Tag: motywacja

TRI LOVE – czyli Triathlon Kraśnik po raz TRI!

POLECANE TRIATHLON

TRI LOVE – czyli Triathlon Kraśnik po raz TRI!

Od lat piszę o Kraśniku same pozytywy i tak już chyba zostanie.

To jest moje miejsce, darze je ogromnym nie tylko sentymentem, ale i sympatią. Tu zawsze jest wesoło, domowo i na pełnym powerze. Nie wiem, może te starty z draftingiem to dla mnie fajna zabawa? Może pozwalają wyjść poza strefę komfortu dlatego jest tak mocno? Z drugiej strony za każdym razem jak schodzę z roweru czekam tylko na to aż moje nogi odmówią posłuszeństwa. Ciągłe gonienie za pociągami które lecą sporo szybciej niż moje sarenkowe nogi potrafią, daje się odczuć. Nogi na ostatnim kółku często po prostu nie mają już siły, nie jadą, pieką, sztywnieją a ja zawsze śmieję się do siebie co to będzie na bieganiu po takim rowerze.

O dziwo rzadko kiedy dopada mnie totalny brak sił. Pomimo, że w Kraśnik zawsze jest pogoda tropikalna i temperatura nie spada poniżej 30° C, to to bieganie zawsze mi tam wychodzi. Zawsze szybciej niż planuje, zawsze z uśmiechem na buzi i zawsze pod kontrolą.

IMG_20170827_202619_065

 

TEN ROK, MATKA DWÓJKI I WRACANIE DO GRY.

Wracanie do gry bywa różne. U mnie przez nawał obowiązków i to wcale nie domowych, ani wokół dzieci, było to dużo trudniejsze niż się spodziewałam. Przeprowadzka do nowych czterech ścian zarwała nam nie jedną noc i zjadła dużą część wakacji. Jednak jak samo hasło przewodnie Kraśnika brzmi: „Przegrywają jedynie nieobecni”. Tym się kierując nie odpuściłam. A nie powiem nie raz miałam ochotę i nie raz przeszło mi to przez myśl.

Na Kraśnik zapisałam się już przed porodem. Z nadzieją, że wszystko pomyślnie się ułoży, bo przecież jak coś pójdzie nie tak, to i tak na to nie będę miała żadnego wpływu. W myśl, co ma być to będzie, moje nazwisko już w maju pojawiło się na liście startowej kolejnej edycji Kraśnika. Tym razem miałam zmierzyć się z olimpijką jeszcze wcześniej niż przy Zosi, mianowicie 2,5 miesiąca po porodzie. W porównaniu do sytuacji sprzed dwóch lat, nie miałam tremy i nie bałam się dystansu. Wiedziałam, że całkiem sporo przejeździłam na rowerze w ciąży, jeszcze więcej pobiegałam, a na basenie byłam wręcz do ostatnich dni, dopóki ratownicy szczerze mnie poprosili, abym już nie przychodziła, bo zaczynają się stresować jak widzą mój brzuch wchodzący na halę basenową. Ostatni basen zrobiłam w terminie, ponad tydzień przed urodzeniem Stasia.

Nie liczyłam na wynik, tylko na dobrą zabawę, a że w Kraśniku zawsze tak bywa, miałam nadzieję że mój powrót do zabawy w triathlon będzie na prawdę na wesoło.

STRES.

IMG_20170827_202321_053

O tak, był stres, powiem nawet że zestresowałam się dużo bardziej niż się spodziewałam. I nie wiem co mnie bardziej niepokoiło. Moje nieprzygotowanie, które w ostatnich tygodniach przed startem trochę zaniedbałam, zostawienie mojego męża z dwójką dzieci, nakarmienie do syta Staśka przed startem, mały poślizg jeśli chodzi o wyrobienie się na czas, pierwszy start po roku przerwy i mały chaos w strefie zmian, czy presja jaką czułam jako triathlonistka, a nie kobieta po porodzie. Nie wiem. Motyle w moim brzuchu urządziły sobie niezłe tornado, co odbiło się okropnym pływaniem, ale o tym już zaraz.

21246354_1907759902818599_2414636517816623979_o

PINK ARGON I STREFA ZMIAN.

W strefie zmian mój PINK ARGON 18 zrobił furorę. Pięciu fotografów skupionych na rowerze wyglądąło zjawiskowo. Nie jeden celebryta nie otrzymał by takiego zainteresowania. Był to też pierwszy start na wersji PINK, a taka wersja mam wrażenie że zobowiązuje do mocnej nogi a nie tylko wyglądu. Trzeba było więc nie tylko wyglądać, ale tez mocno pojechać.

Motałam się z bidonami, izotonikami, co gdzie, po co. Czy brać żel na bieg, jak to się przyklejało, Stasiek w nosidle zaczął się wiercić i denerwować. Ryk, wrzask, a ja przecież chciałam tylko jeszcze nalać izo do bidonu. Niestety, pierwsza przerwa nadeszła, szukałam wzrokiem Rafała żeby go na chwilę zabrał ode mnie, ale wraz z Zosią zniknęli. Usiadłam więc po cichutku przy swoim rowerze i zachowałam się jak na mamę, a nie triathlonistkę przystało, otworzyłam bufet i nakarmiłam małego. Potem trzeba było go odbić, a czas do startu zaczął coraz szybciej uciekać na zegarku. Gdzie są maści na otarcie, przecież na olimpijce zawsze mnie coś obtarło przy szyi. Chciałam jeszcze uciec do kibelka, ale wiedziałam że po muszę jeszcze dopoić małego, robiło się nerwowo bo coraz mniej czasu miałam żeby odziać piankę, zabrać ze sobą wszystkie potrzebne rzeczy i ruszyć na start. Dystanse nie pomagały. Rafał tam z Zosią na placu zabaw, ja z małym ryczkiem w strefie, toalety daleko, a start jeszcze dalej. Wzorkiem przyciągnęłam małżonka, oddałam dziecko w jego ręce, poleciałam zrobić co potrzeba i już w połowie ubrana w piankę poleciałam dokarmić Stasia. Nie poszło gładko w strefie, motałam się jak debiutantka i po raz pierwszy w Kraśniku bez uśmiechu stanęłam na starcie.

21167574_1422403447872253_1527103668674852910_o

CZAS START. PIERWSZE TRI JAKO PODWÓJNA MAMA.

Stoję samotnie w strefie dla zawodniku nad zalewem Kraśnickim. Czuje jak w czarnej piance robi mi się coraz cieplej. Jak chce już stąd uciec w ten triathlon. Przestać szukać samotnie mojej rodziny, jest mi smutno, denerwuję się, nie ma kto mnie pocałować przed startem. W głowie milion myśli na minutę, czy zrobiłam wszystko tak jak powinnam, czy wszystko mam przygotowane, gdzie się ustawić, czy jeszcze dam rade tak mocno popłynąć, co się ze mną dzieje, jak ja dawno nie startowałam…. AAAAAAAA, na szczęście wybuch startera sprawił że myśli zniknęły a nogi same zaczęły wbiegać do mętnej wody.

Przeskakuje przez coraz głębszą wodę, szukam różowego czepka Karoliny (bardzo dobrej pływaczki). Lubię ją mieć chociaż przez chwilę w zasięgu wzroku, napawa mnie to dobrą energią i daje nadzieję że całkiem dobrze zaczęłam. Przez pierwsze metry był blisko , jednak po chwili znalazłam się w pralce w której żadko kiedy się znajduję. Nie wiedziałam czy źle stanęłam czy tak słabo płynę. Co prawda po raz peirwszy widziałam tylu pływaków na starcie w Kraśniku, ja stara pływaczka poznam po samym wyglądzie kto kiedyś pływał a kto jest pływakiem triathlonistą.

Pływanie było okropne do pierwszej nawrotki brakowało mi tchu, dusiłam się, łykałam wodę nie mogłam się uspokoić i wpaść w rytm. Czułam się jak za dziecięcych lat na basenie kiedy moja psychika często na zawodach łatała mi figle i zamiast wygrywać wychodziłam z wody zapłakana, bo dusiłam się i nie mogłam płynąć. Do tego parę łyków chlorowanej wody i wybuchał wulkan frustracji. Tym razem było podobnie, łapały mnie myśli czy by nie stanąć nie ocknąć się. Na pierwszej nawrotce emocje opadły. Nie żeby same z siebie, ale dzięki mocnej walce głowy z ciałem. Udało się przetłumaczyć uparciuchowi że nie musi zawsze na pełnym powerze, że przecież jest dopiero 2.5 miesiąca po porodzie, że dlaczego tyle od siebie zawsze wymaga. Nerwy puściły i zaczęło się przyjemne pływanie. Trochę wolniejsze niż to idealne, ale ważne że do przodu. Ręka za ręką, dopływam do nawrotki na lądzie. Najlepsi kibice stali czekali i darli się wniebogłosy. Wtedy pojawił się uśmiech i zabawa, która nie wiadomo gdzie i kiedy schowała się w rękawie pianki na początku wyścigu.

ROWER, BIEGANIE, META.

