Tag: Dziecko

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

PODRÓŻE POLECANE

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

Z dziećmi w górach, sama byłam już cztery razy.

Nie będę pisała o moich wyprawach chronologicznie bo pierwszy wypad był prawie rok temu. Zacznę natomiast od tyłu, może kiedyś wracając do tego pierwszego razu, bo nie ma co ukrywać ten ostatni jest najświeższy i zaraz był najbardziej wymagający dla mnie.

Ci co chcą usłyszeć że taki wypad jest prawie jak leśne SPA i można leżeć z nimi do góry brzuchem, od razu mogą zaprzestać czytania. Owszem można przez chwilę leżeć do góry brzuchem na kawałku kurtki na którejś z górskich Hal, ale przez większość czasu nosisz nadprogramowe kilogramy, podajesz pić jeść, śpiewasz, motywujesz żeby szły dalej i wymyślasz kolejne to zadania do czasu aż szczyt będzie w zasięgu Waszego wzroku.

Ci, co natomiast bardziej realistycznie wyobrażają sobie wypad w góry z dwójką małych dzieci, ale czekają też na cudownego tego aspekty – mega więź, wspólny wysiłek i poświęcenie całej siebie dla dzieciaków, zapraszam do tekstu.

 

Czy to w ogóle jest realne?

Pierwsze słowa, jakie nasuwały się wszystkim kiedy usłyszeli mój kolejny z rzędu plan na góry z dziećmi, brzmiały zazwyczaj: „Ja bym się nie odważyła.”, ” Ja bym się bała”, „Ale jesteś odważna!”

W końcu do odważnych świat należy i tutaj możemy być mniej lub bardziej odważni, ale strach? Zupełnie nie rozumiem strachu, poza tym że ugrzęźniemy gdzieś na skale, albo będziemy musieli nocować w lesie bez namiotu i jedzenia. Ale hej, na Rysy z nimi w zimę nie planowałam iść, a wszystkie wycieczki raczej kończmy przed zachodem słońca, wiec czego się bać. Przecież to są moje dzieci i pewnie, że może być ciężej lub łatwiej, bardziej wymagająco lub mniej, ale przez cały czas to są moje dzieci więc się NIE BOJĘ.

Oczywiście mam rożne obawy przed każdym wyjazdem, typu czy obędzie się bez afery podczas podróży, albo czy Zosia nie odmówi i nie uda nam się zrealizować celu wyprawy. Ale to są błahostki, które lepiej lub gorzej jakoś ogarniemy. WSPÓLNIE, bo na takich wyjazdach robimy wszystko WSPÓLNIE.

LOGISTYKA NAJTRUDNIEJSZA.

 

Za pierwszym razem taki wypad może wydawać się ciężką pracą logistyczną, ale z każdym kolejnym wszystko będzie znacznie łatwiejsze. Moje sposoby na udaną podróż samochodem to przygotowanie na różne sytuacje. Co prawda zaczynałam od masy rzeczy, które nie do końca się sprawdziły, ale po kilku razach plecaki były znacznie mniej napakowane, za to bardziej przemyślanymi rzeczami.

Plecak Zosi: 

Zosia część plecaka zawsze pakuje sama. Wybiera sobie teraz ulubioną maskotkę, przytulankę, jakąś lale czy co ona sobie tam ostatnio wkręciła w tą małą głowę. Ja dopakowuję jej jakąś książeczkę (taką co mieści się do plecaka i wiem że ostatnio była HIT-em w domu), którą nie tylko może przeglądać sobie w aucie, ale też będziemy mogły czytać wieczorami na miejscu. Dorzucam piórnik z kredkami i długopisem i jakieś zestawy zabaw dla 4-latka, zagadki i rzeczy do rozwiązywania.

Plecak Stasia:

Tutaj jest bardziej monotonnie, jak na chłopaka przystało. Są autka takie które mają jakiś element ruchowy, wtedy młody umie się na nich dłużej skupić. Autko z przyciskiem który wydaje jakiś dźwięk też jest mile widziane. Podróż bez konia i innych zwierząt tez byłaby nieudana,dlatego jest tam więcej „pierdół” niż u Zośki. U Stasia w plecaku lądują też książki z twardymi stronami, tak aby łatwo mu się je oglądało i żeby zwyczajnie w świecie ich nie podarł, bo przecież cóż ciekawszego można robić nudząc się którąś z kolei godzinę w samochodzie? Kilka razy z rzędu włożyłam tez Play-Doh. Niesamowite ile czasu dziecko może wytrzymać w foteliku kulając, albo wkładając i wyciągając z pudełka kulkę ciastoliny. Minus playdoh jest taki że nie zawsze wiemy do końca gdzie on to na koniec upchnie, trzeba więc wziąć poprawkę że możemy znaleźć je przyklejone do różnych elementów samochodu. ( Ci co mają auta w skórze, są na wygranej pozycji !)

Oprócz tego w podroży zawsze w plecaczkach mają małe woreczki ze smakołykami i bidony z wodą które wkładam do stojaków na picie z tyłu samochodu, bo prowadząc auto jest mi dużo łatwiej je im podać.

Przygotowane smakołyki muszą być identyczne, bo przecież jeśli Stasiu wyciągnie banana, którego na przykład Zosia przez ostatnie 2 tygodnie nie ruszała, to ona też będzie na pewno chciała tego banana. Dlatego obowiązkowo w plecach dodatkowo lądują jakieś owoce, banan, jabłko, jakiś batonik (my często kupujemy te z LIDL-a Lupilu ekologiczne, albo HPBA energy bars), ostatnio zorbiłam małe pudełeczka z rodzynkami i suszonymi bananami takimi do pochrupania. Zdarza się, że dostaną „zdrowe lizaki” na momenty kryzysowe, albo żelki najbardziej lubimy te EKO z IKEI, na bazie soków owocowych, ale te rarytasy wolę trzymać z przodu na „kryzysowe chwile”, bo jak wylądują w plecakach to czasami nie uda nam się odjechać z parkingu a już lizaki są w buzi, albo małe rączki dzielnie próbują rozbroić szeleszczące papierki.

Co robię z nimi w górach?

Przełomowym wyjazdem był nasz wypad w Bieszczady. Lato, 2018 Zosia miała wtedy niecałe 3,5 roku. To był mój pierwszy wypad, bez Rafała, z nimi w góry. Dzień po dniu moje małe dziecko się rozkręcało. Chodziło dalej, dłużej z większą chęcią. Zdobywanie góry było dla niej równie ekscytujące jak dla mnie. Wciągnęła się i tak już nam zostało.

Dopóki Stasiu nie chodził było łatwiej teraz ciężej jest jego załadować do nosidła, ale ostatnim razem dałam mu też już sporą część przejść samodzielnie. Robimy trudne i łatwe trasy. Jak jesteśmy na dłużej to często byczymy się któregoś dnia, idziemy na basen, jemy lody albo znajdujemy sobie inną atrakcję tak żeby nogi i te małe ciała odpoczęły.

ZAKOPANE – Dzień po dniu.

Kocham to miejsce, a najbardziej wtedy kiedy turustów jest tam jak na naparstek. Zresztą na szlakach w zimę szybko przerzedza się towarzystwo. Zimą nie każdy wejdzie wyżej niż Kalatówki, bo zwyczajne adidasy nie wystarczają.

Na Kondratowej można zobaczyć już raczej tych na prawdę kochających góry, a najwięcej tam skitur-owców. Zresztą Hala Kondratowa i tamto schronisko to chyba moje ulubione miejsce w Tatrach.

Dojechaliśmy w piątek wieczorem. Prognoza pokazywała piękne słońce tak na prawdę tylko w sobotę. Marzyłam więc o Kasprowym. O porządnym cały dniu tułaczki. Zazwyczaj taki coś zaplanowałabym na kolejne dni kiedy to mała Z się rozkręci z chodzeniem. Ale wiedziałam, że tylko tego dnia będzie to możliwe patrząc na prognozę pogody. Decyzję zostawiłam do rana.

Już o 6 rano słońce uderzało nam prosto w twarz, kiedy przedzierało się przez zasłony naszego pokoju. Stasiek nie zastanawiał się ani chwili żeby poleżeć jeszcze w łóżku i tak przez ponad 1.5 godziny graliśmy w pokoju w różne gry, bo śniadanie zamówiłam na 8. Kto by tak wcześnie wstawał na wakacjach 🙂

Zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy w stronę ronda kuźnickiego. Koło 10 weszliśmy na szlak i 6 godzin później byliśmy na szczycie. Góra była wyzwaniem, mała opadła mi zupełnie z sił, Stasiek jak na osobę jeszcze nie mówiącą miał niesamowicie wiele do powiedzenia „ciuuuu ciuuu” „tuuuuu” ” bruuuum” . Nie wiem kiedy nie wiem jak minęło nam te 6 godzin.

Nie powiem, że jakąś godzinę od szczytu, żałowałam trochę mojej decyzji ale odwrotu już nie było.  W dół wszystko zajęło by nam kolejne kilka godzin, a czasu na to powoli nam brakowało. Zresztą wiedziałam, że mniej zaboli wchodzenie przez jeszcze godzinę, niz schodzenie w dól przez kilka kolejnych. O Stasiu, którego cierpliwość była juz na samym krańcu, już nie wspomnę.

Na szczęście tego dnia były zawody w GIGANCIE na Goryczkowej, wiedziałam, że kolejka będzie jeździć do 18 i że po wejściu będzie można na spokojnie zjeść odtajać i po prostu odpocząć. Trzeba było się doczłapać na górę, pocieszyć się zachodem słońca i zjechać na dół kolejką.

Dzisiaj patrząc na ten wyczyn nie wiem jak o 4 letnie dziecko to zrobiło. Nie wiem jak ja to zrobiłam o zdrowych nerwach i nie wiem jak jej przetłumaczyłam, że tam wejdzie i jej sie uda. Mała zrobiła ponad 7 kilometrów pod górkę, ponad 6 godzin marszu i około 1000 metrów w górę !

To nie było łatwe podejście, nie polecam nikomu nie doświadczonemu w górach. Tym bardziej z dzieckiem które zaczyna swoją przygodę z chodzeniem po górach. My zaprawieni w boju wędrownicze, daliśmy radę. Zosia na szczycie była tak szczęśliwa, że miałam wrażenie że patrzę na doświadczonego himalaistę, który zdobył wymarzony szczyt.

DZIEŃ 2 – ulubione schronisko.

