Tag: podróże

GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

PODRÓŻE POLECANE

GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

Góry kocham, to już chyba każdy wie, ale rzadko uciekam w nie latem. Zawsze boje się ilości ludzi, która w czasie wakacji ma zazwyczaj dwie destynacje morze, lub góry.

Jestem zwolenniczką slow life i wakacji w ciszy i spokoju. Takie też marzyły mi się w górach, ale bałam się że będzie to nie wykonalne. Pierwsza destynacja jaka przyszła nam do myśli to Schronisko Głodówka, w którym zawsze lądują nasi bliscy znajomi. Schronisko to zawsze fajna opcja,  ale wiedziałam, że stamtąd trzeba będzie wszędzie jeździć autkiem. Ponadto Zakopane znam wie gdzie się ruszać mam swoje miejsca. Decyzja padła więc na moje ulubione miejsce w Zakopcu  <3 <3 Willę 5 Dolin <3 <3

Lądowałam w niej zawsze poza sezonem i kochałam ten widok, ten brak ludzi i to że jest już na końcu świata – czyli na obrzeżach Zakopanego.

Pierwsza myśl, czy teraz będzie podobnie, Dolinki są ulubionym miejscem do wędrowania z dzieciakami, a willa jest zaraz na wylocie do Strążyskiej. Nie byłam pewna, ale fakt, że mieści się ona na ostatniej odnodze od ulicy Strążyskiej, i jest prawie ostatnim domem przemówił do mnie i wierzyłam całym sercem że tam będzie spokój. I był, a poza tym były piękne hamaki, mała piaskownica, i slack-line który okazał się super pomysłem dla dzieciaków. Nie było trampolin, na których są krzyki, placu zabaw przy którym trzeba pilnować, był za to ogromny idealnie zielony trawnik na którym można było wymyślać nie skończoną ilość zabaw późnymi wieczorami. A dzięki temu, że tych „dziecięcych atrakcji” jest niewiele w ogrodzie świat jest tam tak spokojny, zielony, naturalny, dziki i cudowny że choć góry wzywają wcale nie chce się w nie iść.

 

GDZIE IŚĆ:

Nie ma co ukrywać, że ludzi na szlakach jest znacznie więcej niż w zimę czy poza sezonem. Ale może, takie lato właśnie jest fajnym momentem aby pójść w te dziksze części, mniej oklepane. łatwiej na pewno bez dzieci, bo można wyżej i dalej. Ale co robić kiedy dzieci są, chodzą o własnych nogach i kochają pieczątki, oraz pierogi z jagodami w schroniskach.

Ano trzeba kombinować i nie podążać za tłumem.

Np. jedna z chyba bardziej uczęszczanych tras z dzieciakami, czyli

Kalatówki i Hala Kondratowa.

Przynajmniej my ją zawsze robimy jak jesteśmy w Zakopanem. Dwa schroniska, masa pieczątek i piękne widoki na Hali.

Do Kalatówek wszyscy lecą kocimi łbami do góry pod schronisko, ale nie wiele osób wie, albo chciało im się doczytać, że wzdłuż najbardziej obleganej trasy o okolicach Kasprowego idzie śliczny wąziutki niebieski szlak przez las prosto na Hale Kondratową. Wprawdzie nie ląduje się na Kalatówkach w drodze do góry, a przechodzi poniżej ich, ale to tylko plus. Bo wszyscy turyści właśnie stołują się w hotelu górskim Kalatówki kiedy wy uderzacie na Halę, uciekając od masy i robiąc sobie przystanek pod piękną bacóweczką, na polanie pod schroniskiem. Tak my zrobiliśmy.

Docierając natomiast na Halę do schroniska, położyliśmy się na jeszcze zupełnie pustej polance i zamówiliśmy najlepsze pierogi z jagodami ( no może nie najlepsze jest jeszcze jedno miejsce gdzie są lepsze, ale ciii o tym później). Schodząc przeszliśmy przez Kalatówki, zbierając kolejne pieczątki i zjadając porządny obiad. Ceny są przystępne, jest domowo, tak jak w schroniskach i z salą zabaw dla dzieci. Kiedy my schodząc dotarliśmy na Kalatówki, turystycznej masy już nie było, było za to popołudniowe słońce, dobra kawa (co w schroniskach jest rzadkością, ale nie ma co ukrywać to bardziej Hotel górski niż schronisko) i cisza spokój 🙂 Droga na dól po kocich łbach po godzinie 16 jest już w niewielkim stopniu uczęszczana i cały dzień robi się przyjemny zdala od mas.

