opiekę do dzieciaków na niedzielę, bo ciocia zgodziła się na wspólny wypad z nami, więc na szczęście nie musieliśmy korzystać z serdeczności tylko oboje wystartowaliśmy w niedzielę.

PAKIETY ekstra. Bogate. Były w nich standardowo koszulki, izo i baton, fajny czepek, ale dostaliśmy też ręczniki szybkoschnące z logiem triathlonu i miód z lokalnej pasieki. Jak dla mnie bomba, w szczególności że start kosztował tylko 160 zł !

Nagrody były rzeczowe, tematyczne bo za pierwsze 3 miejsca open były BONY do decathlonu, mi się udało wygrać BON o wartości 250 zł. Poza tym ja za 2 miejsce dostałam jeszcze SMARTBAND-a, ekstra upominek od lokalnej firmy LAVARE, produkującej różne kobiece niesamowitości z lawendy. Nagrody lepsze, większe i fajniejsze niż na niektórych dużych cyklach imprez. Nie wspomnę już o pucharze i fajnych medalach 🙂

Organizacyjnie wszystko dopięte. Pływanie mega, start falowy, puszczali co 5 sek pojedynczo (myślę, że to kwestia ograniczeń), bojki duże dobrze widoczne trasa domierzona. Woda brudna ale kto patrzy na kolor wody podczas startu ;p ? Strefa zmian najszybsza w jakiej kiedykolwiek byłam, co nie oznacza że my bylismy szybcy <ha ha>. Ledwo co wybiegając z wody było się juz przy rowerze więc ani czasu na zdjęcie czepka nie było, ani na rozpięcie pianki. Wszyscy nieźle zamotani że tak szybko trzeba się rozbierać, widać to było kiedy kibicowaliśmy w sobotę. Fajna strefa kibica z leżaczkami, lodami dla dzieciaków, jedzonkiem i piwkiem dla spragnionych. Na rowerze trasa mega dobrze oznaczona, co prawda jechałam nią dzień wcześniej ale tam każde skrzyżowanie zakręt zmiana przebiegu trasy obstawiona nie jednym człowiekiem a kilkoma. NAwrotka trudna technicznie, ale dobrze oznaczona. Już na 200m metrów przed duże znaki na palikach były przy drodze. Pan z flagą w szachownicę przed belką do strefy zmian, czyli z daleka było widać że czas wypiąć buty. Bieganie trudne technicznie, aczkolwiek spodziewałam się jeszcze trudniejszego, ale bardzo dobrze oznaczone. Bieg po leśnych drogach w 2 miejscach na 5 km woda, na każdym zakręcie kilka osób z obsługi. Nie dało się zgubić. Meta na dobitkę bo ostatnie 15 metrów po piachu, ale przy tych emocjach już nie przeszkadzało 🙂 Strefa finiszera z wodą owocami i ciepłym jedzonkiem, jak to na tych lokalnych mniejszych imprezach zazwyczaj bywa.

Ja daje 5+ i na pewno wracamy tam za rok !

Triathlon Sokoła 2020 – objazd trasy

Triathlon Sokoła – ściganie po pandemii, czyli moje zmagania .

Nie mam za wiele tu do powiedzenia. Odnosze wrażenie, że każdy z nas tak czeka na te starty po pandemii. Widać że większość ludzi solidnie przepracowała okres LOCK DOWN-u w Polsce i cały świat triathlonowy poszedł mocno do przodu. Widać to u facetów, u mojego Rafała w kategorii, gdzie czasy i tempa niegdyś na podium open dzisiaj dają miejsce w pierwszej 10-tce w kategorii, widać to też u kobiet. No poza mną, nie za wiele pokazałam z mojego przepracowania. Niemniej jednak jesteśmy spragnieni startów. A co za tym idzie u mnie to stres. Od kąd stałam sie osobą obserwowaną ( nawet w tak małym stopniu w jakim ja jestem) to nakładam na siebie nie potrzebną presję. POnadto nałożyłam ją teraz na siebie podwójnie, chcąc dać z siebie serio wszystko. Bo przecież cyferki na treningach ruszyły, bieganie jest szybsze rower kreci w końcu większe WATT-y. A tu proszę przyszedł Pan stres i zjadł wszystko to co wypracowałam i dodał jeszcze niedosyt i trochę wściekłości na siebie. Poza tym, że były to pierwsze zawody po rocznej przerwie, to jeszcze były to zawody na których stawiałam się po raz pierwszy w nowych barwach od stóp do głów. Nowy trener, nowy rower, nowa pianka, nowe buty, nowe izotoniki i żele, nowe wszystko poza strojem który jeszcze NOWY do mnie nie dotarł. Myślę, że to dorzuciło mi potrójną presję i stres którego nie umiałam już ogarnąć.

Triathlon Sokoła – przed startem

Woda o dziwo!, jej się bałam najbardziej, bo skoro czułam stres to zazwyczaj pokutuje za niego w wodzie. Tym razem było inaczej. Może to też efekt PIANKI która po prostu jest tak boska i tak cudownie się w niej pływa i która podbudowała mnie mega setkami w tempie na 1:23, bez pływania mocno w basenie, że po prostu poleciałam na haju. Pływanie najszybsze w życiu. Popłynęłam 11 minut z małym hakiem, co jak na domierzoną trasę jest ekstra !

ROWER, ah ten rower. Z moim nowym LIV-kiem mamy trudną miłość, bo wymagam od niego bardzo dużo, zresztą tak jak od mojej nogi która nagle nie zmieniła swojej objętości mięśniowej ( o ile można tak coś nazwać :p) Rower pojechałam w 33 minuty, czyli średnia około 36 km/h, ale …. no co chciałam lepiej i tutaj zaczyna się praca z głową. Myślę, że tak szczerze pisząc stres i ogromne oczekiwania zburzyły mi cały FUN. Zamiast się cieszyc, że mam taką piekną maszynę i pedąłować ile sił to cały czas było, no kurna nie dajesz rady takich WATTów jechać? Ostatnio na trenigu kręciłaś większe… i tak przez 20 km. No dobra może przez 10, bo druga połowę trasy jechało mi się fajnie, tętno stresowe było zbite, oddech normalny i spokojny i pedałowałam w końcu tak jak chciałam. No ale szybko się skończyło. Wpadłam z gracja baletnicy do strefy szybciutko, ząłożyłam butki i wyleciałam na trasę biegową.

Trasa rowerowa szybka, ale wymagająca, cały czas góra dól. Kilka mocnych zakrętów. Nie łatwa, nie prosta, ale za to ciekawa. Nawrotka trudna technicznie, bo bardzo wąsko, zaraz po zjeździe, ale wystarczyło dobrze się zrzucić na biegach, wyhamować i mieć taki rower jak mój żeby poszło gładko. Na LIV-ie, pomimo mocniejszej pozycji dużo łatwiej mi robie nawrotki 180. Zaraz po nawrotce podjazd dość długi jak na taką szybką trasę, trzymał aż się sama zdziwiłam. Powrót dla mnie przyjemniejszy, szybszy, ale to bardzo subiektywna opinia. Trasa dobrze oznaczona.  

Tutaj największą zagwostką były buty, TRAILOWE, czy STARTOWE ? Skończyło się na startowych, bo trener tak doradził. Jak się okazało słusznie, gdyż większość trasy i tak było po utwardzonych leśnych ścieżkach i Vaporfly-ie leciały na nich bez problemu. Przynajmniej w tym tempie co biegłam, a nie było ono zawrotne. Tak na prawdę tylko jeden kilometr byl na prawdę trudny, góra dół, pełno piachu i wąska ścieżka, ale minął mi tak szybko, że nawet go nie pamiętam. Z biegiem niestety od samego prawie początku było nie tak jak powinno. Kolka odezwała się juz na pierwszej prostej, ale miałam nadzieję, że to tylko taki mały psikus który zaraz przejdzie. Niestety nie przechodził, a na 3 kilometrze brzuch zamienił się w taki kamień, że nie było jak biec i przeszłam na chwilę do marszu. Szybko jednak zawalczyłam z głową i wróciłam do truchtu. I tak od tego momentu z tętnem jak na wybieganiu, luźnym oddechem, luźnymi nogami i brzuchem jak kamień truchtałam sobie do mety. Z jednej strony wściekła z drugiej sama nie wiem co. Cieszyłam się jednak, że jestem chociaż pierwsza.

Pierwsze 2 km to utwardzona leśna ścieżka. Szeroka, szutr, trochę kamieni. Na samym początku bufet z wodą.  Na 3 kilometrze ostra nawijka i wbiegamy pod górkę w głęboki las wąska leśną ścieżką. Potem droga przez kilometr wiedzie góra dół, po piachu i wąskich singlach, aż na około 4 kilometrze wylatujemy znowu na dużą leśną utwardzoną drogę. Po której biegniemy z powrotem do zbiornika Turza, gdzie pływaliśmy i prosto na metę. Przed samym balonem mety, mamy na dobitkę trochę piachu, ale jeśli nie musicie się ścigać ze swoim rywalem to w ogóle nie przeszkadza. 

KOLKA to chyba najbardziej nie zbadane zagadnienie sportowe. Nie wiadomo tak na prawdę skąd się bierze i jaka jest jej przyczyna. Jest masa domniemań i pomysłów na jej pochodzenie. Ja stawiam na stres, który sprawił, że mój brzuch przepona i inne mięśnie nie były w takiej relaksacji w jakiej powinny od samego rana. Już na rozgrzewce czułam jak sztywnieje mi brzuch i zamiast gamoń rozgrzać się lepiej, to wolałam przestać.

Jak się czuję po Triathlonie Sokoła, moim pierwszym ściganiu po pandemii?

Mam ogromny niedosyt i takie poczucie, że przecież tak fajnie mi szło na treningach, tak fajnie przepracowałam ten ostatni czas, nigdy tak solidnie nie trenowałam i MASZ BABO PLACEK ! 🙂 Za bardzo się spięłam, za dużo od siebie wymagałam i za dużo oczekiwałam i zamiast polecieć na nieświadomce i w radości jak to zazwyczaj robię to leciałam jak przejechana przez walec :p Wisienką na trocie było, gdy wchodząc na podium dowiedziałam się, że jestem ….. DRUGA. A na wynikach jeszcze kilkanaście minut po przybiegnięciu drugiej dziewczyny na metę cały czas widniałam online jako pierwsza 🙁

Także podium dorzuciło trochę ognia do pieca i SPALIŁ SIĘ TEN PLACEK.

Teraz już z uśmiechem na twarzy to wszystko piszę, zresztą cały czas był uśmiech bo jak się nie uśmiechać jak dzieciaki stoją na mecie, cieszą się jak mama wchodzi na podium i jedzą ze mną arbuzy w strefie finiszera. Ale gdzieś tam głęboko w środku był wielki niedosyt i takie dziwne uczucie które długo nie chciało się ze mną rozstać.

Czas trochę przekierować głowę, nie nakładać na siebie presji na wynik, na cele, na podium. Czas czerpać radość, a jak wyniki przyjdą same to będzie ekstra.

Tylko ……. dlaczego mam się tyle męczyć na treningach żeby czerpać tylko radość ???????? 🙂

Do Sokołowa Małopolskiego na pewno wrócimy, bo impreza była mega fajnie zorganizowana, niedaleko domu, fajna trasa rowerowa i biegowa wbrew pozorom

Triathlon Sokoła od podszewki – ściganie po pandemii.

NA triathlon pojechalismy juz w Sobotę. Co prawda mamy tylko 200 km niecałe do Sokołowa, ale jadąc z dzieciakami i kiedy oboje startujemy łatwiej i lżej psychicznie jest kiedy pojedzie się na taką imprezę dzień wcześniej. Jedyna agroturystyka jaką znalazłam obok. Spaliśmy u „Wakacje u Babci Krysi” przemiła Pani, ciekawy design, jak to mój Rafał mówił wczesne roco-coco, ale mega szyściutko, pachnąco i miło. Ugotowaliśmy sobie sami jedzonko, bo restauracji jako tako nie wyszukałam żadnych ciekawych. Wypad jak zwykle udany. Nie wiele do zoabczenia w okolicahc, bo do samego Sokołowa w sumie nie wjeżdżaliśmy a dookoła tylko okoliczne wioski i domy przy dordze, ale nic nam nie brakowało. Dzieciaki miały huśtawkę, hamak i konia do dyspozycji. Wszędzie pachniało słomą i sianem, takie typowe wiejskie wakacje.

Jeśli ktoś lubi takie klimaty to polecamy. Jedyne co to łóżka były raczej na mniejsze osoby mój Rafał 191 cm wzrostu niestety się na swoim nie mieścił 🙂 Ale dużo śmiechu przez to było!

Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca, było o wszystkim o czym chcieliście przeczytać. Na Triathlon Sokoła na pewno wrócimy za rok !

Do przeczytania !

Ola – Biegająca Bio Mama

TESTY męskiego modelu Brooks Launch 7- startówki czy treningówki ?

BIEGANIE POLECANE TESTY TRIATHLON

TESTY męskiego modelu Brooks Launch 7- startówki czy treningówki ?

Tym razem to Rafał testował buty. Od zawsze chciałam żeby od czasu do czasu pojawiały się tu też tematy męskie, lub bardziej uniwersalne i tym razem się udało.

Na tapetę wjechały biegowe buty marki Brooks, model Launch 7. Model który szczyci się tym, że jest lekki i dynamiczny, a przy tym posiada dobrą amortyzację. Co w przypadku faceta o wzroście 191 cm i wadze 80 kilo, do długich treningów jest niezbędne.

Brooks Launch 7 treningówka czy startówka?

Przygotowując się w tym sezonie do długiego dystansu w triathlonie poszukiwałem butów które będą umożliwiały mi zrealizowanie długich wybiegań z mocniejszymi akcentami. Przede wszystkim w komforcie dla moich stóp. Marka Brooks poleciła mi właśnie ten model do tego typu treningów.  Z opisów i recenzji w internecie można przeczytać, że to but dynamiczny, lekki a więc szybki, ale z dobrą amortyzacją potrzebną na długich wybieganiach. I wszystko okazało się prawdą…ale

nie od pierwszego biegania.

OPIS BUTA:
Cholewka Brooks Launch 7 w porównaniu do poprzednich modeli wykonana jest z jednowarstwowej siateczki, która daje doskonałą cyrkulację powietrza.

Poza tym model ten posiada stabilny zapiętek wewnętrzny wykończony miękkim kołnierzem z pianki, który ma za zadanie podnieść komfort noszenia. 

Powierzchnia Brooks Launch 7 składa się z najlżejszych materiałów. 
Podeszwa środkowa wykonana z BioMoGo DNA, daje sprężystą długotrwałą amortyzację, zwiększona w śródstopiu została zaprojektowana tak, aby zapewnić techniczne wsparcie, bez obciążania wagi buta. 

Podeszwa zewnętrzna posiada specjalne strefy zgięcia, umożliwiające płynne przetaczanie, stworzona na twarde nawierzchnie. 

Brooks Launch 7 jest lekki, waży tylko 255 gram. 

Przeznaczony jest dla osób ze stopą neutralną. Posiada 10 mm drop.

Marka Brooks udostępniłam mi ten model w czasie kwarantanny, dlatego nie mogłem przetestować go od razu na dworze. Pierwsze bieganie w Launch-ach zrobiłem, właśnie ze względu na kwarantannę, na bieżni mechanicznej w domu. Matka natura obdarzyła mnie dużą stopą, nie zawsze zatem udaje mi się dobrać buty bez mierzenia, pomimo że zawsze kupuje je z wkładką o tej samej długości. Z tym modelem było podobnie, po założeniu pierwsze moje odczucie to „Przydałby się większy rozmiar.” Po przeanalizowaniu jednak długości wkładki do stopy i miejscu jakie wbrew pozorom miałem na przedzie buta, zdecydowałem się zatrzymać ten model. Jak się okazało był to dobry wybór.

miłość nie od pierwszego wejrzenia.

Z kilometra na kilometr było coraz lepiej, a stopa po prostu potrzebowała czasu na ułożenie się w bucie. Po pierwszym treningu [prawie 20 kilometrów z zadaniami] odczuwałem lekkie odparzenia na stopach [używałem tych samych co zawsze, sprawdzonych skarpet], jednak przy kolejnych treningach już tego nie było. Tak jakby but, a z nim materiał i wkładka się ułożyły i dyskomfort znikł. Myślę, że pierwsze odczucia mogły być związane z tym, że but był nowy lub kwestia tego że wykonałem w nich pierwszy mocny treningu i w dodatku na bieżni mechanicznej.

BIEGANIE NA DWORZE W MODELU BRooks Launch 7.

Co innego wydarzyło się kiedy po raz pierwszy wyszedłem na dwór. Pierwsze treningi na zewnątrz utwierdziły mnie w przekonaniu, że to będą super buty do dłuższych wybiegań. Dzięki bezszwowej konstrukcji nie doświadczyłem żadnego dyskomfortu, oprócz wspomnianego pierwszego treningu, żadnego otarcia, szczególnie w przedniej części buta.  Jest to ważne, ponieważ sporo treningów wykonuję w pofałdowanym terenie, a w czasie zbiegów w innych butach, odczuwałem dyskomfort stopy po dłuższych jednostkach.

Zapiętek jest wysoki i dość sztywny, na pierwszy rzut oka wydaje się nawet za sztywny, z dużą ilością gąbki. Na początku, zanim but się nie ułożył, wydawało mi się, że może przez niego zrobić się jakieś otarcie, ale po dłuższym użytkowaniu stwierdzam, ze to duży plus. Dobrze trzyma stopę, nawet w trudnym, nierównym terenie w którym często biegam.

Czy BROOKS LAUNCH 7 to STARTÓWKA CZY TRENINGÓWKA ?

Jestem przyzwyczajony do biegania na zawodach w twardych sztywnych modelach. Biegam ze śródstopia zatem amortyzacja podczas zawodów nie jest najważniejszym aspektem, w porównaniu do dynamiki. Brooks Launch 7 to idealny model na długie treningi z zadaniami. Jest lekki, ma dobrą amortyzację i jest dynamiczny. Nie jest to natomiast model który pasował by mi na starty. Zdecydowanie super się biega w nim treningowo. Zreszta jest to nowy model moich starych treningowych butów. Zatem do Brooks-ów jako marki nie od teraz jestem przekonany. Brooks Launch 7 to but z przyzwoitą amortyzacją, nie jest jednak ciężkim, topornym butem z wysoką amortyzacją, który sprawdzi się tylko i wyłącznie na długich luźnych wybieganiach.  Można by powiedzieć, że to taki but dla biegaczy którzy lubią czuć dynamikę, ale w tyle głowy chcieliby też zadbać o trochę większy komfort stóp podczas długich treningów. Ponieważ moje obecne treningi, są dosyć duże objętościowo ten model bardzo dobrze się sprawdza do tego typu treningów. Biegam również w terenie zalesionym, czy po szutrze i wbrew pozorom kiedy jest sucho buty całkiem dobrze radzą sobie nawet i tam. W szczególności przypasował mi sztywny zapiętek, który dobrze trzyma stopę podczas zbiegów.

