Tag: fit

Podcast #3 Kobieta w Sporcie #LivCommitted – Rozmowa z Dr Małgorzatą Jachacz-Łopatą.

PODCAST

Podcast #3 Kobieta w Sporcie #LivCommitted – Rozmowa z Dr Małgorzatą Jachacz-Łopatą.

Co to jest dno miednicy? Jak sport wpływa na ciało kobiety? Jakie są zalety trenowania ? Czy możemy sobie zaszkodzić zbyt dużą aktywnością fizyczną? Jaki sport wybrać ? Aktywność kobiety w ciąży – Co można, czego nie wolno? Jakie są skutki bycia aktywną w ciąży? Jaki sport jest dobry dla przyszłych mam? Czy można biegać, pływać i jeździć na rowerze w ciąży ?

Na wszystkie te i wiele innych pytań odpowiadamy w dzisiejszym odcinku. Moim gościem jest Dr Małgorzata Jachacz-Łopata, fizjoterapeutka uroginekologiczna i aktywna mama. Gosia od ponad 10 lat pomaga kobietom zadbać o własne ciało, wspiera je w powrocie do formy po porodzie. Poza tym jest pasjonatką gór, aktywną mamą i instruktorką jogi. Cztery razy w roku, o każdej porze roku, organizuje event dla mam z dziećmi „mamy w góry” gdzie zachęca kobiety do aktywnego spędzania czasu z dziećmi na świeżym powietrzu, a już niebawem będziecie mogli kupić książkę Gosi książkę „Wdech-wydech” – przedsprzedaż będzie ogłoszona na jej profilach 🙂

Niesamowita wiedza, niesamowite doświadczenie, a to wszystko otoczone ciepłym głosem, masą wyrozumiałości i empatii. Poznajcie Gosię.

Listen to „Kobieta w Sporcie #LivCommitted – Dr Małgorzata Jachacz-Łopata, fizjoterapeutka uroginekologiczna, wpływ sportu na ciało, aktywność w ciąży!” on Spreaker.

Gosia w sieci

Gosię znajdziecie na facebooku i instagramie jako „Górska Mama”

Poza tym Gosia jest obecna na profilach FEMME MEDICA na instagramie i facebooku, oraz w gabinecie Vitall Clinic w Bielsko-Białej.

Miłego słuchania!

FALAFEL i PITA z sosem Tahini – orientalny obiad

DIETA PRZEPISY

FALAFEL i PITA z sosem Tahini – orientalny obiad

FALAFELKI chyba każdy uwielbiam, w szczególności teraz kiedy zyskały na popularności i w większości nowoczesnych fast/slow foodów wersja wege burgerów to właśnie one w różnych odsłonach.

Ja poszłam w tym przepisie w prostotę, bo jak to na kwarantannie bywa, nie wszystko jest dostępne. Ale poszłam też w klasykę, czyli chlebki PITA, z pełnoziarnistej mąki orkiszowej to fajna alternatywa dla burger-owych bułek, która idealnie komponuje się ze smakiem i pochodzeniem falafeli. Do tego złamałam smak sosem tahini, który dzięki soku z cytryna orzeźwia i rozbudza całe danie.

Idealnie nadadzą się też do lunch boxa, w wersji chłodnej lub podgrzewanej w pracy.

 

FALAFEL.

Jak to Marta Dymek z Jadłonomii kiedyś napisała sukcesem falafeli jest porządne zmielenie ciecierzycy. falafele robi się z surowej ciecierzycy, co jest zdecydowanie szybsze i łatwiejsze niż jej ówczesne gotowanie. Ja ciecierzycy o dziwo nie blend-uję w thermomixie, ale miele w wyciskarce wolnoobrotowej, w której mam funkcję mielenia ziarna. Jest dość prosty do zrobienia trzeba tylko pamiętać o zalaniu ciecierzycy wodą na noc, na dzień zależy kiedy planujecie je robić.