 

NOSAL – nosal i wejście na nosal to idealna wędrówka na dzień kiedy nie ma za dużo czasu na góry, albo przez pogodę, albo przez siły, ale coś trzeba robić. Traska jest na tyle ciekawa i trudna jeśli wchodzi się nie od strony Kuźnic, tylko spod Ścieżki pod Reglami w połowie drogi z Ronda Kuźnickiego, do Kuźnic, a schodzi przy potoku tak jak z Murowańca, że każdy maluch będzie miał na prawdę sporo frajdy. Moja Zosia uwielbia trudne strome podejścia, długie szerokie trasy ją nudzą. Nosal zaliczyliśmy kiedy to mama rano postanowiła polecieć traskę Tour De Pologne amatorów, w ramach treningu rowerowego. Na śniadanko do reszty dołączyłam dopiero po 10, bo podróż 16 km z Bukowiny trwała 50 minut ! ( tak to był jedyny raz kiedy klęłam na ilość turystów w górach 🙂 ). Na szlak dotarliśmy więc dopiero koło 14, i o dziwo chyba fajnie wyszło bo tłumów znowu nie było 🙂

 

Jeśli jesteście z dziećmi na Nosal lepiej podchodzić trudną stromą stroną, spod Bystrej, a dokładniej spod tamy Nosalowej, zielonym szlakiem. Jest ostro w górę, skaliście, ale bezpieczniej w górę niż w dół. Do tego jest fajna przygoda i coś się dzieję, Zośka była zachwycona tą trasą. Trasa w dół lepsza jest natomiast z drugiej strony, jest bezpieczniejsza i wygodniejsza w szczególności jeśli planujecie nosić najmłodszych na plecach, tak jak my w nosidle. Ze szczytu kierujecie się na Nosalową przełęcz, a potem dalej w dół do Kuźnic, gdzie szlak zielony łączy się z niebieskim, z Murowańca i Hali Gąsienicowej. Schodzimy do Kuźnic od strony potoku, przy którym fajnie jest przycupnąć w ciepły dzień i poczuć chłód zimnej górskiej wody.

 

MUROWANIEC 

 

To piękna, dosyć długa trasa, która kończy się w schronisku Murowaniec. My wyruszyliśmy z Kuźnic żółtym szlakiem przez dolinę Jaworzynki, na Halę Gąsienicową do Murowańca. Ponieważ tras do Murowańca jest wiele ludzi na szlakach przez Dolinę nie czuć. Dopiero na Hali widać ich większą ilość, ale ponieważ do samego Murowańca wyszło nam 6 kilometrów w jedną stronę, to nie każdy piszę się już na taką trasę i turyści tam będący przypominają raczej górskich turystów niż tych Krupówk-owych. Ponieważ na górze złapał nas deszcz i pogoda robiła się nieciekawa, zeszliśmy troszkę krótszym i przyjemniejszym niebieskim szlakiem przez Boczań. Jest on mniej stromy i skalisty, no i troszkę krótszy.

Hala Gąsienicowa jest przepięknym miejscem, do którego na prawdę warto dotrzeć.

edf

 

 

RUSINOWA POLANA

od Zazadniej to też fajna mało turystyczna opcja. Parking przy Zazadniej jest mały, a właściwie nie ma go wcale dlatego może turystów jest tylko tyle co samochodów Jest moment stromych schodów, ale cała trasa jest przyjemna i niezbyt trudna. Na Rusinowej w tygodniu nie jest źle, ale w weekendy robi się podobno bardzo tłoczno.

 

 

Warto czmychnąć z stamtąd na Gęsią Szyję, zaliczyć szczyt u zebrać więcej punktów GOT do książeczki, jednak trasa nie jest zbyt przyjemna. Schody, schody i schody…. to nie nasze ulubione podejścia, w szczególności gdy na plecach śpi 15 kilowy człowiek, wraz z całym odzieżowym ekwipunkiem rodzinnym. Dla Zosi schody zrobiły się ciekawe dopiero kiedy zaczęłyśmy je liczyć, poza tym samo podejście nie było zbyt interesujące, wręcz trochę nudne.

