Tag: aktywna mama

Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

BIEGANIE POLECANE TESTY

Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

Sport w czasach PANDEMII, chyba raczej tak powinnam zatytuować ten wpis. Wiem, że ostatnio bieżnia mechaniczna to temat tabu u sportowców amatorów i pro, chociaż Ci drudzy w większości od dawna są już jej posiadaczami.

Skoro obostrzenia brzmią coraz bardziej niejasno i coraz bardziej restrykcyjnie. Nie wiemy czy biegać, czy nie. Czy wychylać nosa, dokąd najdalej możemy i na ile faktycznie jest to niebezpieczne dla naszego zdrowia ( mówię tu o możliwości zarażenia się wirusem podczas treningu ). Są Ci którzy mimo wszystko będą tupać nogą i próbować do końca postawić na swoje. Są tez tacy którzy akceptują sytuację i szukają z niej jakiegoś wyjścia i Ci piszą do mnie w wiadomościach pytania o bieżnię.

Bieżnia u nas była na tapecie od 2 lat. Głównie chcieliśmy ją zakupić, bo w zimę bardzo cieżko u nas z treningami biegowymi, taką mamy sezonową prace i zima to szczyt naszego sezonu. Możemy biegać albo o świcie albo bardzo późno wieczorem, co w moim przypadku jest niemożliwe bo nie biegam nocą po lasach 🙁 Jednak zawsze podchodziliśmy troszkę sceptycznie do treningów na niej, no i jak u wszystkich zawsze były „lepsze” wydatki. Kiedy zamknęli granice, a my wracaliśmy do kraju ostatnim rejsowym samolotem, prawie uciekając z Cypru zanim PANDEMIA zacznie się na dobre. Wiedzieliśmy, że będziemy na obowiązkowej 14 dniowej kwarantannie. Wracając po ponad 2 tygodniach mocnych treningów na Cyprze na obozach, głównie rowerowych, było nam bardzo szkoda formy i pracy, żeby zaprzestać bieganiu zupełnie na 2 tygodnie. Zaczęły się rozmowy o bieżni, takie na poważnie.

NO I STAŁO SIĘ… Przylecieliśmy w weekend a w środę bieżnia była już u nas w domu. Niemniej jednak zanim trafiła do nas, mój Rafał przeczytał chyba wszystkie dostępne artykuły dotyczące jej wyboru, rozmawiał z każdym kto jest w posiadaniu bieżni i to jemu możecie podziękować za powstanie tego tekstu. Ja tylko korzystam on ma wiedzę i chce się z Wami nią podzielić.

Szczególne podziękowania tu dla dwójki krasnoludków, którzy tą bieżnię przywieźli nam pod drzwi prosto z Warszawy wiedząc, że nawet nie napiją się z nami kawy i nie wejdą na minutkę do środka. Jak się okazuje bieżnie chociażby te z decathlonu, są dostarczane przez kuriera, ale niestety kurierzy tych produktów nie dostarczają do drzwi tylko trzeba odbierać je z magazynów ( są za ciężkie). Trzeba więc po nie podjechać autem nie do sklepu, ale do magazynu regionalnego dla kurierów, pomimo, że na stronie napisane jest dostawa kurierem.
Naszych dwóch krasnalów odebrało dla nas tą bieżnię i przywiozło do domu. 
Tacy prawdziwi pomocnicy ludzi w potrzebie, trenujący oczywiście i czujący klimat <3
DZIĘKUJEMY ! ! !

 

NA CO ZWRÓCIĆ UWAGE PRZY WYBOŻE BIEŻNI: 

  • Przede wszystkim na dużą moc silnika. Zakładam, że większa ilość osób które to czytają to aktywni biegacze lub triathloniści, zatem nie jesteście osobami które uprawiają jogging, a chcecie bieżnie wykorzystać do wykonywania wszystkich jednostek treningowych. My mamy  moc 2 KM, która jest wystarczająca dla większości amatorów, szybko zmienia tempo i nachylenie.
  • Prędkość powyżej 20 km/h. Jeżeli chcecie robić treningi interwałowe i móc robić na nich przebieżki to większość z Was pewnie osiąga taką prędkość podczas interwałów. Ważne jest żeby bieżnia miała prędkość troszkę większą niż wasze planowane tempo interwałów. Żeby nie zajechać bieżni, nie powinniśmy biegać z maksymalna prędkością długich odcinków, musi być spory zapas.
  • Duży pas po którym biegamy.  Tak na prawdę im dłuższy pas, tym bardziej komfortowo się biega. Przy moim wzroście, lub kobiecych gabarytach może to nie być aż tak istotne, ale przy wzroście mojego Rafała 192 cm, już tak. Na mniejszym pasie, możecie mieć wrażenie, że zaraz Wam się pas skończy i spadniecie, przez co będziecie czuli dyskomfort przy bieganiu. Nasz pas jest długości 150 cm i ma szerokość 51 cm, jest to raczej jeden z większych pasów dostępnych na rynku, równocześnie daje duży komfortowy biegu. Nawet mój Rafał z noga o długości ponad metra biega w komforcie.
  • Czy bieżnia ma ograniczenia godzinowe jeśli chodzi o jej pracę. Niektóre bieżnie na prywatne potrzeby mają napisane w opisie że nie powinny być używane więcej niż np 8h/tygodniowo. Warto na to zwrócić uwagę gdyż przy ewentualnych defektach, lub chęci skorzystania z gwarancji, możecie jej nie mieć po prostu uznanej, lub bieżnia szybko się zużyje.

NASZA BIEŻNIA:

Nasza bieżnia to bieżnia z DECATHLONU, marki DOMYOS INTENSE RUN  —-> PODRZUCAM WAM LINKA DO NIEJ JEŚLI CHCECIE ZOBACZYĆ WSZYSTKIE JEJ SPECYFIKACJE.

 

Poniżej jednak skrócę jej zalety i wymienię ewentualne wady: 

DOMYOS INTENSE RUN ZALETY:

  • Gwarancja i bezsporne korzystanie z tej gwarancji
  • Bieżnia jest składana więc po każdy treningu można ją złożyć i zajmuje połowę miejsca.
  • Duży PAS biegowy, dobry silnik i duża prędkość do 22 km/h (tempo 3.00 min/km to 20 km/h) Przyjmuje się, że biegiem ciągłym można biec około 2 km/h mniej niż prędkość maksymalna. Zatem nasza bieżnia posłuży każdemu kto chce biegać nawet biegiem ciągłym na 3:00 min/km .
  • Łatwy w obsłudze panel, duże widoczne cyfry i wszystko to co powinno być na widoku: czas, dystans, prędkość, spalone kcal.
  • Bieżnia jest na stronie Decathlonu z kategoryzowana jako do intensywnego użytkowania.
  • Można ją dosyć łatwo przesuwać dzięki rolkom zamontowanym na dole.
  • Posiada pasek piersiowy do HR.
  • Decathlon mówi że bieżnia jest cicha. My niestety nie mamy porównania do innych bieżni. Mieszkamy w domu i na dole bieżni w ogóle nie słychać. Ale to są bardzo subiektywne opinie.
  • Wentylator całkiem fajnie działający, ma 3 stopniową regulację i na najmocniejszej na prawdę fajnie działa, chłodzi. Powietrze jest zimne, ale wieję troszkę na klatkę i gardło i czasami robi się nawet za zimno.
  • Wbudowane głośniki które dedykowanym kablem możecie podłączyć do telefonu lub tabletu. Macie też dedykowany stojak na tablet telefon na pulpice co jest fajnym gadżetem.
  • Dwa miejsca na bidon i ewentualne żele i inne przybory.
  • Komunikację BLUETOOTH, ale tylko do dedykowanej aplikacji DOMYOS. Jeśli jednak ściągniecie sobie ta aplikację to możecie kontrolować prędkość i nachylenie przez nią. Ponadto jest dużo fajnych programów treningowych dla początkujących.
  • Bezprzewodowy PILOT na bluetootha, który pozwala regulować prędkość (co 1 km/h) i nachylenie ( co 1%) ułatwiając szybką zmianę prędkości i nachylenia podczas interwałówbez dotykania wyświetlacza. WIELKI PLUS I POMOCNIK.
  • Szybka zmiana tempa, bez problemu można wykonać np 15-20 sekundowe przyspieszenia, ze zmianą prędkości o nawet 10 km/h .
  • Jest stabilna, ale jest też dość lekką bieżnią. W porównaniu do komercyjnych bieżni w klubach, jest mniej stabilna, ale tamte ważą ponad 200 kilo i bardzo ciężko jest je złożyć samemu w domu. Przy wysokich prędkościach, wadze i gabarytach Rafała bieżnia troszkę się rusza. Przy moich gabarytach i prędkościach z jakich ja korzystam bieżnia wydaje się bardzo stabilna.

WADY:

  • Nie stwierdzono 🙂 Pewnie jesteśmy tak szczęśliwi że możemy robić treningi biegowe będąc zamknięci w domu, więc wady wyjdą dopiero po zakończonej pandemii.

 

Ok no dobra, skoro temat jest mocno na topie to może napiszemy też jakie są w ogóle plusy biegania na bieżni mechanicznej. Bo skoro nie możemy teraz biegać na dworze to trzeba znaleźć plusy biegania w środku.

