Tag: biegajacabiomama

W roli kibica.

POLECANE TRIATHLON

W roli kibica.

Na wstępie powiem, że te starty emocjonalnie więcej mnie kosztują niż starty w moim wydaniu. Od łez szczęścia kiedy widzę go wbiegającego na metę, po przez łzy stresu i smutku kiedy widzę każdy grymas bólu, czy te okropne skurcze w nogach.

DSC_0170

 

13433360_978895195556416_250233849391022164_o

Starogard Gdański i Triatlon Energy to był mój debiut na 1/2 IRONMAN-a, to były dla mnie łzy szczęścia, że jestem w końcu na mecie, bo bolało, i łzy szczęścia że zdobyłam tą metę, bo wydawała się naprawdę odległym marzeniem. Mój debiut zaserwował mi pięć i pół godziny triathlonowego szaleństwa i po nie wiedziałam czy chce tego więcej, czy mam ochotę krzyczeć już nigdy więcej ! Impreza była fajna, kameralna, z okropnie trudnym biegiem, taka też była w tym roku. I co mnie najbardziej zadziwiło że ten bieg sponiewierał każdego tak samo mocno jak mnie w zeszłym roku.

Relacje z tegorocznego triathlonu mogłabym zacząć podobnie jak do swojego startu, bo logistyki z dwójką maluchów było co najmniej tyle co przy pakowaniu triathlonowej torby. Pobudka miała być przed 7-mą, żeby zapakować cały majdan do auta, trójkę dzieci, wielkiego psa i dwie matki triathlonistki. Torba dla dzieci pękała w szwach od ciuchów na każdą pogodę, bo dzień zaczął się rześko, od 14 stopni, a miał skończyć się na 30 stopniowym upale i masy zdrowych podjadaczy, co by można było przez chwilę w spokoju pokibicować. Na 8.30 musiałyśmy dojechać na start oddalony jakieś 30 kilometrów od naszego wiejskiego raju. Jak to zazwyczaj przystało, ja oczywiście musiałam zaspać i wściekła jak osa wstałam o 7.20. Wpadłam do kuchni zrobić sobie i młodej śniadanie, zapakowałam wózek, gondole, chustę i milion rzeczy na w razie co dla dwulatki i dwu-tygodniwego towarzysza. Wciągnęłam śniadanie w ekspresowym tempie, po czym udałam się na góre ogarnąć najpierw męską pieluchę, a potem moje dwuletnie szczęście, które na całe szczęście zdecydowało się współpracować. Jeszcze tylko szybki cycek przed wyjściem i chwile po ósmej siedzieliśmy wszyscy pędząc przez słabe asfaltówki na start naszych mężów.

Na miejscu i w sumie przez cały dzień nie było mniej intensywnie. Zaraz po starcie panowie do ekwipunku wózek i „trójka plus pies” dorzucili nam dwie wielkie torby triathlonowe które musiałyśmy dotargać do samochodów jakiś kilometr od T1. Jestem więc pewna, że nie jedna osoba spojrzała się na nas z politowaniem 🙂 Niemniej jednak nie takie rzeczy razem z Justyną robiłyśmy, więc ten cały majdan wydawał nam się w miarę na porządku dziennym.

IMG_20170618_190410_541

Panowie na starcie dostali małe kopniaki w tyłek, co bym im dobrze poszło. Wiedziałyśmy, że będzie dużo emocji, bo są na bardzo podobnym poziomie i obydwoje mają duże ambicje. Pomimo szczerych koleżeńskich więzi, każdy chciał być przed tym drugim. A my? Pomimo że szczerze życzyłyśmy wszystkiego co najlepsze drugiemu, w głębi duszy kibicowałyśmy, każda swojej drugiej połówce.

DSC_0580

Emocje przed startem w roli kibica są równie mocne, śmiałabym powiedzieć, że nawet mocniejsze niż te kiedy sama staje na linii startu. W powietrzu czuć tą niesamowitą atmosferę, ciarki przechodzą mi po plecach, oczy napełniają się jakimiś dziwnymi łzami szczęścia za każdym razem kiedy słyszę 10, 9, 8, 7,…. 3, 2, 1 START ! ! ! Tego nie zdarza mi się czuć kiedy na starcie stoję we własnej osobie. Wtedy przez moje ciało emanuje skupienie i pełna koncentracja na wyścigu.