Mój przepis, bo nigdy nie mam kolendry jak je robię 🙂

FALAFEL:

  • 500g suchej ciecierzycy moczonej przez noc ( conjamniej 12h )
  • 1 cebula duża
  • 2-3 ząbki czosnku
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • garść posiekanej kolendry (jeśli macie, opcjonalnie)
  • 2 łyżeczki soli
  • przyprawy: ja dodaje mieszanki arabskich przypraw, jeśli nie macie takich to przyprawy dodajemy takie: 1/2 łyżeczki kminu rzymskiego mielonego, 1 łyżeczka garam masala, 1/2 łyżeczki pieprzy cayen, 1/2 łyżeczki cynamonu, 1/2 mielonej kolendry.
  • olej do smażenia

Ciecierzycę, czosnek i cebulę mielę, tak jak wspomniałam w wyciskarce wolno-obrotwej, możecie użyć maszynki do mielenia mięsa, lub w ostateczności blender typu thermomix. Im lepiej zmielona tym smaczniejsze falafelki. Wrzucam wszystko do blendera, dodaje pietruszkę, kto ma kolendrę, sól i przyprawy. Mieszam wszystko w blenderze żeby składniki idealnie się połączyły. Formujemy kulki delikatnie je spłaszczamy (jeśli nie smażymy w głębokim oleju) i smażymy. Ja smażę uwaga —-> NIE na głębokim tłuszczu. Ponieważ nie lubię jeść produktów z głębokiego tłuszczu moje falafelki piekę w piekarniku albo smażę w odrobinie tłuszczu. Są przez to bardziej suche niż orginały, ale zdecydowanie zdrowsze.

Jeżeli lubicie smażone rzeczy i nie przeszkadza Wam ilość tłuszczu. Te oryginalne powinno się smażyć w głębokim tłuszczu. Musicie go porządnie rozgrzać i smażyć falafele dosyć krótko, wtedy będą chrupiące na zewnątrz i wilgotne w środku.

PITA:

  • 15g świeżych drożdży
  • 1 szklanka ciepłej wody
  • 2 szklanki mąki (ja dałam orkiszowej pełnoziarnistej, można użyć pszennej, białej, lub z alternatyw bezglutenowych użyłabym owsianej)
  • 1 łyżeczka soli
  • szczypta słodzidła (cukier, ksylitol czy inne)

Drożdże mieszamy z wodą dodajemy słodziła i 4 łyżki mąki. Odstawiamy na 10 minut. Mąkę mieszamy z solą i po 10 minutach jak rozczyn zacznie delikatnie puchnąć, dodajemy do mąki i wyrabiamy ciasto. Ja wyrabiam w thermomixie, kto nie ma wyrabia ręcznie. Odstawiamy na 30 min do wyrośnięcia. Dzielimy na 8 porcji rozwałkowujemy na kształt jaja, układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy na kolejne 30 min. Placki pieczemy 10 min w piekarniku rozgrzanym do 220 st C. Pity kroimy na pół kiedy są jeszcze ciepłe. Odstawiamy do ostygnięcia.

 

SOS TAHINI (robicie ilość wedle uznania, ja podaje proporcje):

  • 4 łyżki tahiny
  • 4 łyżki soku z cytryny
  • 4 łyżki zimnej wody
  • ząbek czosnku (opcjonalnie)

Czosnek wyciskamy przez praskę, łączymy z resztą składników.

Dekoracja:

  • Rukola, sałata, szpinak świeży
  • pomidorki koktajlowe pokrojone na pół
  • plastry gotowanych buraków (opcjonalnie)
  • cebula (opcjonalnie)
  • posiekana kolendra

Otwieramy pitę, do pity wkładamy sałatę, rukolę lub wedle uznania, pokrojone pomidorki koktailowe, można dodać plastry gotowanego buraka, cebulkę pokrojoną i świeżo posiekaną kolendrę. Wkładamy falafelki i polewamy sosem tahini. Opcjonalnie jeśli chcecie żeby danie było bardziej mokre możecie do każdej pity dodać dużą łyżkę jogurtu greckiego.

Smacznego !

Ola.

 

 

IRONMAN.

TRIATHLON

IRONMAN.

Pisze dziś bo dzisiaj jest ważny dzień dla Polskiego triathlonu, IRONMAN 70.3 dzieje się w Gdyni, moich rodzinnych stronach. Mam nadzieję, że ta okazja sprawi że przyjdzie wena i emocje triathlonowe.