 

 

 

Dlatego bez entuzjazmu dotarłyśmy z Zosią na szczyt, który choć trochę wynagrodził to nieprzyjemne podejście. W dół idzie się znacznie lepiej i mniej żmudnie. Z Rusinowej zeszliśmy w stronę parkingu Wierch-Poroniec, skąd miałyśmy nadzieję dostać się do Bukowiny na Tour de Pologne.

 

Polecamy też Dolinę Strążyską,

chociaż tam przy ładnej pogodzie na wejściu turystów jest sporo, z wejściem na Sarnią Skałę i z zejściem przez Dolinę Białego, która jest przepiękna i dużo bardziej spokojna. Taka pętelka to fajna opcja, bo nie nudzi się i jest cały czas coś nowego. Dolina Białego wiedzie cały czas wśród skał, jak w wąwozie. Bardzo przypominała mi wąwóz Homole z Pienin, który zaliczyliśmy zimą.

 

edf

 

JEDZENIE: 

Polecamy kilka miejsc w których nie znajdziecie tłumów, albo znajdziecie tłumy (ale te pozytywne górskie) ale też dobre jedzenie i miłą atmosferę.

Marzanna, przez naszego Stasia tak zwany „SZTUĆC”– to nasze ulubione miejsce w Zakopanem jeśli chodzi o obiady. Najlepiej dla dzieci. Domowy rosół, najsmaczniejsze pierogi z jagodami i sadzone jajo. Jest tam smacznie z fajnym podejściem, jest też porządny schoowy i raczej nie znajdzie się wege jedzenia, o które zresztą w Zakopanem i tak ciężko. Dlatego wolę domowe i z dobrych składników, niż byle jak z kiełbą po góralsku.

KWATERA GŁÓWNA – Jeśli chcecie zjeść coś nie góralskiego w pustej knajpce z fajnym kącikiem zabaw i smacznym jedzeniem, to koniecznie zajrzyjcie tam. Pizaa, burgery i wszelkiego rodzaju pasty i gnocchi. Smaczne, blisko ronda Kuźnickiego.

 Obrochtówka – dosyć popularna restauracja w Zakopanem, jednak nie w czasie letniego klienta. Restauracja jest schowana w bocznej uliczce więc przeciętny Kowalski może jej nie znaleźć. My bywamy tam od dawna i jest zawsze tak samo smacznie. Polecam zupkę czosnkową i dla mięsożernych jagnięcinę.

Cafe STRH – czyli coś nowoczesnego, z obłędnymi wege ciastami. Jeśli nie jesteście w wakacje, albo nie boicie się Krupówek w lato, koniecznie zajrzyjcie tam na czekoladową wegankę. Niebo w gębie. Osobiście mam nadzieję, że ją odtworzę w ciągu zimy, ale zanim to się uda musicie jej skosztować przy okazji bycie w górach 🙂 Co do jedzenia: śniadaniowo – owsiana pyszna, a obiadowo – mało dla dzieci, sandwiche i burgery poprawne, jednak bez tej nutki smaku o której nie umiesz zapomnieć przez parę dni.

Czego unikamy ? 

 

Zdecydowanie Krupówek. Niestety pomimo, że mają wiele dobrego. fajne wyspecjalizowane sklepy, pyszne lody i Cafe STRH z dobrą kawą i weganką, to niestety są tam takie masy ludzi, które nas odstraszają. Odstraszają nas też stoiska z pamiątkami, które nawet nie przypominają górskich pamiątek, tylko te MADE IN CHINA.

Nie wjechaliśmy kolejką na Kasprowy, pomimo że dla dzieci to pewnie frajda, ale nasze tymi kolejkami już sporo się najeździły, a stanie w kolejkach i ścisk w środku pewnie nie jest już dla nich taką frajdą.

Unikamy centrum i Wielkiej krokwi, tego typu atrakcje zostawiłabym na po sezonie. Jeśli jedziecie w góry, korzystajcie właśnie z nich. Deptaki, stoiska z pamiątkami mam wrażenie że są już wszędzie takie same, a dla dzieci większą frajdą będzie odznaka górska z Kozicą ze schroniska niż kolejny klejący się glut prosto a Chin.