No i… RUSZYLI. Start na Triathlon Energy zawsze jest z wody. Dla mnie pływaczki to bardzo fajna opcja. Nie lubię tego chaosu, przepychanki biegowej i walącego serca od przebierania nogami przez płytką wodę. Taki start można by powiedzieć jest bardziej „stabilny” dla serducha i naszego tętna. Łatwiej jest złapać rytm w wodzie i nie ma aż takiej pralki.

IMG_20170628_220219_546

 

DSC_0610Dobre pół godziny na pomoście minęło nadzwyczaj szybko, trzeba było zrobić dwa razy siku, rozłożyć i złożyć mały piknik na pomoście i zanim się obejrzałyśmy trzeba było zakładać na plecy triathlonowe plecaki naszych panów i drałować na wyjście z wody. Mój mąż na dzień dobry, zaserwował mi niezłą dawkę emocji. Na wyjściu z wody wyglądał jak walczący ze swoimi nogami maratończyk. Grymas bólu na twarzy i skurcze które złapały go w nogach sprawiły że moje oczy napełniły się łzami przerażenia. Bałam się o niego teraz stokroć bardziej. Widziałam już jak schodzi z trasy i bolało mnie to okropnie, przecież tyle trenował! Czy aby na pewno te wszystkie nocne trenażery, nocne biegania, bo przez moją ciąże i nasze bardzo zabiegane i zapracowane życie w zimie właśnie o takich porach musiał trenować, pójdą w las? Cała zdenerwowana bacznie obserwowałam go jak wychodził z przebieralni i jak biegł pod górkę do roweru, czy puściło ? Dosyć często po pływaniu w piance mój R ma okropne skurcze mięśni, więc jeśli ktoś ma pomysł dlaczego tak się dzieje to czekamy na opinie ?!

DSC_0629 2

No nic polecieli na rower, mamy jakieś 2.5 godziny żeby dotrzeć do T2. Biorąc pod uwagę, że wszystkie drogi w okolicy T2 ą zamknięte, wiedziałam że to idealny czas operacyjny z naszym majdanem. Oczywiście próbowałyśmy złapać naszych księciów na swoich rumakach (czytaj rowerach) ale niestety minęłyśmy się z nimi, a że trasa była rozległa i robili tylko dwa kółka wolałyśmy nie ryzykować z czekaniem na trasie rowerowej.

DSC_0659
Wielkim podziwem na trasie był Rafał z Paulinką, dziewczynką z porażeniem mózgowym. Wspólnie zrobili najkrótszy dystans. Płynął z pontonem, jechali razem na rowerze i biegł z wózkiem. Nasz Mateusz dzielnie im towarzyszył na ostatnim etapie, biegnąc ze swoją Laurą w wózku. <Parę słów o Mateuszu —> SKOK W BOK: „Męska strona medalu…” >

Kolejne ponad dwie godziny mineły nam niesamowicie szybko. Parkowanie, szukanie T2, spotkanie z Mateuszem który dzielnie kibicował chłopakom na biegu, lody, karmienie, przewijanie, kolejne siku i ze Stasiem na ramieniu wyhaczyłam naszego triathlonistę jak zjeżdża do strefy zmian. Cała drżąca, nadal ze Stasiem na ramieniu, podbiegłam do strefy i czekałam aż wybiegnie na bieg. Chciałam usłyszeć tylko że wszystko jest OK.

 

Gdyby ktoś z organizatorów to kiedykolwiek przeczytał to: brakuje tabliczki, znaku, jakiejkolwiek informacji że linia na której trzeba zejść z roweru jest dosłownie zaraz za zakrętem! Przykro było patrzeć jak połowa zawodników ledwo co zdążała z wypięciem butów. Część wbiegała do strefy z jednym na nodze, cześć z piskiem opon musiała hamować i w stresie się wypinać, część wpadała do strefy jeszcze na rowerze i musiała zawracać. Rzadko kto wiedział co się święci.