 

Zalety biegania na bieżni mechanicznej :

  • Bieganie w każdą pogodę! Nie ma wymówek „wieczorem, psy, gwałciciele, dzikie zwierzęta ” jak to mój Rafał napisał, czy inne dziwadła.
  • Dokładna kontrola tempa oraz kadencji (bieżnie pokazują km/h i musimy się nauczyć przeliczać jakim tempem biegamy. Zwift (darmowy dla biegaczy) pokazuje tempo, prędkość w km/h, tętno, dystans, kadencję, więc można biegać ze zwiftem włączony na tablecie lub komputerze obok, tak aby monitorować chociażby tempo biegu.
  • Łatwiej wykonać zakładki-szybciej przechodzimy z roweru na bieg. Możemy łatwo wykonywać treningi zakładkowe łączone: rower-bieg-rower lub bieg-rower itd
  • Nauka jedzenia i picia w czasie treningu (łatwiej jest pić i jeść w czasie treningów na bieżni, przyzwyczajać układ trawienia na długie dystanse (Rafał nie byłem przyzwyczajony do picia i jedzenia w czasie treningów biegowych, zresztą ja też, i teraz wykorzystujemy bieżnię do tego i czuje ze z treningu na trening lepiej mi się biega z pełnym żołądkiem)

MINUSY:

  • Ja nie mam czujnika biegania na buta i niestety zegarek bardzo przekłamuje mi dane tempa biegu. Mam jednak tabelkę z przeliczeniem prędkości na tempo i wszystkie treningi rozpisuję sobie w zakresach km/h wtedy wiem jakich wartości się trzymać.
  • Nie wychodzimy z domu, nie dotleniamy się. Jednak w obecnych czasach pandemii nie wiadomo czy to minus czy plus 😉

TRICKI I TRICZKI ŻEBY WAM SIĘ DOBRZE BIEGAŁO:

  • Trzeba pamiętać o otwieraniu okien, żeby zmniejszyć do minimum stężenie dwutlenku węgla w pokoju i pamiętać o wentylatorze. My mamy na pilota duży wentylator i możemy go włączać po rozgrzewce i wyłączać przy schłodzeniu na koniec treningu żeby się nie wychładzać.
  • Bez problemu, co ciekawe, można wykonać treningi typu podbiegi i przebieżki. Zanim wykonamy mocne, szybkie treningi koniecznie zrób kilka łatwych biegów żeby zobaczyć jak reaguje bieżnia oraz twój błędnik. Zakończ każdy trening wolnym biegiem i marszem. Po zejściu z bieżni z wysokiej prędkości błędnik czasami wariuje.
  • W czasie treningu mocniej się pocimy—> wygodnym sposobem jest buff na czoło albo w pogotowiu ręcznik.
  • Na bieżni biega się trochę łatwiej ( nie mi 😉 ) niż na zewnątrz, aby wyrównać te różnice ustawiamy nachylenie pasa bieżni na 1%. Większość bieżni mechanicznych ma bardzo dobra amortyzację-przez to mniej kontuzji.
  • Zwift w wersji biegowej —> Co potrzebne ? Komputer lub tablet z zainstalowana aplikacją zwift, RunPod czyli czujnik kadencji zakładany na buta (decathlon, garmin, adidac itp) czujnik tętna, i czujnik ANT+ do komputera. Wersja biegowa Zwift jest narazie bezpłatna, nie ma potrzeby podpinam karty kredytowej. W aplikacji oprócz naszego awatara który gdzieś sobie biegnie wśród innych biegaczy oraz kolarzy widzimy dokładnie wszystkie parametry (tempo, prędkość, tętno, kadencję, czas treningu, dystans) są w aplikacji gotowe plany treningowe z których możemy kozystac. Jest sporo tras do wyboru:watopia,richmond,londyn czy Nowy Jork która po synchronizacji aplikacji ze strava i garminem umożliwia przesłanie aktywności do tych platform.
  • Ponadto jak można sobie umilić fajnie czas biegając. Po pierwsze filmy na tablecie, netflix-ie podpiętym bezpośrednio pod głośniki z bieżni, lub podcasty.
  • Fajnie tez ustawić sobie bieżnie z widokiem na ….. coś co lubicie 🙂 my mamy ustawioną ją pod oknem skierowaną centralnie na nasz przydomowy lasek, czyli biegamy prawie jak na dworze ! 🙂
  • My ten model sami wnieśliśmy na piętro u ans w domu, nie wspomnę, że prawie zginęłam przy tym śmiercią tragiczna, a bieżnie rozwaliłaby schody, ale udało nam się. Waży ponad 100 kilo więc warto mieć dwie w miarę silne ( albo jedną bardzo silną i jedną przeciętną jak u nas ;p ) osoby żeby taką bieżnię złożyć. Polecam nie rozśmieszanie osób noszących bieżnie po schodach 🙂
  • Bieżnie oczywiście trzeba złożyć samemu w domu nam to zajęło niecałą godzinkę, instrukcja była czytelna, może nie IKEA, ale wszystko było jasne.

Tak ogólnie pisząc czy warto. Każda moja myśl mówi TAK !

Jestem zwolenniczką biegania na dworze, biegam w każdych temperaturach, uwielbiam mróz, gorzej znoszę ciepło. Nienawidzę trenowania w domu, ale są dni, momenty w życiu kiedy po prostu wyjście na dwór jest niemożliwe. Np trening z dzieckiem w domu, bieganie późnym wieczorem u nas na wsi, lub pandemia która zamyka nas w domach na kilka tygodni, a może nawet i miesięcy.

Bieżnia jest super sposobem na trenowanie zawsze i bez wymówek, nie wiem na ile będziemy ją używać kiedy życie wróci do normy, ale wiem że nie będzie już szukania wymówek żeby na trening biegowy nie wyjść.

W obecnej sytuacji jak nie musimy nie wychodzimy i praktycznie od 3 tygodni biegamy tylko na bieżni. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej którą kupiliśmy i nie przeszło mi ani razu przez myśl żeby zrezygnować z treningu biegowego w tym czasie, pod pretekstem że bieżnia jest „nudna”.

 

POLECAMY KAŻDEMU.

DZIECIAKI TEŻ JĄ UWIELBIAJĄ <3

Wielkie podziękowania dla mojego Rafała, bez którego wiedzy ten tekst by nie powstał ! Dziękuje ! <3
BIEGAM Z WÓZKIEM – POSTAWA. 3 lata biegania – nie jestem fizjoterapeutą ale coś Wam na ten temat powiem.

AKTYWNA MAMA BIEGANIE

BIEGAM Z WÓZKIEM – POSTAWA. 3 lata biegania – nie jestem fizjoterapeutą ale coś Wam na ten temat powiem.

DSC_0176 2

3 lata. Szybciej, wolniej, z wózkiem, z przyczepką. We dwoje, a nawet we troje. Totalnie na luzie, albo robiąc konkretną jednostkę treningową. Dla przyjemności, startując w zawodach. Tak od 3 lat biegam z wózkiem i nie zapowiada się abym miała z tym dosyć szybko skończyć.

 

Każdy trening był inny, na każdym kilometrze czułam się inaczej. Były dni euforii, kiedy biegało mi się cudownie, lekko i w pełni sił, bywały też dni kiedy chciałam rzucić to wszystko,  kupić sobie tabliczkę czekolady i spacerować z kawą i wózkiem, zamiast lecieć w śniegu pod wiatr jak ta nienormalna MATKA. Niemniej jednak trzy lata biegania pchając trzy kołowca pozwala mi powiedzieć Wam co nieco na ten temat. Tak na luzie z mojego doświadczenia, nie z punktu widzenia fizjoterapeuty, lekarza itp. Mówię Wam jako JA, matka biegająca z wózkiem, która na podstawie swojego doświadczenia i swojej wiedzy o treningu, anatomii i fizjologii wysiłku ma ochotę zdradzić Wam parę ciekawych ”trików, triczków” jesli chodzi o bieganie z maluchami.

foto-bnos16_01_mta_20161111_135520_4-01

JAK ZACZĄĆ ??

  1. Po pierwsze, NA SPOKOJNIE. Nie tylko wy musicie się przyzwyczaić do biegania z wózkiem, czy przyczepką (obciążenie dla Waszego organizmu, zaczynają pracować inne mięśnie), ale też wasze maluchy. Z jednymi od razu będziecie mogli siekać kilometry, z innymi zajmie Wam chwilę żeby je do tego przyzwyczaić.
  2. SYSTEMATYCZNOŚĆ I KONSEKWENCJA. Tak jak w wychowaniu te dwie kwestie są najważniejsze, tak samo ma się to do biegania. I TAK nawet te najbardziej oporne dzieciaki mozecie przyzwyczaic do biegania w wózku. Jakkolwiek problematyczne są nasze dzieci, uwieżcie mi że da się je ustawić do nas. Wystarczy konsekwencja, NASZA CIERPLIWOŚĆ i systematyczność. Moja Zosia była wózkowym „anty-talenciem”, nie mogła usiedzieć zapięta w pasy dłużej niż 5 minut. A jednak udało się i zrobiłyśmy wspólnie wieleeeee kilometrów. Zaczęłyśmy od  biegania gdy zbliżał się czas jej drzemki, odjeżdżała w wózku i spała przez większość treningu, a ja w końcu nie wyglądałam jak ta sfrustrowana matka która musi telepać wózkiem jakbyśmy jechały po kocich łbach. Ten sposób jest najbezpieczniejszy jeśli chodzi o początki biegania. Jeżeli Wasze maluchy nie lubią biegać, bo się np boją, za bardzo nimi telepie, wieje, czy coś innego. Zacznijcie tak jak zaczynają biegacze, czyli od MARSZOBIEGÓW. Trochę spacerujcie trochę biegajcie, zacznijcie od jednego treningu w tygodniu a potem przejdźcie do 2-3. Po jakimś czasie będziecie mogli wydłużać kilometraż, a co za tym idzie czas. Po jakimś czasie Wasze dzieciaki będą nawet współpracować przy treningach tych nie w porze drzemki, aczkolwiek mam wrażenie że prędzej czy później i tak w końcu to bieganie ich uśpi 🙂
  3. Bądźcie przygotowani na RÓŻNE SCENARIUSZE. Warto mieć ze sobą kocyk,zabawki, jedzenie i picie. U nas sprawdziły się wyciskane owocki HIPPA (dla zabieganych, ale kończą się baaaardzo szybko), owoce suszone (rodzynki, żurawina i daktyle, im mniejsze tym dłużej nasze dziecko będzie w stanie się nimi „zająć”) lub świeże owoce w woreczku pokrojone (tutaj uwaga woreczek musi być tak podany żeby nie było co chwile afery że nie może wyciągnąć owoców, a pokrojone dlatego ze dłużej schodzi ze zjedzeniem banana, czy jabłka) i woda ( z której często ja korzystałam). Ulubione zabawki zawsze były zapakowane na dnie wózka, czasami nosidło jak zapowiadało się na AFERĘ, a nie trening i zawsze coś cieplejszego dla mnie do ubrania chyba że biegałyśmy w lecie. Czasami maluchy tez mają gorszy dzień i odmówią Wam posłuszeństwa, miejcie wtedy kurtkę do zarzucenia gdybyście musieli wracać spacerkiem. Ja w swojej trzy letniej karierze miałam takich treningów dosłownie kilka, mogłabym je zliczyć na palcach jednej ręki. Więc na prawdę wszystko leży w waszych rękach by na swój sposób przekabacić Waszego malca do współpracy.