Emocje triathlonowe przyszły bo przeczytałam post z pierwszego po ciąży triathlonu na Cyprze. Powiem szczerze, że aż mi się łezka w oku pokazała. Wszystkie emocje wróciły, uśmiech, szczęście, duma, płacz. Patrząc przez pryzmat czasu i zastanawiając się dlaczego to zrobiłam, co było moim celem żeby wziąć w nim udział, już wiem. Chciałam udowodnić sobie że po ciąży to nadal jestem „JA”. W ciąży mi tyle zakazywano, wszyscy mówili: odpuść sobie, już wystarczy, może lepiej nie biegaj, po odpoczywaj trochę, wytrzęsiesz tą małą. Postawiłam ciąże i małą fasolkę rosnącą we mnie na pierwwszym miejscu, wszystko było pod nią podporządkowane. Intensywność treningów, przebyte kilometry. I chyba ten triathlon miał mi udowodnić, że nadal jestem sobą, że mogę urodzić dziecko i pozostać tą samą „Olą”, która istniała zanim dowiedziałam się że zostanę mamą.

IRONMAN.

W życiu każdego amatora triathlonisty z ambicjami sportowymi, przychodzi czas kiedy w reżim treningowy należy wpleść tak zwaną „zakładkę”. Jest to trening, który łączy dwie dyscypliny z triathlonu, najczęściej rower i bieganie. Większość amatorów tego dnia, pewnie cieszy się że są tylko amatorami i jest im dane takie treningi robić dość sporadycznie. Ja w tych dniach żałuję, że jestem tylko amatorką i zmuszam się psychicznie do tego typu treningów tak rzadko.

Jestem do tego stworzona. Tak się czułam wracając z treningu – zakładki, w dniu naszego wyjazdu do Zakopanego. Decyzja co do wyjazdu była podjęta żeby wyjechać na noc. Tylko wtedy miałam gwarantowane, że mała Z większą część podróży prześpi. A jadąc sama z moim bąkiem na tylnym siedzeniu, wolałam być sama zmęczona następnego dnia, niż wymęczyć i siebie i ją przez cały dzień w samochodzie. Także plan był na wyjazd koło godziny 20.  Popołudnie mąż oddał mi żeby zrobiła sobie mocny trening. On będzie miał czas na swoje treningowe harce jak my wyjedziemy. Plan był na zakładkę – 40 km roweru i 5 km biegu. Standardowe trasa na rower, standardowe też tempo. Buty biegowe czekały w garażu żeby w nie wskoczyć jak tylko zejdę z roweru. Zaczęło się, wyruszyłam. No i moja standardowa burza myśli się zaczęła. Całkiem nieźle mi się biegnie. Utrzymam 5:30 przez 5 km, a może spróbować przyspieszać ? Jak 3 tak przebiegnę i się będę dobrze czuła to przyspieszam. O kurcze, ale te nogi są sztywne, ale ciężkie, jak z żelaza. I tu powinna pokazać się taka chmurka nad moją głową ze znakiem zapytania i wykrzyknikiem, oznaczająca eurekę ! Taka jak w kreskówkach i komiksach. Już wiem dlaczego IRONMAN. Nie tylko chodzi o człowieka z żelaza, wytrzymałego nie poddającego się. Uczucie podczas biegu po każdym rowerze, bezpośrednio kojarzy się z IRONMAN-em. Nogi są tak ciężkie jak z żelaza, a zarazem czuje się w nich taką moc jak nigdy podczas samych wybiegań. Biegnąc po rowerze, czuje że moje nogi dadzą sobie radę z mocnym tempem, są ze stali ! Walczą z każdym krokiem. Pomimo ciężkości jaką się w nich czuję, ja czuję, że się nie poddadzą. Że mnie nie zawiodą, że nie pozwolą mi się potknąć, skręcić kostki, że są nadzwyczaj mocne. Tylko gdy biegam po rowerze, mam chęci na mocne tempo. Mam wrażenie, że moje mięśnie są tak pobudzone że same chcą biec. Nie trzeba ich motywować tak jak podczas treningów tylko biegowych. Przy zakładach chce mi się biec, szybciej, mocniej, pewniej. Na każdym kilometrze zamiast opadać z sił, mam ich coraz więcej. Od dziecka byłam długodystansowcem, nie lubiłam szybkiego tempa i krótkich dystansów. Zawsze nabierałam mocy im dłużej, im więcej. Tego dnia poczułam się swoim własnym małym IRONMAN-em. Wiem, że triathlon jest dla mnie. Chciałabym mieć kiedyś tyle czasu żeby poświecić się jemu tak szczerze całym serem. Poczuć ile naprawdę potrafię, gdzie są moje granice możliwości i jak daleko umiem popchnąć swój organizm podczas wysiłku.

