Tag: biegajaca bio mama

FALAFEL i PITA z sosem Tahini – orientalny obiad

DIETA PRZEPISY

FALAFEL i PITA z sosem Tahini – orientalny obiad

FALAFELKI chyba każdy uwielbiam, w szczególności teraz kiedy zyskały na popularności i w większości nowoczesnych fast/slow foodów wersja wege burgerów to właśnie one w różnych odsłonach.

Ja poszłam w tym przepisie w prostotę, bo jak to na kwarantannie bywa, nie wszystko jest dostępne. Ale poszłam też w klasykę, czyli chlebki PITA, z pełnoziarnistej mąki orkiszowej to fajna alternatywa dla burger-owych bułek, która idealnie komponuje się ze smakiem i pochodzeniem falafeli. Do tego złamałam smak sosem tahini, który dzięki soku z cytryna orzeźwia i rozbudza całe danie.

Idealnie nadadzą się też do lunch boxa, w wersji chłodnej lub podgrzewanej w pracy.

 

FALAFEL.

Jak to Marta Dymek z Jadłonomii kiedyś napisała sukcesem falafeli jest porządne zmielenie ciecierzycy. falafele robi się z surowej ciecierzycy, co jest zdecydowanie szybsze i łatwiejsze niż jej ówczesne gotowanie. Ja ciecierzycy o dziwo nie blend-uję w thermomixie, ale miele w wyciskarce wolnoobrotowej, w której mam funkcję mielenia ziarna. Jest dość prosty do zrobienia trzeba tylko pamiętać o zalaniu ciecierzycy wodą na noc, na dzień zależy kiedy planujecie je robić.

Mój przepis, bo nigdy nie mam kolendry jak je robię 🙂

FALAFEL:

  • 500g suchej ciecierzycy moczonej przez noc ( conjamniej 12h )
  • 1 cebula duża
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • garść posiekanej kolendry (jeśli macie, opcjonalnie)
  • 2 łyżeczki soli
  • przyprawy: ja dodaje mieszanki arabskich przypraw, jeśli nie macie takich to przyprawy dodajemy takie: 1/2 łyżeczki kminu rzymskiego mielonego, 1 łyżeczka garam masala, 1/2 łyżeczki pieprzy cayen, 1/2 łyżeczki cynamonu, 1/2 mielonej kolendry.
  • olej do smażenia

Ciecierzycę, czosnek i cebulę mielę, tak jak wspomniałam w wyciskarce wolno-obrotwej, możecie użyć maszynki do mielenia mięsa, lub w ostateczności blender typu thermomix. Im lepiej zmielona tym smaczniejsze falafelki. Wrzucam wszystko do blendera, dodaje pietruszkę, kto ma kolendrę, sól i przyprawy. Mieszam wszystko w blenderze żeby składniki idealnie się połączyły. Formujemy kulki delikatnie je spłaszczamy (jeśli nie smażymy w głębokim oleju) i smażymy. Ja smażę uwaga —-> NIE na głębokim tłuszczu. Ponieważ nie lubię jeść produktów z głębokiego tłuszczu moje falafelki piekę w piekarniku albo smażę w odrobinie tłuszczu. Są przez to bardziej suche niż orginały, ale zdecydowanie zdrowsze.

Jeżeli lubicie smażone rzeczy i nie przeszkadza Wam ilość tłuszczu. Te oryginalne powinno się smażyć w głębokim tłuszczu. Musicie go porządnie rozgrzać i smażyć falafele dosyć krótko, wtedy będą chrupiące na zewnątrz i wilgotne w środku.

PITA:

  • 15g świeżych drożdży
  • 1 szklanka ciepłej wody
  • 2 szklanki mąki (ja dałam orkiszowej pełnoziarnistej, można użyć pszennej, białej, lub z alternatyw bezglutenowych użyłabym owsianej)
  • 1 łyżeczka soli
  • szczypta słodzidła (cukier, ksylitol czy inne)

Drożdże mieszamy z wodą dodajemy słodziła i 4 łyżki mąki. Odstawiamy na 10 minut. Mąkę mieszamy z solą i po 10 minutach jak rozczyn zacznie delikatnie puchnąć, dodajemy do mąki i wyrabiamy ciasto. Ja wyrabiam w thermomixie, kto nie ma wyrabia ręcznie. Odstawiamy na 30 min do wyrośnięcia. Dzielimy na 8 porcji rozwałkowujemy na kształt jaja, układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na kolejne 30 min. Placki pieczemy 10 min w piekarniku rozgrzanym do 220 st C. Pity kroimy na pół kiedy są jeszcze ciepłe. Odstawiamy do ostygnięcia.

 

SOS TAHINI (robicie ilość wedle uznania, ja podaje proporcje):

  • 4 łyżki tahiny
  • 4 łyżki soku z cytryny
  • 4 łyżki zimnej wody
  • ząbek czosnku (opcjonalnie)

Czosnek wyciskamy przez praskę, łączymy z resztą składników.

Dekoracja:

  • Rukola, sałata, szpinak świeży
  • pomidorki koktajlowe pokrojone na pół
  • plastry gotowanych buraków (opcjonalnie)
  • cebula (opcjonalnie)
  • posiekana kolendra

Otwieramy pitę, do pity wkładamy sałatę, rukolę lub wedle uznania, pokrojone pomidorki koktailowe, można dodać plastry gotowanego buraka, cebulkę pokrojoną i świeżo posiekaną kolendrę. Wkładamy falafelki i polewamy sosem tahini. Opcjonalnie jeśli chcecie żeby danie było bardziej mokre możecie do każdej pity dodać dużą łyżkę jogurtu greckiego.

Smacznego !

Ola.

 

 

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

Sieraków jest bezlitosny, ale jest też wciągający. Nadal nie rozumiem jak można się tak upodlić na starcie i chcieć więcej. Chyba jest coś w tym, że mam ochotę sprawdzić czy za rok będzie tak samo bolało. Oczywiście nadzieja jest, że nie, ale wiadomo jak to bywa z nadziejami 🙂

Cały wypad był w ogóle bardzo pomysłowy i sam wsobie niezłą przygodą, bo oczywiście miejsc w domkach w OSiR-rze już nie było, a wszyscy znajomi byli zalogowani właśnie tam. Trzeba było więc coś wykombinować. Od razu wpadł mi do głowy pomysł – kamper. Zaprawieni w bojach przyczepowo-półwyspowych jesteśmy więc logistycznie nie było to dla nas żadną nowością. Ba myślę, że było to nawet sporo łatwiejsze logistycznie niż pakowanie naszego samochodu, rozpakowywanie go na miejscu i znowu to samo w drodze powrotnej. Wszystko co potrzebowaliśmy mieliśmy w nowym czterokołowców.

Nie zdradzę wam przy okazji tutaj tajemnicy że właścicielami starego pięknego Volkswagena kampera jesteśmy już od wielu lat, ale za młodu nie było czasu na jego od-restaurowanie, a potem jak rodzinka się powiększyła to nie było już sensu, gdyż byłby on dla nas po prostu za mały.

(oferty kupna można składać pod postem, bo ów kamper stoi i marnieje na polskiej wsi)

Kampera wypożyczyliśmy niedaleko od domu, o jego istnieniu dowiedzieliśmy się całkiem przypadkiem, naprawiając autko w pobliskim serwisie. Ale, że ludzie prowadzący to są super to z miłą chęcią ich pod-reklamuję na blogu.

Chętnych z okolic świętokrzyskiego na wynajem kamperka zapraszam do mercedes-autocentrum w Makoszynie -----> < http://mercedesautocentrum.pl >

 

Kamperka odebralismy w czwartek wieczorem, plan był żeby się zapakować i ruszyć rano, ale skoro całkiem sprawnie sie zapakowaliśmy, a kamper stał pod domkiem to zdecydowaliśmy się że przejedziemy chociaż te 100 kilometrów co by być bliżej naszej destynacji. Do Sierakowa mamy sporo kilometrów i troche nas ta ilość zaskoczyła, kiedy w końcu kilka dni przed wyjazdem spojrzeliśmy się na mapy googlowskie.

Wyruszyliśmy po 21 z domu, nocleg po drodze znaleźliśmy pod Łodzią, trochę dalej niż 100-wka ale było blisko autostrady i w miejscu specjalnym dla kamperów, więc jakoś tak przyjemniej było się tam zatrzymać. I tu znowu podrzucę Wam miejsce bo jest raczej mało znane i możecie je wyszukać dopiero gdzieś tam mocno szukając —- spaliśmy w Moskuliki 46, jest to parking przy prywatnym domu pewnego Pana, który udostępnia to miejsce za darmo dla podróżujących kamperami ludzi. Nie macie tam żadnych udogodnień typu woda, łazienki itp, ale jest piaskownica, huśtawka i dużo zieleni, a właściciele przemili bo mieliśmy okazję z nimi porozmawiać przez telefon. Bardzo przyjemne miejsce, a oprócz tego stoi tam pełno kamperów !

 

 

 

 

 

 

 

W piątek ruszyliśmy zaraz po śniadanku i dojechaliśmy na miejsce koło południa.  Na miejscu okazało się, że niestety pole namiotowe dla kamperów jest spory kawałek od domków naszej ekipy i ekipy TriWawy. Po wielu kombinacjach, rozmowach z panem prezesem, na nie-legalu, ale pod kontrolą, stanęliśmy w końcu przy samym domku prezesa i jego ekipy, czytaj TRIWAWY.

I tu się zaczęło 🙂

Całe trzy dni były mega pozytywne, spędzone w meeega towarzystwie. Zaraz obok domku prezesa był cały i-Sport czyli nasza ekipa trenerska. Sam Sieraków na kilka dni stał się miasteczkiem triathlonowym. Roiło się od samochodów zapakowanych w rowery, od triathlonistów biegających zbierających swoje rzeczy, chodzących z piankami żeby zrobić pierwsze Open Water w tym roku. Gdzie się nie spojrzałeś stali sportowcy, ich kibice i rodziny. Z każdej strony nadjeżdżały rowery, różne, przeróżne, te odpicowane całe oreo, z dyskami i idealnie dobranymi kolorystycznie dodatkami, albo te zwykłe na których każdy z nas zaczynał. Na wszystkie dystanse było zapisanych ponad 2400 osób. Możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedy przez 3 dni w promieniu jednego kilometra przewijała się taka ilość osób, plus ich kibice !

Było bosko. Mój R od razu pomyślał o Hawajach i o Konie, na której takie miasteczko powstaje na tydzień przed startem i zrzesza sporo większa ilość osób startujących plus ich kibice. Już rozumiemy jak można mieć KONA-BLUESA po powrocie z hawajskiej wyspy.