DSC_0673

 

IMG-20160625-WA0000Bieg był tak samo trudny jak w zeszłym roku, ta sama trasa i zrobiło się tak samo upalnie. Wiedziałam co czują, pamiętając swoje mocno zwalniające tempo z zeszłego roku. Bieg liczył 4 pętle po ok 5 km. Na każdej z pętli były trzy krótkie, ale dające w kość podbiegi. Pamiętam jak przez pierwsze dwa kółka miałam siłę, kolejne dwa jednak wygrały ze mną. To samo widać było na twarzach tegorocznych zawodników. Ból i zmęczenie, z boku poniekąd mi się podobało. Ja nie biegaczka, bo za taką się uważam, podbudowałam się widokiem tych mocnych biegaczy, których ten półmaraton kosztował tyle co mnie w zeszłym roku. Bieganie jest moją najsłabszą dyscypliną w triathlonie i pomimo że je kocham, to sama miłość do niego nie sprawia że jestem w nim szybka i mocna. Podbudował mnie więc fakt, że nawet Ci urodzeni biegacze cierpieli równie mocno, jak ja w zeszłym roku. Może nie jest wcale aż tak źle ze mną ?! 🙂

 

DSC_0693 2

DSC_0691

 

Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Logistyka dopracowana była do perfekcji, ferajna w postaci trójki dzieci, psa i dwóch mam kibiców została ogarnięta. Kibicowanie w chuście, podmienianie dzieci na drzemki w jednym wózku też się udało. Panowie mieli niezły doping który doprowadził ich do mety z życiówkami. Mój szalony mąż pomimo słabo wyglądającej swojej postaci zaraz po pływaniu, doleciał do mety w 4:50, z czego jestem bardzo dumna, a nasz kolega z którym się ścigał zaledwie o 2 minuty szybciej od niego. I pomimo, że obydwoje minęli się z podium zajmując 4-te i 5-te miejsce w kategorii to my żony JESTEŚMY Z WAS PRZE-DUMNE !
Fajnie było widzieć jak dajecie z siebie wszystko i jak walczycie ze sobą na wzajem.

Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !
Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !

 

Kocham te emocje i cieszę się że mogłam je poczuć na nowo, chociaż w roli kibica. To odliczanie do startu, ten bieg pomiędzy strefami zmian, żeby złapać jakąś fotkę, usłyszeć jak się czuje i czy coś mu potrzeba. Już nie mogę się doczekać swoich powrotów na te ścieżki. A różowy ARGON wiszący na ścianie, nie pomaga 🙂

Koniec sierpnia wkraczam ponownie do świata triathlonu na mojej ulubionej imprezie w sezonie! Triathlon Kraśnik i ukochana olimpijka! A może wcześniej skuszę się na jakiś krótki dystans ?? Macie coś do polecenia ??

Triathlon Energy Starogard wpisujemy do swojego kalendarza na następny rok.

 

IMG_20170618_190950_704

 

IMG_20170621_051503_629

O.

Powrót do przeszłości, po ponad 15 latach staje ponownie na słupku.

CIĄŻA CODZIENNOŚĆ

Powrót do przeszłości, po ponad 15 latach staje ponownie na słupku.

Basen to miejsce, w którym zawsze czuję się jak w domu. Nie ważne czy chodzi o ten w rodzinnym Sopocie, na którym spędziłam pół życia, czy ten w teraźniejszym mieście. Basen to podmuch gorąca gdy wchodzi się na halę, to uciekanie przed prysznicem przed pływaniem, to zamoczone klapki w brodziku i przechodzenie po murku z boku co by nie trzeba było moczyć nóg w tej zimnej wodzie. To od zawsze „bezsensowne machanie rękoma” przed wejściem do wody, ten krótki oddech kiedy czuje się pierwsze chluśnięcie wody na twarzy, te okularki wsadzone na pośladku za kostium, ten czepek i sposób w jaki się go zakłada. Basen to odciśnięty czepek na czole po treningu, to zanurzenie głowy bez czepka po pływaniu żeby zamoczyć włosy. Basen to pływanie od ściany do ściany w pogoni za szybszym oddechem, zmęczeniem i mocno bijącym sercem.

15591229_1261914667212142_7289569414342515554_o

Dla jednych basen to katorga, żmudne odbijanie się od ściany. Dla mnie basen to sentyment, powrót do przeszłości.