Tak udało dotrzeć się do mety i to w jakim stylu 🙂

FB_IMG_1504043745485

Pływanie skończyło się całkiem dobrze. Łeb w łeb płynęłam z jedna zawodniczką, która nie powiem ale pewnie trochę podciągnęła moje tempo. Wyjście z wody, wpadamy do strefy. Tym razem jadę bez skarpet, zawsze przy wsiadaniu na rower były z nimi problemy. Mądrzejsza połowa mnie więc stwierdziła czemu nie jechać bez skarpetek skoro nie raz na treningu w domu pedałowałam boso. Okazało się że to super pomysł. Łatwe wejście na rower, łatwe zejście.

Różowa strzała czekała na mnie i grzała dupsko w słoneczku. Nie mogłam się doczekać kiedy na nią wsiądę. Rower miał być w trupa, tzn na tyle mocno na ile ciało, nogi i wydolność pozwalały mojemu poporodowemu ciału. Róż dodawał uśmiechu i energii. Zabrzmię tu jak prawdziwa kobieta, ale bez porównania jeździ się na różowym Argonie. Nawet ten uśmiech ludzi których mijasz jest bezcenny, coś jak bieganie biegów ulicznych z wózkiem. To też zawsze wzbudzało większe emocje niż moje starty solo. Na Argonie więc śmigałam, przed siebie do przodu bez zastanawiania się czy będę miała siłę na bieg. Gonienie za pociągami kolesi, którzy śmigali o dobre 3-4 km/h szybciej niż ja, zapiekło, ale też zrobiło całkiem niezłą średnia i czas z roweru. Ponad 33 km/h było fajnym wynikiem, ba super wynikiem pamiętając że przez ostatni rok chodziłam z dzieckiem w brzuchu 🙂

21082982_117998075591952_8692003292909106349_o

Oczywiście rower swoja drogą, można się na nim zajechać, ale ciekawe co będzie po takim rowerze, gdzie piekące nogi na koniec potrafiły zaniżyć tempo dosyć mocno. W mojej głowie była tylko jedna myśl. Co ma być to będzie. Cieszyłam się że rower poleciałam mocno. PINK POWER i niech tak zostanie.

IMG-20170827-WA0004-01

Zsiadam z roweru bardzo płynnie. Oczywiście nową metodę zsiadania najlepiej wypróbować na zawodach, bez wcześniejszego przygotowania i na rowerze czasowym. Na szczęście stabilność i równowaga to moja mocna strona więc, co prawda z przerażeniem w oczach, ale w stylu zwinnej sarenki zeskakuję z roweru i biegnę do strefy. Moje ukochane twarze dzielnie czekają na mnie i dopingują.

IMG-20170827-WA0016-01

Uśmiech na twarzy gwarantem dobrego biegu, myślę i z takim założeniem zakładam buty biegowe i wylatuje na trasę biegową. Nie muszę pisać, że w Kraśniki jak zwykle pogoda upalna, że poranne chmury i zapowiadane deszcze jakimś cudem na czas startu nie istnieją. Że żar przypala nam głowy, a zbiornik wody zachęca żeby zamiast biec wskoczyć do niego na szybką kąpiel. Ale powiedziałam A to powiem B, a nawet Z i skończę ten triathlon z uśmiechem. Nie wiem na ile biec, olewam więc zegarek nie stresuje się tempem tylko biegnę tak jak mi się udaje. Na ile czuję moje nogi mnie niosą. Jedyna rzecz jaką mogę powiedzieć o moim przygotowaniu, to że na pewno jestem wypoczęta. Pomimo małego ssaka w domu, ilość treningów, a raczej ich ograniczona ilość, pozwoliła moim mięśniom solidnie wypocząć. Pytanie czy te wypoczęte nogi, po mocnym rowerze doniosą mnie przez 10 kilometrów ? Nie wiem ale nie mam nic do stracenia więc biegnę.

W połowie trasy, na końcu pierwszego kółka czeka na mnie rodzinka. Zośka stoi przy trasie razem z tatą i śpiącym Stasiem i krzyczy: „Dawaj MAMA”. Ci co mają dzieci wiedzą, że to najlepszy doping. Chwilę później kilka razy biegnę po wielkich namalowanych kredą napisach BIO MAMA DAWAJ <3 <3 <3 . I jak tu nie biec ile sił w nogach ? Moje zuchy spisały się na medal i to dla nich ten medal i puchar wywalczyłam!

IMG-20170827-WA0002-01

Biegnie mi się dobrze, nie szarżuję z tempem. Biegnę na 5.25-5.30 min/km co jest całkiem niezłym tempem jak na mój obecny stan. Pamiętam że to tempo po narodzinach Zosi na triathlonie w Larnace wydawało mi się nieziemsko dobrym tempem. Teraz jestem z niego zadowolona, w szczególności że bieganie to była najbardziej zaniedbana przeze mnie dyscyplina ostatnimi czasy. Na drugim kółku mijam Kolę, który startował dla towarzystwa na krótkim dystansie. Za tydzień będzie się mierzył z moim R w Malborku na długim dystansie więc skusił się tylko na namiastkę triathlonu i sprint. Przyjacielska piątka na trasie zawsze dodaje otuchy, pozwala poczuć że jest tu z tobą ktoś kto chociaż w niewielkim stopniu wie co czujesz.

IMG-20170827-WA0010-01

Lecę do końca z uśmiechem na twarzy pełna energii, szczerego szczęścia i spełnienia. A jeszcze chwilę przed, chciałam uciec i nie startować. Na ostatnim kilometrze dopada mnie Rafał z dzieciakami. Zośka siedzi na wózku w którym jest Stasiek. On natomiast na boso dołącza do mnie i ciągnie mnie do samej mety. Na chwilę przed wręcza mi wózek z dwójką dzieciaków i leci na metę uwiecznić mój pierwszy START JAKO MAMA DWÓJKI!

IMG-20170827-WA0011-01

JESTEM NA MECIE, pełna energii, nie zajechana, szczęśliwa i zakochana ponownie w triathlonie ! A chciałam już zwątpić w moją moc i umiejętności. Chciałam powiedzieć sobie może za rok, po co nakładać na siebie dodatkową presję.

A JEDNAK WARTO BYŁO ! KOCHAM TRIATHLON! KOCHAM TO CO ROBIĘ! I KOCHAM MOJĄ RODZINĘ oraz przyjaciół za wsparcie, bycie ze mną i dla mnie, wtedy kiedy tego potrzebuję. 

 

Triathlon Kraśnik ponownie był łaskawy dla mnie, ponownie był szczęśliwym startem i ponownie napiszę że wracam tu ZA ROK ! 🙂 W lepszej, gorszej formie, ale wracam bo uwielbiam to miejsce i ten start!

 

21199511_1907770659484190_7747128048272666879_o

 

Jako wisienka na torcie, staję na podium! Druga w swojej kategorii, z dwójką bąbli na karku, 2.5 miesiąca po porodzie, po pięknym wyścigu w pięknym stylu.

 

IMG_20170827_203044_926

BAWCIE SIĘ TRIATHLONEM, NIE BÓJCIE SIĘ PORAŻEK, I PAMIĘTAJCIE ŻE:
„Przegrywają  jedynie nieobecni! „

 

 

O.

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

Kocham dzielić pasję z partnerem… Im starsze dziecko tym jest łatwiej.

Jakiś czas temu napisał mi się post o dzieleniu tego co się kocha z kimś kogo się kocha. Czyli o pasji, rodzinie i partnerstwie. Nie jest to słodki temat, prawdę mówiąc jest dosyć gorzki, pełny kompromisów, wyrzeczeń i zrozumienia.

DSC_0161

SKOK W BOK <Kocham dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe”>

Ale… warto napisać jego aktualniejszą wersję, bo im dziecko starsze tym łatwiej. NAPRAWDĘ !

Minęły ponad dwa lata odkąd Zosia jest z nami. Dwa lata treningów, pracy i ciągłego dbania o dom. Nowe projekty, nowe wyzwania życiowe i zmiany. Ogromne dla nas zmiany życiowe. A jednak dużo łatwiej jest teraz niż było jeszcze dwa lata temu.

IMG_20150410_140820Pamiętam czas kiedy przywieźliśmy to małe stworzenie do domu. Nie wiedzieliśmy co robić, kiedy, gdzie i jak. Uczyliśmy się tak na prawdę życia od nowa. Wspólnego i w pojedynkę. Musieliśmy nauczyć się siebie, tego jak chcemy funkcjonować gdy nie można już zawsze i wszędzie robić tego co nam się żywnie podoba. Musieliśmy nauczyć się tego malucha, jak z nim funkcjonować i jak wprowadzić go do naszego życia aby to nie zmieniło się drastycznie. Dwa lata zmian i dwa lata dostosowywania się, popłaciło. Teraz już wiemy jak to wszystko ogarnąć!

 

IMG_20150830_224446Wielu ludzi odkłada swoje pasje, marzenia na półkę „za jakiś czas” gdy tylko dziecko pokazuje się w ich życiu. Nie jest to dobry sposób na rodzicielstwo. Pewnie, że nie wszystkie rzeczy można i chce się realizować tak jak przed przyjściem na świat nowego członka rodziny. Ale nie warto odkładać siebie na drugi plan. Gwarantuje Wam, że nie tylko Wy będziecie dużo szczęśliwsi mogąc robić dalej to co kochacie, ale i Wasze dzieci na tym skorzystają, bo spełniony rodzic to i spełnione, szczęśliwe dziecko. Odkładając siebie na półkę, prędzej czy później doznacie frustracji, która tylko przekona Was jak ważna w życiu jest równowaga pomiędzy codziennością, a pasją.