DSC_0209 (1)

DSC_0478

JAK I GDZIE  BIEGAĆ?

O pozycji i fizjologi wysiłku podczas biegania z wózkiem stworzyłam osobnego posta z zaprzyjaźnionym nam fizjoterapeutom Konradem Sulikiem. Posta znajdziecie tu <BIEGAM Z WÓZKIEM - jak biegać? Dla Was zapytałam się o to fizjoterapeuty.>

DSC_0860 (1)

Na co zwrócić uwagę z mojego punktu widzenia? Zaczynajmy:

  1. Biegajcie jak NAJBLIŻEJ wózka. Pracują wtedy dodatkowo mięśnie brzucha i nie obciążacie tak kręgosłupa gdy pchając wózek jesteście daleko od niego. Im bliżej wózka biegamy tym lżej się biega. Mamy naturalną sylwetkę biegową, nie „wisimy na wózku”.
  2. Fajny gadżetem, który może wydawać się nawet niezbędny jest przybornik który zapina się na rzepy na rączkę. Jest to taka mini TORBA, która ma miejsce na dwie butelki wody – dla ciebie i malca w środku.Oraz zamykaną kieszonkę, do której zmieścisz, ewentualne chusteczki, kluczyki do auta, telefon i jakiegoś smakołyka. Dzięki temu najważniejsze rzeczy są pod ręką i możecie je podrzucać dzieciakom w czasie biegu, bez zbędnego zatrzymywania się.
  3. Jeżeli Wasze maluchy lubią mieć, smoka lub wodę przy sobie koniecznie znajdźcie jakiś patent żeby te rzeczy do nich w jakikolwiek sposób przyczepić 🙂 Na krótszym czy dłuższym „sznurku” ale zaoszczędzi Wam to zbędnego schylania się co jakiś czas podczas biegu. To samo z zabawkami! Koniecznie takie które da się przyczepić. No chyba że Wasze maluchy są już na tyle duże, że rozumieją słowo NIE 🙂 Ja osobiście nie używałam tacki do wózka, ale podobno jest też całkiem pozytywnym gadżetem, jednak według mnie to gadżet nie do końca „niezbędny”.
  4. Wysoka kadencja sprzyja bieganiu z wózkiem, biegnie się lżej i „słodki ciężar” który pchamy przed sobą wydaje nam się choć ciut-kę lżejszy.
  5. Gdzie biegamy ? WSZĘDZIE!!! Nasze dzieciaki biegały z nami po całkiem sporych górkach (tam weźcie najlepiej męską stronę rodziny, niech ONI PCHAJĄ! ), lasach, ścieżkach, asfalcie i każdej nawierzchni jaką napotkaliśmy. Śnieg, lód nie jest przeszkodą. Ba, nawet jesteście bezpieczniejsi biegającą z wózkiem po śliskiej nawierzchni bo… cały czas trzymacie się całkiem stabilnego trzykołowca. Jedyne co może przeszkadzać przy bieganiu z wózkiem to BŁOTO, koła wpadają do środka, zakopują się i biega się na prawdę ciężko. Podobnie jest z wiatrem, zdecydowanie polecam bieganie w bezwietrzne dni lub z … wiatrem 🙂 Nasz Ironman ze swoim daszkiem zachowuje się jak cąłkiem spory żagiel, z którego nie ma jak uciec powietrze. Łapiemy więc je do środka i walczymy z nim przez cały bieg. W wietrzne nie upalne dni sprawdza się osłonka przeciwdeszczowa, jednak ja tą używałam tylko w zimę.

20160118_112346

20160118_113833

I pewnie mogłabym tak przez parę dni mieć ten post otwarty i dopisywać co rusz coś co mi się przypomni, jednak chcę być bardziej systematyczna w blogowej sferze więc wrzucam go takim jaki jest. A jak macie pytania, nawet te najbardziej błahe, dotyczące biegania z trzykołowcem piszcie w komentarzach. Stworzymy kolejny post, albo zrobimy za jakiś czas mały EDIT.

 

TO CO, GOTOWI ??? 🙂

 

20151230_165009

Biegająca Bio Mama.

TRI LOVE – czyli Triathlon Kraśnik po raz TRI!

POLECANE TRIATHLON

TRI LOVE – czyli Triathlon Kraśnik po raz TRI!

Od lat piszę o Kraśniku same pozytywy i tak już chyba zostanie.

To jest moje miejsce, darze je ogromnym nie tylko sentymentem, ale i sympatią. Tu zawsze jest wesoło, domowo i na pełnym powerze. Nie wiem, może te starty z draftingiem to dla mnie fajna zabawa? Może pozwalają wyjść poza strefę komfortu dlatego jest tak mocno? Z drugiej strony za każdym razem jak schodzę z roweru czekam tylko na to aż moje nogi odmówią posłuszeństwa. Ciągłe gonienie za pociągami które lecą sporo szybciej niż moje sarenkowe nogi potrafią, daje się odczuć. Nogi na ostatnim kółku często po prostu nie mają już siły, nie jadą, pieką, sztywnieją a ja zawsze śmieję się do siebie co to będzie na bieganiu po takim rowerze.

O dziwo rzadko kiedy dopada mnie totalny brak sił. Pomimo, że w Kraśnik zawsze jest pogoda tropikalna i temperatura nie spada poniżej 30° C, to to bieganie zawsze mi tam wychodzi. Zawsze szybciej niż planuje, zawsze z uśmiechem na buzi i zawsze pod kontrolą.

IMG_20170827_202619_065

 

TEN ROK, MATKA DWÓJKI I WRACANIE DO GRY.

Wracanie do gry bywa różne. U mnie przez nawał obowiązków i to wcale nie domowych, ani wokół dzieci, było to dużo trudniejsze niż się spodziewałam. Przeprowadzka do nowych czterech ścian zarwała nam nie jedną noc i zjadła dużą część wakacji. Jednak jak samo hasło przewodnie Kraśnika brzmi: „Przegrywają jedynie nieobecni”. Tym się kierując nie odpuściłam. A nie powiem nie raz miałam ochotę i nie raz przeszło mi to przez myśl.

Na Kraśnik zapisałam się już przed porodem. Z nadzieją, że wszystko pomyślnie się ułoży, bo przecież jak coś pójdzie nie tak, to i tak na to nie będę miała żadnego wpływu. W myśl, co ma być to będzie, moje nazwisko już w maju pojawiło się na liście startowej kolejnej edycji Kraśnika. Tym razem miałam zmierzyć się z olimpijką jeszcze wcześniej niż przy Zosi, mianowicie 2,5 miesiąca po porodzie. W porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat, nie miałam tremy i nie bałam się dystansu. Wiedziałam, że całkiem sporo przejeździłam na rowerze w ciąży, jeszcze więcej pobiegałam, a na basenie byłam wręcz do ostatnich dni, dopóki ratownicy szczerze mnie poprosili, abym już nie przychodziła, bo zaczynają się stresować jak widzą mój brzuch wchodzący na halę basenową. Ostatni basen zrobiłam w terminie, ponad tydzień przed urodzeniem Stasia.

Nie liczyłam na wynik, tylko na dobrą zabawę, a że w Kraśniku zawsze tak bywa, miałam nadzieję że mój powrót do zabawy w triathlon będzie na prawdę na wesoło.

STRES.

IMG_20170827_202321_053

O tak, był stres, powiem nawet że zestresowałam się dużo bardziej niż się spodziewałam. I nie wiem co mnie bardziej niepokoiło. Moje nieprzygotowanie, które w ostatnich tygodniach przed startem trochę zaniedbałam, zostawienie mojego męża z dwójką dzieci, nakarmienie do syta Staśka przed startem, mały poślizg jeśli chodzi o wyrobienie się na czas, pierwszy start po roku przerwy i mały chaos w strefie zmian, czy presja jaką czułam jako triathlonistka, a nie kobieta po porodzie. Nie wiem. Motyle w moim brzuchu urządziły sobie niezłe tornado, co odbiło się okropnym pływaniem, ale o tym już zaraz.

21246354_1907759902818599_2414636517816623979_o

PINK ARGON I STREFA ZMIAN.

W strefie zmian mój PINK ARGON 18 zrobił furorę. Pięciu fotografów skupionych na rowerze wyglądąło zjawiskowo. Nie jeden celebryta nie otrzymał by takiego zainteresowania. Był to też pierwszy start na wersji PINK, a taka wersja mam wrażenie że zobowiązuje do mocnej nogi a nie tylko wyglądu. Trzeba było więc nie tylko wyglądać, ale tez mocno pojechać.

Motałam się z bidonami, izotonikami, co gdzie, po co. Czy brać żel na bieg, jak to się przyklejało, Stasiek w nosidle zaczął się wiercić i denerwować. Ryk, wrzask, a ja przecież chciałam tylko jeszcze nalać izo do bidonu. Niestety, pierwsza przerwa nadeszła, szukałam wzrokiem Rafała żeby go na chwilę zabrał ode mnie, ale wraz z Zosią zniknęli. Usiadłam więc po cichutku przy swoim rowerze i zachowałam się jak na mamę, a nie triathlonistkę przystało, otworzyłam bufet i nakarmiłam małego. Potem trzeba było go odbić, a czas do startu zaczął coraz szybciej uciekać na zegarku. Gdzie są maści na otarcie, przecież na olimpijce zawsze mnie coś obtarło przy szyi. Chciałam jeszcze uciec do kibelka, ale wiedziałam że po muszę jeszcze dopoić małego, robiło się nerwowo bo coraz mniej czasu miałam żeby odziać piankę, zabrać ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy i ruszyć na start. Dystanse nie pomagały. Rafał tam z Zosią na placu zabaw, ja z małym ryczkiem w strefie, toalety daleko, a start jeszcze dalej. Wzorkiem przyciągnęłam małżonka, oddałam dziecko w jego ręce, poleciałam zrobić co potrzeba i już w połowie ubrana w piankę poleciałam dokarmić Stasia. Nie poszło gładko w strefie, motałam się jak debiutantka i po raz pierwszy w Kraśniku bez uśmiechu stanęłam na starcie.