Niemniej jednak przyjechaliśmy tam dla startu, a raczej dla startów, bo każdy oprócz najmłodszego gdzieś startował. Zosia pierwsza zdobywała medal, na biegu dla dzieci.

To był chyba jej taki pierwszy najważniejszy bieg, z chipem na nodze, porządnie wyznaczoną trasą i prawdziwym pakietem startowym. tutaj chylę czoła organizatorom którzy spisali się na medal.  Dzieciaki dostawały swoje naklejki na rowery i kask, numery startowe i chipa. Ponatno dostały mały upominek od JBL w postaci słuchawek i w miarę zdrowe smakołyki, nie wspomnę już o gadżetach które dzieci lubią najbardziej typu plecak, smyczki, rękawy do kibicowania itp.

Bieg poszedł świetnie, widać było małe zdenerwowanie na jej twarzy ale dzielnie całość poleciała sama. Dzieci startowały falowo, nie było więc przepychanek i maluszki startowały z maluszkami a starszaki ze starszakami. Dźwięk gwizdka i w nogi po wyznaczonej trasie. Ja biegłam wzdłuż niej aby pokazać w razie co gdzie ma skręcić, byłam tak wzruszona że nie zrobiłam jej na trasie ani jednego zdjęcia.

Na każdej twarzy widać emocje i zdenerwowanie <3
I tutaj drodzy rodzice jest pole do popisu dla Was. Nie jest trudno zniechęcić dzieci do takich startów. Jest natomiast całkiem trudno nauczyć ich przegrywać, nauczyć ich, że nie muszą być pierwsi, że to ma być zabawa i frajda dla nich. To są jeszcze nasze maluchy jak pójdą w sport wyczynowy będą miały dużo okazji do wygrywania i prawdziwego ścigania. Dajmy im teraz trochę luzu i jak chcą biec wolno, niech biegną wolno, jak chcą skakać do mety niech skaczą, jak chcą lecieć ile sił w nogach niech też to robią, ale nie po to żeby wygrać. Mają jeszcze całe życie na wygrywanie, walczenie, przepychanie się i wyróżnianie z tłumu. Nie odbierajmy im tej dziecięcej beztroski :) 
Dla nich sam start jest tak ogromnym przeżyciem, takim wiadrem emocji, że na prawdę nie ma tam miejsca już na wygrywanie i pierwsze miejsca. Jak się uda super, ale niech to będzie przy okazji :)

Zosia miała tłumaczone przez kilka dni przed startem że nie biegnie żeby wygrać, że biegnie po medal, że ten medal jest najfajniejszą pamiątką jaką może zdobyć. Że to jest zabawa i nauka, bo jak dorośnie będzie umiała startować w zawodach tak jak my. Smutno mi było patrzeć jak takie 5 latki wpadały na metę zapłakane że nie były pierwsze. 

Nasza młoda natomiast po powiedziała, że musi dużo trenować żeby być taką triathlonistka jak my <3 <3 <3
Moje ZŁOTO na mecie <3

 

 

Zosia zdobyła swój medal, czas teraz na nas. Warto wspomnieć o koniu którego wyhodowałam w domu. Mój R wylądował na mecie połówki z czasem 4:35, co jest dla mnie totalnym kosmosem, na czele z rowerem który zrobił w 2:13 ! ! ! Ci co startują wiedzą jaka to wychodzi średnia na 90 kilometrach, Ci co nie startują doinformuję. Chłopak przejechał 90 kilometrów ze średnią 39 km/h. Już teraz rozumiecie dlaczego tak rzadko robimy wspólnie treningi rowerowe :p

Sobota zatem była kolejnym dniem kibica. Tym razem rodzinnie kibicowaliśmy mojemu mężowi, oczywiście nie sami tylko z psycho-fanami TRIWAWĄ. To ile emocji wywołują pośród zawodników jest niezastąpione ! Fajnie jest być częścią tej zgrai. Także sobota była dla ludzi, na mecie cierpliwie czekaliśmy na Fabisza, prezesa psychofanów, Ewel, kobietę którą ciężko dogonić na trasie, mojego R i trenera Adama. Wszyscy z uśmiechem na buzi wlecieli po dobre czasy. Resztę wsparliśmy porządnie na trasie rowerowej i biegowej tworząc własna strefę kibica ! No i rachu ciachu sobota nam minęła.

 

 

UFFFF….

Na szczęście na objazd trasy zebraliśmy się w piątek popołudniu i jeśli ktoś w Sierakowie nie startował a planuje objazd trasy jest absolutnym MUST HAVE tych zawodów. Jeśli nie chcecie się zaskoczyć na zawodach oczywiście. JA dziękowałam mojemu aniołowi, który mnie popchnął żeby po raz pierwszy przejechać trasę. Oj byłabym mocno zdziwiona. Patrząc przez pryzmat opowieści, Sieraków super prosta trasa po ładnym asfalcie, byłabym mocno zawiedziona.

Nie trasa rowerowa nie jest prosta. Nie trasa rowerowa nie jest tylko po pięknym asfalcie (choć w dużej mierze tak). Nie trasa rowerowa NIE JEST ŁATWA! Ale to właśnie dzięki temu jest mega ciekawa i  bardzo satysfakcjonująca.

Po sobotnim starcie nie wiele było czasu dla siebie. Było go jednak na tyle dużo, że na spokojnie okleiłam sobie rower, większość rzeczy dotyczącą trasy i stref zmian wiedziałam kibicując długiemu dystansowi, niby wszystko wiedziałam ale jakiś niepokój siedział we mnie cały wieczór. Sobota się kończy wszyscy świętują, winko się leję, a ja po totalnie nieprzespanej wcześniejszej nocy (dziękuję synu 🙂 ) padam przed północą. Pewnie wiele ciekawych rzeczy mnie ominęło, ale sen był równie cudowny. Wyspana, dalej kaszląca i z zatkanym nosem wstałam, ogarnęłam śniadanko dla dzieci. Sama po kryjomu zjadłam białą bułę z dżemem, napiłam się kawki i ruszyłam do strefy zostawić rower.

 

„SIERAKÓW WITA TRIATHLONISTÓW”

 

Oj duża ta strefa, duża, trafiło mi się fajne miejsce na zewnętrznych wieszakach więc łatwo było zapamiętać. Rowerek gotowy, koła napompowane już wcześniej przez mojego najlepszego serwisanta na świecie, bidony na miejscu nic tylko pocałować ta różową ramę co by grzecznie czekała i wrócić do ludzi. Kamperek stał jakieś 5 minutek drogi od strefy zmian, nie wiele mieliśmy więc do chodzenia. Wróciłam do dzieciaków i Rafała ubrałam się w strój startowy, pianę i ruszyłam nad wodę. Tam szybka rozgrzewka z trenerem, buziaki od dzieciaków i R i jazda na start.

 

Pisząc w skrócie relacje z samego wyścigu mogłabym napisać tak: Na pływaniu umarłam, nie wiem jak nie wiem skąd, na rowerze zmartwychwstałam po to aby podwójnie umrzeć na biegu. I o tyle, takie słowa w sumie idealnie opisywały by mój Sieraków, ale jeśli chcecie więcej i nie macie już dość powiem kilka słów więcej.

START. 

W wodzie na prawdę umarłam, nigdy nie przeżyłam takiego czegoś. Ok może przeżyłam, za młodych lat jak na bardzo ważnych zawodach potrafiło mnie przytkać ze stresu. Ale tu była to jakaś podwójna siła, która nie pozwalała normalnie funkcjonować w wodzie. Woda zimna, ok zatkało mnie na wejściu i to bym rozumiała gdyby nie to że to zatkanie trzymało mnie do ostatniej bojki, powiedziałabym wręcz że do samego końca.

Ja weteranka pływania rzadko kiedy pływam open water na 2 oddechy, zazwyczaj swobodnie oddycham co 3, na zawodach również,  tu miałam ochotę uskutecznić metodę na co 1 oddech. TO co przezyłam to moje, myslałam, że młucę przez tą wodę jak topielec, wszyscy mnie wyprzedzali, a ja totalnie nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Pomiędzy 2 a 3 bojką, regularnie przechodziłam do żabki aby uspokoic oddech, ale to nic nie dawało. Całość przepłynęłam oddychając co 2 i kiedy raz spróbowałam zrobic oddech co 3 myślałam, że się utopię. Rozumiem już tych których w wodzie zatyka ze stresu przed potworami i rezygnują z dalszego płynięcia. Moja głowa też mi raz podpowiedziała, że może jednak lepiej wyść z wody, ale zdrowy rozsądek wiedział że to stres i mam nadzieję chociaż w minimalnym stopniu zimno. Bo inaczej wole sobie tego nie tłumaczyć.

Woda dłużyła się okropnie, z każdym oddechem miałam wrażenie, że utonę, ale zaczęłam się skupiać na jeszcze jednym wdechu, jeszcze jednym wdechu i tak dobrnęłam do końca. Nigdy nie czułam takiej ulgi wychodząc na ląd.

Tam czekał na mnie 700 metrowy podbieg, oj Sieraków lubi te górki i podbiegi. Nie spinałam się na nim zbyt mocno, lekko, powolutku poleciałam po rower. Szybkie ruchy w strefie i kilka chwil później wybiegam do belki rowerowej. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie była tak bliziutko jakby się chciało. Biegliśmy po krawężnikach, przez kawałek lasku żeby przez jeszcze sto metrów lecieć po asfalcie do głównej drogi.

Jest belka. Wsiadam na ROWER. 

Tutaj wiedziałam czego się spodziewać, tutaj tez chciałam wyciągnąć z siebie maksimum. Na rower wsiadłam jako 4 ta kobieta, na pierwszej pętli dociągnęłam do 3 -ciej zawodniczki. Dosyć szybko i sprawnie ją wyprzedziłam, wyprzedzałam też niektórych panów, z niektórymi co chwilę się wymijałam, tak to jest kiedy zawody są bez draftu a każdy próbuje utrzymać swoje.