WIZUALNIE.

Ja co prawda nie kupuję butów, tym bardziej biegowych oczami. Raczej jestem pragmatyczny i szukam takich modeli, które spełniają moje oczekiwania w kwestiach technicznych, a ich wizualny aspekt nie jest dla mnie kluczowy. Brooks jako marka ceni sobie prostotę i taki właśnie jest ten model – bardzo uniwersalny. Mój model to model grafitowy/czarny, czyli można by powiedzieć taki klasyk. Klasyk ten jednak jest przełamany fajnym jaskrawym logiem, dzięki czemu buty są też lepiej widoczne. Ciemne modele zdecydowanie przemawiają do mnie, kiedy chodzi o bieganie w terenie. Poza tym Brooks nie jest marką, która posiada w swojej ofercie wymyślone kosmiczne modele. Raczej jest to marka gdzie króluje prostota i klasyka i taki właśnie jest ten model. Dla tych co preferują kolorowe buty Model Launch 7 jest dostępny także w kolorze czerwonym z niebieskim logiem.

Podsumowując…

Plusy:

  • Bezszwowa konstrukcja sprawia, że jest na prawdę wygodny
  • Nieprzesadzona amortyzacja
  • Fajna dynamika
  • Poprawnie radzi sobie w terenie

MINUSY:

  • Nieagresywny bieżnik sprawia, że słabo sobie radzi w terenie gdy jest mokro

Czy polecam ? 

Jeśli ktoś tak jak ja potrzebuje buta, który jest takim idealnym kompromisem pomiędzy amortyzacją, a dynamiką, to to jest właśnie ten model. Zdecydowanie zakwalifikowałbym go do butów treningowych, wiem jednak że sporo jest biegaczy którzy potrzebują większego komfortu nawet na zawodach i używaliby go również tam. Jest to też przede wszystkim model w przystępnej cenie, jak na swoje technologiczne zaawansowanie. Klasyczny,  Jest to uniwersalny model, który poniekąd dostosuje się do Waszych potrzeb i umiejętności.

Rafał i Ola.

Jeśli macie jakieś pytania, piszcie w komentarzach i postaramy się na nie odpowiedzieć jak najszybciej.

Regeneracja z NORMATEC Polska, jak to działa ?

BIEGANIE POLECANE SPORT TESTY TRIATHLON

Regeneracja z NORMATEC Polska, jak to działa ?

Nie raz pewnie widzieliście stoisko na ulicznych biegach gdzie biegacze siedzieli na wygodnych fotelach z nogami wsadzonymi w kosmicznie wielkie czarne skarpety. Część z Was zastanawiała się pewnie co to jest, część spróbowała, a część obeszła to dużym łukiem, wnioskując pod nosem że pewnie to kolejny wymysł producentów na sportowe gadżety.

Kiedy marka NORMATEC odezwała się do mnie czy nie chciałabym tego przetestować, byłam zarazem zaskoczona i podekscytowana, bo w sumie nigdy nie miałam tego na nogach.

Chcę aby ten artykuł był dla Was wartościowy, nie tylko pod kątem jak z tego korzystać, ale też do czego to w ogóle służy i w jaki sposób merytorycznie pisząc może to nas wspomóc. Nie bez przyczyny korzystają z tego typu urządzeń ekipy kolarskie na tourach. No ale moja wiedza w tym temacie była jednak znikoma, ograniczała się tylko do tego że wiedziałam, że takie coś istnieje. Dlatego poprosiłam o pomoc specjalistkę Ewelinę Wołos, przede wszystkim fizjoterapeutkę, ale też trenerkę specjalizującą się w treningu motorycznym i aktywną wybitna polską triathlonistkę, aby wsparła mnie swoją wiedzą odnośnie kosmicznych skarpet.

NORMATEC, bo dane nam było testować produkty tej marki, to nic innego jak mechaniczny drenaż limfatyczny, który wykonywany jest za pomocą aparatu do kompresji pneumatycznej. Inaczej mówiąc jest to urządzenie które zawiera specjalne mankiety podzielone na komory, w których umieszcza się kończyny. Urządzenie, wtłaczając powietrze w kolejne sektory, wytwarza podciśnienie stymulujące układ limfatyczny do pracy. Ponadto NORMATEC jest urządzeniem akumulatorowym i przenośnym, naładowany możecie stosować wszędzie. Jest też specjalna aplikacja do niego dzięki której możecie sterować urządzeniem, ustalając czas i intensywność pracy. Zadaniem takiego aparatu jest regeneracja układu limfatycznego, usuwanie zbędnych metabolitów i pomoc w usuwaniu ewentualnych obrzęków (jeżeli ktoś ma do tego na przykład predyspozycje). I to właśnie o jego zastosowaniu, celach i ewentualnych problemach będę z Eweliną rozmawiać.

Wrzucam Wam naszą rozmowę w postaci wywiadu, bo taki też wywiad przeprowadziłam. <3

1. JA: Przede wszystkim trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie co to jest ten układ limfatyczny? Jak działa?

Odp Eweliny: Układ limfatyczny to sieć naczyń chłonnych, które z tkanek śródmiąższowych zbierają białka i płyn tkankowy, następnie za pomocą limfy dalej transportują go do węzłów chłonnych (np. w pachwinie), produkowane tam limfocyty oczyszczają go z substancji toksycznych. Dalej transport limfy biegnie naczyniami limfatycznymi (pniami) w kierunku przewodu piersiowego, gdzie łącząc się z układem krążenia następuje wymiana substancji odżywczych i zbędnych produktów metabolizmu z żył.

 

2. JA: Jak wiadomo maszyna nigdy nie zastąpi człowieka, ale może są jakieś specyficzne elementy które odróżniają mechaniczny drenaż od dotyku człowieka?

Odp Eweliny: Przede wszystkim warto podkreślić, że manualny drenaż limfatyczny musi być wykonywany przez wyspecjalizowanych terapeutów bądź masażystów. 

Celem drenażu jest przyspieszenie przepuszczalności większej ilości zgromadzonego płynu. Stymulacja pulsacji ścian naczyń limfatycznych przyspiesza drenaż do dobrze funkcjonujących naczyń limfatycznych. Masaż uaktywnia proliferację limfatyczną tkanek, czyli reakcję immunologiczną.

Musimy zauważyć, że obrzęk zbierający się np. na kostce, nie będzie leczony masażem tylko i wyłącznie na regionie kostki. A terapeuci wręcz przeciwnie zaczną terapie odlegle, udrażniając np. naczynia limfatyczne w obrębie pachwiny. To tak jak z korkiem z powodu wypadku, aby się samochody ruszyły, nie działamy od tyłu napierając na korek a usuwamy zalegające auto ☺ 

Terapia przez człowieka będzie nakierowana na problem, terapeuta za pomocą dotyku i czucia jest w stanie ocenić stan tkanki, jej sztywność, napięcie, temperaturę. Jakość, wielkość węzłów chłonnych, ich przesuwalność itd.

Musimy pamiętać, że naczynia limfatyczne leżą w tkance powierzchownej. W powięzi, która organizuje nam strukturę tkanki podskórnej.  Membrana, którą ma każdy człowiek jest włóknisto-elastyczną siatką jest zbudowana z ok. 2/3 wody, a w niej zawieszone są właśnie naczynia limfatyczne czy nerwy. 

Zaburzenia w obrębie powięzi tj. zaburzenia nawodnienia, urazy, stres, nadmierny wysiłek przewlekłe zmęczenie będzie wpływało na funkcjonowanie naczyń limfatycznych.  Mechaniczny nacisk na powieź działa na zasadzie docisku cieczy, dociera do obciążonych obszarów i wyciąga z nich wodę, dla wyobrażenia sobie pomyślmy o ściskanej gąbce.

Kompresoterapia, a więc masaż w kosmicznych skarpetach- pomaga na zasadzie ucisku wywieranego na tkanki aby utrzymać w nich właściwe ciśnienie śródtkankowe. 

Przepływ płynów będzie tutaj działał na zasadzie gradientu ciśnienia, od wysokiego do niskiego. Aby przeciwdziałać nagromadzeniu płynów w tkance, stymulujemy ją poprzez ucisk, aby powrót płynu z zawartymi substancjami do naczyń krwionośnych i żył był szybszy. 

Jako ciekawostka. Według marki NORMATEC, urządzenie mechaniczne ma przewagę nad drenażem manualnym wykonywanym przez wyspecjalizowanego terapeutę, przede wszystkim przez możliwość osiągnięcia wyższego ciśnienia.

3. JA: Jak może nas wspomóc taka forma regeneracji ?

Odp Eweliny: Zarówno specjalistyczna terapia jak i podejrzewam terapia mechaniczna ma na celu zwiększenie przepływu limfy, normalizację ilości tlenu w tkankach i zmniejszenie reakcji prozapalnych w skórze limfatycznej. 

Zatem => Szybsze usuwanie zalegającego płynu i szybsze pozbywanie się zbędnych produktów metabolicznych, które odpowiadają za tworzenie stanu zapalnego.

Czyli nasz organizm dzięki drenażowi limfatycznemu jest w stanie usuwać dużo szybciej wszelkie zbędne produkty metaboliczne które powstały podczas intensywnego treningu, zatem wspomaga nasza regenerację po wysiłkową.

 

4. JA: Rozmawiałyśmy o cisnieniu jakie może wytwarzać takie urządzenie. Nasz model ma zakres 30-110 mmHg i 10 leveli. Możemy sobie więc mniej więcej obliczyć jakie ciśnienie jest przy każdym z leveli. Wiem, że nie każdy level będzie na nas działał tak samo. Czy jest jakaś magiczna granica, od której takie urządzenie faktycznie działa, a które przed tą granicą jest np formą placebo ?

Odp Eweliny: Stopień ucisku będzie zależny od obrzęku, u pacjentów chorych z dużym obrzękiem, stosujemy większe ciśnienie. Zatem jeśli ktoś jest zdrowy lekkie ciśnienie będzie stymulowało szybszy przepływ. 

Jako ciekawstka w wersji podstawowej NORMATEC-a jaką ja miałam, ucisk jest na poziomie do 110 mmHg i jest stały w każdej komorze. Natomiast marka NORMATEC posiada również sterownik Pro, który ma możliwość indywidualnego ustalenia poziomu ucisku w każdej komorze. Co za tym idzie urządzenie PRO może być stosowane do medycznych zastosowań przez fizjoterapeutów, na przykład przy urazach takich jak zmiażdżenie ręki po wypadku.

5. Przejdę teraz trochę do konkretów, które pewnie będą interesowały przeciętnego „Kowalskiego”, czyli takie know/how użytkowania. 

JA: Kiedy stosować, przed czy po treningu ? 

Odp Eweliny: Zdecydowanie po treningu.

JA:Jeśli po to czy trzeba odczekać jakiś czas, czy można bezpośrednio po.?

Odp Eweliny: Myśle żę po treningu będzie to najwłaściwsze, to tak jak z oknem na jedzenie i kąpiel bezpośrednio po treningu (do godziny).

JA: Jak długo trzeba taki masaż wykonywać, żeby były efekty?

Odp Eweliny: Tutaj nie mam zdania ile najmniej,  ale sesja od 20 min do 1h wydawałaby mi się właściwa, patrząc na jakim obszarze pracujemy.

Według marki NORMATEC sesje powinny być dostosowane do poziomu zmęczenie mięśni. Zatem jeśli jesteście po bardzo mocnej jednostce treningowej to warto korzystać z urządzenia dłużej. Jeśli ma to być delikatna forma regeneracji wystarczy 20 min.
JA: Ile razy w tygodniu powinno się stosować ? jakie jest optimum ? 

Odp Eweliny: Stosowanie po intensywnym wysiłku będzie najlepsze, po jednostkach kiedy czujemy ze nasze nogi są na prawdę zmęczone. Jeśli zmęczenie jest ciągłe to nie zaszkodzi przez kilka dni włożyć nogi w gacie kosmiczne nawet i 2x dziennie.

Jeśli ktoś ma tendencje do obrzęków to będzie to pewnie super sposób do profilaktyki następstw jakie niesie za sobą obrzęk pierwotny. 

JA: Czy możemy zrobić sobie krzywdę używając tego za często ? Ile to jest za często ? 

Odp Eweliny: Jeśli jesteśmy zdrowi dajmy szanse żeby nasz organizm radził sobie sam z trudnościami, przecież jest bardzo mądry i stosujmy te magiczne pomoce po intensywnych sesjach.

Według marki NORMATEC, długotrwałe i kilkugodzinne stosowanie dziennie na maksymalnym ucisku może przynieść ujemne korzyści dla zdrowia. Dlatego tak jak ze wszystkim, tak samo z magicznymi kosmicznymi skarpetami trzeba podejść do tego z głową.

Dziękuję serdecznie Ewelinie, za poświęcony czas i rozwianie chyba podstawowych pytań jakie każdy może mieć widząc to urządzenie po raz pierwszy.

———————————————————————————————————

Ewelinę możecie znaleźć na jej profilu na facebooku —-> EWELSPORT 
Ponadto w czasach pandemii Ewelina prowadzi treningi online we wtorki i piątki o godzinie 20, trening funkcjonalny pod kątem triathlonu. Jeśli chcecei dołaczyć wystarczy odezwać się do niej na facebooku lub napisać maila na: ewelsport@wp.pl .
Ewelinę na codzień możecie też znaleźć w gabinecie w Warszawie. Kontaktujcie się równeiż mailowo by umówić się na wizytę.

———————————————————————————————————

W mojej subiektywnej opinii, ja byłam bardzo pozytywnie zaskoczona. Są według mnie dwie główne zalety tego urządzenia:

  • REGENERACJA

    –  przez okres ponad 2 tygodni w jakim mieliśmy to urządzenie w domu, tylko przez dwa dni nie korzystałam z niego, żeby sprawdzić czy jest jakakolwiek różnica podczas korzystania i nie korzystania. Muszę przyznać z pełną szczerością, że treningi wykonywane po zastosowaniu NORMATECA mogłam od samego początku wykonywać na pełnych obrotach. Nogi zawsze były świeże i lekkie, a trening od pierwszych minut „wchodził”. W przypadku kilku dni w których nie wsadziłam nóg w kosmiczne skarpety, potrzebowałam conajmniej kilkunastu minut aby moje nogi się rozkręciły na obroty które wymagał trening. W szczególności mogłam to odczuć na rowerze, kiedy lekki nogi kręciły same, lub kiedy nogi były ciężki i bardzo długo zajmowało mi rozkręcenie ich żeby zaczęły jechać na pożądanych wattach.

  • RELAKS

    – kiedy siadasz a kawą podpięta do urządzenia, nagle świat się zatrzymuje. I choć dzieci biegają obok, a ty pijesz kawę, to nie możesz wstać do nich więc SERIO odpoczywasz przez cały ten czas stosowania urządzenia. Myślę, że to fajny taki przymusowy lock-down w skarpetach z którego nikt Cię nie jest w stanie wyciągnąć, przez czas twojej „regeneracji”. Mi to się bardzo przydało, przede wszystkim otworzyłam oczy co to znaczy na prawdę odpoczywać po treningu. Nawet dzieci są jakieś bardziej wyrozumiałe, widząc Cię zapakowaną w ten strój. To był dla mnie fenomen że przez 2 tygodnie codziennie mogłam sobie poszperać na telefonie w internetach, poczytać ksiązkę, wypić kawę w spokoju lub obejrzeć z mężem DOM Z PAPIERU na Netlfixie 🙂

Ja jestem na TAK, a Rafał ?

On odczuł też dużą pomoc w regeneracji. Mówił, że nie tylko czuł, że ma lekkie nogi ale czuł też fizycznie jak szybciej mu się regenerują i jest w stanie wykonywać jednostki na większej intensywności w krótszych odstępach czasu. Ponadto regenerację nóg można było też odczuć podczas normalnego funkcjonowania w domu, czyli wchodzenia po schodach po mocnych treningach i prace w ogrodzie, gdzie nogi były w takim stanie jakby tej ciężkiej jednostki nie było.

PODSUMOWUJEMY CZY NORMATEC działa? 

Według nas TAK. Używanie go na codzień przez dwa tygodnie, dało nam odczuć jak szybko nogi potrafią się zregenerować. Myślę, że każdy kto będzie miał do czynienia z tym sprzętem będzie czuł dużą poprawę w regeneracji po treningu. Pytanie tylko czy nie rozleniwimy naszego organizmu przez zbyt częste użytkowanie? Niestety na ten temat nie ma żadnych badań, ale zastosowałabym się do rady Eweliny, aby tego typu sprzętu używać przy dużej intensywności treningów, np na obozach sportowych, lub po intensywnych jednostkach treningowych i zawodach.

A Wy macie swoje zdanie na temat drenażu limfatycznego ?
Stosowaliście?
Podzielcie się w komentarzach Waszą opinią, JESTEM ciekawa waszego doświadczenia.
ola.

 

 

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON WYJAZDY

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

Bardzo się cieszę, że w końcu mogę się z Wami tym podzielić.

Obóz triathlonowy dla Was na Cyprze to moje marzenie od wielu lat, ale zawsze było coś ważniejszego. Dzieci, ciąże, praca… Tym razem wymówki odkładamy na bok i kilka tygodni przygotowań pozwoliło, że w końcu mogę napisać.

NA NASZ PIERWSZY ZAGRANICZNY OBÓZ TRIATHLONOWY, Zabieramy was na cypr !

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres ola.korulczyk@i-sport.pl lub bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

Dlaczego Cypr ? 

W wieku 12 lat wyprowadziłam się wraz z rodzicami na Cypr. Mieszkałam tam, chodziłam do szkoły, potem pracowałam w przerwach pomiędzy semestrami na studiach, a teraz od ponad 5 lat wraz z mężem jeździmy tam 2 razy do roku w celach treningowych. Znamy tą wyspę wzdłuż i wszerz, a co za tym idzie możemy pokazać ją Wam od iście lokalnej strony !

Nasz pierwszy zagraniczny obóz triathlonowy odbędzie w mieście Limassol, które leży u podnóża gór Troodos (najwyższy szczyt Olimp 1952 m. n.p.m.). Dzięki temu jest idealnym miejscem wypadowym na rower. Zaledwie 5 kilometrów od naszego hotelu zaczynają się malownicze, nieuczęszczane wielokilometrowe podjazdy. Teren wokół Limassol jest zróżnicowany, dzięki czemu trasy rowerowe łatwo jest dostosować do potrzeb naszych zawodników. Tuż obok naszego hotelu mamy do dyspozycji odkryty, podgrzewany basen 50 metrowy i łatwy dostęp do akwenu na treningi open water. Ponadto hotel mieście się w publicznym parku z dostępem do alejek i promenady do biegania.