Często w prognozach pokazuje się deszcz jak gdzieś jesteśmy, ale nigdy nie dochodzi do jego skutku. Nasza energia ewidentnie odpycha te deszczowe chmury 🙂  Na 3 dni z deszczem padało tylko na koniec wyjazdu wieczorem, jak już tak na prawdę ładowaliśmy się do samochodu.

Drugiego dnia miało być delikatnie i dosyć nisko, przez prognozę i przez zmęczone nogi mojej córki. Nie chciałam żeby znienawidziła góry. Chodzenie z nią zimą jest dużo trudniejsze niż latem. Śnieg w słoneczne dni, jak sobota na Kasprowym, jest miękki nogi się obsuwają, zapadają i trzeba włożyć dużo więcej energii w zwykły marsz.  Drugiego dnia więc było przyjemnie delikatnie troszkę pod górkę w równie piękne miejsca, ale bez większego wysiłku. Wdrapaliśmy się na Hale Kondratową, moje już wspominane, ulubione miejsce.

Zresztą zawsze jak jesteśmy w tatrach odwiedzamy to miejsce. Kalatówki i rosołek tez zaliczyliśmy. nawet Stasiu przedreptał połowę trasy na Kalatówki w górę i w dół.

DO ZOBACZENIA TATRY.

Trzeci dzień był tylko dla dzieci. Miały byc krótkie góry z rana, ale pogoda nie zachęcała. Zreszta trzaba by było się później przebierać z kombinezonów i tak dalej. Dlatego była papugarnia, nie polecam <ha ha ha>, lodowsko, typowy dzień na krupówkach, chociaż pamiątek nie kupowaliśmy. Lody, dobra kawa i ciacho i jakieś czekoladowe koktajle, kto nie zna STRH8 na krupówkach niech pozna 🙂

 

CO TrzEBA MIEĆ:

Tatry zimą nie zawsze wybaczają błędy i pomimo że chodzenie z dziećmi po górach raczej nie powinno być w takich miejscach gdzie jakikolwiek błąd może nastąpić, to i tak trzeba byc porządnie przygotowanym.

  • RAKI TO PODSTAWA – bez raków ani rusz. Tzn oczywiście mogą być raczki takie które można założyć na każdego miękkiego buta, ale muszą być porządnej firmy i muszą to być raczki, nie miejskie kolce.
  • czołówka – zawsze biorę. pomimo, że nie planuje nigdy schodzić po zmroku, ale nie wiadomo co może się wydarzyć na szlaku, a bez czołówki wieczorem raczej byłoby groźnie.
  • plecak i rzeczy na zmianę – dla dzieciaków podstawa to skarpetki na zmianę i cieniutkie woreczki. Pomimo, że zosia ma buty jacka Wolfskina WODOODPORNE, to nogi miała przemoczone. śnieg na jej butach w raczkach utrzymywał się i buty po kilku godzinach po prostu PRZEMAKAŁY. Wtedy zakładamy suchutką skarpetkę, którą wkładamy w WORECZEK foliowy i dziecko ma sucho i CIEPŁO. UBRANIA na ZMIANĘ, albo kolejna warstwą też jest konieczna. DLatego plecak dobrze zapakowany to podstawa, w GÓRACH pogoda lubi się zmieniać !
  • jedzenie plus coś słodkeigo kalorycznego –  tak nawet ja bio mama mam zawsze i to zawsze ze sobą porządną tabliczkę czekolady. Może nie tej tiramisu od milki, ale gorzkiej z orzechami lub takiej jaką jadamy. Zdarza nam się wziąć żelki ( raczej te eko ), bo dzieciaki w SZCZEGÓLNOŚCI tego potrzebują. Oczywiście woda i normalna kanapka na piknik też jest. Zimą mamy zawsze termos z herbatką z imbirem żeby SIĘ ROZGRZAĆ jak jest taka potrzeba. Lepiej WZIĄĆ za dużo niż za mało, bo gdy sił brak tylko czekolada albo dobry ZAsTRZYk cukru może wam pomóc.
  • GOGLE / OKULARY – dla siebie pewnie nie zapomnicie, ale dla maluchów ponieważ nie noszą na codzień pewnie juz tak. W górach w szczególności zimą porzadne okulary z filtrami UV lub gogle to podstawa. Ja wole gogle bo są bardziej wszechstronne. Nadają SIĘ na ŚNIEŻYCE, mocne słońce i wietrzne dni osłaniając tez część twarzy. Bez nich ani rusz w białe ośniezone szczyty, zapalenie spojówek, to częsta przypadłość, po takim dniu na pełnym słońcu w śniegu. poza tym w najgorszym wypadku możecie maluchom po prostu zepsuć wzrok.

 

Wypad z dzieciakami w góry jest niesamowitym przeżyciem. Dzieci nabierają ogromnej pokory do gór, do wędrówek. Poznają co to jest zmęczenie, ale tez poznają jakie to uczucie wspiąć się na górę kiedy wydawało się że sił już nie ma.

To tez cudowny czas 1:1, lub w jak w moim przypadku 1:2 🙂 czyli ja i dwójka moich dzieci. Jestem tam dla nich, bez telefonu, pracy i innych obowiązków domowych. Jesteśmy ze sobą cały dzień, całą noc. Gramy, śmiejemy się, pomagamy sobie, motywujemy się na wzajem. Spędzamy czas na świeżym powietrzu i w naturze, która uczy nas wiele. Poznajemy świat prawdziwy, naturalny a nie ten przez ekran telewizora, czy telefonu.

Jadąc z nimi w góry jestem cała dla nich. Oni to wiedzą i widzą i zawsze w górach czuję, że są ze mną inne dzieci. Współpracujące, pomagające, szczęśliwe i uśmiechnięte.

 

POLECAM SPRÓBOWAĆ, NAWET W POJEDYNKĘ.

 

 

 

Ulubione danie mojej córki – czyli DOMOWE KOPYTKI ;)

DIETA PRZEPISY

Ulubione danie mojej córki – czyli DOMOWE KOPYTKI ;)

TAK TAK KOPYTKI…

DSC_0068

Już od dawien dawna Zosia nazwała je kopytkami i to wcale nie dlatego że nie potrafiła powiedzieć kopytka, ale te KOPYTKI wykrzykiwane z ust dwulatki brzmiały dużo intensywniej i rytmiczniej niż nasze standardowe KOPYTKA 🙂 Po za tym, w końcu nie są one do końca takie jak te z dziada pra-dziada, więc przybrały u nas w domu też choć troszkę inną nazwę.

Kopytki, czyli to co Wy wszyscy znacie jako polskie prawdziwe kopytka wcale nie muszą być pełne mąki pszennej. My robimy je tak, aby mąki było na tyle dużo żeby się zupełnie nie rozpadały i na tyle mało, żeby się prawie rozpadały 😉 Poza tym standardową białą mąkę zamieniamy na taką co jest w szafce.

Nie jestem zwolenniczką mąki pszennej, a właściwie w swojej kuchni w ogóle jej nie używam. Jeżeli zależy mi na tym aby coś co przygotowuje było jak najbardziej zbliżone do starodawnych przepisów, białą mąkę zamieniam na mąkę orkiszową, oczywiście EKOLOGICZNĄ i najlepiej z pełnego ziarna orkiszu. Tak aby wszystko to co w ziarnie jest dobre, w tym ziarnie pozostało.

Nasze KOPYTKI to głownie ziemniaki, oczywiście te BIO, jedno jajo i odrobina mąki. Jesteście gotowi, żeby zaserwować Waszym maluchom najstarsze polskie danie w młodszej wersji ??

DSC_0061

 

 

Składniki:

  • Ok 500 g ugotowanych ziemniaków
  • 1 jajko, najlepiej „0” (zerówka)
  • 2 łyżki mąki/skrobi ziemniaczanej EKO
  • 2 łyżki mąki jaglanej EKO
  • 2 łyżki mąki orkiszowej EKO
  • szczypta soli
  • trochę mąki do oprószenia stolnicy/deski

Ziemniaki gnieciemy na pure. Ja lubię czuć kawałki ziemniaków, więc nie mielę ich w malakserze, albo innych urządzeniu. My gnieciemy je zwykłym tłuczkiem do gniecenia ziemniaków, ale Ci co lubią idealnie gładkie ciasto mogą zmielić ziemniaki w blenderze (może być tak że gdy zmielicie ziemniaki będziecie musieli dodać ciutkę więcej mąki)

DSC_0062

Do ugniecionych ziemniaków dodajemy jajko, mąki i sól. Możecie dać tylko jaglaną, albo tylko orkiszową. W przypadku jaglanej kopytka mogą być gorzkawe, cierpkie. Niektóre mąki jaglane dają taki posmak, wszystko zależy od ziarna i sposobu mielenia. Mąka orkiszowa może być zamieniona na inną bez glutenu, np ryżową, ale wtedy warto dodać troszkę więcej mąki ziemniaczanej. Tak aby kopytka nie rozpadały się.

DSC_0064

Jeżeli robicie według naszego przepisu dodajecie wszystkie mąki do ziemniaków z jajkiem i mieszacie. Możecie to zrobić ręką, tłuczkiem albo łyżką. Stolnice, lub drewnianą deskę posypujemy delikatnie mąką. Wysypujemy wymieszane ciasto na stolnicę i delikatnie jeszcze ugniatamy tak aby składniki ładnie połączyły się. Dzielimy ciasto na mniejsze kawałki. W między czasie do garnka z dużym dnem wlewamy wody, solimy i czekamy aż zacznie się gotować.

Z każdego kawałka rolujemy długie węże. My lubimy malutkie i cienkie kopytki. Wy dostosujcie sobie grubość waszych węży do tego jakie kopytka lubicie najbardziej. Kroimy ciasto na malutkie parallelogramy  (wyszukałam tą nazwę na googlach ). Wrzucamy je do gotującej wody i czekamy aż wypłyną na powierzchnię wody. Wyciągamy i serwujemy z roztopionym masłem. Albo tak jak ja lubię na słodko z cynamonem i syropem z agawy lub płynnym miodem.

DSC_0071

 

 

To jest jeden z tych przepisów, które nadaje się dla tych dzieci wychowanych na białej mące. Zdrowa wersja pradawnych KOPYTEK, która zasmakuje każdemu maluchowi.

 

 

SMACZNEGO!

MAMA w GÓRACH.

PODRÓŻE

MAMA w GÓRACH.

Sama nie nadążam za własnym życiem, a już zupełnie nie mam pomysłu jak to zrobić żebyście Wy za nim nadążali.