21167574_1422403447872253_1527103668674852910_o

CZAS START. PIERWSZE TRI JAKO PODWÓJNA MAMA.

Stoję samotnie w strefie dla zawodniku nad zalewem Kraśnickim. Czuje jak w czarnej piance robi mi się coraz cieplej. Jak chce już stąd uciec w ten triathlon. Przestać szukać samotnie mojej rodziny, jest mi smutno, denerwuję się, nie ma kto mnie pocałować przed startem. W głowie milion myśli na minutę, czy zrobiłam wszystko tak jak powinnam, czy wszystko mam przygotowane, gdzie się ustawić, czy jeszcze dam rade tak mocno popłynąć, co się ze mną dzieje, jak ja dawno nie startowałam…. AAAAAAAA, na szczęście wybuch startera sprawił że myśli zniknęły a nogi same zaczęły wbiegać do mętnej wody.

Przeskakuje przez coraz głębszą wodę, szukam różowego czepka Karoliny (bardzo dobrej pływaczki). Lubię ją mieć chociaż przez chwilę w zasięgu wzroku, napawa mnie to dobrą energią i daje nadzieję że całkiem dobrze zaczęłam. Przez pierwsze metry był blisko , jednak po chwili znalazłam się w pralce w której żadko kiedy się znajduję. Nie wiedziałam czy źle stanęłam czy tak słabo płynę. Co prawda po raz peirwszy widziałam tylu pływaków na starcie w Kraśniku, ja stara pływaczka poznam po samym wyglądzie kto kiedyś pływał a kto jest pływakiem triathlonistą.

Pływanie było okropne do pierwszej nawrotki brakowało mi tchu, dusiłam się, łykałam wodę nie mogłam się uspokoić i wpaść w rytm. Czułam się jak za dziecięcych lat na basenie kiedy moja psychika często na zawodach łatała mi figle i zamiast wygrywać wychodziłam z wody zapłakana, bo dusiłam się i nie mogłam płynąć. Do tego parę łyków chlorowanej wody i wybuchał wulkan frustracji. Tym razem było podobnie, łapały mnie myśli czy by nie stanąć nie ocknąć się. Na pierwszej nawrotce emocje opadły. Nie żeby same z siebie, ale dzięki mocnej walce głowy z ciałem. Udało się przetłumaczyć uparciuchowi że nie musi zawsze na pełnym powerze, że przecież jest dopiero 2.5 miesiąca po porodzie, że dlaczego tyle od siebie zawsze wymaga. Nerwy puściły i zaczęło się przyjemne pływanie. Trochę wolniejsze niż to idealne, ale ważne że do przodu. Ręka za ręką, dopływam do nawrotki na lądzie. Najlepsi kibice stali czekali i darli się wniebogłosy. Wtedy pojawił się uśmiech i zabawa, która nie wiadomo gdzie i kiedy schowała się w rękawie pianki na początku wyścigu.

ROWER, BIEGANIE, META.

Tak udało dotrzeć się do mety i to w jakim stylu 🙂

FB_IMG_1504043745485

Pływanie skończyło się całkiem dobrze. Łeb w łeb płynęłam z jedna zawodniczką, która nie powiem ale pewnie trochę podciągnęła moje tempo. Wyjście z wody, wpadamy do strefy. Tym razem jadę bez skarpet, zawsze przy wsiadaniu na rower były z nimi problemy. Mądrzejsza połowa mnie więc stwierdziła czemu nie jechać bez skarpetek skoro nie raz na treningu w domu pedałowałam boso. Okazało się że to super pomysł. Łatwe wejście na rower, łatwe zejście.

Różowa strzała czekała na mnie i grzała dupsko w słoneczku. Nie mogłam się doczekać kiedy na nią wsiądę. Rower miał być w trupa, tzn na tyle mocno na ile ciało, nogi i wydolność pozwalały mojemu poporodowemu ciału. Róż dodawał uśmiechu i energii. Zabrzmię tu jak prawdziwa kobieta, ale bez porównania jeździ się na różowym Argonie. Nawet ten uśmiech ludzi których mijasz jest bezcenny, coś jak bieganie biegów ulicznych z wózkiem. To też zawsze wzbudzało większe emocje niż moje starty solo. Na Argonie więc śmigałam, przed siebie do przodu bez zastanawiania się czy będę miała siłę na bieg. Gonienie za pociągami kolesi, którzy śmigali o dobre 3-4 km/h szybciej niż ja, zapiekło, ale też zrobiło całkiem niezłą średnia i czas z roweru. Ponad 33 km/h było fajnym wynikiem, ba super wynikiem pamiętając że przez ostatni rok chodziłam z dzieckiem w brzuchu 🙂

21082982_117998075591952_8692003292909106349_o

Oczywiście rower swoja drogą, można się na nim zajechać, ale ciekawe co będzie po takim rowerze, gdzie piekące nogi na koniec potrafiły zaniżyć tempo dosyć mocno. W mojej głowie była tylko jedna myśl. Co ma być to będzie. Cieszyłam się że rower poleciałam mocno. PINK POWER i niech tak zostanie.

IMG-20170827-WA0004-01

Zsiadam z roweru bardzo płynnie. Oczywiście nową metodę zsiadania najlepiej wypróbować na zawodach, bez wcześniejszego przygotowania i na rowerze czasowym. Na szczęście stabilność i równowaga to moja mocna strona więc, co prawda z przerażeniem w oczach, ale w stylu zwinnej sarenki zeskakuję z roweru i biegnę do strefy. Moje ukochane twarze dzielnie czekają na mnie i dopingują.

IMG-20170827-WA0016-01

Uśmiech na twarzy gwarantem dobrego biegu, myślę i z takim założeniem zakładam buty biegowe i wylatuje na trasę biegową. Nie muszę pisać, że w Kraśniki jak zwykle pogoda upalna, że poranne chmury i zapowiadane deszcze jakimś cudem na czas startu nie istnieją. Że żar przypala nam głowy, a zbiornik wody zachęca żeby zamiast biec wskoczyć do niego na szybką kąpiel. Ale powiedziałam A to powiem B, a nawet Z i skończę ten triathlon z uśmiechem. Nie wiem na ile biec, olewam więc zegarek nie stresuje się tempem tylko biegnę tak jak mi się udaje. Na ile czuję moje nogi mnie niosą. Jedyna rzecz jaką mogę powiedzieć o moim przygotowaniu, to że na pewno jestem wypoczęta. Pomimo małego ssaka w domu, ilość treningów, a raczej ich ograniczona ilość, pozwoliła moim mięśniom solidnie wypocząć. Pytanie czy te wypoczęte nogi, po mocnym rowerze doniosą mnie przez 10 kilometrów ? Nie wiem ale nie mam nic do stracenia więc biegnę.

W połowie trasy, na końcu pierwszego kółka czeka na mnie rodzinka. Zośka stoi przy trasie razem z tatą i śpiącym Stasiem i krzyczy: „Dawaj MAMA”. Ci co mają dzieci wiedzą, że to najlepszy doping. Chwilę później kilka razy biegnę po wielkich namalowanych kredą napisach BIO MAMA DAWAJ <3 <3 <3 . I jak tu nie biec ile sił w nogach ? Moje zuchy spisały się na medal i to dla nich ten medal i puchar wywalczyłam!

IMG-20170827-WA0002-01

Biegnie mi się dobrze, nie szarżuję z tempem. Biegnę na 5.25-5.30 min/km co jest całkiem niezłym tempem jak na mój obecny stan. Pamiętam że to tempo po narodzinach Zosi na triathlonie w Larnace wydawało mi się nieziemsko dobrym tempem. Teraz jestem z niego zadowolona, w szczególności że bieganie to była najbardziej zaniedbana przeze mnie dyscyplina ostatnimi czasy. Na drugim kółku mijam Kolę, który startował dla towarzystwa na krótkim dystansie. Za tydzień będzie się mierzył z moim R w Malborku na długim dystansie więc skusił się tylko na namiastkę triathlonu i sprint. Przyjacielska piątka na trasie zawsze dodaje otuchy, pozwala poczuć że jest tu z tobą ktoś kto chociaż w niewielkim stopniu wie co czujesz.

IMG-20170827-WA0010-01

Lecę do końca z uśmiechem na twarzy pełna energii, szczerego szczęścia i spełnienia. A jeszcze chwilę przed, chciałam uciec i nie startować. Na ostatnim kilometrze dopada mnie Rafał z dzieciakami. Zośka siedzi na wózku w którym jest Stasiek. On natomiast na boso dołącza do mnie i ciągnie mnie do samej mety. Na chwilę przed wręcza mi wózek z dwójką dzieciaków i leci na metę uwiecznić mój pierwszy START JAKO MAMA DWÓJKI!

IMG-20170827-WA0011-01

JESTEM NA MECIE, pełna energii, nie zajechana, szczęśliwa i zakochana ponownie w triathlonie ! A chciałam już zwątpić w moją moc i umiejętności. Chciałam powiedzieć sobie może za rok, po co nakładać na siebie dodatkową presję.

A JEDNAK WARTO BYŁO ! KOCHAM TRIATHLON! KOCHAM TO CO ROBIĘ! I KOCHAM MOJĄ RODZINĘ oraz przyjaciół za wsparcie, bycie ze mną i dla mnie, wtedy kiedy tego potrzebuję. 