Jechało mi się cudownie, nie był to dzień konia, ale było ekstra. Na górkach dociągałam do górnych Wattów, na zjazdach pedałowałam tak by zyskać jak najwięcej. Rower był mega dynamiczny, cały czas się coś działo. Pierwsze kilka kilometrów, jest dosyć krętę, na początku czeka na ans tez chyba najdłuższy, najstromszy podjazd. Jednak nie na tyle stromy i długi by zrzucać się z blatu, ale na tyle stromy i długi że na drugim kółku musiałam podnieść dupsko z siodełka żeby nie utracić swojej kadencji. Jechałam i jechałam, żadnej dziewczyny nie widziałam ani przed sobą ani za sobą. Po kilku kilometrach wpadamy faktycznie na cudowny nowiutki asfalt, który tak na prawdę jedziemy dalej resztę kółka. Całą trasa jest pagórkowata, raz w górę raz dół. Trzeba jechać na tyle mocno w dół, żeby potem było jak najłatwiej w górę. Obok moich PSYCHOFANÓW przejeżdżam ponad 40 km/h, oj tak co by myśleli że całość pędzę tak mocno 🙂

W drugiej połowie drugiego kółka dogania mnie Ula, dziewczyna która wygrała Super League w Poznaniu w zeszłym roku. Jest prędka, ale nie aż tak prędka żeby zniknąć mi z oczu w sumie do końca trasy rowerowej. Wpadam chwilę za nia do strefy zmian, a mój R krzyczy, że mam tylko minute starty do pierwszej babki. WOW

WOW.

Na prawdę byłam z siebie dumna. na takiej imprezie polecieć tak rower to było coś. Co prawda w ogóle nie interesowało mnie jaką mam stratę do pierwszej dziewczyny bo wiedziałam że na tym biegu jej nie dogonię, no chyba że by mnie ktoś podwiózł na rowerze 😉 Ale miło było usłyszeć, że i trener i on mają wrażenie, że jeszcze mogę coś tu ugrać <3 Dzięki chłopaki !

BIEG. Może być krótko ?? Umarłam dwa razy. Pierwsze dwa kilometry leciałam, w dobrym tempie, czekając na te podbiegi. Nawet mi ten szutr i piach tak nie przeszkadzały. Potem nagle zaczął się podbieg, najpierw taki przedsmak malutki króciutki w piachu ale stromy. Na 4-tym kilometrze dotarłam do wisienki na torcie. Najpierw stromy podbieg, żeby później zobaczyć że jest jeszcze stromszy podbieg. Można by go porównać do serpentyn w Alpach po których wspina się na rowerze. Takie coś pomniejszone do skali biegania i człowiek zamiast roweru. Sierakowska umieralania, no chyba że się jest biegaczem górskim to możecie to sobie nazwać inaczej, ja tam umarłam. DWA RAZY.

Zleciał ten bieg szybko, ale w bólu, na drugim kółku miałam ochotę się już tam zatrzymać. Nie dość , że boli to jeszcze co jakiś czas na dobitkę wyprzedzają mnie damskie nogi. Czy one są tak wytrenowane na górkach ? Czy ja nie mam siły, bo jestem cienias ?! Deprymujące jest spadanie na kolejne to pozycje dół w tak krótkim czasie, ale musiałam to zagryźć i lecieć do końca.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Z 4 miejsca spadłam na 9-te i nie, nie jestem zadowolona z siebie, ale wybrzydzać tez nie będę.  Może te ambicje są gdzieś za wysokie i nie ma co stawiać sobie poprzeczki tak wysoko? Z drugiej strony jak mam nie stawiać jak jestem sportowcem z krwi i kości !?

Szczęśliwie udało mi się utrzymać 3 msc w swojej kategorii. Na metę doleciałam z czasem 2:30…. Dumna z roweru, załamana pływaniem i zdeprymowana bieganiem. Niemniej jednak start był udany, dostałam w tyłek tak jak nigdy, a jednak chcę więcej i wracam tam za rok !

 

A ty ?!

Dobrnąłeś do końca i lecisz ze mną do Sierakowa za rok ?! 🙂

Agnieszko dziękuję za zawieszenie medalu, taki smakuje podwójnie.

Dziękuje firmom, które mnie wspierają:

i-Sport platformie treningowej <3

On Running Polska za buty w których biegam najszybciej jak umiem :)

CEP Polska za pomoc w regeneracji i dbanie o moje nogi

Eko Farmie Świętokrzyskiej za dbanie o mój brzuch i brzuch mojej rodziny <3 

I Wam wszystkim którzy nie raz wykrzyczeli moje imię na trasie dodając otuchy i powera dzięki któremu urywałam kolejne sekundy. TO w dużej mierze wy się przyczyniliście do tego wyniku :) 
Niestety nie umywacie się do buziaków i piątek od moich dzieci, ale te są niezastąpione <3 <3 ;) ;)

Do następnego razu.

 

Bio Mama.

 

 

 

Ciężki początek sezonu.

Bez kategorii

Ciężki początek sezonu.

Sezon zaczyna mi się z przygodami i to wcale nie triathlonowymi, ale bardziej zdrowotnymi. Płata mi figle w głowie i tak na prawdę sama nie wiem czy wolałabym czasem wrócić do zimy i mocniej przycisnąć się treningowo, czy żeby sezon był już w pełni i ze startu na start czułabym te cudowne emocje.

Zeszły sezon był czymś wyjątkowym, czymś nie do przebicia wydaje mi się na moim poziomie triathlonowym. Na każdych zawodach plasowałam się w pierwszej 3 OPEN, oprócz 2 imprez na których byłam 4 (Mistrzostwa Polski). Mimo to kategorię zawsze wygrywałam. Ciężko jest się nastawić na nowe. Chciałoby się co najmniej tak jak w zeszłym roku, abo lepiej, bo w końcu ja też trenuję i trzymam ten rygor, a z drugiej strony coś mówi, że było tak super że ponownie tak się nie da.

I tak bujam się myślami jak to będzie. Chcę cofnąć czas do zimy i wyciskać więcej na treningach, być bardziej dokładna w wattach, robić siłowni tyle co trener przykazał. Z drugiej strony wiem, że zazwyczaj robiłam tyle na ile miałam siły i czasu. Więc pewnie takie wracanie nie wiele by zmieniło ( no może lepiej trzymałabym te watty na rowerze na trenażerze 😉 no ale jak to zrobić na tym trenażerze ?!).

A jak nie cofać to może brnąć naprzód ? Wiem, że w bieganiu poszłam do przodu, na basenie pływało mi się cudownie, zanim wyjechaliśmy na Cypr, a rower hmmmm… to chyba będzie zagadka sezonu dla mnie. Wiem też, że facebook i instagram huczy od kosmicznych treningów i nowych życiówek, wiem że nie tylko ja trenuję, i mam wrażenie że każdy to robi mocniej, lepiej, więcej.

Niemniej jednak sezon zaczęłam jak pisałam z przygodami. Najpierw był Cypr na którym zawsze czułam pewność siebie. Kilka dni przed startem leżałam z gorączką 2 dni w łóżku i niby zrobiłam swoje minimum na starcie to jednak była tam mała gromadka triathlonistek z bazy angielskiej które w liczbie 3 przyleciały ( bo tak szybko to zrobiły) na metę jeszcze przed moim Rafałem, dały poczucie że jest tu sporo mocniejszych kobiet niż ja.

Z drugiej strony jestem ciutkę szybsza niż w zeszłym roku. Pojechałam tak jak miałam, pobiegłam prawie idealnie, popłynęłam nie wiem jak bo niby byłam szybka, a jednak Rafał był tak samo szybki jak ja co mi się jeszcze nie zdarzyło, więc ciężko mi się ustosunkować. I pomimo, że do cholery jasnej stałam na 1 miejscu podium w swojej kategorii, a na metę wpadłam 5 OPEN, to nie był to mój dzień konia. Nie był to też dla mnie triumf, a raczej przegrana. Fajnie, że chociaż w kategorii, ale w kategorii już mnie nie satysfakcjonuje ?

Z choroby powolutku się wykaraskałam, chociaż do dzisiaj kaszlę. Za chwilę pojawia się Sieraków, a ja znowu bez treningów w rozsypce zdrowotnej. Tym razem zapalenie, zakażenie cholera wie czego w pachwinie. I choć na prawdę chciałabym myśleć pozytywnie i raczej jestem pewna że jakoś wystartuję to taki ciężki start sezonu nie napawa mnie mocno optymizmem.

W głowie mam tylko żeby to się już rozkręciło na dobre i zamiast myśleć żeby się działo. Może nie będzie tak źle jak sobie wyimaginowałam ?!

Powodzenia wszystkim na startach, a kibicom wytrwałości przy ich połówkach, bo to czasem cięższa praca niż sam start!

Znam dwie strony więc jestem z Wami.

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

PODRÓŻE POLECANE

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

Z dziećmi w górach, sama byłam już cztery razy.

Nie będę pisała o moich wyprawach chronologicznie bo pierwszy wypad był prawie rok temu. Zacznę natomiast od tyłu, może kiedyś wracając do tego pierwszego razu, bo nie ma co ukrywać ten ostatni jest najświeższy i zaraz był najbardziej wymagający dla mnie.

Ci co chcą usłyszeć że taki wypad jest prawie jak leśne SPA i można leżeć z nimi do góry brzuchem, od razu mogą zaprzestać czytania. Owszem można przez chwilę leżeć do góry brzuchem na kawałku kurtki na którejś z górskich Hal, ale przez większość czasu nosisz nadprogramowe kilogramy, podajesz pić jeść, śpiewasz, motywujesz żeby szły dalej i wymyślasz kolejne to zadania do czasu aż szczyt będzie w zasięgu Waszego wzroku.

Ci, co natomiast bardziej realistycznie wyobrażają sobie wypad w góry z dwójką małych dzieci, ale czekają też na cudownego tego aspekty – mega więź, wspólny wysiłek i poświęcenie całej siebie dla dzieciaków, zapraszam do tekstu.

 

Czy to w ogóle jest realne?

Pierwsze słowa, jakie nasuwały się wszystkim kiedy usłyszeli mój kolejny z rzędu plan na góry z dziećmi, brzmiały zazwyczaj: „Ja bym się nie odważyła.”, ” Ja bym się bała”, „Ale jesteś odważna!”

W końcu do odważnych świat należy i tutaj możemy być mniej lub bardziej odważni, ale strach? Zupełnie nie rozumiem strachu, poza tym że ugrzęźniemy gdzieś na skale, albo będziemy musieli nocować w lesie bez namiotu i jedzenia. Ale hej, na Rysy z nimi w zimę nie planowałam iść, a wszystkie wycieczki raczej kończmy przed zachodem słońca, wiec czego się bać. Przecież to są moje dzieci i pewnie, że może być ciężej lub łatwiej, bardziej wymagająco lub mniej, ale przez cały czas to są moje dzieci więc się NIE BOJĘ.

Oczywiście mam rożne obawy przed każdym wyjazdem, typu czy obędzie się bez afery podczas podróży, albo czy Zosia nie odmówi i nie uda nam się zrealizować celu wyprawy. Ale to są błahostki, które lepiej lub gorzej jakoś ogarniemy. WSPÓLNIE, bo na takich wyjazdach robimy wszystko WSPÓLNIE.

LOGISTYKA NAJTRUDNIEJSZA.