Od siódmego roku życia do 13, spędzałam w nim co najmniej 3 godziny dziennie przez większość część roku. Klepałam w najmocniejszych okresach po 10 kilometrów dziennie, z czego każdy trening skrupulatnie zapisywałam w zeszycie aby pamiętać co, kiedy i jak pływaliśmy. Teraz te zeszyty przydały by się nad życie, ale gdzie ich szukać ?? 🙂

Niemniej jednak, dzisiaj ścigam się w bieganiu, które kiedyś dla mnie było chyba najgorszym sportem na świecie. Ścigam się w triathlonie, które dziś jest dla mnie najfajniejszym sportem na świecie i choć ma w sobie część pływacką nie jest to samo co skok do basenu i mocne młucenie rękoma o wodę. Te zawody były moim małym marzeniem, chciałam poczuć jak to jest stawać na słupku po tylu latach, usłyszeć to „na miejsca”, poczuć ten dreszczyk przelatujący przez całe ciało i polecieć co sił w rękach te parę basenów (co prawda nie stałam na wysokim słupku tylko skakałam z posadzki prawie, bo ciąża, ale efekt był ten sam).

img_20161218_162730

img_20161218_140249

To było piękne uczucie. Powrócić na te parne basenowe hale, żeby postać w mokrej koszulce i czekać na swój start. Chlust wody na twarz przed startem, komenda na miejsca i poszli. 25 m dowolnym było na rozgrzewkę, nigdy nie byłam sprinterką i tego dnia też nią się nie czułam, ale 100 zmiennym, które popłynęłam w zeszłą niedzielę, było spełnieniem marzeń. Denerwowałam się czy nie będzie to dla mnie za ciężkie, 100 m zmiennym to nie 1500 m w piance i jeziorze, które płynie się w zupełnie innym tempie. Tutaj miał być ogień. Nie wiedziałam na ile mocno mogę popłynąć, przecież jestem w ciąży. Nie wiedziałam czy mi ręce nie spuchną na koniec tej mocnej setki. Delfin, grzbiet, żaba, kraul, wszystkie płynęło mi się tak samo cudownie. Czułam nieziemską moc, zapomniałam na 1,5 minuty że jestem w ciąży i poczułam się jak nastolatka szalejąca na basenowym torze. Czas był też ekstraśny jak na 5 miesiąc i 15 lat nie startowania 🙂 1:33 na 100 zmiennym, tego się nie spodziewałam.

img_20161219_124144

Cudownie było dopingować swoim najbliższym znajomym, cudownie było patrzeć jak zwykli ludzie sprawdzali swoich sił na basenie. Cudownie było też patrzeć na moje dziecko które przez ponad 4 godziny na basenie, cały czas było uśmiechnięte, krzyczało co sił w gardle i skakało z radości kibicując innym.

img_20161223_212227_161

Jednak najpiękniejsze było to, że ona też chciała. I to jest najcudowniejsze w tym całym naszym rodzinnym sportowym zamieszaniu, że ona też chce! Że wsiąka razem z nami w ten świat, że nie krzyczy nie, jak tłumacze jej, że zaraz będziemy się ścigać, a przecież już jest w tym wieku że umie tupnąć nóżką. Piękne jest to, że jest równie nakręcona, umie czekać na gwizdek i CHCE ZE MNĄ TAK SZALEĆ! Z uśmiechem na twarzy biega z innymi dziećmi, pływa koło starszaków, a może kiedyś i zaszaleje na jednym z tych KIDS TRIATHLON, kto wie ?? 🙂 Mam nadzieję, że te wszystkie starty z mamą u boku nauczą ją, że to jest zabawa, że trzeba się cieszyć z tego i próbować. Mam nadzieję, że to oswoi ją ze sportem, że pokaże jej jak fajnie jest żyć z pasją.

img_20161218_164156

 

img_20161218_163812

 

Nawet to podium jej jakoś strasznie nie onieśmieliło, zaprawiona w trzymaniu moich pucharów w sezonie traithonowym, z uśmiechem przyjęła swoją statuetkę i dyplom.

img_20161219_124012
Trzecia dziewczynka zwątpiła i nie weszła do wody, stąd to miejsce 😉

 

img_20161218_164635

 

Bawcie się sportem, zarażajcie nim swoje pociechy. Niech wiedzą, że istnieją ciekawsze rzeczy niż używki, komputer i telewizor.

Sportowych Wesołych Świąt Życzę Wam wszystkim w tym roku ! 🙂

 

O.