Obóz jest dla KAŻDEGO, niezależnie od Waszego zaawansowania treningowego. Jedziemy w małej kameralnej grupie liczącej maksymalnie 20 osób. Zadania treningowe będą dostosowywane do zawodników, tak samo jak grupy rowerowe i biegowe.

Poza głównym trenerem – Adamem Ogłoblinem, który będzie odpowiadał za część sportową wyjazdu, uczestnicy będą pod opieką moją i mojego męża. Odkąd zamieszkałam w Polsce na stałe, dwa razy do roku wraz z Rafałem wyjeżdżajmy w celach treningowych właśnie na Cypr. Wyspę w siodle rowerowym przejechaliśmy w szerz i wzdłuż i to właśnie pod naszym okiem będą planowane trasy rowerowe. Dzięki naszemu doświadczeniu i znajomości sieci dróg, będziecie mogli dotrzeć w takie zakamarki Cypru w jakie inni Was nie zabiorą. Trasy będą mało uczęszczane przez samochody, a widoki zapierające dech w piersiach. Napijecie się Cypryjskiej kawy w klimatycznych wioskach i poznacie Cypr od lokalnej strony, będziecie mieli też okazję poznać wyjątkowe smaki nie zawsze dostępne dla masowego turysty. W sytuacjach awaryjnych nasza pomoc również może okazać się niezastąpiona.

Dla kogo jest ten wyjazd?

Dla każdego!

Na obóz zapraszamy wszystkich chętnych triathlonistów, nie tylko zawodników i-Sport, niezależnie od Waszego poziomu zaawansowania. Przewidujemy kameralna grupę do 20 osób, dzięki czemu łatwiej będzie spersonalizować zadania treningowe.

Cel zgrupowania?

Ze względu na rewelacyjne warunki kolarskie, będziemy kładli nacisk na treningi rowerowe. Będzie dużo jazdy po górach, ale nie zabraknie też luźnych treningów typu „coffee ride”. Nauczymy się zasad poruszania w peletonie, techniki zjazdu i efektywnego pokonywania podjazdów. Będą mocne akcenty w treningach biegowych i biegowe zwiedzanie miasta. Przewidujemy co najmniej 2 treningi pływackie na basenie 50 m i 2 treningi open water. Celem są duże objętości treningowe, odpoczynek od szarej rzeczywistości i sprzyjająca atmosfera która pomoże Wam wspiąć się na kolejny poziom trenowania.

Każdy z uczestników będzie miał również okazję wziąć udział w 2 wykładach, jeden o tematyce triathlonowej, jeden o tematyce dietetycznej. Podczas zajęć uzupełniających przedstawimy Wam podstawy rollowania i stretchingu, tak abyście dbali również o Waszą regenerację.

Ponadto wiemy jak fajnie jest przywieźć do domu nie tylko wspomnienia, ale też fajne zdjęcia. Dlatego przewidujemy jeden "dzień z fotografem" który, uchwyci Wasze zmęczone ale szczęśliwe twarze, a Wy zabierzecie wysokiej rozdzielczości zdjęcia ze sobą do kraju.

Gdzie będziemy mieszkali?

W Park Beach Hotel***. Hotel usytuowany jest w parku, zaledwie kilka metrów od brzegu morza i piaszczystej plaży. Z hotelu jest łatwy dostęp do sklepów i restauracji. Oddalony jest około 4 kilometry od starego miasta i „Limassol Promenade”. Do naszej dyspozycji jest siłownia, sauna i basen hotelowy z ogrodem, oraz restauracja i bar. Ponadto hotel dysponuje bezpiecznym miejscem do przechowywania rowerów.

Koszty obejmują:

  • Zakwaterowanie w Hotelu Park Beach ***
  • Wyżywienie w formie HB, śniadania oraz obiadokolacja w formie bufetu (pokoje 2-osobowe)
  • Opiekę trenerską i przewodnika
  • Plan treningowy
  • 2 wejścia treningowe na otwarty basen 50 metrowy
  • Transfer grupowy lotnisko – hotel – lotnisko (wraz z rowerem)
  • Wyjątkowy upominek od organizatora
  • Pakiet zdjęć z treningów
  • Wykład dietetyczny, wykład o tematyce triathlonowej
  • Wstęp na siłownię, basen i saunę na terenie hotelu
  • Obowiązkowe ubezpieczenie sportowe (szczegóły: https://cutt.ly/QeV0idK)

Koszty nie obejmują:

  • Biletu lotniczego (cena około 730 zł z bagażem rejestrowanym/lub rowerem)
  • Transferu w innym terminie niż podany (cena do uzgodnienia)

Inne:

  • Możliwość wypożyczenia roweru na miejscu (od 20 EUR/dzień), wymagana wcześniejszą rezerwacja
  • Dopłata do pokoju 1 – osobowego (ok 20 EUR/dzień)
  • Możliwość przyjazdu z osobami towarzyszącymi oraz dziećmi (cena ustalana indywidualnie)

Transfer grupowy oraz noclegi organizujemy pod kątem lotów liniami LOT z Warszawy. 

LOT oferuje nam doskonałe połączenie, abyśmy mogli mieć 9 dni treningowych przy tylko 5 dniach Waszego cennego urlopu. Ponadto w liniach lotniczych LOT istnieje opcja zamiany bagażu rejestrowanego na rower bez dodatkowej opłaty, jeżeli ten nie przekracza 23 kg.

Terminy

10 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 23.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 o 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot pon 23.03.2020 o 03.50 – przylot 23.03.2020 o 06.25

7 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 20.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot piątek 20.03.2020 03.50 – przylot 20.03.2020 o 06.25

Cena:

REZERWACJA DO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2599 PLN
10 dni (9 dni treningowych) – 3049 PLN

REZERWACJA PO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2799 PLN
10 dni (9 dni treningowych) –  3349 PLN

CZEKAMY Z NIECIERPLIWOŚCIĄ NA WAS!

Taki obóz to nie tylko ciężka praca, ale masa zabawy, odpoczynku od szarej zimowej rzeczywistości, nowych znajomości i niezastąpionego kontaktu 1 na 1 z trenerem ! 
To też wiadro motywacji, które wznosi każdego nawet najmniej zmotywowanego na kolejny poziom trenowania ! 

BO W GRUPIE ŁATWIEJ !!!

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres

ola.korulczyk@i-sport.pl lub

bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

<3 <3 <3 Dołączcie do nas w marcu <3 <3 <3

Wtórpol Triathlon, Triathlon Kraśnik i Castle Triathlon Malbork –

Bez kategorii TRIATHLON

Wtórpol Triathlon, Triathlon Kraśnik i Castle Triathlon Malbork –

ZAWSZE W NIEDOCZASIE.

 

Nie wiem czy z niecierpliwością po każdym starcie czekacie na relację, czy w ogólne Was one nie interesują. Wiem jednak, że coraz ciężej mi się je pisze, bo przecież ileż można pisać o tym jak mi poszło, jakie były moje odczucia, przeczucia. Po co tam jechałam, dla fun-u i zabawy, czy po pierwsze miejsce.

Tym cieżej mi się pisze kiedy to cały czas jesteśmy w rozjazdach, spędzamy czas z dzieciakami, albo wracamy do domu na chwilę, głównie po to żeby podlać kwiatki i się przepakować. To lato było na prawdę intensywne, jak nie starty i wyjazdy, to cały czas był ktoś u nas. Myślę, że zrobiliśmy więcej kilometrów niż kamperowcy, a wszystko to z dzieciakami pod pachą. Stąd moje zagubienie w sferze bloga.

Na prawdę ciągnąc kilka srok za ogon totalnie nie umiem sobie z priorytezować pisania. Mam momenty wahania czy w ogóle ktoś tu jeszcze jest. Potem wiem że jesteście, ale czy chcecie o tym akurat słyszeć. I tak w kółko czasu brak, a zaległości robią się tak duże, że po miesiącu czasami nie warto w ogóle wracać do tych chwil i przemyśleń. Bo przecież świat idzie dalej, a moje teksty zaczynają się i nigdy nie mają czasu się skończyć.

TRIATHLONY – STARTY

Każdy z tych startów był inny, towarzyszyły mu inne emocje, była inna pogoda, kto iny je organizował. Może, więc nie wypada wsadzać ich do jednego wora, ale chce o nich napisać, inaczej niż zwykle i zaoszczędzić Wam zbędnego czytania, bo pewnie tez zawsze jesteście w NIEDOCZASIE.

WTÓRPOL TRIATHLON – Skarżysko-Kamienna

 

 

To był jeden z niewielu triathlonów na który jechałam po coś konkretnego, po konkretne miejsce, po pierwszą trójkę i fajną nagrodę pieniężną.

Start był tydzień po Super League Triathlon w Poznaniu. Tydzień po jednym z najważniejszych startów w sezonie, nie liczyłam więc na jakiś magiczny wzrost formy, w szczególności, że w Poznaniu padła życiówka. Skarżyska w ogólne nie brałam pod uwagę planując sezon. Tym bardziej, że mój Rafik miał w planach start, a jak on startuje to ja pilnuje dzieci.

Tym razem było jednak inaczej. Zapisałam się 3 dni przed startem, uprzednio sprawdzając listy startowe. Maria Cześnik, nasz była olimpijka, i Petters Klaudia bodajże, nasza PRO-ska. Poza nimi jedna kobieta na podobnym poziomie co ja. Trochę wysiłku i jestem 3-cia, a co za tym idzie fajna kasa w kieszeni. W czwartek przed zawodami niestety na instagramie Monika Chodyna wrzuciła post, że zmierza na spontaniczny start. Moje przeczucia były prawidłowe, wiedziałam, że zobaczymy się na starcie, pewnie tak samo jak ja jechała po nagrodę, szkoda tylko, że zapisała się chwilę po mnie ! Ha ha.

Cały misterny plan legł w gruzach. Ostatecznie w ogólne nie chciało mi się startować. Aura nie pomagała, poranny deszcz, zimno, wróciły wspomnienia z Kraśnika z Mistrzostw Polski sprzed roku. Skoro jednak powiedziałam A, to powiem też B i C i D … Wystartowałam. Nie miałam szczęścia do pływania w tym roku, a to w Skarzysku tylko potwierdziło moją passę. Woda była przerażająca, po raz pierwszy zostałam wciągnieta pod wodę. Jakieś dziewczyna złapała mnie za ramię i ściągnęła za siebie. Najgorsze było to, że Ci ludzie wcale szybko nie płynęli, poniewierali mną, wpływali na mnie i łapali za każdą kończynę. A kiedy ja zaczęłam machać rękoma wyprzedzałam ich o długość ciała.

Uratował mnie Kola, nasz przyajciel, który dosłownie zatrzymał siebie i wszystkich za sobą i pozwolił mi zacząć normalnie płynąć. Po tych przeżyciach uciekłam zupełnie na prawą stronę trzymając dystans około 10 metrów od wszystkich pływaków. Byłam wściekła, rozumiałam te wszytskie osoby które łapią traumy w wodzie podczas startów. Nikomu nie życzę takich doświadczeń. Potem było juz z górki. Rower pojechałam zajebiście, 2-gi czas wśród kobiet, zaraz za Marią Cześnik. Wyprzedziłam Klaudię Petters, i zrobiłam lepszy czas niż Monika. Pomimo, że lał deszcz i wiał niemiłosiernie wiatr, rower bardzo mi się podobał. Były podjazdy zjazdy, cały czas się coś działo. Była też chwila grozy, kiedy straciłam panowanie nad rowerem. Podczas mocnego podmuchu na śliskiej jezdni rower zaczął mi myszkować,  a ja zobaczyłam siebie na pobliskim płocie, ale na szczęście wyciągnęłam się z tego i dotarłam prawie szczęśliwe do strefy. Prawie, bo na belce spadłam z roweru.  Przeceniłam swoją prędkość w tych warunkach i niestety rower został na belce a ja poleciałam do przodu. Nic się jednak nie stało, szybko wróciłam po rower i poleciałam dalej. Bieganie było wyjątkowe. Po pierwsze super mi się biegło. Przez pierwsze 5 kilometrów biegłam w niesamowitym komforcie, w całkiem dobrym tempie przez las. Po drugie na drugim kółku wyszłam totalnie poza swoją strefę komfortu, lecąc ostatnie 3 kilometry na 4:30 min/km, uciekając przed kobietą którą miałam na plecach. Najpierw oczywiście musiałam stoczyć walkę ze swoim mózgiem, ale po kilku mocnych słowach i przekleństwach w jego kierunku, nogi w bólu z każdym metrem przyspieszały.

Czy warto było ? JASNE ostatecznie byłam 1-wsza w swojej kategorii, wygrałam tylko i aż 600 zł, nie dostałam się na mocno obstawione podium OPEN, ale start był bardzo udany. Cóż więcej można chcieć niż dać z siebie wszystko i zgarnąć chociaż te kilka stówek 🙂

Strefa finiszera w Skarżysku, to był raj dla zmęczonego ciała i .... brzucha :) Nigdy nie widziałam tak pysznie i obficie obsadzonej strefy. Było wszystko to co wszędzie w nieograniczonej ilości, ale była też lemoniada naturalna, tort, ciasta, jagodzianki. Była kawa, dobre jedzenie, na które wyjątkowo mieliśmy ochotę. Było też słońce które ogrzewało nas podczas ceremonii wręczania nagród. Taka najsmaczniejsza z możliwych wisienka na torcie.
Ponadto wszystkie zdjęcia FREE, wszystkie dostępne z DATASPORT w dużej rozdzielczości. Fajne są takie małe gesty które, za które wiemy że płacimy <3

 

TRIATHLON KRAŚNIK 2019

 

To kolejny spontaniczny start. to też start do którego mam chyba największy sentyment. To mój pierwszy start w Polsce, mój pierwszy start po urodzeniu Zosi i Stasia. To super, rodzinna impreza, cudowna atmosfera i sami swoi. Jesteśmy tam co roku od 5 lat. I aż zal było mi pomysleć, że w tym roku mogłoby mnie nie być.

W tym roku było inaczej. Kraśnik słynie z tego, że zawody są rozgrywane w konwencji z draftem. W zeszłym roku były tam Mistrzostwa Polski na dystansie olimpijskim i rozgorzałe rozmowy doprowadziły do tego, że dozwolone były czasówki, ale zabroniony był drafting. W tym roku organizatorzy chcieli wrócić do korzeni, czyli rozegrać zawody w takiej konwencji w jakiej olimpijka powinna być rozgrywana, czyli z draftem. Internet jednak jest okrutny i polemiki jakie powstały wokół organizatorów, sprawiły, że została podjęta decyzja: „Zawody z draftem, ale bez czasówek”.

Tutaj zaczął się problem dla mnie. Moja szosa grzeje się od kilku lat na Cyprze. W Polsce mam tylko ARGONA, czyli czasówkę. Nie chciałam pożyczać roweru od bliskich mi osób, bo na zawodach nie dbam o sprzęt. Nie myślę o tym czy go porysuję, czy mi upadnie, ma być szybko i tyle. Start był coraz bliżej, moje chęci na udział w nim coraz większe więc zaczęłam działać.

Najpierw przeprowadziłam rozmowy z organizatorem czy ewentualnie im uda się cos dla mnie ogarnąć. Maja kilka zaprzyjaźnionych sklepów. W między czasie jednak napisałam do LIV Polska. Nie powiem, że taki LiV-ek nie byłby spełnieniem marzeń. Od wielu lat patrze się na te rowerki z zachwytem. Oczywiście żeby nie było za łatwo, osoba za to odpowiedzialna była na wakacjach. Rowerku żadnego testowego nie było. Ale rozmowy szybo przeistoczyły się w czyny. I w sumie z niecały tydzień doleciał do mnie nowiuteńki LIV, czarny, elegancki i zupełnie inny niż moje wszystkie rowery. Zakochałam się.

Czasu na jego ustawienie i złożenie nie mieliśmy za dużo. Na szczęście z pomącą przyszedł, mój mąż i nasz rowerowy kumpel Mati. Chłopaki spędzili pół nocy żeby rozgryźć jak złożyć przerzutki, ponaciągać linki, ustawić je tak żeby chodziły cichuteńko, szybko i idealnie. Na 2 dni przed startem zrobiłam sobie króciutki rozjazd, żeby jako tako ustawić rower. Nie powiem, że nie było to ciężkie zadanie, jeżdżąc przez ostatnie 4 miesiące tylko na czasówce, nie mogłam się oprzeć żeby wymusić w sobie pozycję jak najbardziej zbliżoną do tej jaką mam na rowerze czasowym.

Start sam w sobie był IDEALNY. Płynęło mi się niesamowicie, po prawie całym sezonie niekończącej się walki w wodzie, w Kraśniku wszystko to odpuściło. Najszybsza grupa odpłynęła, ja zostałam kawałek za nią i tam przez 1500 metrów płynęłam zupełnie sama, w swoim tempie, na luzie, z luźną głową. To było to. Rower, jak to na LIV-a przystało poszedł znakomicie. Wiało dość mocno, co na szosie można było bardzo mocno odczuć jadąc samej, na szczęście zawody były w konwencji z draftem, a co za tym idzie współpraca i pociągi. Pierwsze kółko zrobiłam praktycznie sama, tak to jest cholera jak się za szybko z wody wychodzi. Na drugim doleciała do mnie pociąg, chyba najszybszy pociąg na tych zawodach, z moim mężem na czele.

Chłopaki pozwolili się dołączyć i tak przez kolejne dwa kółka pędziłam razem z nimi. Ich tempo, zrywy po nawrotkach na prawdę były przeze mnie prawie nie osiągalne, a jednak trzymałam się i nie chciałam odpuścić. Zmusili mnie do pedałowania czasami nawet ponad 300 WATT, a średnie Watt-y jakie mi wyszły z całego startu dochodziły prawie pod 200, czyli były sporo wyższe niż kiedykolwiek na innych zawodach. Dostałam w dupę, ale tak pozytywnie, wyprzedziłam wszystkie możliwe kobiety, choć była tam tylko jedna szybsza pływaczka. Ostatnie kółko niestety intercity odjechało, moje nogi fizycznie były totalnie zajechane i nie dały rady utrzymać rwanego ostatniego kółka. I tak bardzo im dziękuję za mega współpracę, a satysfakcja, że wiekszą część wyścigu jechałam z mężem który zazwyczaj wyprzedza mnie jak pendolino, zostanie w e mnie na długo.

Biegani trzeba było utrzymać. Trzeba było więc utrzymałam. Nie było tam żadnych przypływów nadprzyrodzonych sił, raczej na 8-mym kilometrze totalnie mnie odcinało i chyba mocny rower dawał się we znaki, ale satysfakcja pozwoliło dobiec na metę mniej więcej tak jakie były założenia.