 

Za pierwszym razem taki wypad może wydawać się ciężką pracą logistyczną, ale z każdym kolejnym wszystko będzie znacznie łatwiejsze. Moje sposoby na udaną podróż samochodem to przygotowanie na różne sytuacje. Co prawda zaczynałam od masy rzeczy, które nie do końca się sprawdziły, ale po kilku razach plecaki były znacznie mniej napakowane, za to bardziej przemyślanymi rzeczami.

Plecak Zosi: 

Zosia część plecaka zawsze pakuje sama. Wybiera sobie teraz ulubioną maskotkę, przytulankę, jakąś lale czy co ona sobie tam ostatnio wkręciła w tą małą głowę. Ja dopakowuję jej jakąś książeczkę (taką co mieści się do plecaka i wiem że ostatnio była HIT-em w domu), którą nie tylko może przeglądać sobie w aucie, ale też będziemy mogły czytać wieczorami na miejscu. Dorzucam piórnik z kredkami i długopisem i jakieś zestawy zabaw dla 4-latka, zagadki i rzeczy do rozwiązywania.

Plecak Stasia:

Tutaj jest bardziej monotonnie, jak na chłopaka przystało. Są autka takie które mają jakiś element ruchowy, wtedy młody umie się na nich dłużej skupić. Autko z przyciskiem który wydaje jakiś dźwięk też jest mile widziane. Podróż bez konia i innych zwierząt tez byłaby nieudana,dlatego jest tam więcej „pierdół” niż u Zośki. U Stasia w plecaku lądują też książki z twardymi stronami, tak aby łatwo mu się je oglądało i żeby zwyczajnie w świecie ich nie podarł, bo przecież cóż ciekawszego można robić nudząc się którąś z kolei godzinę w samochodzie? Kilka razy z rzędu włożyłam tez Play-Doh. Niesamowite ile czasu dziecko może wytrzymać w foteliku kulając, albo wkładając i wyciągając z pudełka kulkę ciastoliny. Minus playdoh jest taki że nie zawsze wiemy do końca gdzie on to na koniec upchnie, trzeba więc wziąć poprawkę że możemy znaleźć je przyklejone do różnych elementów samochodu. ( Ci co mają auta w skórze, są na wygranej pozycji !)

Oprócz tego w podroży zawsze w plecaczkach mają małe woreczki ze smakołykami i bidony z wodą które wkładam do stojaków na picie z tyłu samochodu, bo prowadząc auto jest mi dużo łatwiej je im podać.

Przygotowane smakołyki muszą być identyczne, bo przecież jeśli Stasiu wyciągnie banana, którego na przykład Zosia przez ostatnie 2 tygodnie nie ruszała, to ona też będzie na pewno chciała tego banana. Dlatego obowiązkowo w plecach dodatkowo lądują jakieś owoce, banan, jabłko, jakiś batonik (my często kupujemy te z LIDL-a Lupilu ekologiczne, albo HPBA energy bars), ostatnio zorbiłam małe pudełeczka z rodzynkami i suszonymi bananami takimi do pochrupania. Zdarza się, że dostaną „zdrowe lizaki” na momenty kryzysowe, albo żelki najbardziej lubimy te EKO z IKEI, na bazie soków owocowych, ale te rarytasy wolę trzymać z przodu na „kryzysowe chwile”, bo jak wylądują w plecakach to czasami nie uda nam się odjechać z parkingu a już lizaki są w buzi, albo małe rączki dzielnie próbują rozbroić szeleszczące papierki.

Co robię z nimi w górach?

Przełomowym wyjazdem był nasz wypad w Bieszczady. Lato, 2018 Zosia miała wtedy niecałe 3,5 roku. To był mój pierwszy wypad, bez Rafała, z nimi w góry. Dzień po dniu moje małe dziecko się rozkręcało. Chodziło dalej, dłużej z większą chęcią. Zdobywanie góry było dla niej równie ekscytujące jak dla mnie. Wciągnęła się i tak już nam zostało.

Dopóki Stasiu nie chodził było łatwiej teraz ciężej jest jego załadować do nosidła, ale ostatnim razem dałam mu też już sporą część przejść samodzielnie. Robimy trudne i łatwe trasy. Jak jesteśmy na dłużej to często byczymy się któregoś dnia, idziemy na basen, jemy lody albo znajdujemy sobie inną atrakcję tak żeby nogi i te małe ciała odpoczęły.

ZAKOPANE – Dzień po dniu.

Kocham to miejsce, a najbardziej wtedy kiedy turustów jest tam jak na naparstek. Zresztą na szlakach w zimę szybko przerzedza się towarzystwo. Zimą nie każdy wejdzie wyżej niż Kalatówki, bo zwyczajne adidasy nie wystarczają.

Na Kondratowej można zobaczyć już raczej tych na prawdę kochających góry, a najwięcej tam skitur-owców. Zresztą Hala Kondratowa i tamto schronisko to chyba moje ulubione miejsce w Tatrach.

Dojechaliśmy w piątek wieczorem. Prognoza pokazywała piękne słońce tak na prawdę tylko w sobotę. Marzyłam więc o Kasprowym. O porządnym cały dniu tułaczki. Zazwyczaj taki coś zaplanowałabym na kolejne dni kiedy to mała Z się rozkręci z chodzeniem. Ale wiedziałam, że tylko tego dnia będzie to możliwe patrząc na prognozę pogody. Decyzję zostawiłam do rana.

Już o 6 rano słońce uderzało nam prosto w twarz, kiedy przedzierało się przez zasłony naszego pokoju. Stasiek nie zastanawiał się ani chwili żeby poleżeć jeszcze w łóżku i tak przez ponad 1.5 godziny graliśmy w pokoju w różne gry, bo śniadanie zamówiłam na 8. Kto by tak wcześnie wstawał na wakacjach 🙂

Zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy w stronę ronda kuźnickiego. Koło 10 weszliśmy na szlak i 6 godzin później byliśmy na szczycie. Góra była wyzwaniem, mała opadła mi zupełnie z sił, Stasiek jak na osobę jeszcze nie mówiącą miał niesamowicie wiele do powiedzenia „ciuuuu ciuuu” „tuuuuu” ” bruuuum” . Nie wiem kiedy nie wiem jak minęło nam te 6 godzin.

Nie powiem, że jakąś godzinę od szczytu, żałowałam trochę mojej decyzji ale odwrotu już nie było.  W dół wszystko zajęło by nam kolejne kilka godzin, a czasu na to powoli nam brakowało. Zresztą wiedziałam, że mniej zaboli wchodzenie przez jeszcze godzinę, niz schodzenie w dól przez kilka kolejnych. O Stasiu, którego cierpliwość była juz na samym krańcu, już nie wspomnę.

Na szczęście tego dnia były zawody w GIGANCIE na Goryczkowej, wiedziałam, że kolejka będzie jeździć do 18 i że po wejściu będzie można na spokojnie zjeść odtajać i po prostu odpocząć. Trzeba było się doczłapać na górę, pocieszyć się zachodem słońca i zjechać na dół kolejką.

Dzisiaj patrząc na ten wyczyn nie wiem jak o 4 letnie dziecko to zrobiło. Nie wiem jak ja to zrobiłam o zdrowych nerwach i nie wiem jak jej przetłumaczyłam, że tam wejdzie i jej sie uda. Mała zrobiła ponad 7 kilometrów pod górkę, ponad 6 godzin marszu i około 1000 metrów w górę !

To nie było łatwe podejście, nie polecam nikomu nie doświadczonemu w górach. Tym bardziej z dzieckiem które zaczyna swoją przygodę z chodzeniem po górach. My zaprawieni w boju wędrownicze, daliśmy radę. Zosia na szczycie była tak szczęśliwa, że miałam wrażenie że patrzę na doświadczonego himalaistę, który zdobył wymarzony szczyt.

DZIEŃ 2 – ulubione schronisko.

Często w prognozach pokazuje się deszcz jak gdzieś jesteśmy, ale nigdy nie dochodzi do jego skutku. Nasza energia ewidentnie odpycha te deszczowe chmury 🙂  Na 3 dni z deszczem padało tylko na koniec wyjazdu wieczorem, jak już tak na prawdę ładowaliśmy się do samochodu.

Drugiego dnia miało być delikatnie i dosyć nisko, przez prognozę i przez zmęczone nogi mojej córki. Nie chciałam żeby znienawidziła góry. Chodzenie z nią zimą jest dużo trudniejsze niż latem. Śnieg w słoneczne dni, jak sobota na Kasprowym, jest miękki nogi się obsuwają, zapadają i trzeba włożyć dużo więcej energii w zwykły marsz.  Drugiego dnia więc było przyjemnie delikatnie troszkę pod górkę w równie piękne miejsca, ale bez większego wysiłku. Wdrapaliśmy się na Hale Kondratową, moje już wspominane, ulubione miejsce.

Zresztą zawsze jak jesteśmy w tatrach odwiedzamy to miejsce. Kalatówki i rosołek tez zaliczyliśmy. nawet Stasiu przedreptał połowę trasy na Kalatówki w górę i w dół.

DO ZOBACZENIA TATRY.

Trzeci dzień był tylko dla dzieci. Miały byc krótkie góry z rana, ale pogoda nie zachęcała. Zreszta trzaba by było się później przebierać z kombinezonów i tak dalej. Dlatego była papugarnia, nie polecam <ha ha ha>, lodowsko, typowy dzień na krupówkach, chociaż pamiątek nie kupowaliśmy. Lody, dobra kawa i ciacho i jakieś czekoladowe koktajle, kto nie zna STRH8 na krupówkach niech pozna 🙂

 

CO TrzEBA MIEĆ:

Tatry zimą nie zawsze wybaczają błędy i pomimo że chodzenie z dziećmi po górach raczej nie powinno być w takich miejscach gdzie jakikolwiek błąd może nastąpić, to i tak trzeba byc porządnie przygotowanym.