Trzymając kciuki za tych, którzy dzisiaj zmagają się z IRONMAN 70.3 w Gdyni, ja mam tu swojego małego IRONMAN-a.

*** Był plan na Gdynię w tym roku, były też ciche nadzieję że uda się charytatywnie oddać Biegającej Bio Mamie pakiet startowy. Organizatorzy obiecali, że się nad tym zastanowią, ale nadzieje były puste, bo do dziś nie otrzymałyśmy odpowiedzi. Jednak za rok GDYNIA JEST NASZA ! My też się tam będziemy zmagać z tym dystansem, IRONMAN 70.3 będzie nasz ! ***

O

Dzisiejsze wzloty i upadki.

CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

Dzisiejsze wzloty i upadki.

Chciałabym umieć tak napisać posta w 15 min. Usiąść i przelać wszystkie swoje myśli w parę chwil. Ale nigdy się tak nie udaje. Zawsze jak siadam do komputera z zamiarem napisania paru słów, wodospad myśli i wątków wylewa mi się z rękawa. No cóż dzisiaj kolejna próba, bo niebo nad głową już czarne a jutro szykuje się ciężki dzień 🙂 Ma wiać, a że jesteśmy nad morzem to dzień spędzimy pewnie na wodzie.

Dzisiejszy dzień miał być kolejnym przełomem. Miałam się podjąć nowego wyzwania. Mianowicie miałam wziąć udział w wyścigu kolarskim Tauron Lang Team Race. Miałam, bo wszystko było już spakowane. Rower na dachu, ciuchy kolarskie w torbie, kask i buty zapakowane, żele przygotowane, nawet bidony miałam zrobione. Do wczoraj nie byłam pewna czy chce wystartować bałam się że banda napaleńców w drodze na szczyt zepchnie mnie gdzieś po drodze z roweru. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Jednak tuż przed spaniem decyzja została podjęta. Biorę udział, spróbuję najwyżej potraktuje to treningowo i odpuszczę jak będę się bała o swoje 4 litery. Rano w pełnym już skupieniu wyobrażałam sobie jak to może być. Ciekawość zżerała mnie jak mocno będę w stanie pojechać wiedząc, że nie ma nic po. Wiedząc, że nie muszę zejść z roweru biec do strefy zmian a po niej czeka mnie bieg. Zastanawiałam się czy umiem pojechać na rowerze na maksa, czy dużo lepiej będę jechała nie mając biegania zaraz po i pływania chwilę przed. Niestety były to tylko przemyślenia i gdybania. Nie było mi dane dzisiaj wystartować. Nasza „niania” nie dotarła na miejsce, siła wyższa. W desperacji próbowałam w ostatniej chwili ściągnąć swoją mamę, która była akurat 60 km od miejsca wyścigu. Niestety telefon komórkowy był wyłączony, domowego telefonu nikt nie odbierał, nawet na whatsappie napisałam na inny numer, chwilę po odebranych od niej wiadomościach, niestety też bezskutecznie. Moje wiadomości nie dotarły. Rozczarowana odpuściłam, bo wiedziałam że inaczej nie tylko będę miała cały dzień popsuty ale i R nie skorzysta. Jak nie jechałam to kibicowałam i robiłam zdjęcia. Mała Z ślicznie współpracowała przy tak ciężkich warunkach pogodowych. Był upał, duchota, mało wiatru, a jednak dałyśmy radę. Zmęczony tata po swojej życiówce dostał dwa ogromne buziaki od swoich dziewczyn. Nie było tak źle jak się zapowiadało, a i prezent dostałam w postaci nowej koszulki kolarskiej. No cóż jakoś trzeba się pocieszać !

DSC_0730 (2)

DSC_0779

Kibicowanie też jest fajne.