Kraśnik po enty był NIEZWYKŁY. Po raz drugi też stanęłam na pierwszym stopniu podium OPEN. Po raz drugi w swoim życiu, na mecie złapałam ta szarfę i podniosłam ja nad głowę. Te emocje są na prawdę warte każdej przepracowanej godziny na treningu. Oby więcej takich!

Muszę też niezmiernie podziękować firmie LIV Polska, bo bez nich ten start byłby NIEMOŻLIWY <3 Rower spisał się jak marzenie !

CASTLE TRIATHLON MALBORK 2019

 

Malbork był trochę jak takie wiadro zimnej wody. Ten sezon serio brałam z przymkniętymi oczami. Treningi były totalnie rozklepane, raz w totalnym reżimie, raz w totalnym chaosie. Oczywiście nie przez trenera, ale przez samą siebie. Tym bardziej dziękuję, że Adam z <platforma treningowa i-Sport> się nie poddał i nie kopnął mnie w tyłek. Taki miałam sezon takie podejście. Potrzebowałam tego luzu, nie chciałam wpadać w reżim treningowy, ale ambicje miałam.

Najszybciej pisząc i tak wystarczająco długo prześlizgiwałam się z fajnymi wynikami przez ten sezon. Co prawda padła tylko jedna życiówka, ale właśnie wtedy kiedy najbardziej jej chciałam. Dlatego Malbork pomimo udanego startu, prze cudownej atmosfery, bo jak wiecie starty w towarzystwie są zdecydowanie fajniejsze niż te solo, to dostałam w dupę psychicznie. Trochę, bo długo to nie trwało, ale szczęście na mecie musiałam sobie sama wcisnąć do głowy.

Start ogólnie bardzo pozytywny, mocna obsada, Gosia Otworowska i Ola z GVT, czyli nasze Polskie konie. Ponadto startowała też kolejna mocna zawodniczka, z którą nie raz spotkałam się w zeszłym roku. Wiedziałam, że na miejsce OPEN nie mam szans, a jednak ambicje miałam żeby zorbić to szybciej, mocniej niż w zesżłym roku. Woda fajna, szkoda że start falowy nie był do końca falowy tylko zrobione było wąskie gardło, bo przy wejściu do wody dostawało się łokciami od innych nadgorliwych zawodników. W wodzie jednak to wszystko sie rozmyło i płynęło się przyjemnie. Zresztą tak jak zawsze w Malborku. Wdech ZAMEK, wdech ZAMEK, takich widoków raczej nie znajdziecie nigdzie indziej!

Rower bajka, ale tylko w jedną stronę. Czułam taki GAZ, taką siłę, a Watty i prędkość tylko to potwierdzały. Niestety w policzek dostałam po nawrotce. Piękna średnia powyżej 37 km/h cały czas powolutku malała. Dostaliśmy wiatr w twarz i pomimo że przed startem wydawało się, że wiatru nie ma. Czaił się skubany gdzieś na trasie. Pomimo to, rower jak zwykle, 36km/h utrzymane, świeżość zachowana, ale mały niesmak że z powrotem tak ciężko i tak sporo wolniej niż w tamtą stronę. SERIO miałam wrażenie, że w końcu utrzymam tą prędkość powyżej 37. Ale jeszcze nie tym razem.

Bieganie, też niby było spoko. Pobiegłam szybciej niż w zeszłym roku, rower też pojechałam trochę mocniej. Pływanie było tylko wolniejsze ale to o pare sekund. Końcowy wynik jednak był wolniejszy o minutę. I weź tu teraz wytłumacz swojej głowie, że strefy zmian były sporo dłuższe, bo praktycznie 2 minuty więcej tam spędziłam. Że wcale nie było tak źle. Niestety w momencie przekraczania mety nie da się. Przynajmniej nie u mnie.

Teraz z perspektywy czasu, cieszę się, że takie wiadro zimnej wody wylało mi się na głowę. Cieszę się bo, choć emocji nie ma juz we mnie to wspomnienia o nich jak najbardziej TAK. A co za tym idzie, kiedy nie będzie mi się chciało, zrobic tych interwałów, tego treningu CORE przez zimę. Nie będzie mi się chciało siadać na ten trenażer, albo wychodzić na dwór pojeździć bo słaba pogoda. To wrócę sobie w mojej blond głowie do tego startu i jeszcze raz przemyślę i przewartościuję sobie to czego tak na prawdę chcę.

Jeżeli szukasz luzu, to daj go sobie też na mecie, a nie tylko na treningach. Jeżeli zależy ci jednak, na tych cyferkach, polepszaniu się i na kolejnych małych kroczkach w kierunku bycia silniejszym sportowcem to pokaż to też na treningach i nie odpuszczaj gdy jest ciężej, albo auro nie do końca sprzyja.

 

Teraz cieszę się, że nie przez cały sezon się tak łatwo prześlizgnęłam. Cieszę się, że były lepsze i gorsze momenty, bo to właśnie one dokładnie pokazały mi czego chcę, jakie mam wyniki przy danym zaangażowaniu i czy robie to wszystko wber sobie czy w zgodzie ze sobą.

Oby kolejny sezon był tak pozytywny jak ten.

Nie idealny.

Indywidualny, ale mój.

 

Bio Mama…..

P.S. Żeby nie było, pod koniec października startujemy jeszcze na Cyprze, ale tam SERIO SERIO muszę sobie głowę wyczyścić przed, bo ostatnio było mocno zdrowotnie w moim życiu, a nie treningowo :p

 

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

TRIATHLON

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

ZŁOTA FALA i weekend pełen emocji za mną, a właściwie za nami. Bo był to mocno kobiecy weekend. o samej idei złotej fali myślę, że powinnam skleić osobny post, ale przez to że mój start był pełen ZŁOTO FALOWYCH emocji to tu tez coś o niej usłyszycie.

Swoją przygodę z i-sport, Złotą falą i Super League Triathlonem w Poznaniu, zaczęłam rok temu, kiedy to byłam ambasadorką tej imprezy. Jeśli chcecie więcej poczytać i idei, moich początkach w byciu ambasadorką, czy starcie w zeszłym roku to zapraszam:

tu —–> ZŁOTA FALA -IDEA

——–> START W POZNANIU – ZŁOTA FALA

Ten rok był jednak inny. Inny, bo na starcie stawałam nie tylko jako kobieta wspierająca projekt, ambasadorka, ale też kobieta która zaangażowała się w ten projekt. Emocje były więc potrójne, spotkanie z naszymi ambasadorkami jeszcze bardziej ekscytujące i cała impreza podwójnie ważna.

Po pierwsze trzeba powiedzieć, że babska rywalizacji jest na innym poziomie, jest czystsza, zawiera więcej uśmiechu i życzliwości i chociaż na prawdę się ścigamy, to robimy to z uśmiechem i słowem wsparcia.  Złota fala to start tylko dla kobiet, starujemy w fali przed facetami, co za tym idzie zero pralki w wodzie, same kobiety na linii startu, cisza i spokój w strefie i tak przez większość część trasy. Na bieganiu spotykamy się już z Panami, cześć kobiet spotyka się już na rowerze, ale myślę, że panowie na trasie rowerowej lub biegowej tylko mobilizują, sprawiają że więcej się dzieje i czas szybciej leci.

No ale złota fala to nie tylko start, przynajmniej nie dla nas. To tez spotkania z niesamowitymi kobietami, dziewczynami. To czas poznawania cudownych osób, to czas wspólnych piątek, rozmów i wsparcia. W zeszłym roku było nas kilkanaście, w tym roku podobnie, robi się więc nas coraz więcej. Tworzymy wspólnie swoją babską małą komitywę, w której jest dużo koloru, uśmiechu i wsparcia. Pisząc te zdania, nie da się w sumie opisać tych emocji. Jest ich dużo i są one przede wszystkim pozytywne. Weekend w poznaniu staje się weekendem po którym potrzeba sporego czasu żeby wrócić do normalnego funkcjonowania 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do mojego startu. Start był w sobotę w samo południe. Tzn o 11, ale przecież to prawie samo południe. Ciepło, totalna lampa, a ja z moja termoregulacją miałam największa rozkminę życia: Płynąć w piance, czy bez?

Wiem, że moje pływanie ostatnio słabo wypada i w sumie ma prawo bo od połowy kwietnia do tak na prawdę 2 tygodni przed poznaniem w wodzie byłam kilka razy. Sieraków, Okuninka, miesiąc od połowy maja miałam zawalone zatoki. Tym bardziej wiedziałam, że pianka na prawdę mi pomoże. Było jednak coś we mnie, co nie chciało jej założyć. Jakaś część mnie chciała poczuć luz, może to umieranie w Sierakowie, duszenie się w wodzie i ścisk sprawiło że nie chciałam jej zakładać. Co gorsza zarówno trener, jak i mądra głowa mąż nie chcieli słyszeć, ani zaakceptować opcji bez pianki. Z drugiej strony Fabisz namawiał do płynięcia bez. Nawet mieliśmy się zakładać, o jakieś głupoty, ale Fabisz długo nie chciał przystać na moje warunki. Dało mi to cudownego kopniaka jak wierzy w to że popłynę dobrze. Taka roztargniona stałam jeszcze i rozgrzewałam się w strefie startowej. Mózg mi już parował, bo wiedziałam że jaką decyzję bym nie podjęła, głowa będzie na nią narzekać. Jak popłynę w piance to będzie źle, bo za ciepło. Jak popłynę bez to będzie źle bo za wolno. Chwilę przed pomyślałam sobie, że jak Ula, faworytka dzisiejszego wyścigu popłynie bez to ja też. Co się wydarzyło? Ula przychodzi do strefy startowej bez pianki, a moja głowa już kipi nie wiedząc co robić.

Na 15 minut przed startem podjęłam decyzję, mądry trener wsparł i kazał wejść na chwilę do wody i się przepłynąć. Trach skok na główkę i przedzierałam się przez złote czepki i czarne pianki. Z wody wyskoczyłam już pewna swojej decyzji. To było to! Czułam luz w głowie i rękach, ciepłą wodę spływającą po ciele, ale nie gotowałam się, byłam wolna. Piankę szybciutko oddałam mężowi i poleciałam na linię startu. W zeszłym roku startowałam z pierwszej linii, w tym cofnęłam się o jedną, w końcu lecę bez pianki i nie w formie pływackiej.

 

START.

Kontrolowany, ale przede wszystkim z uśmiechem na buzi. Decyzja o zdjęciu pianki była chyba, najlepszą z możliwych tamtego dnia. Dało mi to jakiś niewyobrażalny luz psychiczny. Wskakujemy do wody, przez chwilkę zrobiło się gęsto dziewczyny pływają po sobie, ale w parę chwil wszystko się wyrównuje. Pewnie pierwsze 3-4 linie znalazły swoje miejsce i płyniemy juz każda swoim tempem. Oprócz pierwszych kilkudziesięciu- kilkuset metrów raczej nie byłam wyprzedzana, wszystko rozegrało się na początku. Wiedziałam, że płynę wolniej, płynęło mi się tez sporo ciężej niż w piance, to znaczy kosztowało mnie to więcej wysiłku, ciężej się nawigowało w szczególności że do pierwszej bojki płynęłyśmy pod falę. Niemniej jednak płynęło mi się cudownie, co prawda czas był o ponad 2 minuty gorszy z pływania niż w zeszłym roku. Ponadto z wody wyszłam jak na mnie wyjątkowo daleko, bo dopiero jako 7 kobieta, ale to jak bardzo się delektowałam tym pływaniem bez pianki i tą wolnością, było warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Wychodzę z wody, ktoś mi krzyczy jak zawsze która jestem, nie powiem, że się zdziwiłam ( oczywiście  myślałam że jednak jestem choć troszkę bliżej czołówki) Widzę moja rodzinkę i przyjaciół, leci wiec pierwszy potężny uśmiech. Szybciutko pędzę do strefy zmian, która cholera znowu jest pod górkę. Za mną bliziutko biegną dwie dziewczyny, jedna to niejaka Małgorzata, która wyprzedziła umierającą mnie na biegu, druga to Iga, wiem że mocno biega więc muszę uciekać.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Strefa bez pianki zajęła mi kilka sekund, czepek i okularki wrzuciłam do koszyka i w tej samej chwili założyłam kask i złapałam rower. Ze strefy wybiegam już piąta. Powiem szczerze, że byłam pewna że z wody byłam też piąta, ale sts-inaczej pokazuje, może to tylko czas 7-my a wyszłyśmy wszystkie przy sobie. Nie wiem, ciągnąc dalej wsiadam na rower i zaczynam jechać. Pomimo, że wiem że jest przede mną kilka dziewczyn jakoś się tym nie przejmuję. Jadę swoje i wiem, że będę je gonić.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Dzień wcześniej zasypiając już w łóżku słuchałam Ewel i Rafała jak rozmawiali o przygodach na trasach na poprzednich startach. Było ich mnóstwo, opowiadali jak to gubili bidony, jak ktoś się wracał po numer startowy, jak ktoś po bidon, jak któreś źle pojechało albo źle wybiegło. Leżę sobie i myślę, jak to możliwe mieć tyle przygód, „Ja NIGDY takich nie miałam”. Moje przygody ograniczają się do tych z zegarkiem, no ale to zrozumiałe w moim wykonaniu, bo jest mi on chyba po prostu troszkę zbędny na zawodach. No ale zdanie to wypowiedziane w głowie, napędziło tą turbinę ze wszechświata która uruchomiła: mówisz, że nigdy to będziesz miała swój pierwszy raz. Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja kiedy wymówię te słowa na głos, to dzieją się rzeczy dziwne i wszystko sprowadza się do tego żeby mi udowodnić, że to NIGDY właśnie się skończy.

W ten oto sposób mój rower był jedną wielką przygodą. Co prawdą zaczął się pięknie bo w tamta stronę moja predkość zały czas pokazywała ponad 40 km/h, nie chciało mi się wieżyć bo nogi nawet dobrze nie piekły, ale jechałam. Po jakiś pięciu kilometrach wielkie napisy na drodze, SLOW DOWN ! ! ! , NAWRÓT ! ! ! i jaskrawe strzałki pokazujące nawrotkę. No to hej przygodo,  nie widzę totalnie nikogo dookoła, śmierdzi mi to ale, jak byk jest napisane, że nawrotka, więc zawracam. Za chwilę po drugiej stronie ulicy wybiega do mnie jakiś strażak krzyczący nieprzyjemnie że co ja ******* robię ?!? Karze jechać prosto, kolejna nawrotka więc i wracam na trasę, kurna, zła jak osa jestem, mówiłaś że nie masz przygód, a tu proszę się zaczęło. W tym momencie wyprzedza mnie Ula, nawet nie byłam na to zła, bo wiedziałam, że na rowerze jest mocniejsza i i tak zrobiłaby to prędzej czy później. Pewnie, że wolałabym później, ale jest prędzej. Jadę dalej. Prawdziwa nawrotka była jeszcze ponad 5 kolejnych kilometrów dalej. Stało tam faktycznie sporo ludzi i chyba nawet jacyś sędziowie, a napisy najprawdopodobniej były pozostałością z trasy enduro, która startowała rano.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Jadę dalej, na nawrotce widziałam, jak zbliżam się do dziewczyn z przodu. Były w sumie 4, więc teraz dopiero jestem 5-ta. Było widać też dziewczyny za mną, trzymały się dosyć blisko, a może po prostu przybliżyły się przez moje gapiostwo ?? Nie ważne, po nawrotce poczułam, dlaczego jechało mi się tak dobrze. Wiatr walnął w twarz i prędkość pod górkę spadała nawet czasem poniżej 30 km/h. Wiedziałam, że tu muszę wycisnąć z siebie więcej, tak żeby zrobić sobie przewagę. W końcu te za mną są lepsze biegaczki.

1-wsza dziewczynę przede mną dogoniłam stosunkowo szybko. Wyprzedziłam ją, na nawrotce na drugie kółko, gdzie trasa zrobiła się techniczna i nie było mowy o ściganiu, odcięłam się tez od Pań, które jechały za mną, a 3-cią dziewuchę miałam już w zasięgu wzroku. Wiedziałam, że to kwestia czasu. Ale żeby nie było nudno, zaczęło mnie okropnie mdlić, zjedzony żel był prawie spowrotem w gardle, wiedziałam, że tak się dzieje jak jeżdżę z HR-em, który wpijając mi się pod stanikiem w przeponę stymuluje żołądek. I tak w połowie drugiego kółka zaczęłam się motać z HR-em, Najpierw nie mogłam go zsunąć na brzuch, potem odpadł mi czujnik, w końcu rozpięłam cały strój, który mi się zablokował i nie mogłam go zasunąć z powrotem, zerwałam cały pasek, wypadł mi czujnik i jechałam świecąc cyckami przez resztę trasy.

Z tego powodu sporo dłużej zajęło mi dogonienie 3-ciej dziewczyny, ale dopadłam ją wyprzedziłam i do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta. Karolina którą, wyprzedziłam na rowerze w zeszłym roku, nie biegała szybciej. W tym jednak mnie zaskoczyła i już na pierwszym kółku biegowy mnie dogoniła, wyprzedziła i mocno leciała przede mną. Próbowałam się trzymać, ale czułam że jest mocniejsza więc odpuściłam. Wiedziałam, że mam 2 biegaczki za sobą, które mogą jeszcze namieszać, a wolałam mieć siłę do końca niż wyrwać na początku a potem umierać.

Na nawrotce na pierwszej pętli, zobaczyłam jak owe biegaczki mają całkiem spory dystans do mnie, dzielił nas ponad kilometr, a co za tym idzie z 4 minuty różnicy w czasie. Takie endorfiny mnie dopadły, że przez kilometr leciałam na 4:30 🙂

Bieganie raczej było kontrolowane, z uśmiechem. podobno wyglądałam jakbym się w ogólne nie męczyła, ale co wycisnęłam z siebie to moje. Jeszcze dużo mi brakuje żeby nauczyć się biegać tak mocno jak to możliwe. Bieganie u mnie zawsze jest asekuracyjne i nigdy nie umiem doprowadzić się do sponiewierania. Nie umiem wycisnąć z siebie tego więcej, zawsze jestem w swoim komforcie. Jeszcze trochę czasu przede mną więc może kiedyś nauczę się tego.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Na metę wpadłam jako 4 OPEN, z czasem 2:24:57, najpierw myślałam, że urwałam minutkę od zeszłorocznego czasu, ale kiedy zorientowałam się że były to 3, świat stał się na prawdę piękny 🙂

Wpadłam szczęśliwa, że wybroniłam wysokie miejsce OPEN, że pomimo tych perypetii zdrowotnych na początku sezonu, wszystko się wyklarowało, czułam jakąkolwiek moc i siłę i brnęłam do przodu. Wpadłam szczęśliwa, przede wszystkim bo ten start sprawił mi na prawdę ogromną przyjemność, a o to mi najbardziej chodziło.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

NOWA ŻYCIÓWKA, całkiem niezłe bieganie, MASA PRZYJACIÓŁ, ZNAJOMYCH, KIBICÓW na mecie i na trasie dodawała energii i radości.