 

Z czego korzystamy ? 

 

NOSIDŁO – to MUST HAVE. Dotychczas chodziliśmy z naszym nosidłem TULA, ale skoro Stasiek ma już ponad 2 lata, to nie bardzo chce mu się wsiadać na plecy i nic nie widzieć. Tym razem skorzystalismy z wypożyczali i wzięliśmy nosidło turystyczne. Osobiście mam do nich sceptyczne podejście, głównie jeśli chodzi o pozycję dla dziecka. ( nie jest ona ergonomiczna 🙁 ) Ale to jest kilka dni w roku. Ponadto udało nam się znaleźć na prawdę fajne nosidło – firmy Lafuma, które miało dosyć szerokie podparcie dla pupki malucha. Dodatkowo miało 3 kieszenie na tyle duże, że idąc sama z maluchami w góry pakowałam do nosidła nie tylko Staśka, ale i termos z jedzeniem, kurtki przeciwdeszczowe dla wszystkich i peleryny.  Pieluchy i jakieś drobiazgi lądowały w nerce na biodrach. W ten sposób udało mi się nie chodzić z plecakiem na brzuchy i Staśkiem na plecach !

KSIĄŻECZKA GOT – to kolejny MUST HAVE przy chodzeniu z dzieciakami. Książeczka nie tylko niesamowicie mobilizuje dzieci, ale przybijanie kolejnych pieczątek, z kolejnych wycieczek, a potem oglądanie ich i opowiadanie młodszemu rodzeństwu o trasach sprawia im na prawdę sporo frajdy ! Dlatego jeśli góry to tylko z książeczką.

Dla ciekawskich za zdobyte trasy i szczyty możecie dzieciakom wpisywać punkty GOT. Możecie je łatwo wyliczyć zaznaczając w internecie na stronie www.mapa-turystyczna.pl waszą trasę. Za punkty są odznaki, które możecie odebrać w punktach PTTK, lub zamówić przez internet!

BUTELKA DAFI – to jest HIT tego lata. Odkąd jesteśmy w ich posiadaniu u nas w domu przestaliśmy tak na prawdę produkować większą część śmieci w postacie plastiku. Zosia nosiła ją do przedszkola, a w górach sprawdziła się też idealnie. W każdym schronisku wodę możesz sobie uzupełnić bez problemu, nie targasz ze sobą plastiku w postaci śmieci i nie musisz kupować nigdzie wody !

cof

 

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, piszcie w komentarzach może uzbiera się ich kilka i powstanie kolejny post o górach z dzieckiem ?

Jeśli macie swoje sprawdzone miejsca w rejonie TATR, to koniecznie się nimi podzielcie w komentarzach. Stwórzmy tu miejsce pełne dialogu o górach.

 

To co kogo namówiłam, żeby ruszał w góry ?! <3 <3 <3

Biegająca Bio Mama.

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

PODRÓŻE POLECANE

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

Z dziećmi w górach, sama byłam już cztery razy.

Nie będę pisała o moich wyprawach chronologicznie bo pierwszy wypad był prawie rok temu. Zacznę natomiast od tyłu, może kiedyś wracając do tego pierwszego razu, bo nie ma co ukrywać ten ostatni jest najświeższy i zaraz był najbardziej wymagający dla mnie.

Ci co chcą usłyszeć że taki wypad jest prawie jak leśne SPA i można leżeć z nimi do góry brzuchem, od razu mogą zaprzestać czytania. Owszem można przez chwilę leżeć do góry brzuchem na kawałku kurtki na którejś z górskich Hal, ale przez większość czasu nosisz nadprogramowe kilogramy, podajesz pić jeść, śpiewasz, motywujesz żeby szły dalej i wymyślasz kolejne to zadania do czasu aż szczyt będzie w zasięgu Waszego wzroku.

Ci, co natomiast bardziej realistycznie wyobrażają sobie wypad w góry z dwójką małych dzieci, ale czekają też na cudownego tego aspekty – mega więź, wspólny wysiłek i poświęcenie całej siebie dla dzieciaków, zapraszam do tekstu.

 

Czy to w ogóle jest realne?