Czas, żeby pobiegać we TROJE. Nasz tegoroczny Bieg Niepodległości.

AKTYWNA MAMA BIEGANIE CIĄŻA POLECANE

Czas, żeby pobiegać we TROJE. Nasz tegoroczny Bieg Niepodległości.

Tak, tak dobrze czytacie. Biegamy we troje i nie mam tu na myśli biegania z moim mężem czy psem. Od kilku miesięcy biegam ponownie w dwupaku, tym ciążowym. A, że mój już prawie dorosły dwupak nadal lubi ze mną biegać w wózku, a coraz mniej pozostało niebiegowych cioć, to od jakiegoś czasu zdarza mi się biegać we TROJE.

I tak oto w ten sam sposób nasz Bieg Niepodległości był moim pierwszym i pewnie ostatnim biegiem ulicznym we TROJE. No chyba, że któryś z fizjoterapeutów odważy się ze mną zgłębić temat biegania z wózkiem w ciąży. Już od jakiegoś czasu moje treningi bardziej przypominają trenowanie dla przyjemności i dla zdrowia niż dla wyników sportowych. Zaczęło się latem przez anemię, z która nie tylko walczyłam psychicznie, ale i fizycznie długo próbowałam oszukać swój organizm. Potem przyszedł czas roztrenowania, a zaraz po nim płynnie przeszłam do stanu brzemiennego, w którym pomimo, że trenuję to robię to ewidentnie dla przyjemności a nie dla wyników. Moja głowa przestawiła się też na luźne bieganie, na luźne podejście do sportu i cieszenie się kilometrami które jeszcze moje nogi potrafią i dają radę przemierzać.

foto-bnos16_01_mkd_20161111_144947_3-01

 

foto-bnos16_01_mkd_20161111_144950_2-01

 

Dlatego nie było to dla mnie nowością, że na starcie kolejnego biegu stanęłam na luzie, bez jakiegoś konkretnego planu na szaleńcze cyfry na końcu. Biegłam towarzysko, najpierw trzymając kroku mojej ulubionej triathlonistce Justynie a potem uciekając jej roztrenowanej formie i goniąc kolejnych znajomych. Dlatego bieg był ewidentnie Biegiem z Narastającą Prędkością, co okazało się całkiem niezłą jednostką treningową, ale biegło mi się tak dobrze, że nie umiałam się zbyt mocno hamować. Wystartowałam w tempie 5:45, a ostatni kilometr z górki, na którym wózek zachowywał się jak całkiem spory spinaker ciągnący łódkę na wietrze, więc poleciałam jak szalona na 4:45. Dostałam za to niezłe manto od mojej mądrej połówki na mecie, ale tłumaczyłam to coraz cięższą Zosią i wózkiem bez hamulca, którego mi ów małżonek nie wyregulował i który nie pozwalał mi biec wolniej 🙂

foto-bnos16_01_mta_20161111_135520_4-01

Kolejny raz w naszym mieście w Święto Niepodległości na metę wleciałyśmy razem. Po raz pierwszy wpadłyśmy razem jeszcze kiedy Zosia była w brzuchu, drugi bieg Niepodległości „w domu” był moim debiutem z wózkiem, trzeci był w towarzystwie Zosi i kolejnej mojej fasolki, która musi znosić wyczyny swojej mamy. Cały bieg wracałam myślami do „tych ciężarnych” chwil śmiejąc się sama do siebie jak zupełnie inne podejście ma człowiek „doświadczony i zajęty”. Dwa lata temu, skrupulatnie patrzyłam na zegarek żeby nie przesadzić z tempem, na starcie głaskałam się po brzuszku, na mecie również. Rok temu pełna nerwów w tempie interwałowym przeleciałam swój pierwszy bieg z wózkiem. W tym roku na luzie stanęłam na starcie usypiając małą chwileczkę przed strzałem startera, tak aby kolorowe ciuchy biegnące przed nią nie dorzuciły jej masy energii, którą potem ciężko by było stłumić już podczas biegu. Śmiałam się z tego, że zamiast głaskać się po brzuszku, latałam za moją nieokrzesaną już prawie dwulatką i sprawdzałam czy aby na pewno wszystkie „w razie co” są w wózku.