 

To był na prawdę udany start. I kiedy tak na spokojnie po wszystkim usiadłam z mężem i gadaliśmy o zawodach, zapytał: ” I co nie żałujesz, że nie założyłaś pianki, pewnie byłabyś 3-cia, bo popłynęłabyś te 2 minuty szybciej?”

Na mecie nie przeszło mi to nawet przez myśl. A dziś zrobiłabym dokładnie to samo, jeśli te 2 minuty miały mi dać tyle radości i swobody jaką czułam, to były warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

 

Do zobaczenia na kolejnych startach.

 

Bio Mama.

 

 

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

Sieraków jest bezlitosny, ale jest też wciągający. Nadal nie rozumiem jak można się tak upodlić na starcie i chcieć więcej. Chyba jest coś w tym, że mam ochotę sprawdzić czy za rok będzie tak samo bolało. Oczywiście nadzieja jest, że nie, ale wiadomo jak to bywa z nadziejami 🙂

Cały wypad był w ogóle bardzo pomysłowy i sam wsobie niezłą przygodą, bo oczywiście miejsc w domkach w OSiR-rze już nie było, a wszyscy znajomi byli zalogowani właśnie tam. Trzeba było więc coś wykombinować. Od razu wpadł mi do głowy pomysł – kamper. Zaprawieni w bojach przyczepowo-półwyspowych jesteśmy więc logistycznie nie było to dla nas żadną nowością. Ba myślę, że było to nawet sporo łatwiejsze logistycznie niż pakowanie naszego samochodu, rozpakowywanie go na miejscu i znowu to samo w drodze powrotnej. Wszystko co potrzebowaliśmy mieliśmy w nowym czterokołowców.

Nie zdradzę wam przy okazji tutaj tajemnicy że właścicielami starego pięknego Volkswagena kampera jesteśmy już od wielu lat, ale za młodu nie było czasu na jego od-restaurowanie, a potem jak rodzinka się powiększyła to nie było już sensu, gdyż byłby on dla nas po prostu za mały.

(oferty kupna można składać pod postem, bo ów kamper stoi i marnieje na polskiej wsi)

Kampera wypożyczyliśmy niedaleko od domu, o jego istnieniu dowiedzieliśmy się całkiem przypadkiem, naprawiając autko w pobliskim serwisie. Ale, że ludzie prowadzący to są super to z miłą chęcią ich pod-reklamuję na blogu.

Chętnych z okolic świętokrzyskiego na wynajem kamperka zapraszam do mercedes-autocentrum w Makoszynie -----> < http://mercedesautocentrum.pl >

 

Kamperka odebralismy w czwartek wieczorem, plan był żeby się zapakować i ruszyć rano, ale skoro całkiem sprawnie sie zapakowaliśmy, a kamper stał pod domkiem to zdecydowaliśmy się że przejedziemy chociaż te 100 kilometrów co by być bliżej naszej destynacji. Do Sierakowa mamy sporo kilometrów i troche nas ta ilość zaskoczyła, kiedy w końcu kilka dni przed wyjazdem spojrzeliśmy się na mapy googlowskie.

Wyruszyliśmy po 21 z domu, nocleg po drodze znaleźliśmy pod Łodzią, trochę dalej niż 100-wka ale było blisko autostrady i w miejscu specjalnym dla kamperów, więc jakoś tak przyjemniej było się tam zatrzymać. I tu znowu podrzucę Wam miejsce bo jest raczej mało znane i możecie je wyszukać dopiero gdzieś tam mocno szukając —- spaliśmy w Moskuliki 46, jest to parking przy prywatnym domu pewnego Pana, który udostępnia to miejsce za darmo dla podróżujących kamperami ludzi. Nie macie tam żadnych udogodnień typu woda, łazienki itp, ale jest piaskownica, huśtawka i dużo zieleni, a właściciele przemili bo mieliśmy okazję z nimi porozmawiać przez telefon. Bardzo przyjemne miejsce, a oprócz tego stoi tam pełno kamperów !

 

 

 

 

 

 

 

W piątek ruszyliśmy zaraz po śniadanku i dojechaliśmy na miejsce koło południa.  Na miejscu okazało się, że niestety pole namiotowe dla kamperów jest spory kawałek od domków naszej ekipy i ekipy TriWawy. Po wielu kombinacjach, rozmowach z panem prezesem, na nie-legalu, ale pod kontrolą, stanęliśmy w końcu przy samym domku prezesa i jego ekipy, czytaj TRIWAWY.

I tu się zaczęło 🙂

Całe trzy dni były mega pozytywne, spędzone w meeega towarzystwie. Zaraz obok domku prezesa był cały i-Sport czyli nasza ekipa trenerska. Sam Sieraków na kilka dni stał się miasteczkiem triathlonowym. Roiło się od samochodów zapakowanych w rowery, od triathlonistów biegających zbierających swoje rzeczy, chodzących z piankami żeby zrobić pierwsze Open Water w tym roku. Gdzie się nie spojrzałeś stali sportowcy, ich kibice i rodziny. Z każdej strony nadjeżdżały rowery, różne, przeróżne, te odpicowane całe oreo, z dyskami i idealnie dobranymi kolorystycznie dodatkami, albo te zwykłe na których każdy z nas zaczynał. Na wszystkie dystanse było zapisanych ponad 2400 osób. Możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedy przez 3 dni w promieniu jednego kilometra przewijała się taka ilość osób, plus ich kibice !

Było bosko. Mój R od razu pomyślał o Hawajach i o Konie, na której takie miasteczko powstaje na tydzień przed startem i zrzesza sporo większa ilość osób startujących plus ich kibice. Już rozumiemy jak można mieć KONA-BLUESA po powrocie z hawajskiej wyspy.

Niemniej jednak przyjechaliśmy tam dla startu, a raczej dla startów, bo każdy oprócz najmłodszego gdzieś startował. Zosia pierwsza zdobywała medal, na biegu dla dzieci.

To był chyba jej taki pierwszy najważniejszy bieg, z chipem na nodze, porządnie wyznaczoną trasą i prawdziwym pakietem startowym. tutaj chylę czoła organizatorom którzy spisali się na medal.  Dzieciaki dostawały swoje naklejki na rowery i kask, numery startowe i chipa. Ponatno dostały mały upominek od JBL w postaci słuchawek i w miarę zdrowe smakołyki, nie wspomnę już o gadżetach które dzieci lubią najbardziej typu plecak, smyczki, rękawy do kibicowania itp.

Bieg poszedł świetnie, widać było małe zdenerwowanie na jej twarzy ale dzielnie całość poleciała sama. Dzieci startowały falowo, nie było więc przepychanek i maluszki startowały z maluszkami a starszaki ze starszakami. Dźwięk gwizdka i w nogi po wyznaczonej trasie. Ja biegłam wzdłuż niej aby pokazać w razie co gdzie ma skręcić, byłam tak wzruszona że nie zrobiłam jej na trasie ani jednego zdjęcia.

Na każdej twarzy widać emocje i zdenerwowanie <3

I tutaj drodzy rodzice jest pole do popisu dla Was. Nie jest trudno zniechęcić dzieci do takich startów. Jest natomiast całkiem trudno nauczyć ich przegrywać, nauczyć ich, że nie muszą być pierwsi, że to ma być zabawa i frajda dla nich. To są jeszcze nasze maluchy jak pójdą w sport wyczynowy będą miały dużo okazji do wygrywania i prawdziwego ścigania. Dajmy im teraz trochę luzu i jak chcą biec wolno, niech biegną wolno, jak chcą skakać do mety niech skaczą, jak chcą lecieć ile sił w nogach niech też to robią, ale nie po to żeby wygrać. Mają jeszcze całe życie na wygrywanie, walczenie, przepychanie się i wyróżnianie z tłumu. Nie odbierajmy im tej dziecięcej beztroski :) 
Dla nich sam start jest tak ogromnym przeżyciem, takim wiadrem emocji, że na prawdę nie ma tam miejsca już na wygrywanie i pierwsze miejsca. Jak się uda super, ale niech to będzie przy okazji :)

Zosia miała tłumaczone przez kilka dni przed startem że nie biegnie żeby wygrać, że biegnie po medal, że ten medal jest najfajniejszą pamiątką jaką może zdobyć. Że to jest zabawa i nauka, bo jak dorośnie będzie umiała startować w zawodach tak jak my. Smutno mi było patrzeć jak takie 5 latki wpadały na metę zapłakane że nie były pierwsze. 

Nasza młoda natomiast po powiedziała, że musi dużo trenować żeby być taką triathlonistka jak my <3 <3 <3

Moje ZŁOTO na mecie <3

 

 

Zosia zdobyła swój medal, czas teraz na nas. Warto wspomnieć o koniu którego wyhodowałam w domu. Mój R wylądował na mecie połówki z czasem 4:35, co jest dla mnie totalnym kosmosem, na czele z rowerem który zrobił w 2:13 ! ! ! Ci co startują wiedzą jaka to wychodzi średnia na 90 kilometrach, Ci co nie startują doinformuję. Chłopak przejechał 90 kilometrów ze średnią 39 km/h. Już teraz rozumiecie dlaczego tak rzadko robimy wspólnie treningi rowerowe :p

Sobota zatem była kolejnym dniem kibica. Tym razem rodzinnie kibicowaliśmy mojemu mężowi, oczywiście nie sami tylko z psycho-fanami TRIWAWĄ. To ile emocji wywołują pośród zawodników jest niezastąpione ! Fajnie jest być częścią tej zgrai. Także sobota była dla ludzi, na mecie cierpliwie czekaliśmy na Fabisza, prezesa psychofanów, Ewel, kobietę którą ciężko dogonić na trasie, mojego R i trenera Adama. Wszyscy z uśmiechem na buzi wlecieli po dobre czasy. Resztę wsparliśmy porządnie na trasie rowerowej i biegowej tworząc własna strefę kibica ! No i rachu ciachu sobota nam minęła.

 

 

UFFFF….

Na szczęście na objazd trasy zebraliśmy się w piątek popołudniu i jeśli ktoś w Sierakowie nie startował a planuje objazd trasy jest absolutnym MUST HAVE tych zawodów. Jeśli nie chcecie się zaskoczyć na zawodach oczywiście. JA dziękowałam mojemu aniołowi, który mnie popchnął żeby po raz pierwszy przejechać trasę. Oj byłabym mocno zdziwiona. Patrząc przez pryzmat opowieści, Sieraków super prosta trasa po ładnym asfalcie, byłabym mocno zawiedziona.

Nie trasa rowerowa nie jest prosta. Nie trasa rowerowa nie jest tylko po pięknym asfalcie (choć w dużej mierze tak). Nie trasa rowerowa NIE JEST ŁATWA! Ale to właśnie dzięki temu jest mega ciekawa i  bardzo satysfakcjonująca.

Po sobotnim starcie nie wiele było czasu dla siebie. Było go jednak na tyle dużo, że na spokojnie okleiłam sobie rower, większość rzeczy dotyczącą trasy i stref zmian wiedziałam kibicując długiemu dystansowi, niby wszystko wiedziałam ale jakiś niepokój siedział we mnie cały wieczór. Sobota się kończy wszyscy świętują, winko się leję, a ja po totalnie nieprzespanej wcześniejszej nocy (dziękuję synu 🙂 ) padam przed północą. Pewnie wiele ciekawych rzeczy mnie ominęło, ale sen był równie cudowny. Wyspana, dalej kaszląca i z zatkanym nosem wstałam, ogarnęłam śniadanko dla dzieci. Sama po kryjomu zjadłam białą bułę z dżemem, napiłam się kawki i ruszyłam do strefy zostawić rower.

 

„SIERAKÓW WITA TRIATHLONISTÓW”

 

Oj duża ta strefa, duża, trafiło mi się fajne miejsce na zewnętrznych wieszakach więc łatwo było zapamiętać. Rowerek gotowy, koła napompowane już wcześniej przez mojego najlepszego serwisanta na świecie, bidony na miejscu nic tylko pocałować ta różową ramę co by grzecznie czekała i wrócić do ludzi. Kamperek stał jakieś 5 minutek drogi od strefy zmian, nie wiele mieliśmy więc do chodzenia. Wróciłam do dzieciaków i Rafała ubrałam się w strój startowy, pianę i ruszyłam nad wodę. Tam szybka rozgrzewka z trenerem, buziaki od dzieciaków i R i jazda na start.

 

Pisząc w skrócie relacje z samego wyścigu mogłabym napisać tak: Na pływaniu umarłam, nie wiem jak nie wiem skąd, na rowerze zmartwychwstałam po to aby podwójnie umrzeć na biegu. I o tyle, takie słowa w sumie idealnie opisywały by mój Sieraków, ale jeśli chcecie więcej i nie macie już dość powiem kilka słów więcej.

START. 

W wodzie na prawdę umarłam, nigdy nie przeżyłam takiego czegoś. Ok może przeżyłam, za młodych lat jak na bardzo ważnych zawodach potrafiło mnie przytkać ze stresu. Ale tu była to jakaś podwójna siła, która nie pozwalała normalnie funkcjonować w wodzie. Woda zimna, ok zatkało mnie na wejściu i to bym rozumiała gdyby nie to że to zatkanie trzymało mnie do ostatniej bojki, powiedziałabym wręcz że do samego końca.

Ja weteranka pływania rzadko kiedy pływam open water na 2 oddechy, zazwyczaj swobodnie oddycham co 3, na zawodach również,  tu miałam ochotę uskutecznić metodę na co 1 oddech. TO co przezyłam to moje, myslałam, że młucę przez tą wodę jak topielec, wszyscy mnie wyprzedzali, a ja totalnie nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Pomiędzy 2 a 3 bojką, regularnie przechodziłam do żabki aby uspokoic oddech, ale to nic nie dawało. Całość przepłynęłam oddychając co 2 i kiedy raz spróbowałam zrobic oddech co 3 myślałam, że się utopię. Rozumiem już tych których w wodzie zatyka ze stresu przed potworami i rezygnują z dalszego płynięcia. Moja głowa też mi raz podpowiedziała, że może jednak lepiej wyść z wody, ale zdrowy rozsądek wiedział że to stres i mam nadzieję chociaż w minimalnym stopniu zimno. Bo inaczej wole sobie tego nie tłumaczyć.

Woda dłużyła się okropnie, z każdym oddechem miałam wrażenie, że utonę, ale zaczęłam się skupiać na jeszcze jednym wdechu, jeszcze jednym wdechu i tak dobrnęłam do końca. Nigdy nie czułam takiej ulgi wychodząc na ląd.

Tam czekał na mnie 700 metrowy podbieg, oj Sieraków lubi te górki i podbiegi. Nie spinałam się na nim zbyt mocno, lekko, powolutku poleciałam po rower. Szybkie ruchy w strefie i kilka chwil później wybiegam do belki rowerowej. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie była tak bliziutko jakby się chciało. Biegliśmy po krawężnikach, przez kawałek lasku żeby przez jeszcze sto metrów lecieć po asfalcie do głównej drogi.

Jest belka. Wsiadam na ROWER. 

Tutaj wiedziałam czego się spodziewać, tutaj tez chciałam wyciągnąć z siebie maksimum. Na rower wsiadłam jako 4 ta kobieta, na pierwszej pętli dociągnęłam do 3 -ciej zawodniczki. Dosyć szybko i sprawnie ją wyprzedziłam, wyprzedzałam też niektórych panów, z niektórymi co chwilę się wymijałam, tak to jest kiedy zawody są bez draftu a każdy próbuje utrzymać swoje.

Jechało mi się cudownie, nie był to dzień konia, ale było ekstra. Na górkach dociągałam do górnych Wattów, na zjazdach pedałowałam tak by zyskać jak najwięcej. Rower był mega dynamiczny, cały czas się coś działo. Pierwsze kilka kilometrów, jest dosyć krętę, na początku czeka na ans tez chyba najdłuższy, najstromszy podjazd. Jednak nie na tyle stromy i długi by zrzucać się z blatu, ale na tyle stromy i długi że na drugim kółku musiałam podnieść dupsko z siodełka żeby nie utracić swojej kadencji. Jechałam i jechałam, żadnej dziewczyny nie widziałam ani przed sobą ani za sobą. Po kilku kilometrach wpadamy faktycznie na cudowny nowiutki asfalt, który tak na prawdę jedziemy dalej resztę kółka. Całą trasa jest pagórkowata, raz w górę raz dół. Trzeba jechać na tyle mocno w dół, żeby potem było jak najłatwiej w górę. Obok moich PSYCHOFANÓW przejeżdżam ponad 40 km/h, oj tak co by myśleli że całość pędzę tak mocno 🙂

W drugiej połowie drugiego kółka dogania mnie Ula, dziewczyna która wygrała Super League w Poznaniu w zeszłym roku. Jest prędka, ale nie aż tak prędka żeby zniknąć mi z oczu w sumie do końca trasy rowerowej. Wpadam chwilę za nia do strefy zmian, a mój R krzyczy, że mam tylko minute starty do pierwszej babki. WOW

WOW.

Na prawdę byłam z siebie dumna. na takiej imprezie polecieć tak rower to było coś. Co prawda w ogóle nie interesowało mnie jaką mam stratę do pierwszej dziewczyny bo wiedziałam że na tym biegu jej nie dogonię, no chyba że by mnie ktoś podwiózł na rowerze 😉 Ale miło było usłyszeć, że i trener i on mają wrażenie, że jeszcze mogę coś tu ugrać <3 Dzięki chłopaki !

BIEG. Może być krótko ?? Umarłam dwa razy. Pierwsze dwa kilometry leciałam, w dobrym tempie, czekając na te podbiegi. Nawet mi ten szutr i piach tak nie przeszkadzały. Potem nagle zaczął się podbieg, najpierw taki przedsmak malutki króciutki w piachu ale stromy. Na 4-tym kilometrze dotarłam do wisienki na torcie. Najpierw stromy podbieg, żeby później zobaczyć że jest jeszcze stromszy podbieg. Można by go porównać do serpentyn w Alpach po których wspina się na rowerze. Takie coś pomniejszone do skali biegania i człowiek zamiast roweru. Sierakowska umieralania, no chyba że się jest biegaczem górskim to możecie to sobie nazwać inaczej, ja tam umarłam. DWA RAZY.