Niemniej jednak ciągle wyjeżdżamy, przemieszczamy się, spacerujemy, uciekamy w jeszcze większa naturę niż nasza wieś, warto więc o tym pisać. I pomimo że posty może nie będą na czasie z pogodą to muszą się tu pokazać. Na dwa różne sposoby odwiedziłam góry w ostatnim czasie. I nie ma co ukrywać po długim czasie ponownie poczułam jak bardzo kocham to miejsce. Jak moje bateria ładują się w stylu „SUPER CHARGE” w takim miejscu i jak bardzo pragnę spędzać tam dużo czasu!

IMG_20180403_225306_250

 

 

 

Góry na Skiturach, o tym będzie niebawem ( co prawda miało być już dawno temu, ale życie 🙂 )

Dziś będzie góry z dzieckiem, a raczej dziećmi! Wyobraźcie sobie wypad na spontanie do naszego cudownego Zakopca w jeszcze mocno zimowych warunkach i totalnie bez-turustycznym czasie. Dwójka maluchów, tata z rowerem na dachu samochodu, matka z nartami w packu. Kto gdzie, kiedy i po co nie mamy jeszcze zielonego pojęcia wiemy jednak że ma to być nasz czas, dla wszystkich i z wszystkimi. Brak jakiegokolwiek przygotowania, zero zaplanowanych trasek, dni i innych atrakcji. Wyjdzie w praniu, rano kiedy zobaczymy jaka pogoda.

y2V01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zatrzymaliśmy się w willi TATIANA <www.willatatiana.pl> miejsce które serdecznie polecamy za jego położenie i klimat jaki panuje w środku. Cenowo łatwo się z nimi negocjuje, a miejsce nie jest aż tak wyselekcjonowane jak na zdjęciach. Lubię ładne miejsca, przyjemne, domowe i ciepłe które ewidentnie oddają atmosferę miejsca w którym mamy się wakacjować. Nie lubię molochów, hoteli 5*, gdzie wstydzę się wyjść w dresie na śniadanie, a z make-upem powinno iść się do łóżka, bo tak wypada. Kochamy miejsca z klimatem, agroturystyki z prawdziwego zdarzenia, jeziora, domy z bala, drewniane chatki, kozy, krowy na podwórku i zapach trawy! Kocham odstawić samochód na parking i nie tykać go przez cały czas odpoczynku, chce się szlajać i szlajać, po uliczkach, parkach szlakach i knajpkach. W końcu to wakacje i mają być zawsze w trybie SLOW!

Ovrfa

 

Nie myślałam że wypad z tymi gagatkami może być taki SLOW, taki FUN, i taki FULL OF LOVE.

Było bez spiny treningowej, głównie ja odpuściłam, ale łażenie po górach z plecakami w postaci dzieciaków potraktowałam jak dobry trening. A fakt że chodziliśmy spać koło 23 wskazuje na to że chyba faktycznie tak było. 19 kilometrów po betonie do morskiego oka i z powrotem naprzemiennie z Zośką i Stasiem na plecach, pchając wózek z prawdziwym plecakiem poczuliśmy wieczorem w nogach. Ponad 20 godzin chodzenia, dwa dni deszczu i mgły na 6 noclegów, myślę, że to całkiem niezły wynik jak na pierwszy raz.

Morskie Oko, fajny trening z plecakami.

 

 

GÓRY W KWIETNIU.

 

Ten kwiecień był wyjątkowy, bo prawie zupełnie zimowy. Pamiętajcie że warto sprawdzić jakie warunki panują tam wyżej. My bez raczków nie ruszaliśmy się nigdzie. Taka mała rzecz, a dzięki niej na prawdę mogliśmy wejść w przeróżne rejony tatr. I pomimo, że na dole prawdziwą wiosną aż pachniało, to an szlakach po 1-2 kilometrach robiło się zupełnie zimowo.

IMG_20180403_202244_625 IMG_20180406_210203_340

 

JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ?

  1. Zacznijcie od podjęcia decyzji że jedziecie 🙂 Łażenie z dzieckiem po górach może być na prawdę fajowe.
  2. Zakopane jest miejscem gdzie wypożyczycie większość wędrownego sprzętu. Jeżeli ruszacie się zimą czy na przełomie zimy po pierwszym dniu będziecie wiedzieć czy warto zainwestować w raki/raczki. Te drugie są uniwersalne założycie je na każdego miękkiego buta trekkingowego. Mój R wypróbował je nawet na Salomonach Crossmax-ach. Dzięki nim żadem oblodzony szlak nie będzie dla Was zagrożeniem życia, albo dwóch , jeśli wędrujecie z dzieciakami.
  3. Plecak i dwójka maluchów, jak to ogarnąć ?? No cóż, jedna osoba musi się troszkę poświęcić. I nosicie dziecko na przodzie i plecak na plecach albo dziecko na plecach i plecak na przodzie. Możecie kombinować żeby podpiąć plecak do nosidła ale u ans to nie wypaliło. Druga opcja to dojście do schroniska z wózkiem a potem krótkie wędrówki z dzieciakami w nosidłach plus mały przybornik gdzieś na biodrach.
  4. Dzieci współpracują. Uwierzcie mi nasze dwa gagatki to nie ten typ siedzący. Wszystko zależy od Was i jak im to przedstawicie. Gałązki, szyszki listki zbierane z ziemi to na prawdę fajne zabawki, a maszerujące piosenki to ekstra zabawa dla nawet 3 latki. Zosia cześć trasek pokonywała sama. Bardziej po to aby się rozgrzać i poruszać, ale nosidło zarówno jedno i drugie stało się całkiem fajną zabawą. Pierwsze krzyki zostały zażegnane innym podejściem do sprawy. Dlatego na prawdę da się przekonać te dzieciaki to tego, musicie tylko znaleźć na nie sposób. Każdy lubi być pomocnikiem, może ta wersja na nich zadziała ??
  5. Pieczątki, kartki, książeczki. Nie ma nic bardziej motywacyjnego niż pieczątka w każdym schronisku, kartki z niedźwiedziami, książeczki i odznaki. Gdy maszerowaliśmy w stronę murowańca przy -4 stopniach a dzieciaki nie były ubrane na taki ziąb. Bo była mgła, mokro i chłód naprawdę dał się odczuwać. Zosia pomimo prawie zamarzniętych stóp głosowała żeby dalej wchodzić po pieczątki. Bo jak to ma wrócić do dom bez ??

7TZYp

Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
IMG_20180406_205345_162
Trasa do Murowańca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

FRAJDA FRAJDA FRAJDA… Góry mogą być na prawdę fajne, dla rodziców to ciężka praca z dodatkowym obciążeniem. Dla dzieciaków to natura, drzewa, skały, wodospady, kwiatki, szyszki, liście, mchy i zwierzęce ślady. Żcie tułającego się ludka może byc na prawdę przyjemne. Trzeba się tylko do niego przygotować.

JAK się przygotować ?

  • Ubranka na zmianę, i to od A do Z, zapasowe rękawiczki druga czapa, dodatkowa bluza i spodenki. Bodziaki koszulki i pieluchy na zamianę to podstawa. Dla starszej pociechy dodatkowa koszulka, bluza, gatki do przebrania, skarpetki czy rajstopy. Woreczki foliowe gdyby zaczęły przemakać Wam butki.
  • Jedzonko x3 bo uwieżcie mi te małe ludki potrafią skonsumować dużo więcej łażąc cąły dzięń po dworze.
  • repertuar piosenkowy
  • Jakaś zabawka którą łatwo złapać w rączkę podczas gdy maluch jest w nosidle.
  • Coś do „ciumkania” w razie totalnej awarii humoru 🙂 czyli tego jedzonko które dziecko samo może jeść
Pamiętajcie !! Że na przełomie dwóch pór roku, możecie zastać inne warunki na dole a zupełnie inne na górze. Im wyżej w górę tym zimniej !! Możecie zacząć wchodzić wiosną ( tak jak my kiedy szliśmy nad Morskie oko), a skończyć totalną zimą! 

IMG_20180404_185643_153



Zaczynamy wędrówkę.


I ją kończymy:

cof

CZY WARTO ?

Zastanawiasz się, czy góry są dla Ciebie ?!

Pewnie że tak! Zacznijcei od spokojnych dolinek miejsc gdzie możecie przejść część trasy z wózkiem, a potem przetransportować Wasze pociechy w nosidłach i innych noszących gadżetach (chusty itp). Potem w miarę chodzenia, zaczniecie wybierać sobie trudniejsze trasy, dłuższe, bardziej widowiskowe. Przy dzieciach nauczyłam się, że jest JEDNA zasada jeśli wprowadza się NOWOŚCI w ich życie. Musimy podejść do sprawy z workiem CIERPLIWOŚCI, NA SPOKOJNIE i STOPNIOWO WPROWADZAĆ NOWE RZECZY!

Robicie tak przy wprowadzaniu nowego jedzenia, uczeniu dzieciaków spania w określonych godzinach, wprowadzaniu innych aktywności. Róbcie TAK TEŻ kiedy chcecie brać udział w Waszych aktywnościach, żeby zaczęły z Wami biegać, trenować, czy też łazić po górach !

6vwMi

No to co?! Plecaki na plecy i nie zastanawiajcie się dłużej ! Góry są dla KAŻDEGO! Pamiętajcie tylko o byciu rozważnym i przygotujcie się do tego jak należy.

 

Biegająca Bio Mama.

selfp

DOMOWA CHAŁWA. Zdradze Wam sekret!

DIETA PRZEPISY

DOMOWA CHAŁWA. Zdradze Wam sekret!

DSC_0443
Przepis jest banalnie prosty, powiedziałabym, że jest tak prosty, że aż nie wypada nazywać go przepisem 🙂
Składniki na moją chałwę przywożę zawsze z Cypru, ale nie bójcie się, dostaniecie je w każdym eko-sklepie. Karob musicie kupować w płynnej formie, z tego co widziałam te w polskich sklepach to zazwyczaj melasy karobowe. Nie używałam ich ponieważ nasz karob przywożę z Cypru i nie piszę na nim żeby była to melasa, niemniej jednak myślę, że to jedno i to samo. Ewentualnie melasa może być ciupkę intensywniejsza w smaku.

DSC_0437

Ale co to jest ten karob? Karob, inaczej melasa karobowa to nic innego jak zdrowy zastępcą słodzików i czekolady, znany dobrze alergikom, nie zawiera glukozy. Jest kopalnią minerałów i witamin, zawiera bardzo dużo manganu, miedzi (2 łyżeczki zaspakajają niemal 20% dziennego zapotrzebowania na te składniki) Po za tym jest bogaty w żelazo, wapń, potas, magnez i witaminę B6 (2 łyżeczki zaspakajają około 10% dziennego zapotrzebowania na te składniki) oraz selen. Zawiera ważne dla naszego organizmu witaminy A, B2, B3 i witaminę D.