Lubie nasze domowe Biegi, są bardzo rodzinne, wszyscy się znamy i jest na prawdę piękna atmosfera. Jeszcze bardziej lubię domowe biegi z wózkiem, gdzie jest to jednak cały czas nowością. To w nich dostaję zawsze na nawrotkach od całej czołówki garść uśmiechu i gratulacje za odwagę, to w nich zaczynam na samym końcu i wyprzedzam innych zamiast być wyprzedzana. To one dają mi często więcej radości niż te na czas, pełne wymarzonych cyferek. Kolejny Bieg Niepodległości za nami. Tym razem we troje, w szaleńczo rodzinnej atmosferze, z ciocią Kasią, która dostała „mendal” za swoją pierwszą dychę, z naszymi TRI Rodzinami lecącymi w dużym stopniu po życiówki.

foto-bnos16_01_mkd_20161111_154903-01

 

received_1321379014570416

Zosia ma już kolejny biegowy „mendal” za wspólne 10 kilometrów, dostała też swój własny, wywalczony dzielną walką przez całe 150 metrów ze starszakami. W rodzinnej atmosferze, zmarznięci jak cholera próbowaliśmy ogrzać się „pobiegową” grochówką, na którą nawet ja się skusiłam. Było radośnie, bez sportowych celów i towarzysko. Poczułam jak w drugiej ciąży nie ma już tej nostalgii, tego wyciszenia i tego oddania. Bieganie nie jest mi obce w tym stanie więc się go nie boję. Mam za sobą 9 miesięcy doświadczenia, dużo przebiegniętych kilometrów i całą masę wspomnień. Druga ciąża jest inna, ale ciekawi mnie tak samo bardzo jak pierwsza. W niej dzień jest jak co dzień, zalatany, poświęcony w dużym stopniu temu stworzeniu co już od jakiegoś czasu jest numerem jeden w naszym domu. Nie ma czasu na drzemki, na wieczorne czytanie książek i głaskanie się po brzuszku. Jest czas na malowanie rękoma z córką, przygotowywanie kolacji i codzienny rytuał mycia. Niemniej jednak nie brakuje mi tego i już rozumiem dlaczego druga ciąża jest czymś obok teraźniejszego domowego ogniska. Jest dopełnieniem całości, ale nie całością. Jest luźniejsza w głowie, a nawet powiedziałabym że tak luźna, że do dziś nie chce mi się wierzyć że to wszystko dzieje się na prawdę. I gdyby nie te ciążowe dolegliwości to w ogólne nie uwierzyłabym że zostanę mamą po raz drugi.

A po ? Pojechaliśmy najeść się dobrze do Warszawy i wpakowaliśmy się w samolot, który zabrał nas ponownie na ciepłą wyspę! Teraz odpoczywamy i ładujemy baterię, co by starczyło nam ich do pięknej zimy.

 

 

 

O.

 

 

Idziemy do żłobka –  dwa skrajne podejścia tego samego rodzica.

CIĄŻA CODZIENNOŚĆ

Idziemy do żłobka – dwa skrajne podejścia tego samego rodzica.

„Fajnie by było dać ją do żłobka” powiedzieliśmy sobie któregoś wakacyjnego dnia. Zosia robiła się coraz bardziej ciekawa ludzi, świata, chciała się bawić z dziećmi. Zaczynała komunikować, a ja po 491 dniach spędzonych z nią bez przerwy też potrzebowałam tego odpoczynku i chwili „dla siebie”. Chwili w której nie będę musiała odpisywać na firmowe maile z Zosią stukającą w klawiaturę, chwili w której będę mogła wysprzątać dom w samotności, chwili w której będę mogła w końcu, po prawie 500 wspólnych dniach, wypić w spokoju ciepłą kawę bez obciążenia na głowie, barkach, czy innych kończynach. Potrzebowałam oddechu… chwilowego, ale jednak.  Decyzja więc zapadła, że w lipcu mała idzie na trochę do żłobka. Plan był na 4 godziny dziennie, ale…

Schody zaczęły się gdy zobaczyliśmy żłobkowy plan. Mała miała chodzić o 10 spać, obiadek jeść o 12. Niemniej jednak doszliśmy do wniosku, że powoli ją przestawimy na trochę wcześniejsze spanie, wstawanie i chodzenie spać. I tak też było, okazała się tak elastyczna w godzinach spania jak dobra gimnastyczka. Klamka więc zapadła i poszliśmy do żłobka. Tak wszyscy, my emocjonalnie, ona fizycznie.