  • RAKI TO PODSTAWA – bez raków ani rusz. Tzn oczywiście mogą być raczki takie które można założyć na każdego miękkiego buta, ale muszą być porządnej firmy i muszą to być raczki, nie miejskie kolce.
  • czołówka – zawsze biorę. pomimo, że nie planuje nigdy schodzić po zmroku, ale nie wiadomo co może się wydarzyć na szlaku, a bez czołówki wieczorem raczej byłoby groźnie.
  • plecak i rzeczy na zmianę – dla dzieciaków podstawa to skarpetki na zmianę i cieniutkie woreczki. Pomimo, że zosia ma buty jacka Wolfskina WODOODPORNE, to nogi miała przemoczone. śnieg na jej butach w raczkach utrzymywał się i buty po kilku godzinach po prostu PRZEMAKAŁY. Wtedy zakładamy suchutką skarpetkę, którą wkładamy w WORECZEK foliowy i dziecko ma sucho i CIEPŁO. UBRANIA na ZMIANĘ, albo kolejna warstwą też jest konieczna. DLatego plecak dobrze zapakowany to podstawa, w GÓRACH pogoda lubi się zmieniać !
  • jedzenie plus coś słodkeigo kalorycznego –  tak nawet ja bio mama mam zawsze i to zawsze ze sobą porządną tabliczkę czekolady. Może nie tej tiramisu od milki, ale gorzkiej z orzechami lub takiej jaką jadamy. Zdarza nam się wziąć żelki ( raczej te eko ), bo dzieciaki w SZCZEGÓLNOŚCI tego potrzebują. Oczywiście woda i normalna kanapka na piknik też jest. Zimą mamy zawsze termos z herbatką z imbirem żeby SIĘ ROZGRZAĆ jak jest taka potrzeba. Lepiej WZIĄĆ za dużo niż za mało, bo gdy sił brak tylko czekolada albo dobry ZAsTRZYk cukru może wam pomóc.
  • GOGLE / OKULARY – dla siebie pewnie nie zapomnicie, ale dla maluchów ponieważ nie noszą na codzień pewnie juz tak. W górach w szczególności zimą porzadne okulary z filtrami UV lub gogle to podstawa. Ja wole gogle bo są bardziej wszechstronne. Nadają SIĘ na ŚNIEŻYCE, mocne słońce i wietrzne dni osłaniając tez część twarzy. Bez nich ani rusz w białe ośniezone szczyty, zapalenie spojówek, to częsta przypadłość, po takim dniu na pełnym słońcu w śniegu. poza tym w najgorszym wypadku możecie maluchom po prostu zepsuć wzrok.

 

Wypad z dzieciakami w góry jest niesamowitym przeżyciem. Dzieci nabierają ogromnej pokory do gór, do wędrówek. Poznają co to jest zmęczenie, ale tez poznają jakie to uczucie wspiąć się na górę kiedy wydawało się że sił już nie ma.

To tez cudowny czas 1:1, lub w jak w moim przypadku 1:2 🙂 czyli ja i dwójka moich dzieci. Jestem tam dla nich, bez telefonu, pracy i innych obowiązków domowych. Jesteśmy ze sobą cały dzień, całą noc. Gramy, śmiejemy się, pomagamy sobie, motywujemy się na wzajem. Spędzamy czas na świeżym powietrzu i w naturze, która uczy nas wiele. Poznajemy świat prawdziwy, naturalny a nie ten przez ekran telewizora, czy telefonu.

Jadąc z nimi w góry jestem cała dla nich. Oni to wiedzą i widzą i zawsze w górach czuję, że są ze mną inne dzieci. Współpracujące, pomagające, szczęśliwe i uśmiechnięte.

 

POLECAM SPRÓBOWAĆ, NAWET W POJEDYNKĘ.

 

 

 

Jestem MAMĄ i będę o tym pisać.

Bez kategorii

Jestem MAMĄ i będę o tym pisać.

Oj dawno mnie tu nie było. I tak na prawdę sama nie wiem od czego zacząć. Nie wiem kto tu jeszcze jest, kto już dawno temu uciekł i dla kogo mam pisać.  Co Was interesuje na tym etapie, w czym mogę pomóc czy doradzić.

Myślę, że należą się z mojej strony przeprosiny, a z Waszej szczypta zrozumienia. Ostatni rok był intensywny, dużo się działo, jak coś zaczynaliśmy robić to na 100 procent. Potem doszły ciągłe wyjazdy, rozjazdy, wypady. Na koniec wpadliśmy w wir pracy i tak do prawie teraz w nim ugrzęźliśmy.

Ale czas płynie dalej, zima się kończy i powrót do systematyczności będzie o wiele łatwiejszy, mam nadzieję że do systematyczności tu również.

Zakładając tego bloga chciałam żeby tu było mocno treningowo, sportowo, poradnikowo. Bycie aktywną w ciąży było na topie, treningi i powroty do formy również, startowanie w triathlonach też jest ciekawe, ale tak na prawdę bycie mamą to główna rzecz którą dzisiaj robię.

I choć czasem mam wrażenie, że odkąd zostałam mamą robię dużo więcej rzeczy niż zanim się nią stałam. Trenuje triathlon, podróżuję po całym świecie, odnalazłam siebie w górach gdzie ciągnie mnie najmocniej, nie boję się marzyć i żyję pełnią życia. Pisać tylko o treningach już nie umiem. Zresztą nie lubię powielać wiedzy, której w internecie jest już w ilości niekończącej się.

Dlatego będzie tu więcej mnie. Mojej drogi do celu, obierania nowych celów, szukania siebie i dzielenia się uśmiechem i motywacją.

Będzie tu więcej mojej kuchni, mojej codzienności i moich patentów.

Ale Ci co są tu dla treningu i triathlonu, nie zostawię Was na lodzie. Nadal będzie treningowo, sportowo i w rozjazdach, bo takie jest moje życie i takie życie szczerze polecam. Spróbuję stworzyć dla Was serię treningowych postów razem ze swoim trenerem, ale oprócz tego podrzucę swoje patenty i moje spostrzeżenia.

To co, mogę na Was dalej liczyć jesteście tu jeszcze ?

A jeśli jest jakiś temat który szczególnie Cię interesuje i chciałbyś go poruszyć, to czekam na komentarze. Będziemy szli po kolei 🙂

 

Wasza BBMama.

 

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

Jakiś czas temu napisał mi się post o dzieleniu tego co się kocha z kimś kogo się kocha. Czyli o pasji, rodzinie i partnerstwie. Nie jest to słodki temat, prawdę mówiąc jest dosyć gorzki, pełny kompromisów, wyrzeczeń i zrozumienia.

DSC_0161

SKOK W BOK <Kocham dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe”>

Ale… warto napisać jego aktualniejszą wersję, bo im dziecko starsze tym łatwiej. NAPRAWDĘ !

Minęły ponad dwa lata odkąd Zosia jest z nami. Dwa lata treningów, pracy i ciągłego dbania o dom. Nowe projekty, nowe wyzwania życiowe i zmiany. Ogromne dla nas zmiany życiowe. A jednak dużo łatwiej jest teraz niż było jeszcze dwa lata temu.

IMG_20150410_140820Pamiętam czas kiedy przywieźliśmy to małe stworzenie do domu. Nie wiedzieliśmy co robić, kiedy, gdzie i jak. Uczyliśmy się tak na prawdę życia od nowa. Wspólnego i w pojedynkę. Musieliśmy nauczyć się siebie, tego jak chcemy funkcjonować gdy nie można już zawsze i wszędzie robić tego co nam się żywnie podoba. Musieliśmy nauczyć się tego malucha, jak z nim funkcjonować i jak wprowadzić go do naszego życia aby to nie zmieniło się drastycznie. Dwa lata zmian i dwa lata dostosowywania się, popłaciło. Teraz już wiemy jak to wszystko ogarnąć!

 

IMG_20150830_224446Wielu ludzi odkłada swoje pasje, marzenia na półkę „za jakiś czas” gdy tylko dziecko pokazuje się w ich życiu. Nie jest to dobry sposób na rodzicielstwo. Pewnie, że nie wszystkie rzeczy można i chce się realizować tak jak przed przyjściem na świat nowego członka rodziny. Ale nie warto odkładać siebie na drugi plan. Gwarantuje Wam, że nie tylko Wy będziecie dużo szczęśliwsi mogąc robić dalej to co kochacie, ale i Wasze dzieci na tym skorzystają, bo spełniony rodzic to i spełnione, szczęśliwe dziecko. Odkładając siebie na półkę, prędzej czy później doznacie frustracji, która tylko przekona Was jak ważna w życiu jest równowaga pomiędzy codziennością, a pasją.

 

Myślałam, że nigdy to nie nastąpi. Bycie mamą takiego maluszka daje do myślenia i trochę  transformuje twoje spojrzenie na świat. Bycie non stop z dzieckiem daje Ci poczucie, że będziesz tą „kurą domową” już do końca życia. A jednak 🙂 Nie jest tak źle bo im starsze dziecko tym wszystko jest łatwiejsze, w szczególności jeśli chodzi o organizację życia domowego, treningów i całej logistyki z tym związanej. Wspólne treningi, wspólne wyjeżdżenia wydawały mi się nie realne jeszcze rok temu. Dziś wiem, że ten stan hibernacji rodzinnej jest tylko przejściowy, a powrót do wspólnego dzielenia pasji jest szybszy niż nam się wydaje. Nawet będąc full time mamą, czy tatą.

IMG_20151019_002508

bieg11

Odkąd nasza mała poszła do żłobka, i nie chciałabym wdawać się tutaj w dyskusje dlaczego , po co, to najważniejszy okres w życiu dziecka. Poszła mając ponad półtora-roku i była to nasza świadoma, długo przemyślana decyzja. Od tego czasu nasz świat wrócił choć w małym stopniu do normy. Będąc rodzicami bez babć pod ręką, niani i innych wspomagaczy na prawdę pomaga zrozumieć na czym polega bycie rodzicem na pełen etat. Mała w żłobku równała się z tym, że nagle nie trzeba było pracować z dzieckiem na kolanach, pośród zabawek, robiąc w między czasie obiad czy pranie, albo po nocach. Można było najnormalniej w świecie oddać się jednemu zadaniu a potem drugiemu. Nagle wkomponowanie treningów w nasz zwykły dzień stało się proste. Ustawialiśmy kto zawozi małą, kto odbiera, kto ma czas w którym momencie dnia na jaki trening. Od czasu do czasu udało nam się wpleść małe perełki treningowe typu „robimy to we dwoje”, zupełnie sami, tak jak dawniej, zanim zostaliśmy rodzicami.  Dla nas tego typu wypady były lepsze od randek, to był nasz sposób na randkę i pomimo że od czasu do czasu lubimy pójść wspólnie do kina czy na kolację, to wolimy to wspólne dzielenie pasji. Te wspólne rowery, pływanie, czy chociaż chwilowe bieganie, bo tutaj niestety mamy dosyć spory rozrzut jeśli chodzi o tempo.

IMG_20160712_164452 IMG_20160721_234859 IMG_20160828_203949 20160904_134338-01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niemniej jednak dzielenie pasji z partnerem nie zawsze bywa łatwe i nadal zdarzają się sytuacje, kiedy to jedno rezygnuje na rzecz drugiego z treningu czy startu bo nie ma z kim zostawić Zosi. Staramy się jednak ogarniać to w ten sposób, że obydwie strony były zadowolone. I pomimo, że nie zawsze jest łatwo, to na pewno jest dużo łatwiej niż było na początku naszej rodzicielskiej drogi.