Warto wprowadzić ten składnik do codziennej diety Waszej i Waszych maluchów ponieważ jest bogaty w wapń. Dla Waszych dzieciaków to źródło dla mocnych kości i zębów, a dla Nas i osób starszych profilaktyka przed osteoporozą.

Ponadto karob wspomaga i reguluje trawienie. Można go stosować przy zaburzeniach jelitowo-żołądkowych, nawet przy refluksie. Na Cyprze stosowany jest leczniczo u osób starszych, aby wyregulować im przemianę materii, która w podeszłym wieku jest w gorszym stanie.

Po za tym substancje czynne zawarte w melasie karobowej mają działanie wykrztuśne, więc działa pomocnie w leczeniu kaszlu i grypy.

CIEKAWOSTKA DLA WASZYCH MALUCHÓW:

Wiecie jakie zwierzaki jadają karob ?? 

WIELBŁĄDY :)

20171027_142709

Domowa Chałwa. Cała filozofia.

DSC_0434

Do domowej chałwy potrzebujecie aż 2 składników
Składniki:
  • tahina – pasta sezamowa, jasna. Ciemna ma mocniejszy smak, bardziej podprażony. My używamy takiej ekologicznej i oczywiście bez żadnych dodatków, czyli 100% sezam.
  • karob – melasa karobowa.
Co dalej?

Mieszamy ze sobą w proporcjach 1:1 tahinę i karob. Robimy to w jakimś ładnym naczyniu 🙂 My lubimy nasze chałwy konsumować z fajnych kieliszków. I wciągamy wylizując do samego końca. Taka chałwa to na prawdę samo zdrowie. Nie jest ona małokaloryczna bo tahina, tak samo jak orzechy i masła orzechowe, ma duzo kalorii, więc Ci którzy kontrolują swoja wagę muszą o tym myśleć. Reszta niech ja kiedy tylko zechce, bo zawiera tylko to co dla nas dobre.

DSC_0448

Znam takich którzy stosują domową chałwę zamiast nutelli. Czyli smarują dzieciakom kanapki tym chałwowym cackiem.

Odważni, którzy chcą aby chałwa miała twardą konsystencje, mogą spróbować wysuszyć ją w piekarniku na dosyć niskiej temp przez dług czas. Ja jednak wolę tą maślaną konsystencję domowej chałwy, którą mogę zajadać łyżkami 🙂

 

SMACZNEGO!

 

Biegająca Bio Mama.

Capri Care 2, mleko modyfikowane idealne ?

DIETA POLECANE

Capri Care 2, mleko modyfikowane idealne ?

Wiem, że mleko modyfikowane idealnie nie istnieje. I temu też wiele brakuje do ideału. Pewnie, że wolałabym aby głównym składnikiem było hydrolizowane białko mleka, no i żeby oczywiście miało zielony listek, który zarówno dla mnie jak i dla wielu z Was jest wyznacznikiem ekologii i świadczy o tym że dany produkt jest w pełni ekologiczny.

Jednak spośród całej gamy mlek modyfikowanych to jedno na prawdę przekonało mnie do siebie. Ale zacznijmy od początku.

Są różne powody dla dla których odstawiamy nasze maluchy od piersi. Każda z nas wie jednak że nic nie zastąpi dziecku mleka matki, w szczególności w tym pierwszym półroczu. Ale bywa że  nie możemy karmić dzieci piersią lub nie chcemy tego robić z jakiegoś powodu, jest to rzecz indywidualna, którą musimy uszanować. Jednak skoro już tutaj jesteście to szukacie najmniejszego zła dla Waszych bąbli, które z jakiegoś powodu nie są karmione piersią.

DSC_0845

W moim mniemaniu co najmniej połowa mlek modyfikowanych na naszym rynku składem przypomina bardziej paczkę żelek a nie coś co ma być dla naszych maluchów „NAJLEPSZE”, dlatego już przy Zosi poświeciłam sporą ilość czasu i stworzyłam dla Was wpis który miał pomóc w dokonywaniu wyboru mleka modyfikowanego. Zrobiła się pod nim niezła „kłótnia” co mnie bardzo cieszy bo dzięki Wam i z Wami dowiedziałam się wielu nowych rzeczy. Każda z Was patrzyła na ten sam temat swoimi oczami, dzięki czemu wynalazła, odnalazła Niesamowite jest też to że na prawdę ogromną cześć z Was sprawdza składy produktów i jest bardzo świadoma swoich żywieniowych wyborów.

<SKOK W BOK: „CAŁA PRAWDA O MLEKU MODYFIKOWANYM.” >

Odkąd mój Stasiu odstawił pierś w ciągu dnia bardzo płynnie, a moje nieprzespane noce sprawiały że stawałam się nieprzyjemna dla otoczenia zaczęłam na nowo wertować ofertę mlek modyfikowanych na naszym runku. I nie będę ukrywać, że mleko które my dzisiaj używamy znam DZIĘKI WAM !  Nie wiem czy przy Zosi za mało szukałam, czy mleka modyfikowane na bazie mleka koziego dopiero od niedawna pokazały się na naszym rynku, albo po prostu stały się bardziej dostępne i dlatego łatwiej je teraz odnaleźć. Jednak pojawiły się i to w całkiem sporej ilości. Dlatego myślę, że niebawem powstanie kolejny post dlaczego mleko modyfikowane na bazie mleka koziego jest lepsze od tego które zostało wyprodukowane na bazie mleka krowiego. Niemniej jednak na razie przedstawię Wam „nasze” mleko.

DSC_0844

CAPRICARE 2, dlaczego akurat to.

 

To mleko jak pisałam wcześniej poznałam dzięki Wam 🙂 To właśnie Wy daliście mi o nim znać pod moim pierwszym postem, który wywołał niesamowicie konstruktywną dyskusję, za co również Wam dziękuję. Powiem szczerze, że od razu przykuły moją uwagę mleka które polecaliście na bazie mleka koziego, ale to jedyne wydawało mi się najsensowniejsze składem.

 

Dlaczego ?

  • Po pierwsze mleko kozie. na ten temat powstanie odrębny post, dlatego nie będę się zbytnio rozwodzić w temacie, ale po krótce. Mleko kozie jest bardziej zbliżone do składu mleka matki, również wydziela jest w podobny sposób do mleka kobiecego (wydzielanie apokrynowe, w trakcie którego kropelki mleka oddzielają się od komórki wraz z jej fragmentem) dzięki czemu  zawiera więcej naturalnych składników bioaktywnych (np. wolne aminokwasy czy nukleotydy). Profil kazeiny w mleku kozim dużo bardziej przypomina mleko matki. Ponadto profil ten powoduje, że mleko kozie tworzy delikatniejszy skrzep kazeinowy w brzuchu maluszka, przez co jest lepiej trawione. Jest lekkostrawne bo zawiera krótki i średnie łańcuchy kwasów tłuszczowych. Dodatkowo zawiera dużo mniejsze ilości białka α-s1 kazeina, odpowiedzialnego za powstawanie alergii.
  • Po drugie nie zawiera MALTODEKSTRYNY! Niestety większość ekologicznych braci CapirCare 2, czyli mm bazujących na mleku kozim zawierają maltodekstrynę. Dlaczego macie jej unikać w dziecięcych mieszankach pisałam już wcześniej. Dla przypomnienia powiem że ma wysoki indeks glikemiczny co powoduje szybki wzrost cukrów we krwi, jest tanim preparatem skrobiowym.
  • Po trzecie nie zawiera oleju palmowego. Któraś z Was napisała mi, że nie utwardzony tłuszcz palmowy jest źródłem kwasu palmitynowego. Tak, ale kwas palmitynowy pochodzący od oleju palmowego ma inna postać niż kwas palmitynowy w mleku mamy. CO za tym idzie? Jest coraz więcej badań które wykazują, że kwas pochodzący z oleju palmowego nie jest dobrze wchłanialny, a do tego tworzy słabo rozpuszczalne kompleksy z wapniem, co zwiększa straty z kałem zarówno wapnia, jak i tłuszczu. Dodatkowo mieszanki które zawierają stosunkowo dużo kwasu palmitynowego mogą powodować zatwardzenie.
  • Po czwarte pochodzi z Nowej Zelandii. I tak jak w przypadku owoców i warzyw, nie jestem zwolennikiem jedzenia tego co jest z za wielu mórz. Tak w przypadku tego mleka jego pochodzenie jest kolejną rzeczą która do mnie przemawia. Jedyne czego mu brakowało według mnie to ten zielony listek, świadczący o jego ekologiczności. Jednak fakt że produkowane jest w Nowej Zelandii sprawia wrażenie, że w całkiem sporym stopniu jest one produkowane w na prawdę ekologiczny sposób. Nowa Zelandia uznawana za jedne z  najczystszych terenów świata. Dodatkowo producent zapewnia ( w co już wierzę z przymrużeniem oka), że wszystkie gospodarstwa specjalizują się w dostarczaniu mleka tylko i wyłącznie dla CapriCare, dzięki czemu jakość surowca jest w łatwy i częsty sposób kontrolowana. Kozy mieszkają w dużych zagrodach, a ich pożywieniem jest tylko i wyłącznie trawa która w Nowej Zelandii rośnie przez 10 miesięcy w roku, dzięki czemu zapewnia niemal stały dostęp do po świeżego pożywienia.
  • Na koniec, mleko to jest produkowane z pełnego mleka koziego, co sprawia że sam proces produkcji jest znacznie skrócony. W ten sposób zachowujemy dobroczynne właściwości mleka koziego i skracamy proces modyfikacji składników do minimum.

DSC_0850

MOJA RADA: Używajcie butelek szklanych do mleka! W mojej całej matczynej karierze zrobiłam raz mleko w plastikowej butelce, kiedy byliśmy gdzieś w rozjazdach i nie wierzyłam jaki osad robi się na ściankach tejże butelki! Trudniej utrzymać czystość w butelkach plastikowych, porządnie je myjąc rysujemy ścianki a przez to powstają mikro-szczeliny które są siedliskiem chorobotwórczych drobnoustrojów! Pamiętajcie też że BPA FREE nie oznacza że butelka jest nieszkodliwa. Najnowsze badania podają, że innego typu bisfenole (użyte w butelkach BPA FREE) również źle wpływają na nasze  zdrowie i rozwój naszych dzieci! WYBIERZCIE TO CO NAJLEPSZE, czyli SZKŁO !!!