 

Opowiem Wam historię rodziców, tych samych, w niewielkim odstępie czasu, ale z zupełnie różnym podejściem.

 

RODZIC WYLUZOWANY.

Zazwyczaj przy wszystkich dziecięcych sprawach jesteśmy raczej wyluzowani. Od samego początku Nasze bezproblemowe od jakiegoś czasu dziecko bardzo szybko dostosowywało się do naszych podróży, obcych ludzi, dzieci i nowego otoczenia. Nasze nawet nie półtoraroczne dziecko znikało z dużo starszymi dziećmi na placach zabaw, zostawało z każdą ciocią na tą godzinkę, półtorej podczas której mogłam wyrwać się na szybki trening. Wyluzowani rodzice więc nie czuli potrzeby adaptacji, ale za namową Pań opiekunek pierwszego dni posiedziałyśmy razem w sali. Kolejnego Zosia została na godzinę, kolejnego na kolejną godzinę. Po trzech dniach, Panie zaproponowały żeby dać ją od rana na spanie i odebrać koło 12. Tak też zrobiliśmy. Mała została rzucona trochę na głęboką wodę, ale nasz brak świadomości nie widział w tym nic dziwnego. Wydawło by się, że wszystko było jak w standardowym scenariuszu. Trochę płaczu na wejściu, uśmiech na wyjściu. Kilka dni minęło, a mała budziła się w nocy z płaczem, ryk przez pójściem do żłobka zaczynał się coraz wcześniej. Od drzwi wejściowych do sali, przez drzwi wejściowe do żłobka, na widoku budynku kończąc. Moje dziecko po godzinach stało się nie do poznania. Z dzielnej, otwartej dziewczynki zamieniła się w strachliwą, krzyczącą i bojącą się panienkę. Bała się zasypiać sama. Każde wejście, nawet do znajomego domu, było powiązane z aferą na kilka przecznic. Wrzask i krzyk w progu. Ciągłe ” Mama dooom, mama dooom” i zamknięcie na otoczenie bolało mnie najbardziej. Koleżanki poszły w niepamięć, zabawy z dziećmi były możliwe tylko gdy byłam w zasięgu wzroku, a jeszcze najlepiej gdy czynnie w nich uczestniczyłam. Moje dziecko po prostu się popsuło. W tym czasie wyluzowany rodzic na prawdę się przestraszył. Przestał być już wyluzowany, bał się że wszystko zawalił. Spiął się okropnie i już na pewno nie był rodzicem wyluzowanym.

Nie dało się tego naprawić, przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Każdy mówił, że z czasem przejdzie, ale płacz na wejściu do żłobka, który jeszcze umiałabym przeboleć ( bo niby każde tak ma), jak nic miał się do tego co działo się „po godzinach”. Nie chciało mi się wierzyć, że te kilka godzin dziennie tak zaburzyło jej bezpieczeństwo. Serce krajało mi się gdy uświadomiłam sobie co ona musi przeżywać. Złość na samą siebie wybijała mnie z równowagi, i milion pytań przechodziło przez głowę. Dlaczego nie podeszłam do tego bardziej poważnie, dlaczego nie rozmawiałam z nią wystarczająco dużo, czy popsułam jej dzieciństwo, czy ten strach już w niej zostanie?

Głowa pękała mi od pytań dlaczego, dlaczego, dlaczego.

Dwa tygodnie później jechaliśmy na wakacje. Przedłużone, bo trwały ponad miesiąc. Minęły prawie 2 tygodnie aby wszystko wróciło do normy. Mała zaczęła normalnie reagować na innych, bawiła się z dziećmi, nie potrzebowała mojej osoby w zasięgu wzroku przez 24/7. Odzyskała zaufanie i ponownie była uśmiechniętym dzieckiem.

MĄDRY RODZIC PO SZKODZIE.