DSC_0073

Hmmm…. No dobra a co teraz jak będzie dwójka ?

Nie wiem, ale wiem na pewno, że znajdziemy sposób i czas na nasze triathlonowe życie. Jest ono nieodłączną częścią nas tak samo jak są nimi nasze dzieci. Pewnie wrócimy do etapu fajnie jest dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe. Jednak wiem że ten okres jest chwilowy i po, czeka nas tylko łatwiej, łatwiej i łatwiej.

DSC_0087

 

O.

Rodzinny bieg w terminie – z cyklu: „Biegam w ciąży”.

BIEGANIE CIĄŻA

Rodzinny bieg w terminie – z cyklu: „Biegam w ciąży”.

IMG_20170514_173153_713

Dawno nie przebiegłam piątki w tak żółwim tempie, która sprawiłaby mi tyle radochy !

Druga ciąża termin na 26.05, wszyscy mówią że z drugą ciążą pójdzie szybciej. Mały w brzuchu też wydaje się mniej cierpliwy niż była Zosia. Nastawiam się więc na wcześniejszy poród. Jednak jak to życie lubi mi pokazać, moje dzieci ewidentnie lubią moją aktywność fizyczną w ciąży, a ja ewidentnie muszę lubić rodzić po terminie!

Coraz bliżej wielkiego dnia a tu żadnych oznak, żeby waćpan kwapił się do wyjścia, dlatego coraz częściej zaczęłam spoglądać na naszą ulubiona lokalną imprezę. MOSiR Gutwin Run, 14.05.2017, wydawało mi się nierealne, ale im bliżej było daty tym bardziej czułam że ten bieg będzie mój. Gdy tylko nie szwendamy się po świecie zawsze tu startujemy. Biegi są cykliczne, coś w stylu wielkomiejskich parkrun-ów, przełajowe i składają się z kilku edycji. Jest to jedna z naszych ulubionych imprez biegowych. Tętniąca przyjazną, rodzinną atmosferą. Biegamy tutaj od wielu wielu lat. Mam ogromny sentyment do tej imprezy, to chyba właśnie na Gutwinie był mój pierwszy bieg „uliczny” w którym startowałam. Od tamtej pory biegałam tu w szczycie formy, dla zabawy, jako peace-maker innych, z wózkiem, w ciąży jak i zaraz po. Każdy bieg był inny, ale zawsze z tak samo wielkim uśmiechem wbiegałam na metę.

 

18518228_1467348943335379_8087814192937742200_o
Fot. MOSiR Gutwin Run

 

18451431_1467371003333173_8731153013813678771_o
Fot. MOSiR Gutwin Run

 

Nasz Gutwin Run to bieganie z bliskimi nam osobami, wśród wielu, wielu znajomych twarzy. Każdy się zna, z każdym chętnie się porozmawia. To też idealne miejsce dla dzieciaków, które oczywiście nie zapomina o najmłodszych i od kilku lat prowadzi też biegi dla nich! Dlacze więc miałaby mnie ominąć ta impreza pomyślałam. Przecież na ostatnich treningach nie raz zbliżałam się do „piątki”. W dodatku moja Pani doktor żartobliwie mówiła, że w terminie mogę biegać i po 15 kilometrów byle blisko szpitala 🙂

IMG_20170514_174628_028

Padła więc decyzja że nie ma co wymyślać i biegnę ciążową piątkę. Nie powiem, że nie miałam mini stresa. Owszem miałam. I to nie związanego jak zwykle z czasem, czy wynikiem, ale tym razem bałam się że po prostu moje ciało powie nie, bo przecież ma do tego prawo dźwigając ponad 3 kilogramowego chłopaka w środku. I w odróżnieniu od treningów, nie mogłam sobie po prostu stanąć i zawrócić, bo impreza jest w środku lasu, który nie do końca znam, więc wolałam mieć kogoś ze sobą. Tak w razie co.

Mój R na szczęście bardzo szybko podłapał temat, chyba wolał sam kontrolować mnie, moje tempo i cały ten bieg, decyzja padła więc, że lecimy rodzinnie. We 4-rkę ! On z Zosią w wózku (zdarza się to bardzo rzadko) i ja z młodym w brzuchu. Już na samą myśl serducho mi się uśmiechało.

IMG_20170514_165635_506

 

W którymś momencie na trasie dołączył do nas kolega, dla którego ta piątka miała być rozgrzewką do późniejszej dychy. Młoda dawała czadu krzycząc do wujka: „Dawaj, wujek, dawaj!”, chłopaki przegadali całą trasę, a ja nie mogłam przestać się śmiać widząc jak Kola (który się rozgrzewał), dla którego moje żółwie tempo było na tyle wole, że przeleciał chyba pól trasy krokiem dostawnym, albo robiąc sobie skipy, podskoki i inne tego typu ćwiczenia.

Nie był to bieg łatwy dla mnie i mojego ciążowego organizmu, ale była to taka wisienka na torcie na koniec tej całej ciążowo-treningowej przygody. Pomimo, że nie biegło mi się super, nogi grzęzły w sypkim piachu i nawet małe leśne podbiegi dały mi się we znaki to było wesoło, rodzinnie, na luzie i z uśmiechem na buzi.

Nie wiem czy Wam polecam tego typu akcje. Każdy z nas jest inny, każdy ma inne podejście do życia i różnych sytuacji. Ja osobiście miałam z tego ogromną frajdę. Znam swój organizm na tyle  dobrze że nie obawiałam się jakiś przygód, a biorąc pod uwagę, że biegłam już w terminie porodu miałam cichą nadzieję, że weźmie mnie na rozwiązanie zaraz po 🙂  Te z Was które czują, jak zachowują się wasze ciała podczas biegania z brzuszkiem, będą wiedziały czy mogą startować w dwu-paku. Znam osoby, które robią o wiele więcej kilometrów niż ja w ciąży, znam takie co startują w dużo dłuższych biegach w równie zaawansowanej ciąży. I tak jak wydawało mi się, że robienie półmaratonu w 36 tygodniu ciąży to przesada, tak z perspektywy czasu, myślę sobie, czym to się różni od moich wybryków. Dlaczego nie? Jeśli właśnie ta mama biega tyle na treningach i czuje, że jej organizm bez problemu sobie poradzi z takim kilometrażem, to to jest Twoja decyzja i trzymam za Ciebie mocno kciuki.

18558865_1467472349989705_1746488314566074281_o
Fot. MOSiR Gutwin Run

 

Dziękuję organizatorom, że się nie przestraszyli i pozwolili mi wystartować w tak zaawansowanej ciąży i przepraszam wszystkich ratowników, którym narobiłam stracha, że będą musieli karetką mnie zwozić z trasy prosto do szpitala. Minął tydzień od startu, a ja nadal w dwupaku 🙂

 

18449308_1467333933336880_2540321893179504542_o

IMG_20170514_172701_238

I choć miałam cichą nadzieję, że zakończe je na porodówce to niestety dobiegłam do końca, mam się dobrze i dawno się tak fajnie nie bawiłam na biegu.

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

„Jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”.

Zainspirowali mnie do tego posta nasi Panowie, którzy z pasji potrafią wyciągnąć to co najlepsze.

IMG_20170324_235314_136

I dziwić się, że anemia lubi trzymać się kobiet, że przetrenowanie w naszym życiu częściej się pojawia niż w męskim świecie, że to my częściej mówimy nie mam siły na trening, nie dam rady zrobić tych interwałów. Opowiem wam dwie historie, „jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”. Ciekawi mnie czy znacie te sytuacje z autopsji, czy to tylko w moim świecie tak jest i to ja powinnam nad sobą popracować ??

 

„Jego trenowanie”.

Ma jeden, czy dwa treningi, nie ważne zawsze na nie znajdzie czas. Kobieta walczy o to aby było to dostosowane do życia rodzinnego i w pewnym momencie panowie uczą się i potrafią sobie to tak zorganizować. Niemniej jednak co ma być zrobione, to zrobione będzie i taki jest ich świat. On potrafi zrezygnować z piwa z kolegami, kina z żoną i kolacji w restauracji na rzecz treningu i nie żałuje tego w przeciwieństwie do niej, która pomimo, że kocha trenować, to życie towarzyskie też kocha, a wino z przyjaciółką to już w ogóle. On wychodzi na trening, ma totalny reset. Biega. Myśli o startach, kolejnych treningach. Analizuje tempo, tętno i całą masę innych kwestii treningowo-rozwojowych. Po treningu wraca, rozciągnie się, wy-rolluje. Zgra trening, zanalizuje go od A do Z. Wie nad czym musi popracować, planuje postępy i kolejne treningi w głowie. W spokoju usiądzie, ostygnie wyciągnie świeże rzeczy z szafy i pójdzie pod zasłużony prysznic. Zrobi sobie po-treningowy koktajl, wypije, usiądzie i się zregeneruje. Nie lubi kiedy po treningu musi coś robić. Zawsze się od tego wywinie, albo odłoży na później. Będzie przysięgał zrobienie i jakoś przez przypadek wypadnie mu to z głowy. Oczywiście są sytuację kiedy panowie też potrafią w szybkim tempie się wykąpać, ogarnąć dziecko i siebie, albo ewentualne zadania. Jednak to nie jest ich dzień powszedni, tych dni nie lubią, są poddenerwowani.

Jego trenowanie to jego mekka, mała cześć jego życia do której wpuszcza kobietę, ale tylko powierzchownie. Pokazuje progres i to z czego jest dumny. Reszta to jego mała tajemnica, to jego pudełko do którego nie masz wstępu. O treningach, trenowaniu, startach i ewentualnych planach z kumplami potrafi rozmawiać cały dzień, albo i dwa. To jego prawdziwa pasja i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Cieszy go każde nowe wyzwanie, postęp. Cieszą go te analizy, pomiary mocy, gadżety, które ma, które są w zasięgu ręki, a na które musi jeszcze długo poczekać. Czerpie  z tego prawdziwą i szczerą przyjemność, raduje się tym, pielęgnuje ten związek, poświęca mu cały swój wolny czas. Te treningowe cyferki są lepsze od imprezy, regeneracja i całą treningowa otoczka lepsza od wypadu do kina, a sam trening lepszy od…. no mam nadzieję że nie nas 🙂

IMG_20160712_164452

 

„Jej trenowanie”.