 

DSC_0900

PYTANIA I ODPOWIEDZI.

Zapewne wiele z Was zastanawia się jak to jest, jak mleko smakuje, czy dzieci pija je bez problemu. Dlatego odpowiem Wam tak w skrócie na pytania które wydawały mi się kluczowe kiedy podejmowałam decyzję o przestawieniu Stasia na CapriCare 2.

Jak smakuje mleko kozie?

Powiem szczerze, że nie jestem wielbicielką mlek modyfikowanych i tak jak dla niektórych są one smaczne dla mnie jakby to moja córka powiedziała są „oleśne”. Odpowiadając jednak na pytanie jak najbardziej obiektywnie jak potrafię mleko jest smaczne. Jest delikatnie słodkie, nie czuć posmaku koziego, albo ja i moje dzieci go nie czujemy. Nie różnie się znacznie od mieszanek krowich jeśli chodzi o smak. Moja Zosia zawsze kiedy zrobi mleko Stasiowi musi na koniec jedną łyżkę załadować do buzi (nie, nie tą samą którą odmierzamy miarki dla Stasia i nie wkłada jej oblizanej z powrotem do puszki 😉 )

 

Czy ciężko dziecko przestawić?

Mój Stasiu na początku swojej przygody z mm, dostał parę butelek Bebilon H.A., po czym bardzo płynnie i bez jakiegokolwiek grymasu przestawiony został na CapriCare 2. Myślę, że smak mleka nie odbiega mocno od tych mieszanek krowich. Jednak nigdy nie miałam do czynienia z produktami Nestle, Bebiko, czy Enfamil. Zawierają one dużo przetworzonych cukrów, więc mogą być słodsze. Dla dzieci bardziej opornych niż mój Staś, producent proponuje zastępowanie pojedynczych miarek mleka modyfikowanego które dotychczas używacie na mleko CapriCare. Czyli zamiast 8 miarek „waszego” mm, dajecie na przykład ich tylko 6 i 2 pozostałe miarki zastępujecie mlekiem CapriCare. Z dnia na dzień zwiększacie ilość miarek Capri Care, a zmniejszacie ilość miarek „waszego” dotychczasowego mleka.  Jednak po opinii mojej starszej córki i mojej myślę że będzie to równie łatwe jak w przypadku mojego Staśka.

 

Czy CapriCare 2 kosztuje fortunę ?

I tu Was zaskoczę, właśnie NIE ! Puszka mleka 400 g kosztuje w zależności od tego gdzie kupujecie około 35 zł. Wydaje mi się, że jest to na prawdę przyzwoita cena. Porównywalnie mogę napisać że 400 g mleka koziego Holle na przykład ( jest ono ekologiczne) około 50 zł a zawiera w swoim składzie maltodekstrynę, przez którą na Holle właśnie się nie zdecydowałam.

Czy na pewno mleko modyfikowane kozie jest dobre dla mojego dziecka?

Ponad 4 lata temu producent mleka Capricare przeprowadził badania kliniczne, które wykazały, że mleko kozie jest odpowiednim źródłem białka do produkcji mleka początkowego. Od tego czasu powstała rewolucja w produkcji mlek modyfikowanych dla niemowląt.

Mleko Capri Care 2 jest w pełni wartościowym mlekiem, które możecie wykorzystać do karmienia dzieci po 6 miesiącu życia ( na rynku istnieje również mleko Capri Care 1, które wykorzystywać możecie do karmienia dzieci przed 6 miesiącem życia) Jest mlekiem kompletnym pod względem składników odżywczych, oraz przebadanym klinicznie.

 

DSC_0899

PAMIETAJCIE !

Świadomy wybór mleka modyfikowanego powinien opierać się na wiedzy dotyczącej składu mleka i metody wytwarzania. Chcąc przybliżyć jego skład jak najbardziej do mleka matki powstały mieszanki na bazie mleka koziego, które w znacznym stopniu są lepsze dla naszych maluchów. Korzystajmy z tego co daje nam natura, a nie ogromne koncerny.

 

DSC_0895

Zdrowych brzuszków!

Biegajaca Bio Mama.

BIEGAM Z WÓZKIEM – POSTAWA. 3 lata biegania – nie jestem fizjoterapeutą ale coś Wam na ten temat powiem.

AKTYWNA MAMA BIEGANIE

BIEGAM Z WÓZKIEM – POSTAWA. 3 lata biegania – nie jestem fizjoterapeutą ale coś Wam na ten temat powiem.

DSC_0176 2

3 lata. Szybciej, wolniej, z wózkiem, z przyczepką. We dwoje, a nawet we troje. Totalnie na luzie, albo robiąc konkretną jednostkę treningową. Dla przyjemności, startując w zawodach. Tak od 3 lat biegam z wózkiem i nie zapowiada się abym miała z tym dosyć szybko skończyć.

 

Każdy trening był inny, na każdym kilometrze czułam się inaczej. Były dni euforii, kiedy biegało mi się cudownie, lekko i w pełni sił, bywały też dni kiedy chciałam rzucić to wszystko,  kupić sobie tabliczkę czekolady i spacerować z kawą i wózkiem, zamiast lecieć w śniegu pod wiatr jak ta nienormalna MATKA. Niemniej jednak trzy lata biegania pchając trzy kołowca pozwala mi powiedzieć Wam co nieco na ten temat. Tak na luzie z mojego doświadczenia, nie z punktu widzenia fizjoterapeuty, lekarza itp. Mówię Wam jako JA, matka biegająca z wózkiem, która na podstawie swojego doświadczenia i swojej wiedzy o treningu, anatomii i fizjologii wysiłku ma ochotę zdradzić Wam parę ciekawych ”trików, triczków” jesli chodzi o bieganie z maluchami.

foto-bnos16_01_mta_20161111_135520_4-01

JAK ZACZĄĆ ??

  1. Po pierwsze, NA SPOKOJNIE. Nie tylko wy musicie się przyzwyczaić do biegania z wózkiem, czy przyczepką (obciążenie dla Waszego organizmu, zaczynają pracować inne mięśnie), ale też wasze maluchy. Z jednymi od razu będziecie mogli siekać kilometry, z innymi zajmie Wam chwilę żeby je do tego przyzwyczaić.
  2. SYSTEMATYCZNOŚĆ I KONSEKWENCJA. Tak jak w wychowaniu te dwie kwestie są najważniejsze, tak samo ma się to do biegania. I TAK nawet te najbardziej oporne dzieciaki mozecie przyzwyczaic do biegania w wózku. Jakkolwiek problematyczne są nasze dzieci, uwieżcie mi że da się je ustawić do nas. Wystarczy konsekwencja, NASZA CIERPLIWOŚĆ i systematyczność. Moja Zosia była wózkowym „anty-talenciem”, nie mogła usiedzieć zapięta w pasy dłużej niż 5 minut. A jednak udało się i zrobiłyśmy wspólnie wieleeeee kilometrów. Zaczęłyśmy od  biegania gdy zbliżał się czas jej drzemki, odjeżdżała w wózku i spała przez większość treningu, a ja w końcu nie wyglądałam jak ta sfrustrowana matka która musi telepać wózkiem jakbyśmy jechały po kocich łbach. Ten sposób jest najbezpieczniejszy jeśli chodzi o początki biegania. Jeżeli Wasze maluchy nie lubią biegać, bo się np boją, za bardzo nimi telepie, wieje, czy coś innego. Zacznijcie tak jak zaczynają biegacze, czyli od MARSZOBIEGÓW. Trochę spacerujcie trochę biegajcie, zacznijcie od jednego treningu w tygodniu a potem przejdźcie do 2-3. Po jakimś czasie będziecie mogli wydłużać kilometraż, a co za tym idzie czas. Po jakimś czasie Wasze dzieciaki będą nawet współpracować przy treningach tych nie w porze drzemki, aczkolwiek mam wrażenie że prędzej czy później i tak w końcu to bieganie ich uśpi 🙂
  3. Bądźcie przygotowani na RÓŻNE SCENARIUSZE. Warto mieć ze sobą kocyk,zabawki, jedzenie i picie. U nas sprawdziły się wyciskane owocki HIPPA (dla zabieganych, ale kończą się baaaardzo szybko), owoce suszone (rodzynki, żurawina i daktyle, im mniejsze tym dłużej nasze dziecko będzie w stanie się nimi „zająć”) lub świeże owoce w woreczku pokrojone (tutaj uwaga woreczek musi być tak podany żeby nie było co chwile afery że nie może wyciągnąć owoców, a pokrojone dlatego ze dłużej schodzi ze zjedzeniem banana, czy jabłka) i woda ( z której często ja korzystałam). Ulubione zabawki zawsze były zapakowane na dnie wózka, czasami nosidło jak zapowiadało się na AFERĘ, a nie trening i zawsze coś cieplejszego dla mnie do ubrania chyba że biegałyśmy w lecie. Czasami maluchy tez mają gorszy dzień i odmówią Wam posłuszeństwa, miejcie wtedy kurtkę do zarzucenia gdybyście musieli wracać spacerkiem. Ja w swojej trzy letniej karierze miałam takich treningów dosłownie kilka, mogłabym je zliczyć na palcach jednej ręki. Więc na prawdę wszystko leży w waszych rękach by na swój sposób przekabacić Waszego malca do współpracy.

DSC_0209 (1)

DSC_0478

JAK I GDZIE  BIEGAĆ?