 

Myślałam, że nigdy to nie nastąpi. Bycie mamą takiego maluszka daje do myślenia i trochę  transformuje twoje spojrzenie na świat. Bycie non stop z dzieckiem daje Ci poczucie, że będziesz tą „kurą domową” już do końca życia. A jednak 🙂 Nie jest tak źle bo im starsze dziecko tym wszystko jest łatwiejsze, w szczególności jeśli chodzi o organizację życia domowego, treningów i całej logistyki z tym związanej. Wspólne treningi, wspólne wyjeżdżenia wydawały mi się nie realne jeszcze rok temu. Dziś wiem, że ten stan hibernacji rodzinnej jest tylko przejściowy, a powrót do wspólnego dzielenia pasji jest szybszy niż nam się wydaje. Nawet będąc full time mamą, czy tatą.

IMG_20151019_002508

bieg11

Odkąd nasza mała poszła do żłobka, i nie chciałabym wdawać się tutaj w dyskusje dlaczego , po co, to najważniejszy okres w życiu dziecka. Poszła mając ponad półtora-roku i była to nasza świadoma, długo przemyślana decyzja. Od tego czasu nasz świat wrócił choć w małym stopniu do normy. Będąc rodzicami bez babć pod ręką, niani i innych wspomagaczy na prawdę pomaga zrozumieć na czym polega bycie rodzicem na pełen etat. Mała w żłobku równała się z tym, że nagle nie trzeba było pracować z dzieckiem na kolanach, pośród zabawek, robiąc w między czasie obiad czy pranie, albo po nocach. Można było najnormalniej w świecie oddać się jednemu zadaniu a potem drugiemu. Nagle wkomponowanie treningów w nasz zwykły dzień stało się proste. Ustawialiśmy kto zawozi małą, kto odbiera, kto ma czas w którym momencie dnia na jaki trening. Od czasu do czasu udało nam się wpleść małe perełki treningowe typu „robimy to we dwoje”, zupełnie sami, tak jak dawniej, zanim zostaliśmy rodzicami.  Dla nas tego typu wypady były lepsze od randek, to był nasz sposób na randkę i pomimo że od czasu do czasu lubimy pójść wspólnie do kina czy na kolację, to wolimy to wspólne dzielenie pasji. Te wspólne rowery, pływanie, czy chociaż chwilowe bieganie, bo tutaj niestety mamy dosyć spory rozrzut jeśli chodzi o tempo.

IMG_20160712_164452 IMG_20160721_234859 IMG_20160828_203949 20160904_134338-01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niemniej jednak dzielenie pasji z partnerem nie zawsze bywa łatwe i nadal zdarzają się sytuacje, kiedy to jedno rezygnuje na rzecz drugiego z treningu czy startu bo nie ma z kim zostawić Zosi. Staramy się jednak ogarniać to w ten sposób, że obydwie strony były zadowolone. I pomimo, że nie zawsze jest łatwo, to na pewno jest dużo łatwiej niż było na początku naszej rodzicielskiej drogi.

DSC_0073

Hmmm…. No dobra a co teraz jak będzie dwójka ?

Nie wiem, ale wiem na pewno, że znajdziemy sposób i czas na nasze triathlonowe życie. Jest ono nieodłączną częścią nas tak samo jak są nimi nasze dzieci. Pewnie wrócimy do etapu fajnie jest dzielić pasję z partnerem, ale to wcale nie jest łatwe. Jednak wiem że ten okres jest chwilowy i po, czeka nas tylko łatwiej, łatwiej i łatwiej.

DSC_0087

 

O.

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

„Jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”.

Zainspirowali mnie do tego posta nasi Panowie, którzy z pasji potrafią wyciągnąć to co najlepsze.

IMG_20170324_235314_136

I dziwić się, że anemia lubi trzymać się kobiet, że przetrenowanie w naszym życiu częściej się pojawia niż w męskim świecie, że to my częściej mówimy nie mam siły na trening, nie dam rady zrobić tych interwałów. Opowiem wam dwie historie, „jego trenowanie” vs. „jej trenowanie”. Ciekawi mnie czy znacie te sytuacje z autopsji, czy to tylko w moim świecie tak jest i to ja powinnam nad sobą popracować ??

 

„Jego trenowanie”.

Ma jeden, czy dwa treningi, nie ważne zawsze na nie znajdzie czas. Kobieta walczy o to aby było to dostosowane do życia rodzinnego i w pewnym momencie panowie uczą się i potrafią sobie to tak zorganizować. Niemniej jednak co ma być zrobione, to zrobione będzie i taki jest ich świat. On potrafi zrezygnować z piwa z kolegami, kina z żoną i kolacji w restauracji na rzecz treningu i nie żałuje tego w przeciwieństwie do niej, która pomimo, że kocha trenować, to życie towarzyskie też kocha, a wino z przyjaciółką to już w ogóle. On wychodzi na trening, ma totalny reset. Biega. Myśli o startach, kolejnych treningach. Analizuje tempo, tętno i całą masę innych kwestii treningowo-rozwojowych. Po treningu wraca, rozciągnie się, wy-rolluje. Zgra trening, zanalizuje go od A do Z. Wie nad czym musi popracować, planuje postępy i kolejne treningi w głowie. W spokoju usiądzie, ostygnie wyciągnie świeże rzeczy z szafy i pójdzie pod zasłużony prysznic. Zrobi sobie po-treningowy koktajl, wypije, usiądzie i się zregeneruje. Nie lubi kiedy po treningu musi coś robić. Zawsze się od tego wywinie, albo odłoży na później. Będzie przysięgał zrobienie i jakoś przez przypadek wypadnie mu to z głowy. Oczywiście są sytuację kiedy panowie też potrafią w szybkim tempie się wykąpać, ogarnąć dziecko i siebie, albo ewentualne zadania. Jednak to nie jest ich dzień powszedni, tych dni nie lubią, są poddenerwowani.

Jego trenowanie to jego mekka, mała cześć jego życia do której wpuszcza kobietę, ale tylko powierzchownie. Pokazuje progres i to z czego jest dumny. Reszta to jego mała tajemnica, to jego pudełko do którego nie masz wstępu. O treningach, trenowaniu, startach i ewentualnych planach z kumplami potrafi rozmawiać cały dzień, albo i dwa. To jego prawdziwa pasja i to jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Cieszy go każde nowe wyzwanie, postęp. Cieszą go te analizy, pomiary mocy, gadżety, które ma, które są w zasięgu ręki, a na które musi jeszcze długo poczekać. Czerpie  z tego prawdziwą i szczerą przyjemność, raduje się tym, pielęgnuje ten związek, poświęca mu cały swój wolny czas. Te treningowe cyferki są lepsze od imprezy, regeneracja i całą treningowa otoczka lepsza od wypadu do kina, a sam trening lepszy od…. no mam nadzieję że nie nas 🙂

IMG_20160712_164452

 

„Jej trenowanie”.

Niezależnie od ilości treningów, zawsze wplecie je między obowiązki rodzinne. Myśli o tym żeby on też miał czas na swój trening, należy do tych którzy prędzej zrezygnują ze swojego na rzecz innych. Jak dziecko poprosi by została, długo się będzie zastanawiać czy nie posłuchać. Czasami miewa wyrzuty sumienia, kiedy robi swoje, ale dzielnie próbuje walczyć z milionem myśli w swojej głowie. Nie potrafi zrezygnować z wina z koleżanką na rzecz wieczornego biegania, albo drugiego treningu. Przecież nic się stanie jeśli opuści tylko jedną jednostkę treningową, a tak dawno nie widziała się z „Justyną” przecież i to winko na pewno nie zaszkodzi. Ona wychodząc na trening, dotlenia się, resetuje, ale tylko przez chwilę. Po kilku kilometrach jej głowa jest pełna pomysłów, planów na dzień i obiad. Zastanawia się jakie ciasto upiec, co kupić w spożywczym, jak zmienić ten kącik dla małej. Myśli przelatują przez jej głowę prędkością światła, zmienia tematy co kilka kroków. Jak ma jakąś trudniejszą jednostkę treningową do zrobienia, lepiej na tym wychodzi, ma mniej czasu na myślenie. Trzeba spiąć pośladki i dać z siebie wszystko, więc tak robi, ciężko oddychając i totalnie się resetując. Nie ważne, czy schodzi z roweru, wraca z biegania, zanim się rozciągnie potrafi wysadzić dziecko, w jej głowie lista rzeczy do zrobienia zaczyna krzyczeć. Rozciąganie więc robi na szybkiego, bo trzeba, zapominając jak ważne jest ono w treningu wytrzymałości-owca. Później będzie płakać, że boli,a le przecież teraz jej mózg nie pozwala jej na relaks. „Relaksowała” się przecież biegając, pływając czy jeżdżąc na rowerze. Teraz jest czas by powrócić to codziennego kieratu, dlatego nie ściągając jeszcze biegowych ciuchów, szatkuję już cebulkę do makaronu, na który wodę wstawiła zanim zaczęła się rozciągać. W między czasie kiedy sos się gotuje ona wskakuje pod turbo szybki prysznic, nie zawsze myjąc głowę po każdym treningu. Na szczęście się nie poci i związane w kitę po lekkim treningu wyglądają całkiem okej. Dlatego lubi basen wtedy zawsze jest czas na umycie tych długich włosów. Oczywiście trening zgrywa wtedy kiedy sobie o tym przypomni, często włączając zegarek przed kolejnym. Niby zna się na tych cyferkach, tempach i progresie, ale nie ma czasu tego analizować i nie wiadomo czy ją to faktycznie mało interesuje, czy po prostu stała się wobec tego ignorantką nie z wyboru. Nie mniej jednak nie ma czasu by się nad tym zastawiać, chciała przecież dzisiaj jeszcze ogarnąć firmę, zrobić pranie, posprzątać tam za chlebakiem bo ostatnio widziała pełno okruchów, a zaraz trzeba lecieć po młodą do dzieci. Po treningu ma zawsze milion rzeczy do zrobienia, często zaczyna kilka na raz nie kończąc tak na prawdę żadnej. Te treningi, ten „czas wolny”, pozwalają jej na odlot w kosmos jej myśli. Dlatego po treningu ta burza mózgów nie wie do czego najpierw włożyć swoje ręce. Lata z kąta w kąt, podnosząc wszystko z podłogi, myjąc lustro, albo baterie stojąc pod prysznicem, odkurza gotując obiad. Nie ma chwili wytchnienia, tego relaksu po czy spokojnego rozciągania. Umie wytrzymać w oazie spokoju przez kilka minut, a potem zaczyna szaleć.