Niezależnie od ilości treningów, zawsze wplecie je między obowiązki rodzinne. Myśli o tym żeby on też miał czas na swój trening, należy do tych którzy prędzej zrezygnują ze swojego na rzecz innych. Jak dziecko poprosi by została, długo się będzie zastanawiać czy nie posłuchać. Czasami miewa wyrzuty sumienia, kiedy robi swoje, ale dzielnie próbuje walczyć z milionem myśli w swojej głowie. Nie potrafi zrezygnować z wina z koleżanką na rzecz wieczornego biegania, albo drugiego treningu. Przecież nic się stanie jeśli opuści tylko jedną jednostkę treningową, a tak dawno nie widziała się z „Justyną” przecież i to winko na pewno nie zaszkodzi. Ona wychodząc na trening, dotlenia się, resetuje, ale tylko przez chwilę. Po kilku kilometrach jej głowa jest pełna pomysłów, planów na dzień i obiad. Zastanawia się jakie ciasto upiec, co kupić w spożywczym, jak zmienić ten kącik dla małej. Myśli przelatują przez jej głowę prędkością światła, zmienia tematy co kilka kroków. Jak ma jakąś trudniejszą jednostkę treningową do zrobienia, lepiej na tym wychodzi, ma mniej czasu na myślenie. Trzeba spiąć pośladki i dać z siebie wszystko, więc tak robi, ciężko oddychając i totalnie się resetując. Nie ważne, czy schodzi z roweru, wraca z biegania, zanim się rozciągnie potrafi wysadzić dziecko, w jej głowie lista rzeczy do zrobienia zaczyna krzyczeć. Rozciąganie więc robi na szybkiego, bo trzeba, zapominając jak ważne jest ono w treningu wytrzymałości-owca. Później będzie płakać, że boli,a le przecież teraz jej mózg nie pozwala jej na relaks. „Relaksowała” się przecież biegając, pływając czy jeżdżąc na rowerze. Teraz jest czas by powrócić to codziennego kieratu, dlatego nie ściągając jeszcze biegowych ciuchów, szatkuję już cebulkę do makaronu, na który wodę wstawiła zanim zaczęła się rozciągać. W między czasie kiedy sos się gotuje ona wskakuje pod turbo szybki prysznic, nie zawsze myjąc głowę po każdym treningu. Na szczęście się nie poci i związane w kitę po lekkim treningu wyglądają całkiem okej. Dlatego lubi basen wtedy zawsze jest czas na umycie tych długich włosów. Oczywiście trening zgrywa wtedy kiedy sobie o tym przypomni, często włączając zegarek przed kolejnym. Niby zna się na tych cyferkach, tempach i progresie, ale nie ma czasu tego analizować i nie wiadomo czy ją to faktycznie mało interesuje, czy po prostu stała się wobec tego ignorantką nie z wyboru. Nie mniej jednak nie ma czasu by się nad tym zastawiać, chciała przecież dzisiaj jeszcze ogarnąć firmę, zrobić pranie, posprzątać tam za chlebakiem bo ostatnio widziała pełno okruchów, a zaraz trzeba lecieć po młodą do dzieci. Po treningu ma zawsze milion rzeczy do zrobienia, często zaczyna kilka na raz nie kończąc tak na prawdę żadnej. Te treningi, ten „czas wolny”, pozwalają jej na odlot w kosmos jej myśli. Dlatego po treningu ta burza mózgów nie wie do czego najpierw włożyć swoje ręce. Lata z kąta w kąt, podnosząc wszystko z podłogi, myjąc lustro, albo baterie stojąc pod prysznicem, odkurza gotując obiad. Nie ma chwili wytchnienia, tego relaksu po czy spokojnego rozciągania. Umie wytrzymać w oazie spokoju przez kilka minut, a potem zaczyna szaleć.

Co jest najsmutniejsze, że same sobie takie życie tworzymy. Dom by się nie zawalił bez jej przypływu po-treningowej energii i nagłego sprzątania. Obiad też by się ugotował w spokojniejszych warunkach. Dziecko poradziło by sobie z nocnikiem podczas jej rozciągania. Świat by się nie zawalił gdyby usiadła na te 15 minut po treningu z nogami w górze i odpoczęła. Ale to ta nasza okropna głowa nie pozwala nam się relaksować, tak bez powodu, bez celu i z pustą głową. Styki się palą i nie niczym ich nie umiem ugasić.

 

 

Dlatego…

szczerze Wam tego Panowie zazdroszczę!

IMG_20160807_223543

 

O.

CIĄŻA – Jesteś tym… na ile sobie pozwolisz.

CIĄŻA

CIĄŻA – Jesteś tym… na ile sobie pozwolisz.

Może nie powinnam zaczynać po przerwie od takiego mocnego tekstu, ale chodzi za mną jego napisanie od dawien dawna. Sama zresztą na własnej skórze przekonałam się o tym. 3 tygodnie bez sportu z nie do końca trzymaną dietą, jedzeniem na mieście i w pośpiechu bo tyle do zrobienia dały się we znaki. Nie tylko w kilogramach na wadze, ale i w ogólnym samopoczuciu.

Czyli moje drogie Pani, bo to głównie do Was kieruję dzisiaj ten tekst. Ciąża obalamy mity i nie bójmy się stwierdzić : Jesteśmy tym, na ile sobie pozwoliłyśmy. I choć nie brzmi to zdanie poprawnie, mam nadzieję że wiecie o co mi chodzi. Mam też nadzieję, że zainspiruję Was do działania, do dbania o Siebie jeszcze bardziej niż kiedykolwiek przedtem, a niżeli zdenerwuję i rozzłoszczę.

Niestety większość z nas zwala winę na bycie w ciąży. Nie zdrowe jedzenie, nasze smakowe zachcianki realizujemy zwalając winę na hormony. Rzucamy się w ten wir fastfoodów, tłuszczu i słodko-słonych przysmaków, które niestety są przyjemnością tylko przez chwilę.  Rośniemy twierdząc, że przecież jesteśmy w ciąży i wszystko w środku tyle waży, kiedy prawdą jest że po prostu najzwyczajniej w świecie rośniemy w tłuszczyk dookoła. Moje dwie ciąże są nadzwyczaj różne. W drugiej czuję się znaczniej gorzej niż w pierwszej, ale walczę równie dzielnie ze swoimi słabościami, hormonami, zachciankami i nastrojami. Ba powiedziałabym, że muszę walczyć dużo mocniej niż z Zosią w brzuchu. Zarówno w pierwszej ciąży jaki drugiej, moje zdrowe smakołyki, obiadki i kuchenne rewolucje znacznie są ograniczone. Nie chce mi się nic zdrowego, najchętniej jadłabym chleb z masłem, albo inne mączne byle jakie rzeczy. Nie wiem czemu, nie wnikam, tak mam. Ale nie poddaje się i dzielnie trzymam się swoich „poza ciążowych” nawyków.

Nie jest mi obce łaknienie na fast-food, frytki i na byle jakie ciasta. Ciężej jest zdrowo się odżywiać, ale po moim burzliwo-chorobwym zakończeniu roku i równie burzliwo-chorobowym rozpoczęciu kolejnego roku wiem, że na prawdę WARTO DBAĆ O SIEBIE. A kiedy mówimy o ciąży, dbając o siebie dbacie również o maluszka którego nosicie w brzuszku. I pomimo, że brzmię tu nadzwyczaj niezdrowo, to moja dieta niewiele odbiega od standardów żywieniowych. Nadal nie jem nabiału krowiego, aczkolwiek zdecydowanie bardziej mi się go chce. Nadal nie używam w ogóle cukru i mąki pszennej, nadal ograniczam glutem, jem niewiele mięsa i próbuję wyszukiwać tylko dobre zródła z rybami. Jednak gdzie nie gdzie, od czasu do czasu pochłonęłam talerz pierogów, zjadłam ogromnego hamburgera ( nie mylcie tu z totalnym fastfoodem typu McDonald, bo tego bym nie zjadła 🙂 ) i znacznie częściej robiłam sobie mały cheat-day.

IMG_20161227_110343_936          IMG_20161227_223434_333          IMG_20170130_185433_797

Trzy tygodnie bez treningów, w chorobie, okropnym rygorze pracy, w rozjazdach i jedzeniu wyjątkowo często w restauracji dało mi się we znaki. Pierwsze ciążowe symptomy się odezwały, brzuch zaczął szybko rosnąć, a ja zaczęłam czuć się coraz gorzej. Na szczęście było to chwilowe i powrót do moich nawyków szybko nastąpił. Moje bóle kręgosłupa uciekły kiedy na nowo zaczęłam pływać i hasać w salonie. Poczułam jak mój brzuch zaczyna „wracać do formy”, nie wydyma go byle co, mięśnie trzymają całość w ryzach i nie przeszkadza mi on stosunkowo wcześnie. Czuje się w pełni sił, mam energię i czuje witalność, którą 2016 zabrał mi na koniec roku.

Dbanie o własne ja mam we krwi, przynajmniej miałam do czasu kiedy test pokazał dwie kreski. Nie przychodziło mi to z trudem, było to po prostu częścią mnie. Teraz żeby trzymać się swoich nawyków muszę trochę więcej walczyć z własną głową, ale HEJ DZIEWCZYNY ! Czy nie warto??

IMG_20170202_232149_854#1

Przede mną 25 tydzień ciąży koniec 6 tego miesiąca, a ja biegam, pływam, ćwiczę intensywnie w domu. Pozwalam sobie nawet na małe wypady na narty ( NIE NIE BIERZCIE Z TEGO PRZYKŁADU !! JA MAM OGROMNE ZAPLECZE NARCIARSKIE I ZDECYDOWANIE NIE POLECAM TEGO OSOBOM KTÓRE NA NARTACH STAJĄ TYLKO NA TYDZIEŃ W SEZONIE!!)

IMG_20170203_131620

Pamiętajcie, że ciąża to nie choroba, to też nie stan w którym warto zwalać na hormony i samopoczucie. Uwieżcie mi że jeżeli zadbacie o siebie, Wasz poród będzie łatwiejszy, przyjemniejszy. Wasze 9 miesięcy będzie też fajną przygodą a nie prawie rokiem człapania jak pigwin. Nie wspomnę już o tym o ile łatwiej będzie Wam wrócić do formy po porodzie. Wiele symptomów ciążowych: otyłość i nadmierne kilogramy, puchnące nogi, skrócony oddech, wypchany brzuch uciekną jeżeli zadbacie o siebie, jeżeli będziecie trzymać się swoich nawyków żywieniowych, będziecie trzymać się zdrowej diety i będziecie regularnie ćwiczyć. I nie musicie brać ze mnie przykładu i porywać się od razu na bieganie, jeżeli nie czujecie się na siłach. Wystarczy poćwiczyć w domu, na macie, rozruszać mięśnie, przyspieszyć bicie serca i oddech. Przypalić trochę mięśnie podczas ćwiczeń i pozwolić im się zastać. Możecie popływać, pomaszerować, czy wybrać sobie taką aktywność która Wam odpowiada.