Zleciał ten bieg szybko, ale w bólu, na drugim kółku miałam ochotę się już tam zatrzymać. Nie dość , że boli to jeszcze co jakiś czas na dobitkę wyprzedzają mnie damskie nogi. Czy one są tak wytrenowane na górkach ? Czy ja nie mam siły, bo jestem cienias ?! Deprymujące jest spadanie na kolejne to pozycje dół w tak krótkim czasie, ale musiałam to zagryźć i lecieć do końca.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Z 4 miejsca spadłam na 9-te i nie, nie jestem zadowolona z siebie, ale wybrzydzać tez nie będę.  Może te ambicje są gdzieś za wysokie i nie ma co stawiać sobie poprzeczki tak wysoko? Z drugiej strony jak mam nie stawiać jak jestem sportowcem z krwi i kości !?

Szczęśliwie udało mi się utrzymać 3 msc w swojej kategorii. Na metę doleciałam z czasem 2:30…. Dumna z roweru, załamana pływaniem i zdeprymowana bieganiem. Niemniej jednak start był udany, dostałam w tyłek tak jak nigdy, a jednak chcę więcej i wracam tam za rok !

 

A ty ?!

Dobrnąłeś do końca i lecisz ze mną do Sierakowa za rok ?! 🙂

Agnieszko dziękuję za zawieszenie medalu, taki smakuje podwójnie.

Dziękuje firmom, które mnie wspierają:

i-Sport platformie treningowej <3

On Running Polska za buty w których biegam najszybciej jak umiem :)

CEP Polska za pomoc w regeneracji i dbanie o moje nogi

Eko Farmie Świętokrzyskiej za dbanie o mój brzuch i brzuch mojej rodziny <3 

I Wam wszystkim którzy nie raz wykrzyczeli moje imię na trasie dodając otuchy i powera dzięki któremu urywałam kolejne sekundy. TO w dużej mierze wy się przyczyniliście do tego wyniku :) 
Niestety nie umywacie się do buziaków i piątek od moich dzieci, ale te są niezastąpione <3 <3 ;) ;)

Do następnego razu.

 

Bio Mama.

 

 

 

Triathlon który zamienił się w Duathlon, czyli Limassol Nireas Triathlon.

TRIATHLON

Triathlon który zamienił się w Duathlon, czyli Limassol Nireas Triathlon.

cof

Tego to bym się nigdy nie spodziewała. Na mojej ukochanej wyspie, tam gdzie jest zawsze ciepło, tam gdzie czeka na nas zawsze słońce.

Cudowny start, zamienił się w cudowne piekło. Chyba milion razy przed startem chciałam zrezygnować. Na szczęście był to krótki dystans.

 

Duathlon to moja zmora, o której w sumie już zapomniałam, bo rzadko kiedy tego typu sytuacje się zdarzały. Ten sezon był sezonem ekstremalnych startów dla mnie. Albo grzało nam ponad 30 stopni, albo w dniach startów były załamania pogodowe i temperatury robiły się ekstremalne ale w tym drugim kierunku. Większość startów była chłodna, z deszczem, albo chociaż mżawką. Większość była wietrzna, albo owiana wiatrem. Ale nigdy przenigdy nie spodziewałabym się tego tu, na naszej rajskiej wyspie.

Już na parę dni przed nasi „cypryjscy wysłannicy” pisali nam że w weekend ma być sztorm. Ale kierunek północy wschód, w ogóle nie przemawiał do mojej windsurfingowej głowy (trenowałam windsurfing na Cyprze przez kilka lat), więc każde ostrzeżenie spływało po mnie bez większych emocji. Takie kierunki nie wróżą mocnych wiatrów myślałam. Spływało po mnie do soboty, kiedy na własne oczy zobaczyłam ten kierunek wiatru z minutyna minutę nasilający się. Kiedy myślę o mocnym wietrze, głownie myślę o trudnościach na rowerze, nigdy nie kojarzyłam tego z pływaniem.

 

W sobotę wieczorem, wiatr można by powiedzieć całkiem ustał. Sprawdzaliśmy prognozę i wydawało się, że rano jeszcze będzie okey. Wydawało się…

Już w środku nocy obudziły nas mocne podmuchy wiatru. Wiatr szalał za oknem jak nienormalny, kołysał palmami i ewidentnie dawał o sobie znać. Sen wyjątkowo był przerywany, mocnymi zrywami wiatru, przenoszeniem rożnych przedmiotów na podwórku, a nie płaczem czy przykrywaniem dzieci. Cały czas myśleliśmy o rowerze.

 

W niedzielę rano wstajemy, jemy śniadanie jak zawsze. Biała buła z dżemem ( tak tak, już kiedyś o tym pisałam, to jedyne dni kiedy jem białą bułę 🙂 ). Pijemy kawkę, zbieramy się trochę wczesnie bo po raz pierwszy jedziemy na start…. ROWERAMI.

Ale to było fajne przeżycie, start był jakieś 5 kilometrów od domu, ale że nie chciało nam się przekładać fotelików z dużego autka do MINI i kombinować z wózkiem w wersji bez dachu, to zdecydowaliśmy się pojechać rowerami. W końcu w niedzielę rano miasto będzie zupełnie puste a te parę kilometrów będzie nawet przyjemną przejażdżką. Odbiór pakietów był 7.00-8.00, start o 9.10, nasz dystans. Chwilkę po siódmej siedzieliśmy juz w siodełkach i pedałowaliśmy w porannym słońcu wzdłuż morza. Pojedyncze samochody mijały nas, szum fal i wiatr powoli rozbudzały nasze zmysły. Morze nie wyglądało najgorzej. Był dosyć mocny czop, był też przybój, ale nie były to katastrofalne warunki dla nas.

Dojechaliśmy na miejsce, z każdą minutą pogoda robiła się coraz bardziej wyrazista. Skupiliśmy się jednak na oklejaniu rowerów, wstawianiu ich do strefy i przygotowywaniu siebie na tyle mocno że zapomnieliśmy spojrzeć się na warunki w wodzie. Te robiły się coraz gorsze. Fale pomimo falochronów, zaczynały przypominać Hawajski przybój, a czop w miejscu gdzie prowadziła nasza trasa był chyba nawet trochę niebezpieczny. Tarska prowadziła wzdłuż skalistego falochronu, przy takich warunkach któryś ze słabiej pływających zawodników mógł by skończyć na skałach. Wystawiono więc człowieka, który miała się przepłynąć, żeby zmienic kurs trasy pływackeij na bardziej przyjemny i bezpieczny.

IMG-20181104-WA0008-01

Ja osobiście się nie bałam, nawet cieszyłam się że będę mogła podwójnie wykorzystać swoje umiejętności w wodzie, odpływając mniej obytej reszcie. Rafał obawiał się, że pływanie będzie bez pianek, temperatura wody wynosiła troszkę ponad to co mogła, a w takich warunkach nie chciał by bez niej płynąć. Podobno ja go postraszyłam dzień wcześniej, że pianki mogą być nie dozwolone. I masz Ci los, wszystko obróciło się przeciwko mnie.

IMG_20181108_224604_029

 

Około godziny 8.30 ani nie było widać śladu bojek, ani nie było widać śladu motorówki, która te bojki miałaby w wodzie ustawić. Zapowiadało się na okropny zwrot akcji. 8.45 i brefing, organizatorzy rezygnuja z pływania. Wydaje im się to zbyt niebezpieczne, biorąc pod uwagę, że o 9 rano startuje supersprint na którym jest dużo nowicjuszy bez pianek.

A JA ??

Załamana. Zamiast zyskać w wodzie dzięki trudnym warunkom, mam mega dużo stracić moim słabym bieganiem. Nie raz przeszło mi przez myśl żeby to olać, zawsze mówiłam że jak zrobią z triathlonu, duathlon to ja nie startuje. Nie na to się pisałam. Triathlon to triathlon, trzy dyscypliny i koniec.

SZYBKO dostałam reprymendę od męża, żebym nie wymyślała. Żeby przestała zrzędzić jak stary malkontent i wzięła się w garść. Że jestem przygotowana i że mam stanąć na starcie i przestać zalewać tutaj internet płaczem i frustracją.

No i jak to się skończyło ?? :)

 

czas na START.

Stanęłam na starcie. Stanęłam z taką pokorą, że nie wiedziałam że posiadam jej takie pokłady w swoim ciele. Ustawiłam się grzecznie z tyłu, nie wiedziałam jak biec pierwszą część czyli 2.5 km biegania, które zafundowali nam zamiast 750 metrów pływania. Domyślałam się, żeby to zrobić ciupkę wolniej, niż planowałam pobiec końcowe 5 km. Próbowałam nastawić się pozytywnie. Wiedziałam, że będzie trudniej niż zawsze, bo moja najlepsza dyscyplina odpadła. Wiedziałam też że muszę się skupić i zrobić swoje. Wtedy nie ważne będzie miejsce. Będę tak czy siak zadowolona z siebie. Nie ważny będzie wynik tylko dobrze wykonana praca.

I z takim nastawieniem, nie patrząc na innych stanęłam na starcie żeby zrobić swoje. Bardzo przyjemne uczucie, polecam każdemu.

 

Wszystko było dziwne, stawanie na starcie w butach biegowych, moczenie stroju i głowy przed startem. Ogarnianie w głowie pierwszej strefy zmian. Człowiek rzucony w nieznane, czułam się totalnie nieswojo i jak… nie na triathlonie. Wybuch sygnału startowego, trach, wszyscy wystartowali jak z procy. Pędem przesuwali się do przodu. Patrzę na zegarek i biegnę 4.15 min/km. Wiem, że muszę zwolnić, żeby nie przesadzić, ale wszyscy tak prują do przodu, że aż głupio biec wolniej. Nogi pędzą za tłumem, ale powolutku je ogarniam i każe im biec SWOJE. Lecimy na 4.35 min/km, taki jest plan i ani sekundy szybciej. Zaczynamy oddalać się od pędzącego tłumu, mija pierwsze kółko a ja czekam aż reszta zacznie puchnąć. Niestety tak się nie staje. Wszyscy równo pędzą do przodu, przede mną biegnie kobieta, która ewidentnie się ściga i nie daje wyprzedzić. Nie szaleję lecę swoje, wiem co się wydarzy na rowerze.

DO strefy wbiegam chyba jako ostatnia kobieta. Po raz pierwszy widzę T1 tak zatłoczone, po raz pierwszy jestem w tak zatłoczonej strefie zmian. Zazwyczaj łapie swój rower wtedy kiedy wszystkie wieszaki są pełne, wybiegam w spokoju i bez tłumu. Tym razem napotkał mnie nawet korek na wybiegu ze strefy. Większości rowerów już nie było, a ja czułam dziwne emocje, że jest dużo do odrobienia, dużo do wyprzedzenia i trzeba będzie zasuwać.

 IMG-20181104-WA0001-01

ROWER, AH TEN ROWER.

 

Wsiadam na rower. Pomimo, że nie czuje się ostatnio mocna na rowerze, wiem że dam radę. Wsiadam ze spokojem i jadę ile sił w nogach. Nie mam pomiaru, nie mam tętna, lecę na samopoczuciu, a ono jest dobre. Oczywiście nie przyzwyczajona do skarpetek na nogach na rowerze podczas wsiadania trochę się motam z tym że przyklejają mi się do rzepów. Ale jestem na szosie więc czuje się pewnie i wiem że mogę się wiercić, zapinać i tarmosić.

Trasa rowerowa ma 6 kółek, czyli każda pętla ma trochę ponad 3 kilometry. Planuje liczyć, ale szybko o tym zapominam i patrzę raczej na licznik, przyczepiony taśmą izolacyjną do roweru ( zapomnieliśmy uchwytu do mojego garmina). Nie wiem jak to się stało, ale zanim się obejrzałam zbliżałam się do dziewczyny, która w strefie zmian wyglądała na potencjalną rywalkę i która była chyba jedyną dziewczyną która mi została do wyprzedzenia. Jedzie na czasówce, jedzie mocno więc nie wiem czy warto wyprzedzać w tych warunkach. Rower pojechałam mega taktycznie, chowałam się ile się dało z ludźmi zanim ich zdołałam wyprzedzić. Zawody były bez draftu trzeba więc było walczyć z wiatrem solo. Na szczęście spora liczba osób na krótkiej trasie pozwalała czasami choć przez parę sekund odpocząć. Mijałam kolejne osoby, miałam wrażenie że tak na prawdę cały czas wyprzedzam. Minęło mnie może z kilka facetów na czasówkach.

Traska była tam i z powrotem. W jedną stronę mieliśmy wiatr totalnie w twarz w druga stronę, byoa chyba z wiatrem. Miotało mną jak workiem ziemniaków, przesuwało rower. Co chwilę traciłam kontrolę. Na którymś z ostatnich kółek wiatr był już tak mocny, że zaczęłam się smiać na głos z tego co sie dzieje. Człowiek pedałuje z całych sił, a rower prawie się nie rusza do przodu. Miałam wrażenie, że ktoś przyczepił mi gumę do sztycy w rowerze i nie tylko wieje mi w twarz, ale coś jeszcze ewidentnie ciągnie mnie do tyłu. Wiatr i warunki były tak ekstremalne, że zamiast mnie frustrować zwyczajnie mnie rozśmieszały. Dojechałam do ostatniej dziewczyny w moim zasięgu, bo Carmen która była pierwszą kobietą wiedziałam że jest niedościgniona. Kobieta koń, bo inaczej o niej nie umiem powiedzieć. Jest tak mocna że skopała tyłek mojemu Rafałowi, z nią się nie ścigałam.

 

Rower poszedł przyzwoicie, ładna średnia jak na rower szosowy i te warunki pogodowe. Całość przejechałam w niecałe 35 minut z prędkością 33 km/h.  Poszło by zdecydowanie gorzej gdyby nie chłopak dziewczyny którą wyprzedziłam i która bezpośrednio się ze mną ścigała. Na szóstym kółku zaraz przed belką, Garmin pokazywał 19 kilometrów. Nie wiedziałam ile mam kółek za sobą, każda pętla miała około 3 kilometrów. Głowa wirowała, będzie 22 km czy 19 ?! Przed samym zejściem z roweru krzyknęłam do chłopaka (wtedy jeszcze myślałam że to jej trener) mojej rywalki, wiedziałam że może nie odpowiedzieć, ale też wiedziałam że jak już odpowie to na pewno mamy tyle samo pętli na swoim koncie. Po minimalnej pauzie chłopak odkrzyknął „SIX”.

Dziękuję. To jedyne słowa jakie mogą określić to co zrobił. Gdyby nie on, pojechałabym jeszcze jedno kółko, a jego kobieta wygrałaby ze mną i zajęła drugie miejsce. Widziałam na jego twarzy, że nie chciał mówić ile kółek mamy za sobą, widziałam że łamie się ze sobą żeby to zrobić, ale zrobił więc na mecie pierwsze co zrobiłam to podeszłam i szczerze podziękowałam. Nie wiem co bym zrobiła bez tego magicznego słowa „six”.

 

BIEG.

Zsiadam z roweru. T2 jest zdecydowanie mniej zatłoczone niż pierwsza strefa. mam plan an mocny bieg. Założenia są, ale wiatr wieje coraz mocniej, połowa trasy biegowej też jest pod wiatr. Plan jest na 4.35 min/km, ale w głowie myśli wirują zrób swoją robotę, nie patrz w tył. Biegnę we∂ług założeń. Pierwszy kilometr nogi są świeże, biegnie mi się dobrze. Powrót pod wiatr też nie wydaje się zbytnio wymagający. Biegnę, czuję się dobrze, biegnę w komforcie. Drugie kółko, biegnę tak samo ale tempo delikatnie spada. Na nawrotkach widzę dziewczynę którą wyprzedziłam na rowerze i która wiedziałam że może mi zagrozić, ale ona zamiast się zbliżać oddala się ode mnie. Widzę, że puchnie, z każdą kolejną nawrotką jest coraz dalej. Nie czuję więc presji na wynik, nie czuję presji na tempo, przerzucam myślenie na utrzymanie pozycji, a nie łapanie ostatkiem sił jak najlepszego wyniku. Jest coś we mnie takiego, gdy nie czuje oddechu na plecach, to zdecydowanie moje ciało wybiera bieg i działanie w strefie komfortu. Biegło mi się dobrze, na 3 kółku nawet przez chwilę pomyślałam jak niesamowicie  luźno mi się biegnie w takim tempie. Po nawrotce gdy wiatr zaczął wiać w twarz troszkę wysiłek dał się we znaki, ale nadal wiedziałam jak się nazywam. Ostatnia pętla, nie przyspieszam, nie ma nikogo za mną. kolejne dziewczyny są daleko za mną, biegnę mocno ale komfortowo. Odkąd stałam się mamą zawsze mam takie podejście na zawodach. Wolę zrobić to ciupkę wolniej nie zajeżdżając się, niż wypruć z siebie flaki a potem umierać przez cały dzień z ciągłym „Mamoooooo…”, „No mama……”, „Mamuś….”. Uśmiechnięta, szczęśliwa, że nie odpuściłam i dotarłam w takim komforcie wbiegłam na metę. Udało się wybiegać 23 minuty z hakiem, co dało mi tempo w okolicach 4.40 min/km. Jestem zadowolona, biorąc pod uwagę wiatr, który wiał przez całą imprezę.

IMG_20181108_230106_744

Takim oto sposobem, wpadłam na metę mojego pierwszego duathlonu po 1:12 minutach. Nasz start miał 2.5 biegu, 20 kilometrów roweru i 5 kilometrów biegu.

 

Nie taki diabeł straszny jak go malują. Duathlon też można przetrwać z uśmiechem na buzi.

IMG-20181104-WA0025-01

 

Polecam podejście z pokorą. Polecam skupić się na sobie, zrobić swoja robotę. Świat staje się od razu jakiś taki łatwiejszy. Nie ma co muszę, tylko jest co chcę. Jesteś tylko ty i twoje założenia, twoje marzenia i to co ty chcesz osiągnąć. A przecież nie ma nic lepszego niż sprostanie swoim marzeniom, założeniom i realizowanie swoich celów.

cof

 

Oddajcie się marzeniom. To idealny czas by POMYŚLEĆ co dalej chcemy ZROBIĆ ze sobą.

NIE TYLKO W SPORCIE ! ! !

 

 

Nie wiem jaki u Was jest zwyczaj, ale my naszym najwierniejszym kibicom zawsze serwujemy LODY. TAKIE NAJBARDZIEJ PRAWDZIWSZE JAKIE SĄ!

fptbty

A jak to na Cypr przystało sobie serwujemy wino i pyszny śródziemnomorski LUNCH !

IMG-20181104-WA0026-01


 

Biegająca Bio Mama.

Triathlon Kraśnik 2018 – Mistrzostwa Polski Age Group

TRIATHLON

Triathlon Kraśnik 2018 – Mistrzostwa Polski Age Group

Triathlon Kraśnik 2018 to totalnie nowe przeżycia których nie udało mi się na czas spisać.