Co jest najsmutniejsze, że same sobie takie życie tworzymy. Dom by się nie zawalił bez jej przypływu po-treningowej energii i nagłego sprzątania. Obiad też by się ugotował w spokojniejszych warunkach. Dziecko poradziło by sobie z nocnikiem podczas jej rozciągania. Świat by się nie zawalił gdyby usiadła na te 15 minut po treningu z nogami w górze i odpoczęła. Ale to ta nasza okropna głowa nie pozwala nam się relaksować, tak bez powodu, bez celu i z pustą głową. Styki się palą i nie niczym ich nie umiem ugasić.

 

 

Dlatego…

szczerze Wam tego Panowie zazdroszczę!

IMG_20160807_223543

 

O.

Kiedy nie biegam, pływam.

CIĄŻA POLECANE

Kiedy nie biegam, pływam.

Pierwszy trymestr za mną, idę na połówkowe badanie po letnich Cypryjskich wakacjach. Było biegowo, rodzinnie i radośnie. Ciąża, pomimo okropnych dolegliwości żołądkowych, które w dużym stopniu zabiły moje marzenia o codziennych wyżerkach typu sea-food, w pierwszym trymestrze nie dawała się we znaki. Biegaliśmy, pływaliśmy, brzucha jeszcze nie było. Najgorsza rzecz jaką mogłam usłyszeć wychodząc z gabinetu to: koniec z bieganiem i aktywnością. Moje łożysko miało dla mnie inny plan na resztę, a przynajmniej na jakiś czas, tej ciąży.

Nie byłabym sobą jednak gdybym nie wyciągnęła informacji o innych możliwościach. Ponieważ TRI, to trzy dyscypliny, a basen był jedną z niewielu dyscyplin na którą nie dostałam bana, postawiłam więc na kostium, czepek i okularki.

20161117_181404-01

20161115_220041-01

Kiedy nie biegam pływam. 

Nie myślałam, że tak łatwo będzie mi rozstać się z bieganiem. Mój świat na chwilę się zawalił, kiedy usłyszałam że po raz pierwszy w życiu nie mogę realizować się w sporcie, tak jak bym chciała. Nawet z anemią nie czułam tego co teraz. Wtedy wiedziałam że nie zrobię sobie krzywdy, tym razem wiedziałam że nie mogę igrać z ogniem bo jest jeszcze coś ważniejszego od mojej pasji – kolejne życie które nosze w sobie. I pomimo, że umiem zaakceptować fakt że jestem w ciąży, że trzeba zwolnić, że nie ta intensywność to moje zdrowie psychiczne dosyć mocno ucierpiało kiedy usłyszałam STOP, NIE WOLNO, MUSISZ SIĘ OSZCZĘDZAĆ! Teraz były ku temu prawdziwe powody.

Separacja z bieganiem okazała się nie taka straszna jak się spodziewałam. Dosyć płynnie zamieniłam biegowe buty na klapki. Legginsy na kostium kąpielowy, a opaskę i okulary przeciwsłoneczne na czepek i okularki. Robiłam co najmniej 3 treningi tygodniowo na basenie i czułam się na prawdę dobrze. Po jakimś czasie włączyłam też dosyć statyczne ćwiczenia w domu. Moje łożysko zachodziło na ujście macicy, każdy wstrząs był więc niewskazany. Większość ćwiczeń wykonywałam w dolnych pozycjach, dużo się rozciągałam. Nie wolno mi było nosić, biegać, kicać. Jeżeli zaniedbałabym się w tym okresie mogłoby dojść do łożyska przodującego, z którym wiąże się dosyć dużo komplikacji. Jednak z tygodnia na tydzień, coraz bardziej przyzwyczajałam się do nowej sytuacji, coraz bardziej czułam że to tylko chwilowa fizjologia i wiedziałam że wszystko jest ok.

Ciało.

Wydawało by się, że nie tylko moja głowa na tym ucierpi, ale też moje ciało. Miałam wrażenie, że kilogramy dużo szybciej zaczną przybywać, a sam basen nie zaspokoi mojego sportowego ducha.

Myliłam się.

Nie tylko czułam się świetnie nie biegając, a pływając 3-4 razy w tygodniu, ale i moje ciało wyglądało świetnie. Waga bardzo topornie zaczynała ruszać w górę, co nie ma co ukrywać bardzo mnie cieszyło, a do tego czułam się na prawdę fajnie w swojej skórze. Brzuszek był wręcz niewidoczny, a ja wyżywałam się w wodzie. Wydaje mi się że intensywność treningów była też zdecydowanie większa niż ta, na którą pozwoliłabym sobie podczas biegania. Pływanie w łapkach, czy delikatne interwały w wodzie, nie wydają się nie na miejscu, nawet w ciąży. Ciało jest odciążone, nie ma wstrząsów, ciężej jest coś nadwyrężyć i naciągnąć, w szczególności gdy za młodu spędziło się w wodzie dobrych kilka lat życia.

IMG_20170312_090825-01

 

 

 

Pływanie było moja odskocznią, moją chwilą dla siebie i pomimo, że nie na świeżym powietrzu to dało mi zdecydowanie to co bieganie. Moje ciało było wzmocnione, rozciągnięte i pełne energii. Basen zazwyczaj wypadał rano, wtedy kiedy na bieganie zwlec z brzuchem się nigdy nie chciało. Dawał mi kopa na cały dzień, albo dwa. Rozbudzał, pomimo że nienawidzę wchodzić do tej zimnej wody z rana, motywował.

Dlatego serdecznie zachęcam wszystkie brzuchy aby zdecydowały się na tą formę aktywności fizycznej w ciąży. Wybierzcie ten basen który jest najczystszy w opiniach, może warto poszukać tego z ozonowaną wodą, jeśli macie dostęp do takiego. Chodźcie na basen rano, kiedy woda jest porządnie przefiltrowana po nocy. Nie bójcie się infekcji, badajcie się częściej w tym kierunku, stosujcie probiotyki ginekologiczne, które zapobiegają tego typu dolegliwością. Myślę że płynie z niego dużo więcej korzyści, niż potencjalne ryzyko zakażenia.

5 powodów dla których warto pływać w ciąży:

-> W ciąży fizjologicznie rozciągają się mięśnie grzbietu, pływanie wzmocni Wam te mięśnie niwelując ból pleców który spotyka większość z nas.

-> Dzięki pływaniu rozciągnięcie klatkę piersiową, która w ciąży jest przykurczona. Dosyć często jest ona również powodem bólu pleców w okolicy piersiowej.

-> Pływanie wzmocni całe wasze ciało. Tak jak każda aktywność fizyczna pomoże Wam utrzymać formę, wolniej będziecie przybierać na wadze, ale też poprawi Wasze krążenie, zwiększy wydolność dzięki czemu płód będzie lepiej dotleniony. Bezpłatnym bonusem są endorfiny, które polepszą samopoczucie przyszłej mamy.

-> Pływanie wzmacnia spojenie łonowe, dzięki czemu zapobiega jego rozchodzeniu się.

-> W odróżnieniu od innych sportów, pływanie nie obciąża stawów. Nasze nadprogramowe kilogramy w wodzie zanikają, co daje nam poczucie lekkości, o której część z nas może zapomnieć w końcowych miesiącach.

 

Podczas moich pływackich kilku miesięcy zaliczyłam też swoje pierwsze zawody od niepamiętnych czasów. Były cudownym przeżyciem, dla mnie starej wyjadaczki basenowej. Fajnie było na nowo poczuć tą adrenalinę w parnej hali basenowej. Fajnie było poczuć, że rezygnacja z czegoś nie zawsze wiąże się z zupełną rezygnacją. Trzeba tylko być elastycznym i znaleźć sobie nowy sposób na realizację siebie, czy tego co chcemy.