 

Triathlon Kraśnik ponownie był łaskawy dla mnie, ponownie był szczęśliwym startem i ponownie napiszę że wracam tu ZA ROK ! 🙂 W lepszej, gorszej formie, ale wracam bo uwielbiam to miejsce i ten start!

 

21199511_1907770659484190_7747128048272666879_o

 

Jako wisienka na torcie, staję na podium! Druga w swojej kategorii, z dwójką bąbli na karku, 2.5 miesiąca po porodzie, po pięknym wyścigu w pięknym stylu.

 

IMG_20170827_203044_926

BAWCIE SIĘ TRIATHLONEM, NIE BÓJCIE SIĘ PORAŻEK, I PAMIĘTAJCIE ŻE:
„Przegrywają  jedynie nieobecni! „

 

 

O.

Triathlon Limassol – wygrana w Cypryjskim stylu.

TRIATHLON

Triathlon Limassol – wygrana w Cypryjskim stylu.

 

TRIATHLON, CZY TO ABY NA PEWNO DOBRY POMYSŁ ??

17_A3215-2

Kobieta czołg, tak nazwali mnie moi rodzice kiedy po dwóch zupełnie nie przespanych nocach, kilku tygodniach walki z przeprowadzką i małą ilością treningów, stawałam na najwyższym podium Limassol Triathlon, w mieście w którym wychowałam się mieszkając na Cyprze.

Jedna z większych zmor naszych wyjazdów na Cypr są loty. Niestety nie są one o normalnych porach tak aby człowiek mógł wsiąść do samolotu w pełni sił i w takiej samej pełni sił wysiąść z niego. Dwa dni wczesniej wyruszaliśmy z kraju, oznaczało to kolejną nieprzespaną noc. Kolejną bo dzień wcześniej aby dograć wszystkie firmowe rzeczy przed wyjazdem człowiek widmo poszedł spać o 4 rano i wstał z dzieciakami w okolicach 7. Oznacząło to bardz mało snu, a następna noc nie miała być wcale łaskawsza.

Lot na Cypr jest o 22.30 z Warszawy. Leci się około 4.5 godziny i laduje w Larnace koło 4 rano lokalnego czasu . Niestety z lotniska w Larnace do naszego miejsca na wyspie jest keszcze 50 kilometrów, trzeba więc doliczyć jeszcze dosyć szybką podróż samochodem. Tak więc chcąc nie-chcąc zasypiamy o tej godzinie o której normalni ludzie wstają. Tym razem żeby nie było za lekko podróżować po raz pierwszy z dwójka dzieci, rowerami, 3 walizkami i wózkiem w środku nocy nasz samolot dodatkowo był opóźniony. Nasza noc więc zaczęła się wraz ze wschodem słońca, o 6 rano. Kilka godzin snu, dzieci rozregulowane też nie za bardzo potrafiły odespać, więc pierwsza noc była ewidentnie krótka.

Następna noc miała być rekompensatą po podróży jednak nie do końca się to udało bo nasz najmłodszy ewidentnie nie chciał współpracować, co skończyło się wspólnym łyżkowaniem z częstymi elementami karmienia i pomimo że triathlon zaczynał się wyjątkowo późno jak na warunki cypryjskie, bo o 9 tej. To pakiety trzeba było odebrać pomiędzy 7-8, a na miejsce trzeba było jakoś dojechać. Pobudka była więc tak czy siak dosyć wcześnie.

Nie mniej jednak wstałam rano, zjadłam po raz pierwszy białe śniadanie. Po 10 minutach nerwowego szukania płatków owsianych w babcinych szafkach, poddałam się. Na gotowanie jaglanki było już za późno. Na mój przed triathlonowy talerz wjechał więc biały pszenny chlebek z dżemem!! Tu przydała by się emoticon-a z wielkimi oczami i otwartą buzią żeby podkreślić moje zdziwienie. Coś trzeba było zjeść, a R mówił, że na pewno nie zaszkodzi.

Już któryś raz z rzędu staje na starcie, bez werwy, triathlonowego podniecenia, podekscytowania. Niewyspana jadę na start samochodem, pick-upem co by było śmieszniej. Rower leży w otwartym bagażniku, obok wózka i małego plecaka do którego nie pomyślałabym że kiedykolwiek się zmieszczę z ekwipunkiem triathlonowym. Stasiu jedzie z nami, Zosia została z niewyspaną babcią i wyspanym dziadkiem, a jej dołączenie do imprezy stało pod znakiem zapytania. Czy dziadek sobie poradzi żeby ogarnąć ją samodzielnie rano, jeżeli babcia odmówi wstawania? Dla zainteresowanych napiszę, że poradził, lepiej niż niejedna babcia. Tylko fryzura okazała się wyzwaniem. Chwilę więc po gwizdku startera pojawili się na starcie, kibicując przez cały czas.

IMG_20171105_114014_895

Wracając do strefy zmian. Standardowa już w moim wykonaniu procedura. Stasiek w nosidło (wcześniej taka sama procedura była z Zosią więc zdążyłam się do tego już przyzwyczaić), idę po odbiór pakietów. R w między czasie dopompowuje mi koła, bierze rower i wózek i dołącza chwilę później do nas. Małe spóźnienie z naszej strony wprowadziło delikatną nerwówkę w moim brzuchu, ale tylko do czasu aż dotarłam do strefy zmian i bura zawodów. Tam atmosfera jak to na Cypr przystało. Wszyscy uśmiechnięci, zrelaksowani, nikomu się nie spieszy, bawią się sportem.

IMG_20171105_113842_936

Siateczka z numerem startowym i chipem jest już w moich rękach. Nie znam trasy, tzn same trasy jako tako kojarzę, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie wbiegamy do strefy, gdzie wybiegamy. Wiem tylko że będzie milion kółek, 6 na rowerze, 4 na biegu. Przypominam że robię SPRINT, czyli 20 km roweru i 5 km biegu. Co oznacza totalny chaos na trasie. Rower oczywiście bez draftu, a ja śmieję się w środku jak jest to możliwe żeby stu kilkudziesięciu zawodników jeździło bez draftu na pętli która ma około 4 kilometrów, ku mojemu zdziwieniu nie widziałam żadnych pociągów.

STREFA ZMIAN.

17_B8147-2

Wszystko dzieje się na miejskim bulwarze, zaraz obok morza. Od wyjścia z wody jest bardzo bliziutko, do belki startowej też niedaleko, bieganie zaczyna się wręcz na wybiegu ze strefy. Znamy ten bulwar jak własna kieszeń, biegaliśmy tamtędy setki razy i to właśnie zdjęcia z tego miejsca sprawiły że skusiłam się na start. Kilka tygodni przed przylotem na Cypr, nie było czasu na trenowanie. Przeprowadzka z dwójką dzieci pod pachą i brakiem pomocy na stałe, kazała nam odpuścić sobie porządne trenowanie. Wsiadłam na rower parę razy, pobiegać też gdzieś czasami poszłam pobiegać, a od Kraśnika do startu na Cyprze byłam na basenie tylko raz. Kilka dni przed przylotem, rozruszać mięśnie. Wchodzę do strefy zmian kilkanaście dziewczyn obok mnie też rozpakowuje swoje manataki. Obok mojego miejsca rower wisi czasówka Carmen, PRO-ski która na Cyprze wygrywa każdy start. Z uśmiechem na buzi witam się z nią,bo nie raz widziałyśmy się na triathlonie. Zresztą mamy córeczki w podobnym wieku, bo ona też jest mamą i trenuję. Podpytuje szybciutko o to co gdzie jak, a ona z przyjemnością odpowiada. Poza nią nie było widać mocnych zawodniczek które zawsze widywałam na Cyprze. Nie było też przyjezdnych triathlonistów. W strefie zmian było rodzinnie. Kocham tą atmosferę, kocham to że każdy tu się uśmiecha, każdy coś podpowie, wszyscy się witają jakby byli jedną wielką triathlonową rodziną.

Humor do mnie wrócił, emocje które się pojawiły przez spóźnienie opadły i zaczęłam na prawdę bawić się tym startem. Wiedziałam że nie jestem przygotowana. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie wiedziałam na ile będę w stanie pobiec, na ile pojechać. Ten start był totalnym spontanem. Po raz pierwszy od 2 lat miałam pojechać na mojej starej szosie, zamiast na ARGONIE (nie zabrałam go ze sobą, bałam się o transport)! Wszystko było tak surrealistyczne, że z uśmiechem od ucha do ucha stawałam na linii start.

PŁYWANIE, ROWER, BIEGANIE.

Nie będę pisać szczegółów, opisywać wybuchu startera, skupienia czy motyli w brzuchu. Opowiem Wam jednak że jako jedna z 3 osób stawałam w piance na starcie. Wyglądałam jak czarny plemnik, który nie pasował do reszty towarzystwa. Pianki były dopuszczone, ze względu na to że startowali początkujący 🙂 A ubrani w pianki byliśmy tylko ja i dwóch tak wyżyłowanych anglików, że trudno było ich nazwać początkującymi. Już chciałam zwątpić w piankę i nie robić z siebie głupka, ale R brnął do końca żeby piankę założyła, bo na pewno pomoże. Wiedziałam że moje pływackie zaplecze było ostatnio trochę zaniedbane, nie dyskutowałam więc.

17_B8174

Pływanie na Cyprze zawsze wydaje się szybkie, morska, słona woda, pomaga równie mocna jak pianka. A mając to i to na sobie, a wokół nie do końca dobrze pływających Cypryjczyków jak zwykle czułam się jak szybka błyskawica. Tempo 1:39 było fajnym tempem biorąc pod uwagę to ile poświeciłam na trening pływacki w ostatnim czasie. Wypadam z wody. Chyba jak pierwsza kobieta, ale nie jestem pewna, bo kilka osób przede mną jednak było. Carmen w ostatniej chwili spakowała swoje rzeczy i zrezygnowała ze startu, nie wiadomo czemu, dlatego wiedziałam że moglam być pierwsza.