IMG_20161229_151208_682
Ciuszki: DARE2B

 

 

Każdy trymestr jest inny, ale w każdym trymestrze znajdziecie sposób na siebie. Przestańcie zwalać winę na Wasz obecny stan, o ile w nim jesteście, 🙂

To od Was i TYLKO od Was zależy to jak będziecie wyglądać, czuć się i jak Wasza ciąża będzie przebiegać !

DO DZIEŁA!!!

 

IMG_20161031_151631
Ciuchy : Dare2B
Wzmacnianie odporności – NATURALNE METODY

DIETA PORADY

Wzmacnianie odporności – NATURALNE METODY

Pozostając w temacie dzieciowo-żłobkowym. Pociągnę go przez jeszcze chwilę i odpowiadając na Wasze pytania, sprzedam Wam nasze patenty. Patenty, które wzmocniły Zosi odporność na tyle, że sama potrafi dzielnie walczyć z wszystkim tym co lata w żłobkowych salach. Nie mówię, że moje dziecko nie ma nawet katarka, ale każda wizyta u pediatry, w momencie gdy myślimy że jest już na prawdę chora, kończy się słowami: „Bardzo ładnie sama walczy z tymi wirusami, nie ma objawów choroby. Proszę tylko obserwować czy się nie pogarsza.” I do dzisiaj nie pogarszało się, dlatego myślę że ponad półtora roku faszerowania ją moimi naturalnymi specyfikami się opłaciło.

Pamiętajcie jednak, że nie jestem lekarzem i pomimo, że konsultowałam wszystko to co Zosia przyjmuje z wieloma pediatrami i naturopatami, to Wasze dziecko może być inne i warto zapytać się Waszego lekarza pierwszego kontaktu czy Wasz maluch może przyjmować tego typu suplementy.

 

Jak już niejednokrotnie pisałam, nie jestem zwolenniczką współczesnej medycyny, która zamiast leczyć przyczyny naszych schorzeń leczy objawy, zatajając to co nam naprawdę dolega. Dlatego będąc mądrzejsza już o to wiedzę, która teraz posiadam zadbałam o to aby moje dziecko, które przyszło na świat z czystą kartką od początku dostawało to co najlepsze. Od pożywienia poczynając na suplementach kończąc. I tak oto od 6 tygodnia życia, moje dziecko codziennie dostawało solidną dawkę tego, co uważałam dla niej za najlepsze.

1. Synbiotyk – Children’s Powder firmy VIRIDIAN 

synbiotyk-dla-dzieci-suplement-diety-viridianViridian to jedna z moich ulubionych firm jeśli chodzi o suplementy. Nie są one tanie, z resztą jak wszystkie firmy które bazują na naturlanych produktach, ale ma bardzo fajne pozycje, jest od wielu wielu lat na rynku i w innych krajach cieszy się takim uznaniem jak Solgar. Synbiotyk to w skrócie dobre bakterie, czyli probiotyki i cukry dzięki którym te bakterie się rozmnażają czyli prebiotyki. Synbiotyk jest w formie proszku, więc łatwo można go podawać dziecku w każdym wieku. Wzmacnia odporność i odbudowuję prawidłową florę bakteryjną jelit. Dzięki temu właśnie dziecko wchłania wszystko co dobre z pożywienia. Moja Zosia stosuje go od około 6 miesiąca życia. Wczesniej podawalismy jej probiotyki tylko, ponieważ nie wiedzielismy o istnieniu tej wersji synbiotyku dla dzieci. Synbiotyk jest bardzo wydajny starcza na kilka miesięcy przy dawkach 1g dziennie.

 

2. Mądre rybki Solgara, czyli kwasy DHA.

89c15c38065e6700cf0f9f9847c38e5cKwasy w mądrych rybkach pozyskiwane są z tuńczyków łowionych w czystych wodach Ocenu Indyjskiego. Nie są to tuńczyki hodowlane, czy łowione w zanieczyszczonych morzach blisko Europy. Wszystkie substancje pomocnicze są naturalne, słodzony naturalnym cukrem brzozowym – ksylitolem ( przyjaznym dla zębów, grzybobójczym) i aromatyzowane owocami.  Kwas DHA wzmacnia mózg, wzrok i odporność oraz zmniejsza ryzyko wystąpienia infekcji górnych dróg oddechowych, dlatego powinien być suplementowany od samego początku. Dzieci są wtedy mniej skłonne do alergii i chorób górnych dróg oddechowych np. astmy. Nasza Zosia przyjmuje go od 6 tygodnia życia. Mądre rybki Solgara to żelki które dziecko w starszym wieku może żuć i zjadać w całości. Natomiast tym maluszkom nie gryzącym jeszcze, bez problemu można wycisnąć zawartość rybki do ust i tak tez robiliśmy przez długi czas. W słoiku jest 90 rybek, co starcza na 3 miesiące przy dawkach 1 dziennie.

 

3. Witamina D dla dzieci VIRIDIKID, Viridian. pol_pl_viridian-ekologiczna-witamina-d-w-kropelkach-dla-dzieci-30-ml-3019_1

Witaminę D, pewnie więszkość z Was suplementowała maluchom, gdy były na prawdę małe. Jednak duża część ludzi szybko ją odstawia, niepotrzebnie. Witamina ta ma bardzo korzystny wpływ na zdrowie, zapewnia prawidłowy wzrost i rozwój układu kostnego, zapobiegając krzywicy oraz wzmacniając naturalną odporność naszych maluchów. Wybrałam firmę Viridian, ponieważ ich produkty nie zawierają powszechnie używanych substancji wypełniających i przeciwzbrylających. W większości produkowane są na bazie spiruliny, alfalfa i borówki co dodatkowo wzbogaca ich skład.

 

4. Krople z propolisem BIO30, miód manuka ( bez alkoholu). db3d70bf98992fe1eed7020b0c6acda2

Większość propolisów na naszym rynku jest konserwowana alkoholem, dlatego ciężko znaleźć coś naturalnego i bez alkoholu. Pomimo ogromnych pozytywnych właściwości propolisu, do tego specyfiku byłam najmniej przekonana, pewnie ze względu na jego okropną cenę. Propolis zaczęliśmy stosować u Zosi w okresie przedszkolnym i dopiero teraz kiedy widzę poprawę w katarkach i innych wirusowych objawach, zdecydowanie go Wam polecam. Jest bardzo wydajny. My stosujemy go już od kilku miesięcy i cały czas mamy go w buteleczce.

Ten właśnie propolis poleciła nam nasza lekarka, lekarz medycyny naturalnej (kiedyś pediatra), która kazała dawać go Zosi w dawkach 2 kropli, 3 razy dziennie, na miesiąc przed tym jak zaczęła chodzić do żłobka i przez pierwszy miesiąc w żłobku. Stosowaliśmy go właśnie w tych dawkach w lato i obyło się bez żadnych żłobkowych chorób. Do dziś jednak dajemy go w tej właśnie dawce zawsze kiedy mała zaczyna mieć żłobkowy katar i zazwyczaj na tym katarku się kończy.

Dlaczego propolis? Ponieważ jest środkiem który ma silne działania bakteriobójcze, zabija wirusy i grzyby oraz wzmacnia odporność. Poleca się jego stosowanie przy wszelkich przeziębieniach i grypie. Możecie go stosować zarówno Wy, jak i Wasze dzieci.

 

5. Witamina C – kanguwity, Solgar.

edb0ee80686097b7a30c7a077c1ad801Powiem szczerze, że do dziś nie jestem w 100% przekonana do substancji pomocniczych zawartych w tym produkcie. Jak na Solgar ma on dosyć słaby skład, ale nie znalazłam lepszego zamiennika na naszym rynku dla dzieci, dlatego stosujemy właśnie kanguwity. Gdy się skończą dodajemy małej zwykłą witaminę C lewoskrętna do soku, czyli czysty do analizy kwas L-askorbinowy. Jednak wolę Solgar-ową formę witaminy C, dlatego cały czas z nich korzystam. Pamiętajcie że gdy stosujecie kwas L-askorbinowy to nie powinno używać się żądnych metalowych przedmiotów do jego podawania, ponieważ utleniają one witaminę C. Witaminkę C stosujemy codziennie gdy małą jest nie wyraźna, ma katarek albo co jakiś czas robię jej taki tygodniowe kuracje.

 

 

6. Syrop na kaszel PUKKA. syrop-elderberry-dla-ukladu-oddechowego-bio-100ml-pukka

Ostatni, ale nie najmniej ważny mój niedawno wynaleziony specyfik. Syrop na kaszel firmy PUKKA. Od tygodnia jest w użyciu, ponieważ mała jednego dnia wróciła z kaszlem do domu. Zaczęłam go stosować jak tylko usłyszałam pierwsze objawy kaszlu i od tamtej pory kaszel bardzo ładnie się odrywa. Nawet ostatnio na wizycie u pediatry, Pani Doktor powiedziała, że skład faktycznie jest bardzo „ziołowy”, ale bardzo fajny i na pewno będzie pomagał. To jest fajna alternatywa dla tych, który tak jak ja nie chcę wlewać w nasze maluchy syropów konwencjonalnych firm farmaceutycznych, które pomimo że są ziołowe, mają mnóstwo substancji pomocniczych i przeciw zbrylających które są chemiczne.

 

Synbiotyk, witamina D, kwasy DHA i okresowo Witamina C to jest to co Zosia dostaje na odporność od właściwie pierwszych tygodni życia codziennie. Synbiotyk warto dawać ze śniadaniem, w szczególności dobrze przyjmuje się z owsianka i kaszami.

Propolis stosujemy profilaktycznie w okresie żłobkowym ( kiedy chcemy posłać dziecko do żłobka) lub kiedy na horyzoncie pojawiają się katarki i przeziębienia. Syrop na kaszel, jak sama nazwa wskazuje stosujemy wtedy kiedy pojawia się kaszel.

Wielu z Was moga odrzucić ceny produktów, ale wiedzcie, że są one w 100% naturalne, oraz pozyskiwane z najlepszych składników. Nie posiadają żadnych chemicznych substancji zbrylających, konserwujących, są słodzone naturalnymi cukrami, aromatyzowane owocami. DHA Solagara ma się nijak to innych kwasów DHA, tranu które pozyskiwane są z ryb pływających w zanieczyszczonych morzach. Dlaczego warto zastanowić się czy lepiej wydać mniej na coś co nie do końca będzie działać, czy wydać więcej na coś co na prawdę działa i pomimo kosmicznej ceny jest naturalne i wiemy że dajemy naszym pociechom to co najlepsze.

 

Decyzję zostawiam w Waszych rękach 🙂

O.