<skok w bok : „Powrót do przeszłości. Po ponad 15 latach staję ponownie na słupku” >

Nie ma co się zastanawiać:

 

BRZUSZKI NA BASEN !

 

Oczywiście PAMIĘTACIE, aby skonsultować każdą formę aktywności fizycznej z Waszym lekarzem prowadzącym. On MUSI wyrazić na nią ZGODĘ !!!

 

 

O.

Wszechobecny kryzys ?

CODZIENNOŚĆ POLECANE

Wszechobecny kryzys ?

Raczej nie śledzę innych blogów, nie czytam namiętnie wszystkiego co każdy udostępnia. I nie dlatego, że jestem ignorantką, ale zwyczajnie nie mam na to wszystko czasu. Niemniej jednak od czasu do czasu, kiedy siedzę w aucie czekając na kogoś lub coś, czy pod salą obiadową w żłobku czekając na moje szczęście mam te kilka minut które namiętnie spędzam ze wzrokiem zawieszonym w smartfonie zaglądając właśnie tam gdzie nie mam czasu zaglądać na co-dzień.

 

I tak oto od posta do posta, od jednej blogerki biegowej do kolejnej, widzę bardzo podobną unoszącą się aurę. Wszechobecny kryzys ? 

Myślałam, że to tylko ja zboczyłam gdzieś ze swojej drogi, ale widzę, że wielu z nas zastanawia się nad tym samym. Czy to wszystko jest na prawdę wartę tych kilku urwanych minut na zawodach ? Biegniemy tą ścieżką pełną treningów, wyrzeczeń, bo przecież żeby te treningi udało nam się wcisnąć w pełny grafik musimy z wielu rzeczy rezygnować. A na koniec i tak nie wiemy czy zdrowie i życie pozwoli nam żeby wystartować w pełnej dyspozycji i czy aby na pewno to wszystko warte jest tylu wyrzeczeń ? Czasami żałuję, że wystartowałam po raz pierwszy w triathlonie kilka lat temu. Nie wiedziałabym co to jest, z czym to się je, życie byłoby dużo łatwiejsze.

No właśnie, ale czy łatwiejsze zawsze znaczy lepsze ? Jestem sportowcem, od dziecka, sport jest częścią mojego życia i nie umiem sobie wyobrazić jak mogłabym to wszystko zaprzestać. Nie mogłabym! To wiem, bo teraz kiedy mi nie wolno, wymyślam milion powodów dla których w sumie może już bym mogła 🙂 Ale pytanie jest gdzie jest ta granica ? Kiedy nasze ambicje zaczynają zabierać radość? Czy warto robić to za wszelką cenę? Nie zrozumcie mnie źle, ja bez sportu nie umiałabym żyć. Nie ważne na jakim poziomie jestem, treningi to cześć mojego życia. To moja chwila, to czas kiedy czuje, że żyję. Nadal namawiam Was wszystkich do tego abyście zaczęli biegać, pływać, znaleźli swoją pasję, bo ona daje radość, szczęście i spełnienie. Pytanie tylko na ile chcemy pchać siebie i swój organizm żeby realizować swoje cele ? Na ile mamy siły i determinacji żeby brnąć na przód kiedy wszystko próbuje nas zatrzymać?

Moje perypetie nauczyły mnie jednego że czasami warto zejść ze ścieżki którą się podąża i spojrzeć na nią z boku. Zastanowić się. Zobaczyć jaką radość daje nam podążanie nią. Zatrzymać się na chwilę, odpocząć, pozwolić reszcie iść dalej i w kroczyć na nią dopiero kiedy poczujemy że na nowo jesteśmy w pełni sił. Pamiętajmy, żebyśmy nie stracili radości z podążania do celu, bo wtedy  sam cel nie będzie już taki słodki jaki by był, gdyby był realizowany ze szczęściem i spełnieniem. Pamiętajmy, że możemy mieć momenty zawahania. Nie bójmy się ich, zaakceptujmy je, a rozwiązanie samo przyjdzie.

Każdy kto podążając przez jakiś czas pod górkę, na przekór przeciwieństwom losu ma prawo do „mętliku”. Mętlik w głowie każe nam spojrzeć na nasze życie z innej perspektywy. Otwiera nam oczy na to, że balans jest najważniejszy. Że zaniedbując jedną sferę życia na rzecz drugiej, gdzieś kiedyś dotknie nas ten „mętlik”. Zadając sobie pytania co tak na prawdę sprawia mi radość i z czego tak na prawdę czerpię satysfakcje, pozwoli nam dużo szybciej wyjść z niego. Pomoże znaleźć balans który, gdzieś po drodze realizacji jednego celu zanikł. A przecież to właśnie o ten balans w życiu chodzi. O to żeby spełniać się we wszystkich sfera życia, a nie tylko jednej.

Tak jak nie umiałabym spełniać się będąc tylko mamą, tak samo gdy poświęcam swoje życie tylko triathlonowi, też w którymś momencie czuję że czegoś mi brak. Kluczem do szczęścia według mnie jest BALANS, który wbrew pozorom jest bardzo trudny do znalezienia i utrzymania. Jednak jak już to Wam się uda, to gwarantuje, że „mętlik” zniknie na długo.

Dlatego życze Wam, już może prawie Świątecznie i Nowo Rocznie abyście mieli jak najmniej takich „mętlików”. Abyście pamiętali o tym, żeby rozwijać się w każdej sferze życia. żebyście pamiętali o tym aby nie zaniedbywać siebie w całej tej życiowej pogoni. żebyście nie zaniedbywali rodziny, partnera, czy dzieci. czasami warto pobiec tą 10 o tą minutkę wolniej, ale ciesząc się każdym metrem, kilometrem przygotowań. Przecież całe życie przed nami. To dlaczego czego chcemy tak szybko się polepszać, tak szybko bić życiówki?! Co do jasnej Helenki będziemy robić za 10 lat kiedy pobijać życiówki będzie coraz trudniej ?? 🙂

 

 

foto-bnos16_01_mta_20161111_135520_4-01

20160904_134338-01

img_20160820_220029

received_1241909135850738-01

IMG_20160828_203949

IMG_20160828_201557

IMG_20160807_223543

IMG_20160710_142825

DSC_0170

IMG_20160628_131741

13346234_970871619692107_7274706621918803862_o

13315274_970592376386698_8121546384219278152_n

 

IMG_20160522_131318

DSC_0065

DSC_0469

 

IMG_20160419_224646

12898245_10206363888725194_2615953779805895193_o

20160320_121359

 

 

O.

Wzmacnianie odporności – NATURALNE METODY

DIETA PORADY

Wzmacnianie odporności – NATURALNE METODY

Pozostając w temacie dzieciowo-żłobkowym. Pociągnę go przez jeszcze chwilę i odpowiadając na Wasze pytania, sprzedam Wam nasze patenty. Patenty, które wzmocniły Zosi odporność na tyle, że sama potrafi dzielnie walczyć z wszystkim tym co lata w żłobkowych salach. Nie mówię, że moje dziecko nie ma nawet katarka, ale każda wizyta u pediatry, w momencie gdy myślimy że jest już na prawdę chora, kończy się słowami: „Bardzo ładnie sama walczy z tymi wirusami, nie ma objawów choroby. Proszę tylko obserwować czy się nie pogarsza.” I do dzisiaj nie pogarszało się, dlatego myślę że ponad półtora roku faszerowania ją moimi naturalnymi specyfikami się opłaciło.

Pamiętajcie jednak, że nie jestem lekarzem i pomimo, że konsultowałam wszystko to co Zosia przyjmuje z wieloma pediatrami i naturopatami, to Wasze dziecko może być inne i warto zapytać się Waszego lekarza pierwszego kontaktu czy Wasz maluch może przyjmować tego typu suplementy.

 

Jak już niejednokrotnie pisałam, nie jestem zwolenniczką współczesnej medycyny, która zamiast leczyć przyczyny naszych schorzeń leczy objawy, zatajając to co nam naprawdę dolega. Dlatego będąc mądrzejsza już o to wiedzę, która teraz posiadam zadbałam o to aby moje dziecko, które przyszło na świat z czystą kartką od początku dostawało to co najlepsze. Od pożywienia poczynając na suplementach kończąc. I tak oto od 6 tygodnia życia, moje dziecko codziennie dostawało solidną dawkę tego, co uważałam dla niej za najlepsze.

1. Synbiotyk – Children’s Powder firmy VIRIDIAN 

synbiotyk-dla-dzieci-suplement-diety-viridianViridian to jedna z moich ulubionych firm jeśli chodzi o suplementy. Nie są one tanie, z resztą jak wszystkie firmy które bazują na naturlanych produktach, ale ma bardzo fajne pozycje, jest od wielu wielu lat na rynku i w innych krajach cieszy się takim uznaniem jak Solgar. Synbiotyk to w skrócie dobre bakterie, czyli probiotyki i cukry dzięki którym te bakterie się rozmnażają czyli prebiotyki. Synbiotyk jest w formie proszku, więc łatwo można go podawać dziecku w każdym wieku. Wzmacnia odporność i odbudowuję prawidłową florę bakteryjną jelit. Dzięki temu właśnie dziecko wchłania wszystko co dobre z pożywienia. Moja Zosia stosuje go od około 6 miesiąca życia. Wczesniej podawalismy jej probiotyki tylko, ponieważ nie wiedzielismy o istnieniu tej wersji synbiotyku dla dzieci. Synbiotyk jest bardzo wydajny starcza na kilka miesięcy przy dawkach 1g dziennie.