Po porannych smutkach nadszedł czas na popołudniowe pozytywne emocje, które wzbudziły dziś we mnie normalne błahe rozmowy z nowo poznanymi świeżo upieczonymi triathlonistami. Często zastawiam się czy to co robię to powód do dumy czy nie am w tym nic szczególnego. Nie lubię kreowania swojego wizerunku. Uważam, że jestem zwykłym szarym ludkiem, który nie ma nic szczególnego do zaoferowania światu. Dlatego też tak często dręczą mnie myśli na temat bloga. Czy chciałabym żeby stał się popularnym miejscem, czy chciałabym żeby był moją historią przeznaczoną tylko dla mnie i dla mojego wąskiego grona. Nie wiem. Tak samo jak nigdy nie wiem czy moje czasy są dobrymi czasami. Czy to co robię idzie mi nieźle czy tylko od czasu do czasu mam takie zrywy. W bieganiu zawsze byłam szarą myszką. W triathlonie zawsze plasuję się w przedzie stawki. Może dlatego, że faktycznie jest bardziej wymagający i jak się zbierze wszystkie trzy dyscypliny w których jestem przeciętna to końcowy wynik nie jest wcale taki zły. Nie ważne. Dzisiejsza rozmowa sprawiła, że poczułam się warta czegoś, dowartościowana. Obcy, no dobra, dopiero co poznany mężczyzna zdumiony moimi poczynaniami po ciąży stwierdził, że powinnam promować bloga i to co robię. Że jest wiele osób, które bez podstaw kreują z siebie wielkie gwiazdy sportu, często tak naprawdę niewiele osiągnęli sportowo i są na bardzo przeciętnym poziomie. A jak ja wygrywam triathlon na Cyprze tuż po porodzie, to mówi że jest czym motywować i powinnam to promować. Dodatkowo moje zawstydzająco wolne tempa i czasy (dotychczas zawsze tak myślałam) wzbudziły niezły podziw. Muszę powiedzieć, że mój potworek próżności najadł się do syta na pól roku z góry takimi komplementami. Dzięki Panowie !

O.

Późne bieganie. Późne śniadanie.

BIEGANIE PRZEPISY TRIATHLON

Późne bieganie. Późne śniadanie.

Dzisiejszy dzień zaczął się od okropnego lenia. Na szczęście krótka motywacja ze strony R. pozwoliła mi się wydostać z łóżka i zebrać się na trening. Dzisiaj był bieg, chyba pierwsze 15 km od czasów ciąży. Wyszłam na trening dopiero koło 9.30, bo oczy otworzyłam niewiele wcześniej. Kochany mąż zrobił mi małe espresso, bo jak twierdzi dobrze się biega po kawie, wciągnęłam małego banana podczas karmienia młodej i wyruszyłam na półwyspowe alejki. Nad naszym polskim morzem upały, więc po 12 kilometrze biegnąc z wiatrem powoli opadałam z sił. Na szczęście dałam radę i w miarę na siłach dotarłam do przyczepy. Po ostatnim rowerze, czułam cały czas nogi. Dlatego też tak ciężko było się zwlec z łóżka i pójść pobiegać. Nie pomagał też fakt, że dzisiejszy trening miał być długim wybieganiem. Ale wracając do roweru chciałabym podziękować Przypadkowemu Panu, który zmotywował mnie żeby przejechać ostatnie 6 km na ostatnim treningu ze średnią 34-36 km/h. Tak szybko na szosie po płaskim jeszcze nie jeździłam. Dlaczego tak się stało no cóż, już piszę.

Wracając z treningu, ostatnie 6 km moich rowerowych zmagań biegnie przez drogę z Władysławowa na Hel. Wzdłuż tej drogi biegnie też ścieżka rowerowa, bardzo mocno uczęszczana przez rowerowych amatorów, rodziny z dziećmi, przechodniów, mamy z wózkami, biegaczy i innych deskorolkowych włóczykijów. Dlatego też nie odważyłam się nią jechać. Jadąc w butach SPD nie umiałam bym szybko zareagować na jakiegoś malucha, który przez przypadek wyskoczył by mi na drogę, więc jechałam szosą-asfaltem. Ścieżką rowerową jechał natomiast przypadkowy PAN, który z mojej perspektywy pędził. Wyprzedzał wszystkich napotkanych porannych „rowerowiczów”. Ja dumna kolarka, przecież nie mogłam nie wyprzedzić owego przypadkowego PANA, który na moje oko jechał około 30-31 km/h. Ba, nie wypadało mi jechać drogą na rowerze szosowym i nie doścignąć jakiegoś „amatora” na ścieżce rowerowej. Owy przypadkowy PAN, okazał się nie mniej dumnym rowerzystą, ponieważ gdy zobaczył, że jakaś dziewczyna nie dość że go dogania to zaczyna jeszcze wyprzedzać jego dwukołowca, oczywiście przyspieszył. I w taki oto sposób dumna kolarka Ola i dumny przypadkowy PAN jechali walcząc o swoje miejsce w szeregu, dopóki dopóty brama naszego kempingu nie pokazała się na horyzoncie.