Miałam w tym roku dwie imprezy, tak naprawdę dwie moje ulubione imprezy, którym nie poświęciła wystarczająco dużo czasu po i do dzisiaj posty nie ukazały się na blogu. Pierwsza do triathlon w Larnace na rozpoczęcie sezonu. Start, który uwielbiam ze względu na atmosferę, na to że się dzieje na Cyprze i mam do niego ogromny sentyment.Był to mój pierwszy start w triathlonie taki na poważnie, do którego się przygotowywałam. Pierwszy 3 miesiące po pierwszej ciąży, z Zosią.

Drugim moim ulubionym startem w  sezonie był Kraśnik i to na niego zawsze czekałam.

42654164_1133467013471482_7233306357661696000_n

Idealne zakończenie sezonu.

Zazwyczaj Kraśnik kojarzy nam się z pięknym ostatnim wakacyjnym weekendem, z gorącem, z dużą dziecięcą ekipą i totalnie wyluzowana głową. W tym roku Kraśnik był inny i to pod każdym względem. Ale że zawody miały miejsce ponad miesiąc temu, to relacja tym razem będzie wyglądała trochę inaczej.

Nie będę wam opisywać przygotowań i po kolei każdego etapu startu, ale zbiorę to w 5 punktów które w tym roku różniły się od poprzednich lat.

40178228_1853685541384602_5088493191477329920_o

Kraśnik 2018:

1.NASTAWIENIE.

Kraśnik zazwyczaj byl startem na luzie, na koniec sezonu, żeby nie zapomnieć o triathlonie. Czesto po wakacjach, czyli wypoczęta i bez mocnego reżimu treningowego. Zazwyczaj jeździliśmy dużą ekipą, pełno dzieci, ładna pogoda, idealny weekend kończący wakacje. Miał być Fun i tylko Fun, a że zawsze udawało się więcej to tym bardziej kochałam to miejsce.

W tym roku moje nastawienie było trochę inne odkąd byłam pod opieką trenerską i-Sportu Kraśnik stał się kolejnym dużym celem. Miał być takim małym BOOM na zakończenie sezonu. Uwieńczeniem dobrze przepracowanego lata. Tym bardziej chciałam dobrze wypaść bo byłam ambasadorką tego startu, ponadto zaproszono mnie do Triathlon Kraśnik Team w tym roku, więc u siebie chce się zrobić wszystko najlepiej, co nie ? Jako wisienka na torcie Kraśnik był Mistrzostwami Polski w age grupach na dystansie olimpijskim czyli Mistrzostwa Polski na moim ulubionym dystansie. Liczyłam więc na mocny start i naprawdę fajną formę ale jak to w życiu zawsze bywa. To na co długo czekamy nie zawsze kończy się tak jak sobie to wyobrażamy i marzymy.

I pewnie start byłby naprawdę mocny, a forma w szczytowej fazie, gdyby nie drugi czynnik który był zupełnie inny niż zawsze w Kraśniku- POGODA

40848418_1862004823886007_30166256854237184_o

2. POGODA.

Tego to się nikt chyba nie spodziewał. Jeszcze dwa dni przed startem była pełnia lata u nas, zresztą podobnie było po. Kiedy mój mąż sprawdzał prognozy pogody nie chciało mi się wierzyć że będzie takie załamanie pogody. Już kilka razy w ciągu całych wakacji słyszałam  tego typu historie i żadna tak na prawdę się nie sprawdziła. DO samego końca byłam przekonana, że będzie sporo lepiej niż to co pokazuje uparcie ICM.

Kraśnik zazwyczaj był startem gdzie termometry pokazywały dobrze ponad 30 stopni Celcjusza. Był tym startem na którym nie wiadomo ile stacji z wodą byłoby na etapie biegania, a i tak zawsze wydawało by się że jest ich za mało. Był startem gdzie lokalni mieszkańcy wychodzili na ulice z wodami w kukach i dawali tym najbardziej spragnionym, był tym startem gdzie OSP używało swoich węży żeby nas choć trochę schłodzić. Kraśnik zawsze był pogodowym ARMAGEDONEM, ale zawsze w tą drugą stronę.W tą gdzie wszyscy narzekali na upał, słońce i brak sił na biegu.

Dzień przed Rafał pokazał mi prognozę, zapowiadała się okropna ulewa. Szybko zadzwoniłam do naszych przyjaciół i wybłagałam aby nie rozpakowywali swojego kamperka po wakacjach tylko wybrali się właśnie nim na start. Marcin jak to Marcin, nie domówił. Miałąm więc plan B co zrobic z dzieciakami, gdy pogoda na prawdę się na nas obrazi. Na miejscu okazało się, że nie dość że mieliśmy kamperka, to jeszcze udało nam się nim zaparkować pod samą strefą zmian. Wielki kamień spadł mi z serca, wiedziałąm że są dwie ciocie do ogarnięcia mojej ferajny i dach nad głową. Nie będzie źle pomyślałam. Pierwszy raz w strefie stałam w grubych dresach, bluzie i GORETEX-owej kurtce.

42556406_294835277913224_6718363401191424000_nNAJDZIELNIEJSI KIBICE EVER <3 <3 <3

Gdy wyjeżdżaliśmy z domu termometr pokazywał około 17 stopni, niestety jak dojechaliśmy na miejsce temperatura spadała z godziny na godzinę. Na miejscu było już 13 stopni, a robiło się coraz zimniej. Wody najmniej się bałam, bo najcieplej. N rowerze regulamin zabraniał, zakładania czegokolwiek na siebie. Ale po dłuższym namyślę sędziowie zezwolili na bluzy i rękawki. Ja miałam tylko rękawki, ale kto by pomyślał, że będzie je tak cholernie trudno założyć na mokre ręce. Pod piankę trener zabronił mi je zakładać, ale z perspektywy czau, pewnie mniej bym straciła płynąc w nich z ograniczoną ruchomością rąk niż marznąc tak na rowerze.

To do jakiego stanu doprowadziłam swój organizm nie mieści mi się dziś w głowie.

„Wybiegam z wody, lecę do strefy, wcale nie jest tak zimno, myślę sobie. Ale mam w głowie, słowa Karasia że w trudnych warunkach wygrywa zawodnik najmądrzejszy a nie najszybszy. Dobiegam więc do roweru i uporczywie próbuje założyć rękawki na ręce. Niestety na próbie się kończy. Wściekła na siebie że o tym nie pomyślałam i wściekła na to że się nie udało rzucam ja spowrotem do kosza. Szkoda czasu. Na rowerze pogoda doprowadziła mnie do takiego stanu, że sama nie wiedziałam czy mój organizm jeszcze funkcjonuje, czy już nie. Mój GARMN przez większą część wyścigu pokazywał 8 stopni Celsjusza !!! Do tego jakby było mało przez całą trasę rowerową lał deszcz i wiał kosmiczny wiatr !!! Rower pojechałam sporo poniżej założeń i teraz z perspektywy czasu nie wiem czy odpuściłam go sobie najpierw w głowie, czy w nogach 🙂 ?! Ale na drugim kółku szczerze rozważałam zejście z trasy kolarskiej, wydawało mi się że nie jest to gra warta świeczki, że zdrowie ważniejsze i że może czas wiedzieć kiedy jest lepiej się wycofać niż zapłacić za to później większą cenę. Jednak dusza sportowca, nie chciała tak szybko odpuścić  i zdecydowałam że polecę jeszcze jedno kółko. Na 3-cim kółku było mi już szkoda że tyle marzłam, więc stwierdziłam że dotrwam do czwartego, a co będzie na biegu się okaże. Raczej powinnam się rozgrzać… RACZEJ.

4 pętle rowerowe oznaczały 12 nawrotek, na każdej z pętli mieliśmy 3 nawrotki. Może przy ładnej pogodzie i suchym asfalcie nie kosztowało by mnie to tyle emocji, ale kiedy po raz drugi widziałam leżącego na ziemi mężczyznę który na nawrotce się wyłożył, zdecydowałam nawet kilka razy wypiąć nogę z pedałów i zawrócić jak totalny leszcz i laik rowerowy. Miałam wrażenie że mój organizm przepiął się na tryb PRZETRWANIE i już nie ważne było jak, ważne było żeby dotrwać do T2. Sił w nogach było dużo, ale strach i jakieś totalne nieogarnięcie przy tej temperaturze nie pozwoliło ich wykorzystać.42612078_171565430436622_947253422225096704_n

T2 zrobiłam w tak ślimaczym tempie że chyba pobiłam swoją życiówkę, oczywiście w tą drugą stronę! NIGDY TAK WOLNO NIE WYBIEGŁAM Z T2 !!! Zejście z roweru przypominało raczej osobę która, po raz pierwszy ma do czynienia z zejściem z roweru na belce. Zamiast zeskoczyć płynnie i zacząć biec w strefie, po raz pierwszy zatrzymałam rower tak po prostu jak robię to pod domem, po zakończonym treningu. Zsiadłam jak starsza Pani, bojąca się że zaraz jej coś strzyknie w kręgosłupie i zaczęłam przebierać nogami. Każda część mojego ciała trzęsła się. Ręce miałam skostniałe jak lód. Nogi zdrętwiałe, a chłód przeszywał moje ciało tak mocno że nie byłam w stanie skupic sie na niczym innym niż walka o przetrwanie. Dobiegłam do wieszaka, jakoś odwiesiłam rower i zaczęła się mała komedia. Kilka razy próbowałam odpiąć kask, zamrożonymi palcami, ale niestety nie funkcjonowały one tak jak powinny i nie były w stanie nacisnąć dwóch guziczków na raz. Próbowałam jedną ręką, dwoma, nawet podeszłam do jakiejś kobiety stojącej w strefie i poprosiłam o pomoc. Okazało się, że jest sędziną i nie może mi pomóc. Zostałam sama z kaskiem. Po wielorazowych próbach, za którymś razem w końcu klamra kliknęła i kask się rozpiął. Przyszedł czas na skarpetki, lewą zakładałam chyba na siedem razy. Już przeszło mi przez myśl żeby biec bez, ale wiem jakie pęcherze robią mi te buty po kilku kilometrach bez skarpetek, zresztą każde buty robią moim kościstym stopą gromadę pęcherzy. Wiedziałam jak to się może skończyć więc cierpliwie nakładałam skarpetki na nadal mokre nogi. Moje ręce nie były w stanie nałożyć ich jednym ruchem. Skostniałe palce dały radę naciągnąć ją najpierw tylko na palce, potem na śródstopie, aż wreszcie dwa palce wskazujące przypominające haki Kapitana Haka, naciągnęły je na piętę. Z prawą nogą poszło ciut lepiej. Po ponad dwóch i pół minutach, w końcu ogarnięta na trasę biegową wybiegłam ze strefy zmian. Pomimo dużo krótszego dobiegu z rowerem do stojaków, niż po wybiegu z wody i bez ściągania pianki, T2 zrobiłam o ponad dobrą minutę dłużej niż T1. Kiedy wbiegłam na trasę biegową wiedziałam że zostało mi już tylko najlepsze. I piszę to ja anty-biegowa triathlonistka.

42666096_339929313218540_1136558125885685760_n
ZAMARŹNIĘTA MATKA, ZOBACZYŁA SWOJĄ DZIELNĄ CÓRKĘ KIBICUJĄCĄ W DESZCZU :) NAJLEPRZY DOPING NA ŚWIECIE, TO ONA DODAŁA MI SIŁ !

3. ZAMIANA RÓL, BIEGANIE.

Tutaj pogoda miała najmniejsze znaczenie, widziałam że mój organizm w końcu się rozgrzeje, czekałam tylko na to kiedy. Przez pierwsze 2 kilometry nie czułam nóg, miałam wrażenie że biegnę czymś co nie do końca należy do mojego ciała. Potem zaczęłam czuć mrowienie i nogi odzyskały czucie. Zaczął odzywać się jednak żołądek, a z tym wiedziałam że nie zdziałam cudów jak totalnie odmówi posłuszeństwa. Już na rowerze czułam jak mój żołądek nie jest w stanie przyjąć drugiego żela, ale na siłę próbowałam go zjeść, bo start o 12, zimno, a śniadanie było dobrze przed 8-mą. Wiedziałam, że energia może się skończyć. I tak po 2 kilometrach kiedy zaczęłam czuć nogi, zaczął odzywać się też mój brzuch.

42592236_739410269736083_1184838110958059520_n

Z brzuchem w Kraśniku miał problemu mój Rafał. Dał temu miejscu dwa razy szanse i raz prawie zszedł z trasy przez skurcze ( efekt uboczny draftingu we wcześniejszych latach), drugi raz żołądek odmówił mu posłuszeństwa. Przez te historie w zeszłym roku z miłą chęcią odpuścił start, żeby zająć się dwójką dzieci, w tym naszym małym noworodkiem, a ja żebym mogła spokojna wystartować i poczuć triathlonowy klimat niecałe 3 miesiące po porodzie. W tym roku jak usłyszał, że Kraśnik jest bez draftu, jako jeden z niewielu ucieszył się i zapisał na zawody.

W tym roku też to ja wyglądałam jak wrak na biegu. Brzuch miałam zupełnie ścięty, czułam jakby w środku mnie ktoś ściskał z całej siły wszystko co mi bozia dała. Pare razy nawet mnie tak ruszyło, że myślałam że zaraz będę pochylać się nad krzaczkami i oddawać to co w dniu dzisiejszym przyjęłam.

 

4. DETERMINACJA.

Leciałam jednak skupiona na sto procent, próbując zwalczyć głową to co się działo w środku mnie. Biegłam tak od kilometra do kilometra, skupiając się na tym by pokonać chociaż jeszcze jeden. Biegłam zadając sobie malutkie cele. Nie skupiałam się na całości, wiedziałam że to mnie może zabić już na starcie. Nie raz gdy spojrzałam się na zegarek wartości pokazywały tempo nawet powyżej 5:00. Plan był inny, ale biegłam już teraz tylko po miejsce. V-te miejsce open bo o takie wydawało mi się, że walczyłam. Determinacja i moje zacięcie nie pozwoliło mi się poddać, leciałam tak każdy kolejny kilometr. Na 7-mym kilometrze odżyłam, brzuch puścił, ciało całe się rozgrzało i w końcu zaczęłam biec. Uśmiech na twarz powrócił. I leciałam do mety po to, po co tu przyjechałam. I pomimo że to uczucie trwało tylko ostatnie 2,5 kilometra biegu to i tak było warto. I choć dziś gdy patrzę na zegarek widać jak moje tempo, wywalczone chyba tylko i wyłącznie DETERMINACJĄ, było nadzwyczaj równe jak na to co czułam. Dyszkę przeleciałam w 48 minut, ze średnim tempem około 4:50.

42564401_2075969702436473_1700373833044721664_n

5. MISTRZYNI POLSKI W AGE GROUP NA DYSTANSIE OLIMPIJSKIM.

I choć nie po to tu jechałam, jechałam po jak najwyższe miejsce na podium OPEN, to i tak ten tytuł nawet, że jest mocno zawyżony brzmi miło i tuli serducho. Wywalczyłam go całą sobą. I pomimo, że  pływało mi się okropnie, a przecież to olimpijka gdzie pływanie miało być ekstra. Dodatkowo w basenie odkąd trenuje triathlon nigdy nie pływało mi się tak dobrze. W Kraśniku jednak fale, dużo ludzi, jakiś totalny chaos w wodzie, nie pozwolił rozwinąć skrzydeł. Bojki uciekały z pola widzenia, nie umiałam dobrze nawigować. Popłynęłam w 26 minut, czyli tak jak na Cyprze na początku sezonu, trenując pływanie zaledwie na miesiąc przed startem. Pomimo, że rower był okropny, ciężki psychiczni i fizycznie, sporo poniżej założeń, a bieganie walką o czucie, to i tak start był bardzo udany.

2:31, nie cieszy tak jak Poznańskie, czy Malborskie 2:27, ale przy tej pogodzie nie jest źle. 4 miejsce OPEN, i Mistrzostwo Polski w swojej kategorii, plus 900 + na koncie. Takie straty naprawdę dają dużego kopniaka do dalszej pracy.

Mam wrażenie, że Triathlon Kraśnik i ja jesteśmy już jak stare dobre małżeństwo. Najpierw była miłość od pierwszego wejrzenia. Potem dalej go uwielbiałam, ale już z innym podejściem i nastawieniem. Teraz jesteśmy jak małżeństwo po przejściach i choć pogoda i start nie były moim najlepszym występem w sezonie to nadal kocham to miejsce, tych ludzi, ta atmosferę.

42617433_2200599863544744_8071526099433029632_n

Pomimo wysokiej rangi zawodów, zawodników zjeżdżających z całej Polski, nie raczej lokalnych tak jak w poprzednich sezonach. Triathlon Kraśnik zachował to coś, co miał zawsze. Zachował to cudowną atmosferę, ba nawet mam wrażenie, że biorąc pod uwagę taką pogodę i trudne warunki, czułam się tam nawet jeszcze lepiej niż w poprzednich latach. Było nadal domowo, ale na wysokim poziomie. Czyli tak jak lubię najbardziej.

Mam nadzieję, że ten armagedon to tylko mały zwrot akcji który musiał kiedyś nastąpić, a za rok wracamy wszyscy do Kraśnika, po może już nie Mistrzostwo Polski w Age Grupach, ale po słońce i piękny ostatni weekend wakacji.

42752049_1979452475513656_5167770337777025024_n

 

 

Biegająca Bio Mama, a może już bardziej Triathlonowa Mama 😉

 

I Pomyśleć by, że 3 dni przed startem jeszcze tak wyglądała pogoda :)
42696564_2149355685330644_6500070588860596224_n

 

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

TRIATHLON

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

Malbork.

No i TRACH…

 

Tak to się robi!

Jedzie się na spontanie z luźną głową, uśmiechem na buzi i bez spiny na jakikolwiek wynik czy miejsce i wszystko kończy się TAK !

41378795_1168593513287702_1575633998355365888_o

Jestem sportowcem, więc starty aby wystartować nie istnieją.  Zawsze ambicje przejmą pałeczkę i dorzucą ściganie się do każdego wystąpienia. Jak już jestem na linii startu, to ogarniam to moje całe ciało i próbuję wycisnąć z niego tyle co w danym momencie jestem w stanie.

Do Malborka nie planowałam przyjechać jako zawodniczka, ale około 2 tygodnie przed odkupiłam pakiet startowy od przyszłej mamy (powodzenia !) Pakiet można było bez problemu przepisać i w ten oto sposób Malbork stał się kolejnym celem sportowym w tym roku.