 

2. Mądre rybki Solgara, czyli kwasy DHA.

89c15c38065e6700cf0f9f9847c38e5cKwasy w mądrych rybkach pozyskiwane są z tuńczyków łowionych w czystych wodach Ocenu Indyjskiego. Nie są to tuńczyki hodowlane, czy łowione w zanieczyszczonych morzach blisko Europy. Wszystkie substancje pomocnicze są naturalne, słodzony naturalnym cukrem brzozowym – ksylitolem ( przyjaznym dla zębów, grzybobójczym) i aromatyzowane owocami.  Kwas DHA wzmacnia mózg, wzrok i odporność oraz zmniejsza ryzyko wystąpienia infekcji górnych dróg oddechowych, dlatego powinien być suplementowany od samego początku. Dzieci są wtedy mniej skłonne do alergii i chorób górnych dróg oddechowych np. astmy. Nasza Zosia przyjmuje go od 6 tygodnia życia. Mądre rybki Solgara to żelki które dziecko w starszym wieku może żuć i zjadać w całości. Natomiast tym maluszkom nie gryzącym jeszcze, bez problemu można wycisnąć zawartość rybki do ust i tak tez robiliśmy przez długi czas. W słoiku jest 90 rybek, co starcza na 3 miesiące przy dawkach 1 dziennie.

 

3. Witamina D dla dzieci VIRIDIKID, Viridian. pol_pl_viridian-ekologiczna-witamina-d-w-kropelkach-dla-dzieci-30-ml-3019_1

Witaminę D, pewnie więszkość z Was suplementowała maluchom, gdy były na prawdę małe. Jednak duża część ludzi szybko ją odstawia, niepotrzebnie. Witamina ta ma bardzo korzystny wpływ na zdrowie, zapewnia prawidłowy wzrost i rozwój układu kostnego, zapobiegając krzywicy oraz wzmacniając naturalną odporność naszych maluchów. Wybrałam firmę Viridian, ponieważ ich produkty nie zawierają powszechnie używanych substancji wypełniających i przeciwzbrylających. W większości produkowane są na bazie spiruliny, alfalfa i borówki co dodatkowo wzbogaca ich skład.

 

4. Krople z propolisem BIO30, miód manuka ( bez alkoholu). db3d70bf98992fe1eed7020b0c6acda2

Większość propolisów na naszym rynku jest konserwowana alkoholem, dlatego ciężko znaleźć coś naturalnego i bez alkoholu. Pomimo ogromnych pozytywnych właściwości propolisu, do tego specyfiku byłam najmniej przekonana, pewnie ze względu na jego okropną cenę. Propolis zaczęliśmy stosować u Zosi w okresie przedszkolnym i dopiero teraz kiedy widzę poprawę w katarkach i innych wirusowych objawach, zdecydowanie go Wam polecam. Jest bardzo wydajny. My stosujemy go już od kilku miesięcy i cały czas mamy go w buteleczce.

Ten właśnie propolis poleciła nam nasza lekarka, lekarz medycyny naturalnej (kiedyś pediatra), która kazała dawać go Zosi w dawkach 2 kropli, 3 razy dziennie, na miesiąc przed tym jak zaczęła chodzić do żłobka i przez pierwszy miesiąc w żłobku. Stosowaliśmy go właśnie w tych dawkach w lato i obyło się bez żadnych żłobkowych chorób. Do dziś jednak dajemy go w tej właśnie dawce zawsze kiedy mała zaczyna mieć żłobkowy katar i zazwyczaj na tym katarku się kończy.

Dlaczego propolis? Ponieważ jest środkiem który ma silne działania bakteriobójcze, zabija wirusy i grzyby oraz wzmacnia odporność. Poleca się jego stosowanie przy wszelkich przeziębieniach i grypie. Możecie go stosować zarówno Wy, jak i Wasze dzieci.

 

5. Witamina C – kanguwity, Solgar.

edb0ee80686097b7a30c7a077c1ad801Powiem szczerze, że do dziś nie jestem w 100% przekonana do substancji pomocniczych zawartych w tym produkcie. Jak na Solgar ma on dosyć słaby skład, ale nie znalazłam lepszego zamiennika na naszym rynku dla dzieci, dlatego stosujemy właśnie kanguwity. Gdy się skończą dodajemy małej zwykłą witaminę C lewoskrętna do soku, czyli czysty do analizy kwas L-askorbinowy. Jednak wolę Solgar-ową formę witaminy C, dlatego cały czas z nich korzystam. Pamiętajcie że gdy stosujecie kwas L-askorbinowy to nie powinno używać się żądnych metalowych przedmiotów do jego podawania, ponieważ utleniają one witaminę C. Witaminkę C stosujemy codziennie gdy małą jest nie wyraźna, ma katarek albo co jakiś czas robię jej taki tygodniowe kuracje.

 

 

6. Syrop na kaszel PUKKA. syrop-elderberry-dla-ukladu-oddechowego-bio-100ml-pukka

Ostatni, ale nie najmniej ważny mój niedawno wynaleziony specyfik. Syrop na kaszel firmy PUKKA. Od tygodnia jest w użyciu, ponieważ mała jednego dnia wróciła z kaszlem do domu. Zaczęłam go stosować jak tylko usłyszałam pierwsze objawy kaszlu i od tamtej pory kaszel bardzo ładnie się odrywa. Nawet ostatnio na wizycie u pediatry, Pani Doktor powiedziała, że skład faktycznie jest bardzo „ziołowy”, ale bardzo fajny i na pewno będzie pomagał. To jest fajna alternatywa dla tych, który tak jak ja nie chcę wlewać w nasze maluchy syropów konwencjonalnych firm farmaceutycznych, które pomimo że są ziołowe, mają mnóstwo substancji pomocniczych i przeciw zbrylających które są chemiczne.

 

Synbiotyk, witamina D, kwasy DHA i okresowo Witamina C to jest to co Zosia dostaje na odporność od właściwie pierwszych tygodni życia codziennie. Synbiotyk warto dawać ze śniadaniem, w szczególności dobrze przyjmuje się z owsianka i kaszami.

Propolis stosujemy profilaktycznie w okresie żłobkowym ( kiedy chcemy posłać dziecko do żłobka) lub kiedy na horyzoncie pojawiają się katarki i przeziębienia. Syrop na kaszel, jak sama nazwa wskazuje stosujemy wtedy kiedy pojawia się kaszel.

Wielu z Was moga odrzucić ceny produktów, ale wiedzcie, że są one w 100% naturalne, oraz pozyskiwane z najlepszych składników. Nie posiadają żadnych chemicznych substancji zbrylających, konserwujących, są słodzone naturalnymi cukrami, aromatyzowane owocami. DHA Solagara ma się nijak to innych kwasów DHA, tranu które pozyskiwane są z ryb pływających w zanieczyszczonych morzach. Dlaczego warto zastanowić się czy lepiej wydać mniej na coś co nie do końca będzie działać, czy wydać więcej na coś co na prawdę działa i pomimo kosmicznej ceny jest naturalne i wiemy że dajemy naszym pociechom to co najlepsze.

 

Decyzję zostawiam w Waszych rękach 🙂

O.

 

 

 

 

 

 

Moja wielozadaniowość się skończyła.

CODZIENNOŚĆ

Moja wielozadaniowość się skończyła.

Chciałabym walnąć wszystko usiąść, się rozpłakać i krzyknąć, że wszystko „Pier****”. Ale nie mogę, a jak, bo przecież jestem mamą, żoną i mam multum obowiązków którymi niestety nie można tak rzucić.

Moja wielozadaniowość się skończyła, nie potrafię pracować na 6 różnych etatach. Nie potrafię ogarniać 2 firm, pracować na stoku 6-7h dziennie, być pełnoetatową mamą kiedy tylko wracam do domu, prowadzić bloga i do tego jeszcze trenować. Wpadając do domu żeby pobyć ze swoją córką, odciążyć babcie która , telefon nie przestaje dzwonić od kolejnych zadań które mi się nawarstwiają, milion maili czeka na przeczytanie, zamówienia do zrealizowania, faktury do wypisania, rozliczenia do zrobienia. A przecież miałam siedzieć z dzieckiem i cieszyć się macierzyństwem, albo pójść pobiegać i napisać parę słów na blogu. I tak od dwóch tygodni. A w dni kiedy inni po ciężkiej pracy odpoczywają, ja pracuję tylko 14 h dziennie otwierając, siedząc cały dzień na grafiku i zamykając szkółkę.

Nie piszę tego by się wyżalić, nie piszę byście mnie pocieszali. Piszę, żebyście wiedzieli że u mnie nie zawsze jest tak pozytywnie i cudownie. Żebyście wiedzieli, że też miewam chwile zwątpienia, czuje się przytłoczona. Ale gdzieś wewnątrz odzywa się jakiś malutki głos który każe mi uciekać w sport zawsze wtedy kiedy życie zagania mnie w ślepy zaułek.