Po miesięcznych wakacjach, kiedy dziecko na nowo stało się „normalne”, przyszedł czas na podejście drugie. Tym razem byłam okropnie zestresowana, zastanawiałam się jak to zrobić żeby to zrobić dobrze. Żeby obyło się bez wrzasku i ataków paniki już gdy widać osiedlowe budynki z okna. Bym przed każdym pójściem do żłobka nie słyszała: „Mama nieeee, nieeee, nieee”. Bym nie musiała składać kilka razy w tygodniu mojego rozsypanego na kawałki serca. Najpierw odwiedziłyśmy przedszkole tak o żeby porozmawiać z Panią dyrektor. Zależało mi na tym żeby przenieść Zosię do starszej grupy która śpi po obiadku i w której są zabawy zorganizowane, rytmika i starsze dzieci. Po kilku dniach udało mi się namówić Panią i Zosia została przeniesiona. Odetchnęłam z ulga bo pomyślałam sobie, że mamy czystą kartkę, nowy start.

Tym razem adaptacja była bardzoo długa i pomimo że Panie nie do końca były za tym żebym ja z nią tam przesiadywała, nie chciałam powtórki z rozrywki i przez 3 dni sumiennie wraz z nią uczestniczyłam w życiu przedszkolnym. W czwartek gdy jej emocje były rozdarte pomiędzy trzymaniem mojej nogi, a zabawą z dziećmi zrozumiałam, że to jest ten czas kiedy trzeba jej wytłumaczyć, że zostanie na chwilę sama a ja zaraz wróce. Rozmowy z 1.5 roczniakiem nie są łatwe. Trzeba uważać na słowa, ilość zdań i żeby nie przedłużać. Obiecywałam, że mamusia zaraz przyjdzie i że to jest czas w którym może pobawić się z dziećmi. Przez dwa tygodnie wygrzewałam przedszkolne ławki, najpierw przez pół godziny, potem przez godzinę. Zosia zaczęła się przyzwyczajać. Za każdym razem na wejściu mówiłam jej że przyjdę po nią po zabawie, że zostaje z CIOCIAMI ( ważne słowo, które wzbudza więcej zaufania w dziecku). Po południami odwiedzałyśmy inne ciocie, dzieci, bawiłyśmy się na placach zabaw. Chciałam, żeby zrozumiałą że żłobek jest jedynym miejscem w którym zostaje bez mamy i taty. Robiłam wszystko by uniknąć afery, która spotkała nas dwa miesiące wcześniej. Po męczących dla mnie dwóch tygodniach, w których wszystko podporządkowałam dziecku, młoda zaczęła zostawać na coraz dłużej. Stopniowo wydłużałam jej czas o pół godziny, potem dodałam obiadek, oczywiście cały czas tłumacząc, że mama przyjdzie po zabawie, czy po obiadku. Czas rozstania był jeszcze płaczliwy, ale nie była to afera, wrzask, czy zanoszenie się. Były to łezki smutku, które przez krótką chwile na wejściu do sali przy pożegnaniu pokazywały się w jej oczach. Obyło się bez histerii poza-żlobkowych, obyło się bez strachu przed moim zniknięciem. Zosi koleżanki uwielbiane, są nadal uwielbiane, ciocie są kochane, a odwiedziny nie są już zmorą rodzica.

NO I …. UDAŁO SIĘ ! Moje mądre, lecz późne, podejście do sprawy poskutkowało. Teraz od rana słyszę wrzask radości „DZIEEEEECIII”, który jest już stałym elementem śniadaniowego rytuału. Moje dziecko pełne uśmiechu wchodzi do żłobka, i zostaje tam na umówione 4 godziny. Mama odbiera ją zawsze po „AM”, a od tygodnia nie było nawet łezki w oku kiedy wchodziła do sali. Wbiega rozradowana i leci prosto do DZIECI. Jestem zła, bo musiałam nauczyć się na swoich błędach, ale szczęśliwa że wszystko udało mi się naprawić

IMG_20160716_135655

To nie jest tekst, który ma Wam cokolwiek doradzić, to nie jest tekst który ma nas pokazać w jakimkolwiek świetle. To jest tekst który chciałabym aby uzmysłowił Wam, co dziecko przeżywa rozstając się z rodzicem na kilka godzin dziennie, codziennie. To jest tekst który ma pokazać, jak mało świadomi jesteśmy tego co takie małe jeszcze nie mówiące, prawie nie komunikujące stworzonko jest w stanie zrozumieć, pojąć i jak bardzo potrafi bać się zmian. To jest tekst który ma Wam pomóc w podjęciu dobrej dla Was i Waszego malucha decyzji.

 

 

O.