O pozycji i fizjologi wysiłku podczas biegania z wózkiem stworzyłam osobnego posta z zaprzyjaźnionym nam fizjoterapeutom Konradem Sulikiem. Posta znajdziecie tu <BIEGAM Z WÓZKIEM - jak biegać? Dla Was zapytałam się o to fizjoterapeuty.>

DSC_0860 (1)

Na co zwrócić uwagę z mojego punktu widzenia? Zaczynajmy:

  1. Biegajcie jak NAJBLIŻEJ wózka. Pracują wtedy dodatkowo mięśnie brzucha i nie obciążacie tak kręgosłupa gdy pchając wózek jesteście daleko od niego. Im bliżej wózka biegamy tym lżej się biega. Mamy naturalną sylwetkę biegową, nie „wisimy na wózku”.
  2. Fajny gadżetem, który może wydawać się nawet niezbędny jest przybornik który zapina się na rzepy na rączkę. Jest to taka mini TORBA, która ma miejsce na dwie butelki wody – dla ciebie i malca w środku.Oraz zamykaną kieszonkę, do której zmieścisz, ewentualne chusteczki, kluczyki do auta, telefon i jakiegoś smakołyka. Dzięki temu najważniejsze rzeczy są pod ręką i możecie je podrzucać dzieciakom w czasie biegu, bez zbędnego zatrzymywania się.
  3. Jeżeli Wasze maluchy lubią mieć, smoka lub wodę przy sobie koniecznie znajdźcie jakiś patent żeby te rzeczy do nich w jakikolwiek sposób przyczepić 🙂 Na krótszym czy dłuższym „sznurku” ale zaoszczędzi Wam to zbędnego schylania się co jakiś czas podczas biegu. To samo z zabawkami! Koniecznie takie które da się przyczepić. No chyba że Wasze maluchy są już na tyle duże, że rozumieją słowo NIE 🙂 Ja osobiście nie używałam tacki do wózka, ale podobno jest też całkiem pozytywnym gadżetem, jednak według mnie to gadżet nie do końca „niezbędny”.
  4. Wysoka kadencja sprzyja bieganiu z wózkiem, biegnie się lżej i „słodki ciężar” który pchamy przed sobą wydaje nam się choć ciut-kę lżejszy.
  5. Gdzie biegamy ? WSZĘDZIE!!! Nasze dzieciaki biegały z nami po całkiem sporych górkach (tam weźcie najlepiej męską stronę rodziny, niech ONI PCHAJĄ! ), lasach, ścieżkach, asfalcie i każdej nawierzchni jaką napotkaliśmy. Śnieg, lód nie jest przeszkodą. Ba, nawet jesteście bezpieczniejsi biegającą z wózkiem po śliskiej nawierzchni bo… cały czas trzymacie się całkiem stabilnego trzykołowca. Jedyne co może przeszkadzać przy bieganiu z wózkiem to BŁOTO, koła wpadają do środka, zakopują się i biega się na prawdę ciężko. Podobnie jest z wiatrem, zdecydowanie polecam bieganie w bezwietrzne dni lub z … wiatrem 🙂 Nasz Ironman ze swoim daszkiem zachowuje się jak cąłkiem spory żagiel, z którego nie ma jak uciec powietrze. Łapiemy więc je do środka i walczymy z nim przez cały bieg. W wietrzne nie upalne dni sprawdza się osłonka przeciwdeszczowa, jednak ja tą używałam tylko w zimę.

20160118_112346

20160118_113833

I pewnie mogłabym tak przez parę dni mieć ten post otwarty i dopisywać co rusz coś co mi się przypomni, jednak chcę być bardziej systematyczna w blogowej sferze więc wrzucam go takim jaki jest. A jak macie pytania, nawet te najbardziej błahe, dotyczące biegania z trzykołowcem piszcie w komentarzach. Stworzymy kolejny post, albo zrobimy za jakiś czas mały EDIT.

 

TO CO, GOTOWI ??? 🙂

 

20151230_165009

Biegająca Bio Mama.

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

„Jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”.

Zainspirowali mnie do tego posta nasi Panowie, którzy z pasji potrafią wyciągnąć to co najlepsze.

IMG_20170324_235314_136

I dziwić się, że anemia lubi trzymać się kobiet, że przetrenowanie w naszym życiu częściej się pojawia niż w męskim świecie, że to my częściej mówimy nie mam siły na trening, nie dam rady zrobić tych interwałów. Opowiem wam dwie historie, „jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”. Ciekawi mnie czy znacie te sytuacje z autopsji, czy to tylko w moim świecie tak jest i to ja powinnam nad sobą popracować ??

 

„Jego trenowanie”.

Ma jeden, czy dwa treningi, nie ważne zawsze na nie znajdzie czas. Kobieta walczy o to aby było to dostosowane do życia rodzinnego i w pewnym momencie panowie uczą się i potrafią sobie to tak zorganizować. Niemniej jednak co ma być zrobione, to zrobione będzie i taki jest ich świat. On potrafi zrezygnować z piwa z kolegami, kina z żoną i kolacji w restauracji na rzecz treningu i nie żałuje tego w przeciwieństwie do niej, która pomimo, że kocha trenować, to życie towarzyskie też kocha, a wino z przyjaciółką to już w ogóle. On wychodzi na trening, ma totalny reset. Biega. Myśli o startach, kolejnych treningach. Analizuje tempo, tętno i całą masę innych kwestii treningowo-rozwojowych. Po treningu wraca, rozciągnie się, wy-rolluje. Zgra trening, zanalizuje go od A do Z. Wie nad czym musi popracować, planuje postępy i kolejne treningi w głowie. W spokoju usiądzie, ostygnie wyciągnie świeże rzeczy z szafy i pójdzie pod zasłużony prysznic. Zrobi sobie po-treningowy koktajl, wypije, usiądzie i się zregeneruje. Nie lubi kiedy po treningu musi coś robić. Zawsze się od tego wywinie, albo odłoży na później. Będzie przysięgał zrobienie i jakoś przez przypadek wypadnie mu to z głowy. Oczywiście są sytuację kiedy panowie też potrafią w szybkim tempie się wykąpać, ogarnąć dziecko i siebie, albo ewentualne zadania. Jednak to nie jest ich dzień powszedni, tych dni nie lubią, są poddenerwowani.

Jego trenowanie to jego mekka, mała cześć jego życia do której wpuszcza kobietę, ale tylko powierzchownie. Pokazuje progres i to z czego jest dumny. Reszta to jego mała tajemnica, to jego pudełko do którego nie masz wstępu. O treningach, trenowaniu, startach i ewentualnych planach z kumplami potrafi rozmawiać cały dzień, albo i dwa. To jego prawdziwa pasja i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Cieszy go każde nowe wyzwanie, postęp. Cieszą go te analizy, pomiary mocy, gadżety, które ma, które są w zasięgu ręki, a na które musi jeszcze długo poczekać. Czerpie  z tego prawdziwą i szczerą przyjemność, raduje się tym, pielęgnuje ten związek, poświęca mu cały swój wolny czas. Te treningowe cyferki są lepsze od imprezy, regeneracja i całą treningowa otoczka lepsza od wypadu do kina, a sam trening lepszy od…. no mam nadzieję że nie nas 🙂

IMG_20160712_164452

 

„Jej trenowanie”.

Niezależnie od ilości treningów, zawsze wplecie je między obowiązki rodzinne. Myśli o tym żeby on też miał czas na swój trening, należy do tych którzy prędzej zrezygnują ze swojego na rzecz innych. Jak dziecko poprosi by została, długo się będzie zastanawiać czy nie posłuchać. Czasami miewa wyrzuty sumienia, kiedy robi swoje, ale dzielnie próbuje walczyć z milionem myśli w swojej głowie. Nie potrafi zrezygnować z wina z koleżanką na rzecz wieczornego biegania, albo drugiego treningu. Przecież nic się stanie jeśli opuści tylko jedną jednostkę treningową, a tak dawno nie widziała się z „Justyną” przecież i to winko na pewno nie zaszkodzi. Ona wychodząc na trening, dotlenia się, resetuje, ale tylko przez chwilę. Po kilku kilometrach jej głowa jest pełna pomysłów, planów na dzień i obiad. Zastanawia się jakie ciasto upiec, co kupić w spożywczym, jak zmienić ten kącik dla małej. Myśli przelatują przez jej głowę prędkością światła, zmienia tematy co kilka kroków. Jak ma jakąś trudniejszą jednostkę treningową do zrobienia, lepiej na tym wychodzi, ma mniej czasu na myślenie. Trzeba spiąć pośladki i dać z siebie wszystko, więc tak robi, ciężko oddychając i totalnie się resetując. Nie ważne, czy schodzi z roweru, wraca z biegania, zanim się rozciągnie potrafi wysadzić dziecko, w jej głowie lista rzeczy do zrobienia zaczyna krzyczeć. Rozciąganie więc robi na szybkiego, bo trzeba, zapominając jak ważne jest ono w treningu wytrzymałości-owca. Później będzie płakać, że boli,a le przecież teraz jej mózg nie pozwala jej na relaks. „Relaksowała” się przecież biegając, pływając czy jeżdżąc na rowerze. Teraz jest czas by powrócić to codziennego kieratu, dlatego nie ściągając jeszcze biegowych ciuchów, szatkuję już cebulkę do makaronu, na który wodę wstawiła zanim zaczęła się rozciągać. W między czasie kiedy sos się gotuje ona wskakuje pod turbo szybki prysznic, nie zawsze myjąc głowę po każdym treningu. Na szczęście się nie poci i związane w kitę po lekkim treningu wyglądają całkiem okej. Dlatego lubi basen wtedy zawsze jest czas na umycie tych długich włosów. Oczywiście trening zgrywa wtedy kiedy sobie o tym przypomni, często włączając zegarek przed kolejnym. Niby zna się na tych cyferkach, tempach i progresie, ale nie ma czasu tego analizować i nie wiadomo czy ją to faktycznie mało interesuje, czy po prostu stała się wobec tego ignorantką nie z wyboru. Nie mniej jednak nie ma czasu by się nad tym zastawiać, chciała przecież dzisiaj jeszcze ogarnąć firmę, zrobić pranie, posprzątać tam za chlebakiem bo ostatnio widziała pełno okruchów, a zaraz trzeba lecieć po młodą do dzieci. Po treningu ma zawsze milion rzeczy do zrobienia, często zaczyna kilka na raz nie kończąc tak na prawdę żadnej. Te treningi, ten „czas wolny”, pozwalają jej na odlot w kosmos jej myśli. Dlatego po treningu ta burza mózgów nie wie do czego najpierw włożyć swoje ręce. Lata z kąta w kąt, podnosząc wszystko z podłogi, myjąc lustro, albo baterie stojąc pod prysznicem, odkurza gotując obiad. Nie ma chwili wytchnienia, tego relaksu po czy spokojnego rozciągania. Umie wytrzymać w oazie spokoju przez kilka minut, a potem zaczyna szaleć.

Co jest najsmutniejsze, że same sobie takie życie tworzymy. Dom by się nie zawalił bez jej przypływu po-treningowej energii i nagłego sprzątania. Obiad też by się ugotował w spokojniejszych warunkach. Dziecko poradziło by sobie z nocnikiem podczas jej rozciągania. Świat by się nie zawalił gdyby usiadła na te 15 minut po treningu z nogami w górze i odpoczęła. Ale to ta nasza okropna głowa nie pozwala nam się relaksować, tak bez powodu, bez celu i z pustą głową. Styki się palą i nie niczym ich nie umiem ugasić.