Buntowniczka pobiegła dzisiaj w las i biegła aż głowa przestała boleć, uśmiech pojawił się na buzi, a dziecko się wyspało. Po 2 tygodniach zrobiłam coś dla siebie, choć przez chwilę, choć przez tą prawie godzinę. I pomimo, że wolałam zrobić to w samotności, a telefon który dostałam od babci Zosi mówiący mi że mam ją wziąć bo jest zmęczona dolał oliwy do ognia. To zacisnęłam zęby ubrałam małą i poszłam z nią wydeptać wszystkie złości w błotne podłoże.

Dlatego nie zaniedbujmy się! Zróbmy coś dla siebie! Pozwólmy sobie mieć gorsze chwile, chwile zwątpienia i załamania. Nauczmy się w pełni akceptować te negatywne emocje, gorsze dni i złe samopoczucie. Takie podejście pozwoli nie tylko szybko zapomnieć o chwilach słabości, ale i dużo szybciej znajdziemy jakieś rozwiązanie.

 

InstaCollage_1455302489000.jpg

 

O.

Chyba jestem GLUTEN-owcem.

CODZIENNOŚĆ DIETA PORADY

Chyba jestem GLUTEN-owcem.

Sobota rano budzę się cała opuchnięta, jakbym zjadła kilogram soli, albo wypiła hektolitry wódki. Wstaje ledwo co z łóżka. Z chwili na chwilę jest coraz gorzej. Analizuję dlaczego tak się dzieję, dlaczego jestem przemęczona. Czy praca, treningi, dziecko, i brak taty w domu wykańczają mnie aż tak? Co robię, źle? Nie wiem.

Przyjeżdża ciocia, która ma mnie wybawić chociaż na chwilę. Walczymy z małą, żeby ją uśpić w łóżeczku, ale nieudane próby kończą się spacerem. Dziewczyny wybyły z domu a ja mam chwilę dla siebie. Miałam jechać na stok pomagać, ale ból głowy i zmęczenie nie dają normalnie funkcjonować.

Co robi więc Biegająca Bio Mama ?

Zakłada swoje buty biegowe i leci w pola. Po drodze mijam ciocię i pytam się czy może mnie nie być godzinę. Krzyczy: pewnie, że tak! Więc biegnę, pierwsze kilkaset metrów opadam z sił, nogi są ciężkie jak stal, a w mojej głowie krzyczy głos odpuść sobie nie dzisiaj. Jednak wiem że z każdym metrem będzie lepiej, więc biegnę dalej. Marzy mi się samotna „dycha” której dawno nie uda mi się zrobić. Na 4 kilometrze głowa przestaje boleć, słońce świeci a twarz, delikatny mróz i biały krajobraz powodują że uśmiech sam zaczyna pojawiać się na mojej buzi. Decyduję się na dychę, bo wiem że po będzie pełnia szczęścia.

20160109_121455.jpg

Bieganie mnie nie zawiodło, dodało energii na kolejny tydzień, przewietrzyło głowę i pozwoliło może nawet znaleźć przyczynę moich dolegliwości. Zawsze kiedy krew mocniej jest przepompowywana przez moje ciało, mój mózg wpada na cudowne pomysły.

20160109_123336

Biegając przeanalizowałam swoja dietę, która ostatnio miała mało wspólnego z Bio, parę dni żywiliśmy się poza domem. Co prawda wybierałam potrawy które najmniej mogłyby mi zaszkodzić, ale i tak czułam że to „nie domowe” jedzenie może powodować że się tak czuję.

Od tygodnia pochłaniamy chleb w dużej ilości. Chleb który w mojej diecie mógłby nie istnieć i dotychczas raczej nie istniał. Na dodatek, nie jest to nasz bezglutenowy chleb pieczony we własnym piekarniku, ani nasz ulubiony bezglutenowy  Świętokrzyski chleb z Farmy, tylko zwykły żytni na zakwasie chleb. I pomimo tego, że wiem z czego powstaje, że wiem że jest tylko i wyłącznie na zakwasie i że wiem że nie ma w nim nic poza naturalnymi składnikami to i tak myślę że to on mi szkodzi. Nigdy wcześniej nie myślałam, że gluten czy ziarno żyta, czy pszenicy może mieć taki wpływ na mój organizm. Nie jadłam pszenicy, nie jadłam żyta, nie z powodu glutenu ale przez to że są to najbardziej oczyszczone ziarna, najmocniej pryskane zboża, w których po tym wszystkim pozostaje niewiele naturalnej dobroci.

Teraz wierze w brzuch pszeniczny, w nietolerancje glutenu. Wierze w to że im więcej go jemy tym bardziej nam się chce go jeść. Wierzę w to że siada na zatoki, drogi oddechowe. Wierzę, że człowiek czuje się spuchnięty, brzuch jest nadęty. Jest się ospałym i bez energii. Ja tak mam od tygodnia, od tygodnia w którym jem chleb glutenowy. Nie wiem czy to tylko moje dziwne przemyślenia, czy sobie wkręcam, czy na prawdę tak jest, ale wrzucam się dzisiaj do worka z wszystkimi GLUTEN-owcami, czyli tymi którym gluten szkodzi.

Najbliższy wolny termin jadę zrobić badania na nietolerancje pokarmowe i zobaczymy czy miałam rację. Dam znać!

 

A tymczasem jak wy macie z tym GLUTENEM??? Czy Wam szkodzi ? Czy jecie?

 

O.

 

Moje anty-blogowe roczne przemyślenia!

AKTYWNA MAMA BIEGANIE CODZIENNOŚĆ TESTY TRIATHLON

Moje anty-blogowe roczne przemyślenia!

Jedni nazwą mnie słabą blog-erką, inni przymkną oko na to i powiedzą, że robię to po swojemu 🙂 A ja Wam powiem że robię wszystko co w mojej mocy żeby być tutaj systematyczna, ale się NIE DA 🙂

BO…

Wtedy kiedy Wy odpoczywacie, my z R zazwyczaj najciężej pracujemy. Tak to jest kiedy ma się firmę usługową. W dni kiedy Wy macie wolne, my pracujemy 24 h na dobę żeby ten czas wolny Wam umilić szkoląc Was i Wasze maluchy jazdy na nartach i snowboardzie w naszej szkole narciarskiej AMIGO-SKI w Bałtowie. Ale spróbuję nie zaniedbać tego miejsca, bo jestem w ogromnym szoku jaką piękną grupę czytelników sobie tutaj uzbierałam. Dlatego pisanie może nie będzie systematyczne, ale na pewno będzie.

Kiedy wszystkie blogi huczały o postanowieniach noworocznych, ja milczałam. Nie koniecznie dlatego że nie miałam o czym pisać, czy takich postanowień nie mam. Nie do końca. Ja też stawiam sobie nowe cele, ale kontynuuje to co zaczęłam w 2015 albo i wcześniej. Nie mam zwyczaju siadać 31 grudnia i spisywać na kartce co zamierzam w nowym roku zrobić. Moje marzenia i cele powstają na bieżąco przez cały rok. Na każdych zawodach rodzi się nowy pomysł, nowy cel sportowy. Czy to chodzi o nową życiówkę, czy o pomysł na kolejny bieg, kolejny triathlon. W każdej chwili podejmuję nowe wyzwania, które rodzą kolejne.

Dlatego słuchając dookoła siebie jak to każdy od jutra zaczyna być lepszy, ja mówię sobie chcę kontynuować bycie chociaż na tyle dobrą na ile udało mi się w 2015. I w dniu kiedy wszyscy sobie odmawiają, ja sobie pobłażam i pozwalam na odstępstwa. Zaczęłam nowy rok od grzanego wina i okropnie wielkiego hamburgera ( pomimo że mięso gości na moim talerzu na prawdę od święta). Ale wiedziałam, że już jutro na moim talerzu ponownie znajdzie się ekologiczny ryż i ekologiczne warzywka w curry. Dlatego mój cel na nowy rok to się doszkalać, mieć jeszcze większą wiedzę na temat zdrowego odżywiania. Zrobić kurs dietetyka sportowego. Nie planuje zmieniać drastycznie swoich nawyków żywieniowych bo myślę, że są na całkiem niezłym poziomie. Dlatego UWAGA ! Ja się nie będę odchudzać, nie przechodzę na zdrową dietę, ja po prostu będę kontynuować to co zaczęłam kilka lat temu.

Co do sportowych celów jest ich wiele, ale będą się one na pewno zmieniać wraz z formą, ograniczeniami czasowymi, kolejnymi pomysłami które czasami wpadają do mojej głowy jak z procy, ale będzie na pewno aktywnie.

Główny element 2016 to mój wymarzony od kilku lat IRONMAN 70.3 Gdynia. Po raz pierwszy wystartuję na tym dystansie, po raz pierwszy będę musiała sama po konać 1.8 km pływania, 90 km roweru i 21 km biegu. W końcu to ja będę stała na starcie, a nie kibicowała na mecie! „Pamiętam jak dwa lata temu pojechałam na rowerze już będąc w ciąży z Chałup do Gdyni tylko po to żeby dopingować naszego kolegę który wtedy startował w połówce. ”

Kolejne sportowe wyzwania to półmaraton Warszawski w kwietniu, może uda się z wózkiem, parę biegów ulicznych w towarzystwie Zosi, która mam nadzieję da się jeszcze wozić. Kilka olimpijskich triathlonów prze Gdynia, no i nasz coroczny „obóz treningowy” na Cyprze, który mam nadzieję też dojdzie do skutku jeżeli czas i życie nam na to pozwoli.