IMG_20171022_142107_279

Rower, cóż mam powiedzieć. Moje BIANCHI jest równie piękne jak mój ARGON 18, ale jednak jazda na nim to jak jazda Matizem po Ferrari. Pozycję mam dobrze ustawioną prze Krystyna i „Mam Świetną Pozycję”, ale to nadal nie czasówka. Całą trasę szukam tego połóżenia co mam na ARGONIE. Zsuwam się z siodełka jak najbardziej do przodu bo chce biec na rowerze a nie jechać. Przyspieszeni szosówki po każdej nawrotce jest toporne. Rower rozpędza się powoli w porównaniu do Argona 18. Tęskie za moim PINK ARGON, ale i tak czerpie wielka frajdę z jazdy. Pomimo że nie czuję się przygotowana, wyprzedzam i to nie tylko początkujących ludzi na góralach,a le też całkiem dobrze wyglądających panów na całkiem dobrze wyglądających rowerach. Wyprzedzają mnie tylko wariaci na szumiących czasówkach, z nogami jak konie, ale na nich nie patrzę. Jadę średnio 33 km/h nie jest źle, jak na ten rower. Na nim jeszcze nigdy nie wyciągnęłam takiej średniej, jednak czuję że nogi pieką, że czasami puchną i po każdej nawrotce nie mają tyle samo siły do pedałowania jak na początku. Uśmiech nie schodzi z twarzy, śmieje się tylko w środku siebie jakie beznadziejne tempo czeka mnie na bieganiu, bo mocnym rowerze.

Pierwszy raz startowałam na takiej trasie na której przejeżdżało się koło kibiców milion razy podczas trasy rowerowej. Są jednak plusy 6 kółek na 20 kilometrach. Nawrotki nie były tez aż tak spowalniające bo przejeżdżaliśmy z jednej dwupasmówki na kolejną dwupasmówkę, co pozwalało na utrzymanie całkiem mocnego tempa na nawrotkach. Zosia w towarzystwie taty krzyczący: „Mama dawaj, mama dawaj!! ” dodawały fun-u. Dziadek chwalący co chwilę: „Dawaj córcia, jest super, jeszcze chwile!” też był mega motywujący. Pędziłam więc ile sił w nogach z uśmiechem na buzi.

6 kołko, zeskok z roweru i pędzę do strefy zmian. Dużo bardziej wolę wsiadanie i zsiadanie na szosie, zamiast czasówce. Bezpieczniej, szybciej, stabilniej. Odstawiam rower, zakłądam, skarpetki, niestety nie ma butów biegowych w których mogę biegać bez skarpetek, buty, chwytam daszek i siup wylatuję ze strefy. Zosia przewieszona przez płot wraz z dziadkiem cały czas dzielnie kibicuje, Stasiek złote dziecko wraz ze strzałem startera ponownie zasypia i wita mnie dopiero na mecie.

BIEGNĘ. hmmmm liczyłam na tempo 5:30 bez przygotowania, ale biegnę na 5:10 i czuję się komfortowo. Słysze w tyle głowy słowa Koli, pochyl się do przodu, nie spadaj tak na stopę, nie hamuj, tylko odbijaj się od nogi. Próbuje się ustosunkować do tego i lecę. Tempo cały czas trzymam szybkie jak na mnie i czekam tylko na moje ciało które za chwilę odmówi takiego tempa. Pierwsze kółko, przyspieszam. Drugie kółko, krzyczę do R że lecę na 5.00 i nie wiem czy przyspieszać, bo UWAGA, MOGĘ !!

17_B9118

3 kółko tempo cały czas mocne, widzę na nawrotce jakąc szczupłą dziewczynę mocno próbująca mnie dogonić, chwile za nią Cypryjkę w IRONMAN-owym stroju, która wydawał się trzymać bardzo mocne tempo. Nie wiem która jestem, na trasie jest chaos, sprint i super sprint pomieszał się zupełnie. Wiem że żadna kobieta nie wyprzedziła mnie od startu, nie wiem jednak czy nie ma nikogo przede mną. Chcę utrzymać tą pozycję kuszę się żeby przyspieszyć, chociaż kilka sekund na km. Czwarte kółko, po nawrotce R krzyczy przyspiesz. Mam wrażenie, że ktoś chce mnie dogonić. Próbuje przyspieszyć ale słabo mi to idzie. Na zegarku dobiłam do 4 kilometra, na kolejnej nawrotce nie widzę nikogo w zasięgu wzroku, biegnę więc swoje. Z ciekawości przyspieszam, tempo teraz pokazuje 4:45-4:50, nie chcę się zajechać, ale próbuję na co mnie stać. Zostało jakieś 500 metrów do końca, kolejna nawrotka i widzę że dziewczyny mnie goniące, cały czas trzymają takie same tempo jak ja. Bez ciśnienia lecę swoje i czekam na metę z ciekawością czy będzie czekała na mnie taśma, która po raz pierwszy będę mogła podnieść do góry jako wygrana. Wbiegam na metę, bez wiwatu i jakichkolwiek owacji oprócz mojej rodziny 🙂 Nie czuję się jak wygrana. Słyszę gdzieś po grecku słowa że chyba jest pierwsza ale nikt nic nie wie, bo tak się pomieszaliśmy.

17_A3319-kopia

PODIUM.

TAK TAK ! Po raz pierwszy w życiu wygrałam kategorię OPEN kobiet. Co prawda, Carmen, cypryjska PRO-ska uciekła z trasy, więc konkurencja była na moim poziomie, same amatorki. Nie mniej jednak ciesze się jak dziecko. Bez bezpośredniego przygotowania, po nieprzespanych nocach, podróżach i zajęciu się mocno życiem, a nie trenowanie w ostatnim czasie wygrałam swój pierwszy triathlon. Totalnie na luzie, ale w mocnym tempie. Tempie którego nie spodziewałam się, tempie które mnie pozytywnie zaskoczyło, ale które byłam w stanie spokojnie utrzymać na krótkim dystansie.

IMG_20171022_132757_865

Warto czasem zrezygnować z długich startów, żeby poczuć tę szybkość, lekkość nie zmęczenie. Godzina 12, ja z pucharem w ręku, reszta z milionem zdjęć i filmików z moich zmagań, jedziemy na zasłużone lody. SPRINT – dystans po którym chce się żyć. Po którym człowiek nie jest zajechany, tylko pobudzony. Chce więcej i więcej i z uśmiechem na twarzy funkcjonuje przez kolejne kilka dni.

KOCHAM CYPR, KOCHAM TRIATHLON i KOCHAM TO ŻE ROBIĘ TO CO KOCHAM. Nie zawsze idąc schematem, czasami wychodząc poza swój komfort zone. nie bojąc się spróbować.

17_B9517

Wam też życzę takich startów na spontanie, cieszcie się sportem, bawcie się nim. Warto wrzucić trochę na luz i ZABAWIĆ SIĘ w triathlon. Uwaga, mówi to ambitny sportowiec, który spędził większość życia wyczynowo trenując. I nie mowię żeby zawsze mieć takie podejścia, ale warto czasem zrobić #COŚNOWEGO i zaszaleć bez przygotowania w pięknym miejscu. ( pamiętajcie żeby skusić się na jakiś krótki dystans, a nie robić takie szaleństwa np na 1/2 Ironmana !)

 

 

 

O.

Czas, żeby pobiegać we TROJE. Nasz tegoroczny Bieg Niepodległości.

AKTYWNA MAMA BIEGANIE CIĄŻA POLECANE

Czas, żeby pobiegać we TROJE. Nasz tegoroczny Bieg Niepodległości.

Tak, tak dobrze czytacie. Biegamy we troje i nie mam tu na myśli biegania z moim mężem czy psem. Od kilku miesięcy biegam ponownie w dwupaku, tym ciążowym. A, że mój już prawie dorosły dwupak nadal lubi ze mną biegać w wózku, a coraz mniej pozostało niebiegowych cioć, to od jakiegoś czasu zdarza mi się biegać we TROJE.

I tak oto w ten sam sposób nasz Bieg Niepodległości był moim pierwszym i pewnie ostatnim biegiem ulicznym we TROJE. No chyba, że któryś z fizjoterapeutów odważy się ze mną zgłębić temat biegania z wózkiem w ciąży. Już od jakiegoś czasu moje treningi bardziej przypominają trenowanie dla przyjemności i dla zdrowia niż dla wyników sportowych. Zaczęło się latem przez anemię, z która nie tylko walczyłam psychicznie, ale i fizycznie długo próbowałam oszukać swój organizm. Potem przyszedł czas roztrenowania, a zaraz po nim płynnie przeszłam do stanu brzemiennego, w którym pomimo, że trenuję to robię to ewidentnie dla przyjemności a nie dla wyników. Moja głowa przestawiła się też na luźne bieganie, na luźne podejście do sportu i cieszenie się kilometrami które jeszcze moje nogi potrafią i dają radę przemierzać.

foto-bnos16_01_mkd_20161111_144947_3-01

 

foto-bnos16_01_mkd_20161111_144950_2-01

 

Dlatego nie było to dla mnie nowością, że na starcie kolejnego biegu stanęłam na luzie, bez jakiegoś konkretnego planu na szaleńcze cyfry na końcu. Biegłam towarzysko, najpierw trzymając kroku mojej ulubionej triathlonistce Justynie a potem uciekając jej roztrenowanej formie i goniąc kolejnych znajomych. Dlatego bieg był ewidentnie Biegiem z Narastającą Prędkością, co okazało się całkiem niezłą jednostką treningową, ale biegło mi się tak dobrze, że nie umiałam się zbyt mocno hamować. Wystartowałam w tempie 5:45, a ostatni kilometr z górki, na którym wózek zachowywał się jak całkiem spory spinaker ciągnący łódkę na wietrze, więc poleciałam jak szalona na 4:45. Dostałam za to niezłe manto od mojej mądrej połówki na mecie, ale tłumaczyłam to coraz cięższą Zosią i wózkiem bez hamulca, którego mi ów małżonek nie wyregulował i który nie pozwalał mi biec wolniej 🙂

foto-bnos16_01_mta_20161111_135520_4-01

Kolejny raz w naszym mieście w Święto Niepodległości na metę wleciałyśmy razem. Po raz pierwszy wpadłyśmy razem jeszcze kiedy Zosia była w brzuchu, drugi bieg Niepodległości „w domu” był moim debiutem z wózkiem, trzeci był w towarzystwie Zosi i kolejnej mojej fasolki, która musi znosić wyczyny swojej mamy. Cały bieg wracałam myślami do „tych ciężarnych” chwil śmiejąc się sama do siebie jak zupełnie inne podejście ma człowiek „doświadczony i zajęty”. Dwa lata temu, skrupulatnie patrzyłam na zegarek żeby nie przesadzić z tempem, na starcie głaskałam się po brzuszku, na mecie również. Rok temu pełna nerwów w tempie interwałowym przeleciałam swój pierwszy bieg z wózkiem. W tym roku na luzie stanęłam na starcie usypiając małą chwileczkę przed strzałem startera, tak aby kolorowe ciuchy biegnące przed nią nie dorzuciły jej masy energii, którą potem ciężko by było stłumić już podczas biegu. Śmiałam się z tego, że zamiast głaskać się po brzuszku, latałam za moją nieokrzesaną już prawie dwulatką i sprawdzałam czy aby na pewno wszystkie „w razie co” są w wózku.