 

 

Dlatego…

szczerze Wam tego Panowie zazdroszczę!

IMG_20160807_223543

 

O.

Kokosowa jaglanka – dla małych i dużych.

DIETA PRZEPISY

Kokosowa jaglanka – dla małych i dużych.

W drugiej ciąży zresztą jak i w pierwszej mleko kokosowe było moim wrogiem. W szczególności w pierwszym trymetrze. Tym razem przeprosiłam się z nim dużo wcześniej niż myślałam, bo wczoraj, a nadal chodzę z brzuchem. Po pierwszej ciąży mleko kokosowe wprowadziłam do mojego jadłospisu na nowo, długo długo po porodzie. No ale nie o mleku kokosowym miało być tylko o jaglance.

To, że jaglanka teraz jest jednym z ulubionych dań wszystkich Instagram-owców to chyba wiemy, ale mi brakowało jakiejś jej nowej, fajnej i smacznej wersji. Zazwyczaj jadałam ją z cynamonem orzechami i syropem klonowym, ale ostatnio mi się przejadła i też nie za często gościła na moim śniadaniowym talerzu ostatnimi czasy.

Trochę przez przypadek, trochę dlatego że chciałam ją osłodzić młodej jakimiś suszonymi owocami, a nie syropem i trochę bo nie było nic w domu. Na talerz wjechała moja nowa wersja na prawdę przepysznej kokosowej jaglanki.

 

Kto ma ochotę zrobić ją jutro na śniadanie ??

IMG_20170323_092937_386

 

Składniki: 

  • 1 szklanka kaszy jaglanej
  • 1 szklanka wody
  • 1 szklanka mleka kokosowego
  • garść rodzynek
  • jabłko obrane i pokrojone w kosteczkę
  • 1/2 łyżeczki cynamonu
  • szczypta kurkumy

 

Kasze jaglaną prażymy delikatnie w suchym garnku. Kiedy się przypraży zalewamy zimną wodą i płuczemy kilka razy. W ten sposób traci ona swoją gorycz. Do przepłukanej delikatnie podprażonej kaszy wlewamy mleko kokosowe i wodę, zagotowujemy. Gdy wszystko się zagotuje, skręcamy ogień i na bardzo delikatnym ogniu dajemy jej dość ( ma wchłonąć całą wodę z mlekiem). W między czasie wrzucamy rodzynki, cynamon i kurkumę. Gotujemy parę minut, po czym dorzucamy jabłka i czekamy aż wszystko wciągnie wodę. Odstawiamy na parę minut jeszcze pod przykrywką i podajemy wszystkim głodomorom, małym i dużym.

Ja swoją oprószyłam na koniec domową granolą, na którą przepis znajdziecie

< TUTAJ> . Zosia zjadła bez żadnych dodatków.

 

SMACZNEGO !

Półtoraroczniak – nasz najlepszy zakup, czyli rowerek biegowy od Milly Mally.

Bez kategorii CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE POLECANE

Półtoraroczniak – nasz najlepszy zakup, czyli rowerek biegowy od Milly Mally.

 

Słońce coraz częściej pokazuje się za oknem, po śniegu zostały tylko wspomnienia. A że zima była całkiem długa i zimowa w tym roku to wraz z promieniami słonecznymi i cieplejszymi dniami chce się wyjść na dwór. Robić cokolwiek, pobiegać, na rower, poczuć namiastkę lata i nadchodzącego sezonu. To samo myślę czuja nasze dzieci, które po zimowych popołudniach w domu, kiedy za oknem szybko robiło się ciemno, chcą wybiec na dwór i szaleć na świeżym powietrzu.

Kupiliśmy go przypadkiem, zupełnie przypadkiem na targach rowerowych w Kielcach. Stoisko z dziecięcymi rzeczami od razu przykuło Zosi uwagę. Chodziki, autka, rowerki biegowe, była tego cała masa. Ale gdzieś tam ciut dalej niż w zasięgu ręki wisiał ON. Piękny, kolorowy, z 4 kółkami, rowerek biegowy dla maluchów. Zosia wtedy półtoraroczniak, pomimo że miała już rowerek biegowy, nie nadawała się jeszcze na dwa kółka. Biegowy był dla niej za ciężki, za bardzo chwiejny i pomimo że najniższy na rynku, jeszcze jednak ciut za wysoki. Od czasu do czasu oswajaliśmy ja z nim, ale dziecko ewidentnie wołało „jeszcze chwilę mamo!” muszę do niego zwyczajnie dorosnąć.

20160929_173709-01

Orion od Milly Mally to inna bajka, jest leciutki, ma 4 kółka, więc jest stabilny jak zwykłe jeździki dla niemowlaków, a jednak nawiązuje do rowerka biegowego. Pozycja na nim jest taka sama jak na biegowym, dzięki czemu dziecko uczy się tej pozycji którą później wykorzysta na dwóch kołkach. Do tego jego neonowa wersja, którą my wybraliśmy, jest totalnym odlotem więc ciężko powiedzieć mu NIE.

Niemniej jednak nie byłoby go z nami gdyby Zosia dosiadając go po raz pierwszy nie poleciała przez całą halę C z wielkim okrzykiem radości. Bacznie obserwowałam, czy to aby nie na pewno kolejny „głupi” zakup, kolejne „widzi mi się” na chwilę. Po dobrych kilkunastu minutach testowania, milionie za i przeciw, wielu zdaniach wymienionych z moim rozumem, czy nie przesadzamy, czy nie ma za dużo i czy zaraz nie rzuci w kąt, zdecydowaliśmy się go kupić.

20160929_141847-01

I tak zaczęła się nasza przygoda z ORION-em. Przejechał z nami całą Europę. Latał samolotem, odwiedził wszystkie „nasze” zakątki w Polsce, bagażnik samochodowy stał się jego nowym domem, a on był nieodłącznym elementem życia mojej małej Z. Jej „łaja” towarzyszył nam na spacerach, był podwózką z domu do garażu i z samochodu do domu. Dzień bez niego był dniem straconym. Jeździł nawet po śniegu.

20161117_155246-01

 

Orion w skrócie, czyli plusy i minusy:

  • Jednym z wielkich plusów tego rowerka, jest jego cena. W detalu rowerek kosztuje około 150 zł, w zależności od sklepu w którym go kupicie. Jak na tyle dni radości ile sprawił mojemu dziecku jest warty każdego grosza.
  • Ma 4 koła. Dla takich jeszcze nie dwulatków, dwukołowe rowerki mogą być za ciężkie, za chwiejne lub inne za-cośtam. Dzięki 4 kółkom na Orionie możecie spokojnie posadzi nawet młodsze dziecko niż półtoraroczniak. Pozycja jest stabilna, wysoka i wydaje się na prawdę komfortowa. Dwa przednie koła są skrętne. Dziecko za pomocą balansu ciała skręca w prawo i w lewo.
  • Ma kauczukowe koła. Koła naszego bohatera są stworzone z kauczuku, takiego samego jak rolki, płynnie się poruszają, ich miękkość sprawia, że niwelują wstrząsy i są ciche, nawet kiedy maluch jeździ po bruku, albo w … mieszkaniu. Tak, Ci co mają duże przestrzenie w domu, czy mieszkaniu spokojnie mogą zabrać rowerek biegowy do czterech ścian!
  • Jest po prostu ładny. Z daleka przypomina misia na 4 kołach, z buzią, uszami i tułowiem, na którym się siedzi. Jest też na prawdę kolorowy. Nasza neonowa wersja, najbardziej nam się spodobała. Jest wesoła, wdzięczna i dziewczęca, a zarazem myślę, że przez ilość kolorów jaką posiada spokojnie nada się dla chłopaka. Dostępny jest prawie w całej gamie kolorystycznej, znajdziecie go w kolorze czerwonym, różowym, fioletowym, albo bardziej chłopięcych zielonym i niebieskim. Oczywiście najbardziej polecam naszą neonową wersję, multicolor.
  • Jest porządny. Cały stelaż zrobiony jest z aluminium i wykończony plastikowymi detalami. Dzięki czemu nic się nie psuje nawet kiedy maluch popchnie go rzuci na asfalt czy zrobi inne ciekawe rzeczy na jakie wpadnie 🙂
  • Jest lekki. Tak Orion od Milly Mally waży jedyne 2.4 kg. Nie tylko jest to plus dla dziecka, bo przy tej wadze samo umie go obsługiwać, ale nadaje się aby wziąć go praktycznie wszędzie.Nasz najdalej poleciał z nami na Cypr i wcale nie trzeba było go rozmontowywać. Wsadziliśmy go po prostu w całości do walizki 🙂
  • Wygodne siedzisko. Siedzisko Oriona, nawiązuje do zwykłego siodełka w rowerku biegowym, jest wykonane z miękkiego plastiku, który delikatnie ugina się pod wpływem ciężaru malucha, jest więc elastyczne i dzięki temu wygodne
  • MINUS! Tak jest jeden minus Oriona i chyba więcej niz ten jeden nie znalazłabym. Nie ma regulacji „siodełka/siedziska”. Nasza Zosia na sam koniec przygody z naszym neonowym cackiem od Milly Mally wyglądała trochę jakby ukradła rowerek młodszej siostrze. Jednak sprawiało jej to, do końca, tyle radości, że nie mogliśmy jej go odebrać. Ta troszkę zbyt niska pozycja na koniec nie przeszkadzała jej w żaden sposób w jeździe, nie spowodowała że trudniej jej się na nim poruszało. Była tylko tak na prawdę zbyt niską pozycją dla oka, a czy dla niej i dla jej jeżdżenia, to nie wiem. Może wcale nie.

DSC_0442

DSC_0308

DSC_0290

 

Dzięki Milly Mally Zosia płynnie przesiadła się na rowerek biegowy, ten z dwoma kółkami. Na koniec lutego kiedy miała skończone 2 latka i kiedy pierwsze śniegi stopniały a na dworze zrobiło się wiosennie, po prostu wręczyłam jej nowego dwukołowca. Ku mojemu zdziwieniu wsiadła na niego i po prostu pojechała. Dwa dni później podnosiła już sama obydwie nogi krzycząc „Juhuuuu, juhuuuu” .

Orion od Milly Mally był chyba najtrafniejszym zakupem od Zosi narodzin. Dał tyle szczęścia małej co żadna inna zabawka. Spędził z nami co prawda tylko pół roku, ale było to chyba najintensywniejsze pół roku na jakie taki Orion był przygotowany. Rozwinął ją motorycznie i był towarzyszem codziennych czynności. Z całego serca wszystkim go POLECAM!