Na szczęście mam już nad sobą trenera,a właściwie trenerkę <i-Sport> która bardzo szybciutko po przestawiała moje treningi tak żeby podtrzymać formę i wystartować jeszcze w gazie. Wiadomo że od Poznania który poszedł mi dokładnie tak jak chciałam zawsze jest ta nutka która krzyczy więcej, jeszcze, szybciej. Chciałam pojechać rower troszkę mocniej pobiec podobnie a na pływaniu w ogóle się nie skupiałam, bo pomimo formy życia na basenie, na zawodach jakoś mi to szło jak zawsze. Dobrze ale bez szału. Wypad do Malborka bez dzieci. Już tu, zaczęło być to mega frajdą. Drugi mój start w życiu gdzie nie ogarniałam strefy zmian z dzieciakami pod pachą i pierwszy w życiu odkąd zostaliśmy rodzicami tylko z mężem!

Czuliśmy się jak na pierwszej randce, ogromna ekscytacja. Wszystko było na spokojnie, ja z totalnie luźna głową, bo przecież tylko siebie mam do ogarnięcia. Czuliśmy się jak na wakacjach, jak studenci za starych bezdzietnych czasów. Dzieciaki zostawiliśmy z babcią. Zazwyczaj lubię ich brać ze sobą, ale raz na jakiś czas odmiana nam też się przyda. Poza tym pbudka była o 5 rano, wyjazd chwilę po. Do Malborka musieliśmy dojechać na 7, bo odbiór pakietów był do 7.30, na zamku. Szkoda było mi ich targać o tak wczesnych porach żeby koczowali z nami od rana do wieczora. Dotarliśmy do Malborka, szybka akcja z odebraniem pakietu, szybki skok do strefy zmian a tam… masa znajomych, znajomych buzi i fajna atmosfera.

ZACZĘŁA SIĘ ZABAWA.

 

Po Kraśniku miałam mocny tydzień treningowy. Natomiast kolejny był małym odpuszczeniem które kończyło się właśnie zawodami w Malborku. Mocny tydzień dał w kość, ale że podczas tygodnia odpoczynku głównie „wakacjowaliśmy” to raczej skupiłam się na byciu mamą, niż triathlonistką. Wpadł jakiś tam rower, jakieś tam delikatne bieganko, ale o pływaniu prawie zapomniałam. Nie miałam pojęcia, więc w jakiej dyspozycji jestem, w co celować i na co się nastawiać.

Poza tym bez dzieci wszystko było jakieś takie spokojniejsze. Myślałam o sobie nie o nich, nie stresowałam się, tylko już przed startem dobrze się bawiłam. Korzystałam z chwili, cieszyłam się że tam jestem. Zrobiłam rozgrzewkę, założyłam piankę, dostałam odwiecznego przedstartowego buziaka od męża kibica i poszłam na start.

malbork0173

PŁYWANIE.

Rolling start, zdarzyło mi się startować z tobą tylko dwa razy, ale kocham Cię od pierwszego spotkania. Nie lubię pływać w pralce, chyba nikt nie lubi, ale ja mam traumę z dzieciństwa i podwójnie wkurzają mnie ręce ocierające się o moje nogi. Pamiętam jak na treningach zawsze wkurzaliśmy się na tych co zamiast ruszyć dupę i wyprzedzić pływali i „lizali” po stopach, czekając aż ktoś się zatrzyma i ich przepuści. Nie rozumiałam tego za tamtych czasów i nie rozumiem tego do dziś. Rozumiem że pływają inni w nogach, rozumiem że niektórym ciężko się nawiguje i wpadną na mnie od czasu do czasu, ale NIENAWIDZĘ jak ktoś bezczelnie płynie w moich nogach i zamiast wyprzedzić napływa na mnie i jedzie rękoma już od prawie łydek czekając nie wiem na co, wybijając z rytmu i ciągnąc mnie prawie do tyłu. JA TEGO NIE ROBIĘ.

Niemniej jednak ROLLING START W Malborku to był strzał w dziesiątkę. A pływanie jakimś totalnym kosmosem, na które czekałam cały sezon. Po raz pierwszy skupiłam się nie na szybko i mocno, tylko na technice. Wiedziałam, że przez cały sezon spinając się na lepsze pływanie nic nie ugrałam, więc teraz też byłam pewna, że z tego nic nie wyjdzie. Odciągając głowę skupiłam się na technice, dobre pociągnięcie i radość, która towarzyszyła już od samego wejścia do wody. Wszyscy zawodnicy bardzo kulturalnie wskakiwali do wody, nie było przepychanek, każdy po kolei przebiegał przez belkę i siup do Nogatu. Piękne widoki, tłum ludzi stojących na kładce i obserwujących czy ich zawodnik już wskoczył czy jeszcze nie 🙂 Wpadłam do wody gdzieś z przodu, widziałam koło mnie na starcie tylko jedną dziewuchę, reszta ustawiła się gdzieś z tyłu. Zastanawiałam się żeby wejść do wody trochę bardziej z tyłu strefy żeby dziewczyny mieć przy bliżej siebie i mieć jakieś odniesienie gdzie są one a gdzie ja. Dość szybko wybiłam to sobie z głowy. Olałam dziewczyny i konkurencję i stwierdziłam, że lepiej płynąć tam gdzie moje tempo niż przepychać się z tyłu przez wszystkich.

41509722_1170411893105864_5596491860139835392_o

Wpadam do wody, wysyłam ponętny uśmiech do męża stojącego na kładce, widzę że mnie widzi i robię swoje. Bez pośpiechu swoim tempem, a jednak wyprzedzam. Widzę damską głowę która koło mnie gdzieś startowała, spokojnym tempem ją wyprzedzam, zresztą jak wiele innych osób, ale nie skupiam się zbytnio na tym. Próbuje porządnie nawigować, i płynę spokojnie swoje. Wiem że dobieg do strefy zmian który ma z 200 metrów wliczony jest w pływanie. Próbuje zapamiętać, żeby wyłączyć zegarek zaraz po wyjściu z wody tak aby w końcu jakoś miarodajnie zobaczyć jak szybko, lub jak wolno pływam. Pierwszy zakręt i lecimy prosto na zamek, drugi zakręt, pusto na bojce w końcu mogę to robić kraulem, a nie po swojemu żabą i prawie pod bojką. Płyniemy z powrotem do wyjścia, po prawej stronie widać czerwone mury największego zamku na Świecie. Rzeka, zamek i cała rycerska otoczka na prawdę robią wrażenie.

Pogoda jest raczej chłodna niż gorąca nie skupiam się na moczeniu głowy w Nogacie przed wyjściem z wody. Wyjście jest wąskie i z bardzo głębokiego dosyć szybko robi się płyciutko więc szkoda mi czasu i kombinowania z zamaczaniem głowy, wybiegam więc w czepku na głowie i okularkach, które zrywam zaraz po wyjściu z wody. PYK przełączam zegarek i chyba po raz pierwszy w życiu udaje mi się go prze-klikać zaraz po wyjściu z wody a nie gdzieś w połowie strefy zmian. PAMIĘTAŁAM!

Garmin pokazał mi ciutkę ponad 1000 metrów na pływaniu, które pokonałam w 15:05 minut, co dało mi średnią 1:29 min / 100 m !!! Jeszcze nigdy nie popłynęłam tak szybko na zawodach. Długo nie chciałam uwierzyć w to co widziałam na Stravie, czy garminconnect, ale wszystko jest tam wypisane jak byk. Powoli zaczynam wierzyć w te cyfry.

Gdzieś przy strefie słyszę Rafała dopingującego. Krzyczy żebym pamiętała o kasku i o jego zapięciu. Wiedział że miałam kare w poznaniu za to i wolał przypomnieć. Szybka strefa rachu ciachu i już mam rower w ręku, kask na głowie i biegnę do belki. Razem ze mną wybiega jakaś dziewczyna, oczywiście nie mam zielonego pojęcia skąd się tak szybko wzięła koło mnie, bo gdy ja byłam przy rowerze, „ONA” dopiero wybiegała z wody  i pomimo że robiła to w jakimś kosmicznym tempie sprinterskim, to i tak miałam wrażenie że ktoś przewinął do przodu jej strefę zmian o dobrą minutę.

 

ROWER.

malbork0776

Rower to była niespodziewajka. Założeń na rower nie miałam żadnych,  to znaczy miałam. Miało być MOCNO, ale bez patrzenia na watty. Pomimo, że oszukiwałam i delikatnie kontrolowałam to co na rowerze się dzieję z wattami <przepraszam Pani trener jeśli to czytasz> ale za to miałam luźną głowę i wattów na przekór tego jak się czuję, kurczowo nie trzymałam. Trasa rowerowa była płaściutka jak lustro, nawet w Poznaniu wydaje mi się że było więcej wzniesień niż tu. Liczyłam więc na fajną średnią z roweru, ale….

Tu się zaczyna. Trasa super, ale wiodąca przez puste pola, a co za tym idzie wietrznie. Wiatr wiał od początku roweru, ale w mieście nie wydawał się taki silny. Na rozległych polach, przez które prowadziła trasa kolarska czuć było go dosyć mocno, a jak nie czułam go na buzi, to widziałam go na liczniku, na wattach i przy prędkości. Dziewczyna która na rower wypadła równo ze mną, trzymała mocne tempo. Usiadłam jakieś 20-30 metrów za nią i próbowałam nie powiększać jej przewagi. Jechaliśmy i jechaliśmy, w tamtą stronę przekręciłam nogą o dobre 10 Watt więcej, niż założenia na poprzednich zawodach. Pomimo to średnią ledwo co utrzymywałam w granicach 33 km/h. Wiedziałam, że jest pod wiatr, ale trochę nie chciało mi się wierzyć, że aż tak. Jechałam swoje i nie pozwalałam sprinterce ze strefy się ode mnie oddalić. Chwile przed nawrotką koło 20 kilometra, widziałam że ewidentnie zbliżam się do dziewczyny przede mną. Nie lubię na zawodach bez draftu wyprzedzać się na zmianę z kimś, utrzymując oczywiście dozwolone metry. Ale tak czy siak czuję się wtedy jak niektórzy kierowcy jadący po autostradzie i wyprzedzający samochód który od czasu do czasu zwolni o 1 km/h. Jeśli rozumiecie o co chodzi. Chciałam zaoszczędzić nam tego wymijania.

Jej tempo jednak mocno spada, a mi watty lecą w dół, decyduję się więc na wyprzedzanie. Byłam ciekawa czy to taktyczne zagranie, czy raczej zbyt mocny początek. Wymijając ją zapytałam czy puchnie, czy próbuje mnie taktycznie zajechać. Na co ona z uśmiechem odpowiedziała, że jest ze sztafety i się ze mną nie ściga. Teraz wszytsko kliknęło. Nagle było zrozumiałe dlaczego tak szybko ze strefy zmian wystrzeliła ONA, a tamta ONA takim sprintem leciała do strefy zmian. ( a już się bałam że to jakaś turbo biegaczka której nawet potu nie zdążyłabym powąchać jakby mnie wyprzedzała na biegu)malbork0239

 

Kamień z serca, że to nie jakieś taktyczne zagrywki których ja nie znam i z których nie umiem się wybronić. Jadę dalej swoje, nawet bez odwracania się czy jest gdzieś blisko mnie czy nie. Po nawrotce WATTY, nagle mocno spadły a ja nagle leciałam co najmniej 38 km/h. Na prawdę wiało. Rower pojechałam dobrze, pewnie z powrotem mogłam mocniej, ale chyba zawsze mam wrażenie, że mogłam trochę mocniej. Powrót był przyjemny bo, nie czułam zmęczenia, powiedziałabym nawet że fajnie się jechało tak szybko i tak luźno. Dobijałam do średniej 35 km/h, która jest już dla mnie przyzwoitą średnią i jak tam dobiłam to byłam już szczęśliwa. Rower wyszedł mi podobnie jak w Poznaniu 1:17.

 

Schodząc z roweru pojawiła się koło mnie kolejna kobieta, co było znowu jakąś nierealną sytuacją, ale ja ostatni często mam takie więc zupełnie na niej się nie skupiałam tylko leciałam swoje. Schodząc z rower ktoś mi krzyknął że jestem druga. Na wybiegu z T2, ktoś krzyknął, że jestem 3. A ja śmiejąc się dodałam, chyba pierwsza.

41516677_2133754550219132_4342544117616607232_o

BIEGANIE.

 

Wybiegając z T2 nie znalazłam mojego wiecznego kibica, stali natomiast chłopaki z TRIATHLON KRAŚNIK TEAM, filmujący i dopingujący mnie z mega uśmiechami. Ponieważ znamy się nie rok nie dwa, znowu totalnie wyluzowałam się i wbiegłam na trasę biegową z uśmiechem i bez spiny. Dzięki !

Po przebiegnięciu przez kładkę, stali kolejni #psychofani, czyli cała TRIWAWA i mój mąż. Darli się, komplementowali i kazali nie patrzeć na zegarek tylko biec swoje. Trochę posłuchałam, trochę nie. Na zegarek patrzyłam, ale biegłam swoje. Biegło mi się cudownie. Traska w cieniu przez park, trochę byłam zaskoczona nawierzchnią, bo biegliśmy po mocno utwardzonym szutrze, ale nie przeszkadzało żeby trzymać tempo. Miałam nadzieję, że trasa wiedzie tam i spowrotem, bo nie ukrywam, że start na spontanie i trasie biegowej na mapie nie przypatrywałam się za bardzo. Pierwsza nawrotka malutki, ale stromy podbieg i lecimy dalej. Tutaj szur miejscami był troszkę bardziej piaszczysty, ale nadal nie przeszkadzało mi to w trzymaniu tempa. PIerwsze 3 kilometry leciałam na 4:45 min/km i może udało by mi się to utrzymać gdyby nie zaczęła się trasa widokowa i kocie łby. Wypadamy z parku biegniemy trochę po chodniku, po prawej stronie cały czas widać zamek.

Wbiegamy gdzieś w jedna z jego części, robimy nawrotkę, przebiegamy po drewnianym mostku, potem trasa leci w głąb zamku przez bramę, na drugą stronę.

malbork1150

Totalnie nie mam pojęcia już po której stronie jestem, ale gdzieś tam znowu mamy nawrotkę i zbiegamy tym razem do fosy. Tam nawierzchnią jest trawa i kamienna droga, znowu wypadam z rytmu i tempo jest urywane. Siła w nogach jest, ale ja, leszcz begowy nie bardzo sobię radzę tymi cienkimi stópkami na kamieniach i kocich łbach. Nie biegam po tego typu trasach i nie umiem po takim czymś biegać. Tempo więc troszkę spada, mija mi już ponad 6 kilometrów,a ja dopiero na nowo wypadam w okolice moich psychofanów. Wiem, że trasa będzie ciut dłuższa i nastawiam się na to bo bieganie dla mnie zawsze jest trudne i wolę się mile zaskoczyć, że będzie krócej niż płakać na koniec, że to jeszcze nie koniec. Dobiegam do Rafała, on w swoich japonkach człapie pare metrów przy mnie i mówi że jestem pierwsza i że nie wiedza jak daleko jest następna dziewczyna, ale na pewno daleko. Ja mówię że rolling, strat i że jeszcze na mecie mogą mnie dobiec, a on że kolejna jest za 10 minut i nie ma takiej opcji. Biegnę uśmiechnięta, ale trasa mnie męczy i bieganie nie jest już na totalnej świeżości i luzie. Niemneij jednak wiem, że zostało tylko 5 kilometrów, a z tym sobie dam radę.

41537168_2133754556885798_3301690924081348608_o

Trochę zwiedzam trochę obserwuje innych, trochę się uśmiecham, trochę boli. Turyści ze słuchawkami na uszach dopingują w rożnych językach. Zakręt za zakrętem, brama, kolejny zakręt i zbiegam do fosy. Przebiegam przez fosę słyszę, jakiś doping, głos spikera i mikrofon i cieszę się że to już. Zegarek pokazuje już ponad 10,5 kilometrów. Meta jest jeszcze za kilkaset metrów, trasa więc była dłuższa, tak jak mi się wydawało. Dobieg na metę biegnie wzdłuż murów zamkowych, wolontariusz wskazuje drogę na metę.

JESTEM.

 

JA.

 

PIERWSZA KOBIETA.

malbork1787

 

ZWYCIĘŻCZYNI NA 1/4 IRONMANA W MALBORKU !!!

 

cof

Wyłania się META i ta biała taśma, o której zawsze marzyłam żeby ją złapać i podnieść nad głowę jako zwyciężczyni ! Nie myślałam, że to zdarzy się dziś, nie myślałam że jestem na tym poziomie. Cały sezon utrzymywałam się w pierwszej 4 OPEN, ale nie przeszło mi przez myśl (ok, no przeszło że fajnie by było,ale …), że w tym sezonie uda mi się wygrać i to na takiej dużej i popularnej imprezie w Polsce.

Wbiegam na metę, po raz pierwszy od wielu wielu startów na prawdę się wzruszyłam. Poczułam, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku i choć moja konkurencja startowała kolejnego dnia na 1/2, to i tak czułam się jak prawdziwa zwyciężczyni!

Na mecie wszyscy mnie wyściskali, przybili piątki, zaraz wzięli mnie do mikrofonu, potem na wywiad do internetu. Potem jedno radio, drugie radio, jakaś lokalna telewizja i tak dalej. Przez dobre 15 minut czułam się jak Daniela Ryf, w polskim wydaniu. Super emocje, super impreza, mega pozytywna i bardzo zachęcająca do kolejnych startów.

cof

Pomijam już fakt, że triathlon w Malborku jest magiczny choćby przez samo miejsce w jakim rozgrywają się zawody, ale ludzie robią klimat. I tak jak Triathlon w Kraśniku rozkochał mnie w sobie, tak samo Malbork będę wspominać bardzo pozytywnie przez jeszcze baaardzo długi czas.

malbork1845

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MAM TO ! Pierwsza wygrana w triathlonie. Nie wiem czy życiówka, ale jak nie życiówka, to czas zbliżony do czasu w Poznaniu, czyli 1/4 Ironmana i 2:27. Kolejna życiówka wybiegana na 10 kilometrów, pomimo tak trudnej trasy i końcowych cyfr na bieganiu, które pokazało mi ostatecznie około 10 km i 800 metrów.

 

fbt

A na mecie, zaczepił mnie taki triathlonista. Mega pozytywna postać, niesamowity człowiek i oprócz tego że super gotuje, całkiem niezły triathlonista. Jeszcze trochę musi potrenować, żeby mi skopać tyłek, ale drepcze po piętach więc może być z siebie dumny! 

Brawo Karol masz u mnie kolejną porcję ciacha! :)

 

ZAPRASZAM WAS DO MALBORKA!

Jak to organizatorzy piszą, żeby posmakować jak smakuje Polski triathlon trzeba wystartować w Malborku. A pogoda była idealnie triathlonowa, więc chyba zamienili się famą z Kraśnikiem 🙂

KONIEC SEZONU Z PIERDOLNIĘCIEM ! A CO !?

malbork3169

Biegająca Bio Mama.