Ale nie o tym chciałam pisać. Chciałam napisać o tym jak pięknie tak niepozornie wyglądający dzień się zaczął. Nie dość, że zrobiłam swoje pierwsze 15 km od czasów ciąży, to gdy dotarłam do naszego kempingowego domku mała Z smacznie spała w wózku. Oznaczało to, że mam czas żeby się spokojnie wykąpać, ugotować sobie swoją śniadaniową jaglankę i zjeść ja w cieniu naszego parasola na piasku. Tak na piasku, bo śniadanie na piasku smakuje o niebo lepiej. Widok na naszą zatokę, piasek pod nogami i cisza spokój. Tylko ja moje myśli i moja przepyszna jaglanka z sokiem pomarańczowym. Wszystkie poranki mogą zaczynać mi się takim leniem i kończyć tak produktywnie i smacznie 🙂

A dla tych zainteresowanych dzisiejsza wersja jaglanki:

  • ugotowana kasza jaglana ( wedle uznania, głodu )
  • 7-8 mrożonych truskawek
  • 2 łyżki jogurtu naturalnego
  • 5 łyżek mleka migdałowego
  • pół banana
  • 2 łyżki domowej granoli
  • kilka orzechów włoskich
  • garstka żurawiny suszonej

Do ugotowanej kaszy jaglanej dodaje 3 łyżki mleka migdałowego i 1 łyżkę jogurtu. Truskawki z resztą mleka i jogurtu blenduję, dodaję do kaszy. Banana kroję na kawałki, dodaję do kaszy i mieszam. Wymieszaną kaszę posypuję resztą składników. Dla słodko-lubnych całość można polać syropem klonowym lub z agawy. Zajadam ze smakiem.

IMG_20150703_121557

SMACZNEGO !

O.

Młoda kapusta w roli głównej.

DIETA PRZEPISY

Młoda kapusta w roli głównej.

Post miał się nazywać 50 na przełamanie, ale niestety młoda kapucha wskoczyła na pierwszy plan więc oto jest i Ona.

Mieszkając na wsi, menu obiadowe często uzależnione jest od zasobów w domu aniżeli od smakowych „widzi-mi-się”. Czyli od tego co pochowało się po szafkach, grzecznie czeka na półce w lodówce lub co przez przypadek wpadnie w nasze ręce od na przykład przejezdnego rolnika lub z ogródka koleżanki. Od paru dni na kuchennym stole leżą dwie ogromne główki kapusty, które R dostał od przejezdnego rolnika. Nie pryskane, na naturalnym oborniku i świeżo co ucięte. Żal byłoby ich nie wykorzystać, ale pomysłów brak. Jedyne co dotychczas robiłam z młoda kapustą to zupy, a na zupę za gorąco. Więc kapustka leżała i leżała, aż do dziś. Dziś powstał ON – makaron ryżowy z młodą kapustą w roli głównej. Łatwy, szybki w przygotowaniu, w azjatyckich klimatach i przepyszny !

IMG_20150618_154016

Składniki:

100 g makaronu ryżowego ( u mnie gruby)

1/3 -1/2 główki kapusty

2 marchewki

1/2 słoika fasoli mung

2 ząbki czosnku

2 łyżki sezamu

2 łyżki oleju kokosowego

2 łyżki sosu sojowego

2 łyżeczki imbiru ( ja użyłam suszonego, bo nie miałam świeżego )

chili do smaku ( u mnie tureckie suche papryczki, duża szczypta )

Przygotowanie:

Makaron przygotuj wedle wskazówek na opakowaniu. Siekamy czosnek, na malutkie kawałki. Rozpuszczamy olej kokosowy na patelni, dodajemy posiekany czosnek, imbir i chilli. Podsmażamy chwilę, aż czosnek zrobi się złocisty. Dodajemy marchewkę startą na tarce o grubym oczku. Gdy marchewka jest miękka, dodajemy kapustę pokrojoną na cienkie paski. Mieszając od czasu do czasu, czekamy aż kapusta zmięknie. Gdy kapusta wydaje się gotowa dodajemy sos sojowy, fasolę mung i sezam. Sezam można wcześniej uprażyć na suchej patelni przez parę minut. Na koniec wrzucamy na patelnię gotowy makaron i gotowe!

Przed podaniem posypuję jeszcze odrobiną sezamu, żeby danie fajnie wyglądało. Oczywiście jemy pałeczkami !

SMACZNEGO !!

O.