DSC_0147

DSC_0163

DSC_0110

DSC_0142

DSC_0160

 

Teraz stoi w garażu i czeka na kolejnego „właściciela” 🙂

 

O.

 

DSC_0365

 

 

 

 

Wzmacnianie odporności – NATURALNE METODY

DIETA PORADY

Wzmacnianie odporności – NATURALNE METODY

Pozostając w temacie dzieciowo-żłobkowym. Pociągnę go przez jeszcze chwilę i odpowiadając na Wasze pytania, sprzedam Wam nasze patenty. Patenty, które wzmocniły Zosi odporność na tyle, że sama potrafi dzielnie walczyć z wszystkim tym co lata w żłobkowych salach. Nie mówię, że moje dziecko nie ma nawet katarka, ale każda wizyta u pediatry, w momencie gdy myślimy że jest już na prawdę chora, kończy się słowami: „Bardzo ładnie sama walczy z tymi wirusami, nie ma objawów choroby. Proszę tylko obserwować czy się nie pogarsza.” I do dzisiaj nie pogarszało się, dlatego myślę że ponad półtora roku faszerowania ją moimi naturalnymi specyfikami się opłaciło.

Pamiętajcie jednak, że nie jestem lekarzem i pomimo, że konsultowałam wszystko to co Zosia przyjmuje z wieloma pediatrami i naturopatami, to Wasze dziecko może być inne i warto zapytać się Waszego lekarza pierwszego kontaktu czy Wasz maluch może przyjmować tego typu suplementy.

 

Jak już niejednokrotnie pisałam, nie jestem zwolenniczką współczesnej medycyny, która zamiast leczyć przyczyny naszych schorzeń leczy objawy, zatajając to co nam naprawdę dolega. Dlatego będąc mądrzejsza już o to wiedzę, która teraz posiadam zadbałam o to aby moje dziecko, które przyszło na świat z czystą kartką od początku dostawało to co najlepsze. Od pożywienia poczynając na suplementach kończąc. I tak oto od 6 tygodnia życia, moje dziecko codziennie dostawało solidną dawkę tego, co uważałam dla niej za najlepsze.

1. Synbiotyk – Children’s Powder firmy VIRIDIAN 

synbiotyk-dla-dzieci-suplement-diety-viridianViridian to jedna z moich ulubionych firm jeśli chodzi o suplementy. Nie są one tanie, z resztą jak wszystkie firmy które bazują na naturlanych produktach, ale ma bardzo fajne pozycje, jest od wielu wielu lat na rynku i w innych krajach cieszy się takim uznaniem jak Solgar. Synbiotyk to w skrócie dobre bakterie, czyli probiotyki i cukry dzięki którym te bakterie się rozmnażają czyli prebiotyki. Synbiotyk jest w formie proszku, więc łatwo można go podawać dziecku w każdym wieku. Wzmacnia odporność i odbudowuję prawidłową florę bakteryjną jelit. Dzięki temu właśnie dziecko wchłania wszystko co dobre z pożywienia. Moja Zosia stosuje go od około 6 miesiąca życia. Wczesniej podawalismy jej probiotyki tylko, ponieważ nie wiedzielismy o istnieniu tej wersji synbiotyku dla dzieci. Synbiotyk jest bardzo wydajny starcza na kilka miesięcy przy dawkach 1g dziennie.

 

2. Mądre rybki Solgara, czyli kwasy DHA.

89c15c38065e6700cf0f9f9847c38e5cKwasy w mądrych rybkach pozyskiwane są z tuńczyków łowionych w czystych wodach Ocenu Indyjskiego. Nie są to tuńczyki hodowlane, czy łowione w zanieczyszczonych morzach blisko Europy. Wszystkie substancje pomocnicze są naturalne, słodzony naturalnym cukrem brzozowym – ksylitolem ( przyjaznym dla zębów, grzybobójczym) i aromatyzowane owocami.  Kwas DHA wzmacnia mózg, wzrok i odporność oraz zmniejsza ryzyko wystąpienia infekcji górnych dróg oddechowych, dlatego powinien być suplementowany od samego początku. Dzieci są wtedy mniej skłonne do alergii i chorób górnych dróg oddechowych np. astmy. Nasza Zosia przyjmuje go od 6 tygodnia życia. Mądre rybki Solgara to żelki które dziecko w starszym wieku może żuć i zjadać w całości. Natomiast tym maluszkom nie gryzącym jeszcze, bez problemu można wycisnąć zawartość rybki do ust i tak tez robiliśmy przez długi czas. W słoiku jest 90 rybek, co starcza na 3 miesiące przy dawkach 1 dziennie.

 

3. Witamina D dla dzieci VIRIDIKID, Viridian. pol_pl_viridian-ekologiczna-witamina-d-w-kropelkach-dla-dzieci-30-ml-3019_1

Witaminę D, pewnie więszkość z Was suplementowała maluchom, gdy były na prawdę małe. Jednak duża część ludzi szybko ją odstawia, niepotrzebnie. Witamina ta ma bardzo korzystny wpływ na zdrowie, zapewnia prawidłowy wzrost i rozwój układu kostnego, zapobiegając krzywicy oraz wzmacniając naturalną odporność naszych maluchów. Wybrałam firmę Viridian, ponieważ ich produkty nie zawierają powszechnie używanych substancji wypełniających i przeciwzbrylających. W większości produkowane są na bazie spiruliny, alfalfa i borówki co dodatkowo wzbogaca ich skład.

 

4. Krople z propolisem BIO30, miód manuka ( bez alkoholu). db3d70bf98992fe1eed7020b0c6acda2

Większość propolisów na naszym rynku jest konserwowana alkoholem, dlatego ciężko znaleźć coś naturalnego i bez alkoholu. Pomimo ogromnych pozytywnych właściwości propolisu, do tego specyfiku byłam najmniej przekonana, pewnie ze względu na jego okropną cenę. Propolis zaczęliśmy stosować u Zosi w okresie przedszkolnym i dopiero teraz kiedy widzę poprawę w katarkach i innych wirusowych objawach, zdecydowanie go Wam polecam. Jest bardzo wydajny. My stosujemy go już od kilku miesięcy i cały czas mamy go w buteleczce.

Ten właśnie propolis poleciła nam nasza lekarka, lekarz medycyny naturalnej (kiedyś pediatra), która kazała dawać go Zosi w dawkach 2 kropli, 3 razy dziennie, na miesiąc przed tym jak zaczęła chodzić do żłobka i przez pierwszy miesiąc w żłobku. Stosowaliśmy go właśnie w tych dawkach w lato i obyło się bez żadnych żłobkowych chorób. Do dziś jednak dajemy go w tej właśnie dawce zawsze kiedy mała zaczyna mieć żłobkowy katar i zazwyczaj na tym katarku się kończy.

Dlaczego propolis? Ponieważ jest środkiem który ma silne działania bakteriobójcze, zabija wirusy i grzyby oraz wzmacnia odporność. Poleca się jego stosowanie przy wszelkich przeziębieniach i grypie. Możecie go stosować zarówno Wy, jak i Wasze dzieci.

 

5. Witamina C – kanguwity, Solgar.

edb0ee80686097b7a30c7a077c1ad801Powiem szczerze, że do dziś nie jestem w 100% przekonana do substancji pomocniczych zawartych w tym produkcie. Jak na Solgar ma on dosyć słaby skład, ale nie znalazłam lepszego zamiennika na naszym rynku dla dzieci, dlatego stosujemy właśnie kanguwity. Gdy się skończą dodajemy małej zwykłą witaminę C lewoskrętna do soku, czyli czysty do analizy kwas L-askorbinowy. Jednak wolę Solgar-ową formę witaminy C, dlatego cały czas z nich korzystam. Pamiętajcie że gdy stosujecie kwas L-askorbinowy to nie powinno używać się żądnych metalowych przedmiotów do jego podawania, ponieważ utleniają one witaminę C. Witaminkę C stosujemy codziennie gdy małą jest nie wyraźna, ma katarek albo co jakiś czas robię jej taki tygodniowe kuracje.

 

 

6. Syrop na kaszel PUKKA. syrop-elderberry-dla-ukladu-oddechowego-bio-100ml-pukka

Ostatni, ale nie najmniej ważny mój niedawno wynaleziony specyfik. Syrop na kaszel firmy PUKKA. Od tygodnia jest w użyciu, ponieważ mała jednego dnia wróciła z kaszlem do domu. Zaczęłam go stosować jak tylko usłyszałam pierwsze objawy kaszlu i od tamtej pory kaszel bardzo ładnie się odrywa. Nawet ostatnio na wizycie u pediatry, Pani Doktor powiedziała, że skład faktycznie jest bardzo „ziołowy”, ale bardzo fajny i na pewno będzie pomagał. To jest fajna alternatywa dla tych, który tak jak ja nie chcę wlewać w nasze maluchy syropów konwencjonalnych firm farmaceutycznych, które pomimo że są ziołowe, mają mnóstwo substancji pomocniczych i przeciw zbrylających które są chemiczne.

 

Synbiotyk, witamina D, kwasy DHA i okresowo Witamina C to jest to co Zosia dostaje na odporność od właściwie pierwszych tygodni życia codziennie. Synbiotyk warto dawać ze śniadaniem, w szczególności dobrze przyjmuje się z owsianka i kaszami.

Propolis stosujemy profilaktycznie w okresie żłobkowym ( kiedy chcemy posłać dziecko do żłobka) lub kiedy na horyzoncie pojawiają się katarki i przeziębienia. Syrop na kaszel, jak sama nazwa wskazuje stosujemy wtedy kiedy pojawia się kaszel.

Wielu z Was moga odrzucić ceny produktów, ale wiedzcie, że są one w 100% naturalne, oraz pozyskiwane z najlepszych składników. Nie posiadają żadnych chemicznych substancji zbrylających, konserwujących, są słodzone naturalnymi cukrami, aromatyzowane owocami. DHA Solagara ma się nijak to innych kwasów DHA, tranu które pozyskiwane są z ryb pływających w zanieczyszczonych morzach. Dlaczego warto zastanowić się czy lepiej wydać mniej na coś co nie do końca będzie działać, czy wydać więcej na coś co na prawdę działa i pomimo kosmicznej ceny jest naturalne i wiemy że dajemy naszym pociechom to co najlepsze.

 

Decyzję zostawiam w Waszych rękach 🙂

O.