A czego Wam życzę w nowym roku ??

Żebyście małymi kroczkami dążyli do swoich marzeń. Stawiajcie sobie cele, a nie postanowienia, bo dążąc do nich postanowienia same się zrealizują. Chcąc wziąć udział w biegu ulicznym, zaczniecie biegać. Chcąc spróbować swojego pierwszego triathlonu, zaczniecie trenować 3 dyscypliny.  Chcąc żyć zdrowo, zaczniecie zwracać uwagę na to co jecie, jak jecie i ile jecie, a przy tym i waga pójdzie w dół, a samopoczucie i zdrowie wzbije się na wyżyny. Zacznijcie żyć zdrowo i aktywnie, a zdrowe odżywianie i sport staną się Waszym życiem, waszą codziennością !

 

także życzę Wam:

„BIEGOWEGO

AKTYWNEGO

ZDROWEGO

I PEŁNEGO SZCZĘŚCIA I SPEŁNIENIA

NOWEGO ROKU 2016 ”

DSC_0318

O.

 

Biegamy w mrozie ?? A czemu nie?!

AKTYWNA MAMA BIEGANIE CODZIENNOŚĆ

Biegamy w mrozie ?? A czemu nie?!

Oj czeka parę postów które powinno, a może lepiej powiedzieć, ma się ukazać na blogu. Gdyby tylko moja doba wydłużyła się o dobre kilka godzin. Jest parę tematów które chciałabym poruszyć, jest parę postów które chcę napisać i jest parę recenzji z którymi chciałabym się z Wami podzielić. Jednak zamiast ubywać nam obowiązków, z dnia na dzień nam ich przybywa.

Nie każdy wie, że nasze zimy spędzamy na stoku. Tak, na stoku narciarskim, gdzie razem z R prowadzimy szkołę narciarską i snowboardową. Od kilku dni wszystkie prognozy pogody huczą, że zima nadchodzi i tak też się stało. Zima, no może jeszcze nie w pełni bo bez opadów śniegu, ale przynajmniej mróz ją zwiastujący, w końcu zawitała do naszego kawałka Polski. I tak oto rozhuczały się nie tylko prognozy, ale i wszystkie armatki śnieżne na naszym stoku. Odważniejsi co mają otwarte okna i „Szwajcarię Bałtowską” za rogiem usłyszą je bez większego wytężenia.

20151230_165009

I tak przez stertę zaległości dzisiaj chciałam krócej. Napisać coś z marszu, pod wpływem popołudniowego treningu, który nie wiedziałam jak i czy się w ogóle odbędzie. Dlaczego? Bo mąż zajęty przygotowywaniem naszego biura, a termometry pokazują -4.5°C .

No właśnie i pada teraz pytanie wyjść na ten mróz z Zosią czy kisić się w 4 ścianach mieszkania zaatakowanego przez wrzące kaloryfery ? Poszłam, wyszłam i nie żałuję.

Myślę, że jak tak dalej pójdzie i nabierzemy doświadczenia w bieganiu w mrozie to puścimy klika artykułów w świat jak biegać z maluchem gdy mróz za oknem. Jednak po jednorazowej przygodzie nie będę udawała speca od biegania z wózkiem w zimę. Bardziej zaproponuję Wam coś bez czego nie obędzie się takie bieganie. Mianowicie nasz śpiworek, a może lepiej go nazwać zimowy śpiwór.

Przez jesienne dni, pakowaliśmy trochę na siłę ( ponieważ nie pasuję on idealnie do tego wózka i trzeba było się namęczyć żeby Zosię zapiąć) do naszego joggera piękny śpiworek minky, który teraz robi furorę nie tylko w internetowych sklepach i u Polskich projektantów, ale każda mama go ma 🙂 Tak ja tez uległam tej pokusie i nie żałuję, ale śpiwór do wózka na zimę to zdecydowanie nie jest.

Zacznę od tego, że do BOB-ów niestety, a może i stety, pasują tylko oryginalne śpiworki BOB Britax. Pasy są na stałe przymocowane, nie da się ich łatwo rozmontować. Plecy więc takiego BOB-owego śpiworka nie mogę mieć tylko dziur na pasy, ponieważ nie da się ich przeciągnąć. Oczywiście dla chcącego nic trudnego. Pasy można rozmontować zupełnie, za pomocą śrubokręta, trzeba je odkręcić, trochę na siłę po przepychać złączki przez siebie i wtedy dało by się je wcisnąć przez dziury do każdego nie oryginalnego śpiwora. Wtedy byłby on zamontowany na „stałe”, no chyba że chciałoby się spędzać 10 minut codziennie przed spacerem rozmontowując pasy. Dlatego my postawiliśmy na oryginalny śpiwór firmy BOB Britax, który możecie kupić w sklepie AKPOL Baby, przedstawiciela tej właśnie firmy.

Sam śpiwór wygląda tak.

spiworek-do-wozka-britax-bob

Nie przemawia do Ciebie jego wygląd ?? Do mnie też nie przemawiał, dlatego że wydawał mi się sztywny i wąski w nogach.

Kiedy otworzyłam paczkę, nie byłam do końca zadowolona, jednak z każdym dniem i treningiem kocham go coraz bardziej. Śpiwór wykonany jest z niezwykle grubego polaru (wnętrze) i tkaniny która przypomina wodoodporną kordurę. Fakt, nie jest on mięciutki w dotyku, dlatego że zewnętrzny materiał jest sztywny, nie przewiewny, ale dzięki temu trzyma kształt. Wewnętrzny polar natomiast ( do dzisiaj myślałam, że jest to wełna owcza) jest przytulny i miękki przez co sprawia że dziecko jest miło opatulone wewnątrz.  Szerokość w nogach tylko na pozór wydaję się niewielka, wąska, a jest to przez ilość materiału jaka jest użyta. Jednak gdy moja Zosia siedzi już sobie wygodnie w środku, ma pełną swobodę w nóżkach, nawet często wrzucam jej, w takie chłodne dni jak dziś, butelkę z wodą do picia w nogi żeby była ciepła.

20151209_150804

Na plecach oczywiście są rzepy i szerokie rozcięcia tak żeby śpiwór można było bardzo szybko zamontować w wózku. Jedyny minus to taki, że wózek nie składa się do końca z tym właśnie śpiworem. Plus taki, że w ogóle się składa, biorąc pod uwagę jego gabaryty. My na szczęście mamy duży bagażnik i taki nie do końca złożony wózek spokojnie się w nim mieści, a ponieważ zazwyczaj trzymamy wózek w bagażniku to było to dla nas ważne. Niemniej jednak zamontowanie tego śpiwora w wózku to dosłownie kilka sekund, ale ja wolę wychodzić z mieszkania tylko z Zosią na rękach, niż z Zosią, śpiworem i resztą gadżetów.

Fajnym dodatkiem w tym śpiworze jest możliwość wywinięcia go i przypięcia tej wywiniętej części tak żeby nie denerwowała malucha i nie ograniczała ruchomości rąk w cieplejsze dni. W mroźne dni taki jak dziś można przykryć malucha prawie do samego nosa 🙂

20151230_164558.jpg

DLACZEGO WŁAŚNIE TEN ??

No dobra, ale dlaczego poleciłabym Wam właśnie ten śpiwór ? Bo jest nadzwyczaj ciepły i niesamowicie przytulny ! Dzisiaj zrobiłyśmy razem 12 km  w temperaturze -4.5°C, a Zosia po takim ponad godzinnym treningu była cieplutka! Razem z rączkami! R nawet kiedyś, gdy miał małą aferę w domu i jednym sposobem na spanie był spacer, wziął ją na spacer w samych śpiochach ( a wtedy temperatury były w okolicach 10 stopni). Zosia żyję, nie chorowała, ba nawet ma się cudownie, a po takim spacerze była wygrzana i szczęśliwa.

Dlatego jeżeli nie macie jeszcze zimowych akcesoriów do waszych joggerów, to śmiało możecie lecieć do sklepu i kupować oryginalny śpiworek BOB Britax. Ma on wszystko co powinien mieć taki zimowy gadżet, a co najważniejsze jest nieprzewiewny i nie przemaka. Dlatego nadaje się na każdą ekstremalną pogodę !

20151230_165053.png

 

20151215_171634

Więc nie bójcie się zimowego biegania w towarzystwie waszych maluchów. Takiego typu „spacery” na pewno pomogą im nabrać odporności, a jeżeli zadbacie o ich komfort termiczny ciepłym kombinezonem, rękawiczkami i tego typu śpiworem to na pewno Wam nie zmarzną. My dzisiaj bawiłyśmy się na prawdę fajnie! Pierwsze takiego typu bieganie to ogromna frajda, a że lubię biegać kiedy termometry pokazują minusowe temperatury to mam nadzieję, że damy radę przebiegać wspólnie całą zimę!

Nie ma wymówek! 🙂 Nawet mróz jest nam nie straszny! Dlatego nie rezygnujcie z biegania, tylko dostosujcie się ubiorem do temperatury za oknem! Powodzenia!

20151230_165009

 

O.