Lubie nasze domowe Biegi, są bardzo rodzinne, wszyscy się znamy i jest na prawdę piękna atmosfera. Jeszcze bardziej lubię domowe biegi z wózkiem, gdzie jest to jednak cały czas nowością. To w nich dostaję zawsze na nawrotkach od całej czołówki garść uśmiechu i gratulacje za odwagę, to w nich zaczynam na samym końcu i wyprzedzam innych zamiast być wyprzedzana. To one dają mi często więcej radości niż te na czas, pełne wymarzonych cyferek. Kolejny Bieg Niepodległości za nami. Tym razem we troje, w szaleńczo rodzinnej atmosferze, z ciocią Kasią, która dostała „mendal” za swoją pierwszą dychę, z naszymi TRI Rodzinami lecącymi w dużym stopniu po życiówki.

foto-bnos16_01_mkd_20161111_154903-01

 

received_1321379014570416

Zosia ma już kolejny biegowy „mendal” za wspólne 10 kilometrów, dostała też swój własny, wywalczony dzielną walką przez całe 150 metrów ze starszakami. W rodzinnej atmosferze, zmarznięci jak cholera próbowaliśmy ogrzać się „pobiegową” grochówką, na którą nawet ja się skusiłam. Było radośnie, bez sportowych celów i towarzysko. Poczułam jak w drugiej ciąży nie ma już tej nostalgii, tego wyciszenia i tego oddania. Bieganie nie jest mi obce w tym stanie więc się go nie boję. Mam za sobą 9 miesięcy doświadczenia, dużo przebiegniętych kilometrów i całą masę wspomnień. Druga ciąża jest inna, ale ciekawi mnie tak samo bardzo jak pierwsza. W niej dzień jest jak co dzień, zalatany, poświęcony w dużym stopniu temu stworzeniu co już od jakiegoś czasu jest numerem jeden w naszym domu. Nie ma czasu na drzemki, na wieczorne czytanie książek i głaskanie się po brzuszku. Jest czas na malowanie rękoma z córką, przygotowywanie kolacji i codzienny rytuał mycia. Niemniej jednak nie brakuje mi tego i już rozumiem dlaczego druga ciąża jest czymś obok teraźniejszego domowego ogniska. Jest dopełnieniem całości, ale nie całością. Jest luźniejsza w głowie, a nawet powiedziałabym że tak luźna, że do dziś nie chce mi się wierzyć że to wszystko dzieje się na prawdę. I gdyby nie te ciążowe dolegliwości to w ogólne nie uwierzyłabym że zostanę mamą po raz drugi.

A po ? Pojechaliśmy najeść się dobrze do Warszawy i wpakowaliśmy się w samolot, który zabrał nas ponownie na ciepłą wyspę! Teraz odpoczywamy i ładujemy baterię, co by starczyło nam ich do pięknej zimy.

 

 

 

O.

 

 

Jesienne przemyślenia, zdrowotna stagnacja.

CODZIENNOŚĆ POLECANE

Jesienne przemyślenia, zdrowotna stagnacja.

20160923_134243-01

Nie jestem z tych co mają przesilenia jesienne. W szczególności nie powinnam go mieć po moim przed jesiennym oczyszczaniu, które wpoiło we mnie ogromne pokłady energii. Dlatego nie zwalam tego na jesień, którą wbrew pozorom lubię, bo przecież drzewa takie piękne,temperatura w końcu sprzyja do biegania, a zaraz po niej jest jeszcze piękniejsza zima. Koniec lata i początek jesieni byłam tu dosyć powierzchownie. Pisałam merytorycznie, bo nie umiałam się zebrać na coś bardziej osobistego.

Ale…

Zawsze kiedy słowo zdrowie zaczyna być numerem jeden w twoim życiu, ogarnia Cię delikatna stagnacja. Człowiek zastanawia się nad sensem wszystkiego, daje sobie chwilę i czeka na poprawę. Kiedy przychodzi czas na zdrowotne załamanie człowiek wycisza się, analizuje i zastanawia. Odkąd w lato zdiagnozowali u mnie anemię, ja też potrzebowałam właśnie takiej chwili wyciszenia, potrzebowałam się zastanowić nad wszystkim, potrzebowałam chwili dla siebie. Dużą część mojej enrgii i czasu poswiecilam latem właśnie jej. Próbowałam znaleźć jej przyczynę. I zwykłe dosyć częste bagatelizowanie jej przez lekarzy, ktorzy zwalali wine na regenerujący się organizm jeszcze po ciąży, przeciążenia organizmu przez sport i tego typu sytuacje nie dały mi spokoju. Ja miałam misję, musiałam znaleźć przyczynę dlaczego mnie właśnie ona dopadło i czym była spowodowana.

We wszystkich zdrowotnych przypadłościach moich czy mojej rodziny zawsze chce znać przyczynę. Nie satysfakcjonuje mnie zwalczanie objawów. Tak było dawno temu z kolkami Zosi, tak było też z moją anemią, a fakt że po wielu tygodniach suplementacji żelaza, wyniki się nie poprawiały zmotywował mnie jeszcze bardziej do znalezienia przyczyny.
KTO SZUKA NIE BŁĄDZI
Szukałam, szukałam i znalazłam. Chwile po moim najwazniekszym starcie w sezonie, czyli tej parszywej Gdyni <skok w bok Moje 113 kilometrów z anemią > zrobiłam gastroskopie, która wykazała co było powodem moich zdrowotnych zawirowań. 
Zanim jednak dotarłam do tego miejsca odwiedziłam wiele gabinetów lekarskich, od tradycyjnej medycyny do naturalnej, wykonałam miliony badań krwi. Przez chwilę nawet podejrzewaliśmy u mnie celiakię, czyli nietolerancję glutenu, pobrałam wycinki z jelit w tym kierunku i zrobiłam badania w poszukiwaniu przeciwciał. Ostatnia była gastroskopia, która rozwiała wszelkie wątpliwości. Jelita czyste zdrowe, natomiast bakteria jest w żołądku – Helicobacter Pylori.
Wielu z Was może nawet o tym nie wiedzieć, ale też możecie borykać się z tą bakterią. Jest ona bardzo popularna i tak jak ja możecie nie mieć żadnych objawów żołądkowych. U mnie bakteria zaburzyła wchłanianie żelaza, dlatego moje żelazo nie chciało wzrosnąć nawet po wielo-tygodniowej kuracji żelazem. Helicobakter często bywa przyczyną anemii, obniżając mocno zapasy żelaza w naszym organizmie. U mnie w najgorszym czasie żelazo pokazywało tylko 4 jednostki, norma na żelazo wynosi od około 40 jednostek, w zależności od puntu pobrań. Było to chwilę przed Gdynią, zastanawialiśmy się z mężem w formie żartu czy można mieć ujemne wyniki żelaza, bo z moja tendencją spadkową było to bardzo prawdopodobne.

Niemniej jednak Gdynię zrobiłam, z bólem psychicznym, ale zrobiłam. Przyczynę mojej anemii znalazłam, więc przyszedł czas na zwalczanie bakterii, z której jestem bardzo dumna. W standardowym przypadku idzie się do lekarza internisty lub pierwszego kontaktu z wynikami i dostaje się 3 antybiotyki, które: stosujemy wszystkie na raz, zieje od nas chemią (słowa kolegi który zwalczył ją antybiotykowo) a co najgorsze bakteria robi się coraz bardziej odporna na te antybiotyki, przez co tego typu terapia nie zawsze jest skuteczna.

Przewertowałam więc internet i na podstawie tego co wyczytałam oraz na podstawie swojej wiedzy o zdrowiu i suplementach chciałam spróbować zwalczyć ją naturalnie. Nie było chyba jednej osoby w naszym towarzystwie, która wierzyłaby w to że mi się to uda, łącznie z moim mężem, który wraz ze mną przeszedł na ta naturalną stronę życia 🙂

ZDROWOTNY TRIUMF

20160913_135853

Uparłam się i wiedziałam, że dopnę swego. Zaczęłam więc od mojego detoksu <skok w bok DETOKS >, którego przyczyną był właśnie Helikobacter. Stwierdziłam, że jeżeli w mojej diecie nie będzie ani grama cukru, na którym bakteria się żywi, to nie będzie mogła się rozmnażać i łatwiej będzie ją zwalczyć półką naturalnych suplementów. Po 4-5 tygodniach stosowania olejku z oregano, wyciągów z lukrecji, oleju z mięty pieprzowej, pochłaniając duże ilości naturalnych probiotyków i dodatkowych probiotyków w suplementach udało się zwalczyć to co wydawało się nie możliwe. Co prawda cała historia zasługuje na kolejny wpis, ale choć jej namiastkę wylałam dzisiaj przed Wami.

Sezon triathlonowy nie był łatwy właśnie przez pryzmat zdrowotny z którym dosyć szybko zaczęłam się borykać. Dlatego moje jesienne życie nabrało zupełnie innego wymiaru. Potrzebowałam nie tylko odpoczynku od pisania, od internetu i wyciszenia, ale też od reżimu treningowego, który kosztował mnie dużo więcej w tym roku. Potrzebowałam frywolnego biegania, takiego z uśmiechem na buzi bez zegarka i czasu. Potrzebowałam wypadów rowerowych na kawę, bez patrzenia się na licznik i prędkość. Potrzebowałam pochodzenia na basen tak o po prostu żeby popływać. Całe to milczenie i wylogowanie się do realnego życia, było na prawdę warte. Bo powoli czuję, że jestem gotowa na nowe wyzwania nie tylko sportowe, ale o tym już niebawem….. 🙂

 

IMG_20160828_201557

 

O.

Biegam z wózkiem – czyli jak zabrać się za każdą jednostkę treningową pchając 3 kółka.

AKTYWNA MAMA BIEGANIE

Biegam z wózkiem – czyli jak zabrać się za każdą jednostkę treningową pchając 3 kółka.

20160928_144357-01

Jesień to czas, który zdecydowanie sprzyja bieganiu z wózkiem. To okres roztrenowania, zejścia z objętości i intensywności i czas fajnej pogody. W końcu robi się chłodniej, więc „spacer” dla malucha robi się też przyjemniejszy. Dla mnie to tez okres w którym nie mam aż tak napchanego grafiku treningami, więc jest to czas kiedy ewidentnie chce mi się biegać z wózkiem. Po wakacyjnej przerwie powiedziałabym nawet, że się za tym stęskniłam.

Niemniej jednak biegać z wózkiem można zawsze. Można też wykonać każdy trening poczynając od długich luźnych wybiegań, na interwałach i podbiegach kończąc. Podrzucam Wam moje sposoby na każdy trening. Pomogą, podrzucą cenna radę, albo po prostu otworzą oczy na to jak sobie ułatwić wyjście na bieganie we dwoje.

1. Długie wybiegania. 

20160915_141539-011

To chyba najprzyjemniejsza jednostka treningowa ze wszystkich. Długie wybiegania z wózkiem to sama przyjemność. Nie tylko dlatego, że intensywność pozwala nam na przemierzanie kilometrów po każdego typu nawierzchni, ale wózek może być na prawdę przydatny na tego typu treningach. Woda, żel, czy cokolwiek do przegryzienia nie jest dyndającym ciężarem na biodrach, czy w kieszeni. Mamy do tego specjalną kieszonkę w wózku, lub tak jak my z Zosią mamy specjalną Możemy wziąć ze sobą telefon, kluczyki i całkiem sporo innych gadżetów, które znajdą dużo miejsca w koszu po sidziskiem dziecka. Długie wybiegania możecie robić gdzie chcecie, w każdyn terenie i na każdej nawierzchni. Szuter, leśna ścieżka, czy górki nie będą przeszkadzać podczas tego typy treningów. Możecie zrobić sobie rodzinne wybieganie jeżeli Wasz partner/partnerka jest równie zakręcona na punkcie biegania. Są to na prawdę fajne chwile, które warto pielęgnować i warto z nich korzystać, bo nie będą trwały wiecznie.

 

 

2. BNP/BNI- czyli bieg z narastającą prędkością/intensywnością.

dsc_0574

Na tego typu treningi warto wybrać sobie fajną trasę, dobrze znaną, która najlepiej kończyć się będzie asfaltem. Wraz ze zwiększoną intensywnością i prędkością łatwiej będzie Wam się biegło z wózkiem po asfalcie. Pierwsze luźniejsze kilometry możecie przebyć po szutrze, a wraz ze wzrastającą intensywnością dobrze by było aby podłoże robiło się coraz twardsze, ułatwi Wam to bieganie i nie wytelepie Waszych maluchów. BNP jest fajnym treningiem z wózkiem, na pewno będzie bardziej obciążający, niż przy bieganiu solo, co pokaże Wam wasz pulsometr/zegarek. Wasze tętno może być zawyżone, czyli przy konkretnym tempie będzie wyższe niż gdy biegacie w pojedynkę.

 

3. Interwały.

dsc_7494

Wydawało by się, żę ciężko jest wykonać tego typu trening z wózkiem. Nic bardziej mylnego. Są dwie opcje na tego typu treningi i zależy to od naszego malucha, co robi ono podczas naszych treningów i od tego jaki dystans interwału mamy zaplanowany. Na szybkie interwały 30 sek i ”minutówki” nie potrzebujemy większej organizacji. Wystarczą dobre chęci, płaska utwardzona trasa i my. Na tego typu treningi wybierałam zawsze asfalt, lub kostkę brukową, alejki, które nie miały miliona zakrętów i zmian kierunku, po to aby i tak dosyć ciężki trening nie stał się też katorgą dla głowy. Podczas przygotowań do sezonu bywało, że robiłam nawet 20 interwałów z małą w wózku, ona odjeżdżała a ja w spokoju wyciskałam z siebie poty. Dla osób które mają do zrobienia 400 m interwały i dłuższe proponuje jakiś teren gdzie biega się po okręgu, lub jeżeli macie dostęp do bieżni to bieżnię. Tam kibicujące maluchy mogą kibicować na trawie, w wózku, lub na część interwałów kibicować z wózka nadbiegającym rodzicom. Po tartanie łatwiej też się biega z wózkiem, podłoże sprzyja a wózek sam jedzie. Żeby życie sobie ułatwiać pamiętajcie żeby zawsze wybierać sobie dogodne miejsce do biegania. Sprawdzone, gdzie znacie trasę, miejsca dogodne do interwałowego treningu. Miejsca gdzie przez te 30 sek/ minute czy kilkaset metrów będziecie mieli swobodę biegu.

4. Podbiegi.

Tak można wykonywać je z wózkiem, jednak są bardzo obciążające. Dlatego tego typu treningi oczywiście możecie wykonać w towarzystwie malucha, ale ja proponuję zostawić Wasze śpiące czy nie śpiące szkraby na dole górki. Co innego gdy robimy długie wybiegania przy stałym, luźnym tempie i kochamy biegać w leśnym terenie. Wtedy podbiegi są po prostu częścią całego treningu. Jeżeli jednak traktujemy je jako indywidualną jednostkę treningową, warto zrobić je tylko z własnym ciężarem.

Nasze podbiegi, choć była ich znikoma ilość właśnie tak wyglądały. Moja Zosia zazwyczaj śpi podczas biegania, specjalnie wybieram taki czas na bieganie z nią. Wiem wtedy, że mój trening będzie mniej nerwowy i nie będę musiała iść na milion kompromisów głośno oddychając. Dla nie śpiących maluchów kibicowanie z wózka i przeróżne zabawy jakie możecie wymyślić z dzieciakami podczas takiego treningu będą równie ekscytujące jak samo bieganie. A przecież kilka kilometrów przed i po zawsze będzie częścią treningu.

20160930_143024-01

Biegałam z wózkiem, można by powiedzieć, o każdej porze i wszędzie. I pomimo, że wyrobiłam sobie z Zosią rytm kiedy trenowałyśmy, trenujemy. Taki rytm, który pozwala i mi i jej czerpać maksimum z naszego wspólnego biegania. To wiem, że nie ważne jak trudne jest dziecko da się je do wspólnego biegania przyzwyczaić. Da się też wykonać z nim każdy trening, czasami wystarczy odrobina wyobraźni, dla starszaków kilka zabaw, czy w ostatecznych wypadkach paczka ulubionych chrupek. Jeżeli będziecie konsekwentni i wytrwali we wspólnych treningach to Wasze maluchy kiedyś pokażą na wózek i same powiedzą „Mamo, Tato idziemy biegać ?”

Dzieci kochają robić to co my, naśladują ans, chcą z nami robić nowe rzeczy, dziwne rzeczy, dlaczego więc miałyby nie chcieć biegać z nami po lasach, parkach i innych miejscach?

Moje dziecko odlatywało dopiero podczas biegania kiedy duża dawka dziur i trzęsienia robiła robotę. To samo dziecko też kiedyś nienawidziło jeździć w wózku, ale powoli i konsekwentnie wyrabiałam w niej ten nawyk. Robiłyśmy coraz to dłuższe dystanse o coraz to różniejszych porach. Do dziś jej ulubionym miejscem na drzemkę jest jej żółty IRONMAN, czy było 30 stopni czy – 15 stopni, biegałyśmy razem i mam nadzieję, że będziemy robić to jak najdłużej, bo to bieganie z wózkiem NA PRAWDĘ jest fajne!

 

dsc_0310

 

O.

DETOKS – czyli moje dwa tygodnie wyrzeczeń.

CODZIENNOŚĆ DIETA PORADY

DETOKS – czyli moje dwa tygodnie wyrzeczeń.

Od jakiegoś czasu mierzyłam się z zamiarem zrobienia detoksu. Straciłam apetyt na życie. Chodziłam notorycznie zmęczona, nic mi się nie chciało. Tylko treningi ratowały mnie z opresji i dodawały energii, niestety tylko na krótką chwilę. Anemia dolała oliwy do ognia i tak oto już na początku wakacji wiedziałam, że pierwsze co zrobię po zakończonym sezonie triathlonowym to 2 tygodniowy DETOKS.

Continue reading

Czasówka – HIT czy KIT ??

POLECANE TESTY TRIATHLON

Czasówka – HIT czy KIT ??

Niedawno, gdzieś na facebooku, przewinęło mi się to hasło: Czy czasówka to HIT czy KIT ?

No właśnie ile prawdy jest w tej pozycji aero, ile prawdy w tych extra WATT-ach w nogach, ile prawdy w tej prędkości?

Wyjeżdżając ze Sklepu Wertykal w Zabierzowie, sama byłam ciekawa co mnie czeka. Czy to coś co kryje się pod nazwą „czasówka” może na prawdę pozwolić mi uzyskiwać lepsze wyniki? Czy na prawdę sprzęt może dać mi kilka km/h więcej,  gdy ta sama noga pedałuje?

Nie chciałam wierzyć, nie wiedziałam co mnie czeka.… Continue reading