Pierwsze słowa, jakie nasuwały się wszystkim kiedy usłyszeli mój kolejny z rzędu plan na góry z dziećmi, brzmiały zazwyczaj: „Ja bym się nie odważyła.”, ” Ja bym się bała”, „Ale jesteś odważna!”

W końcu do odważnych świat należy i tutaj możemy być mniej lub bardziej odważni, ale strach? Zupełnie nie rozumiem strachu, poza tym że ugrzęźniemy gdzieś na skale, albo będziemy musieli nocować w lesie bez namiotu i jedzenia. Ale hej, na Rysy z nimi w zimę nie planowałam iść, a wszystkie wycieczki raczej kończmy przed zachodem słońca, wiec czego się bać. Przecież to są moje dzieci i pewnie, że może być ciężej lub łatwiej, bardziej wymagająco lub mniej, ale przez cały czas to są moje dzieci więc się NIE BOJĘ.

Oczywiście mam rożne obawy przed każdym wyjazdem, typu czy obędzie się bez afery podczas podróży, albo czy Zosia nie odmówi i nie uda nam się zrealizować celu wyprawy. Ale to są błahostki, które lepiej lub gorzej jakoś ogarniemy. WSPÓLNIE, bo na takich wyjazdach robimy wszystko WSPÓLNIE.

LOGISTYKA NAJTRUDNIEJSZA.

 

Za pierwszym razem taki wypad może wydawać się ciężką pracą logistyczną, ale z każdym kolejnym wszystko będzie znacznie łatwiejsze. Moje sposoby na udaną podróż samochodem to przygotowanie na różne sytuacje. Co prawda zaczynałam od masy rzeczy, które nie do końca się sprawdziły, ale po kilku razach plecaki były znacznie mniej napakowane, za to bardziej przemyślanymi rzeczami.

Plecak Zosi: 

Zosia część plecaka zawsze pakuje sama. Wybiera sobie teraz ulubioną maskotkę, przytulankę, jakąś lale czy co ona sobie tam ostatnio wkręciła w tą małą głowę. Ja dopakowuję jej jakąś książeczkę (taką co mieści się do plecaka i wiem że ostatnio była HIT-em w domu), którą nie tylko może przeglądać sobie w aucie, ale też będziemy mogły czytać wieczorami na miejscu. Dorzucam piórnik z kredkami i długopisem i jakieś zestawy zabaw dla 4-latka, zagadki i rzeczy do rozwiązywania.

Plecak Stasia:

Tutaj jest bardziej monotonnie, jak na chłopaka przystało. Są autka takie które mają jakiś element ruchowy, wtedy młody umie się na nich dłużej skupić. Autko z przyciskiem który wydaje jakiś dźwięk też jest mile widziane. Podróż bez konia i innych zwierząt tez byłaby nieudana,dlatego jest tam więcej „pierdół” niż u Zośki. U Stasia w plecaku lądują też książki z twardymi stronami, tak aby łatwo mu się je oglądało i żeby zwyczajnie w świecie ich nie podarł, bo przecież cóż ciekawszego można robić nudząc się którąś z kolei godzinę w samochodzie? Kilka razy z rzędu włożyłam tez Play-Doh. Niesamowite ile czasu dziecko może wytrzymać w foteliku kulając, albo wkładając i wyciągając z pudełka kulkę ciastoliny. Minus playdoh jest taki że nie zawsze wiemy do końca gdzie on to na koniec upchnie, trzeba więc wziąć poprawkę że możemy znaleźć je przyklejone do różnych elementów samochodu. ( Ci co mają auta w skórze, są na wygranej pozycji !)

Oprócz tego w podroży zawsze w plecaczkach mają małe woreczki ze smakołykami i bidony z wodą które wkładam do stojaków na picie z tyłu samochodu, bo prowadząc auto jest mi dużo łatwiej je im podać.

Przygotowane smakołyki muszą być identyczne, bo przecież jeśli Stasiu wyciągnie banana, którego na przykład Zosia przez ostatnie 2 tygodnie nie ruszała, to ona też będzie na pewno chciała tego banana. Dlatego obowiązkowo w plecach dodatkowo lądują jakieś owoce, banan, jabłko, jakiś batonik (my często kupujemy te z LIDL-a Lupilu ekologiczne, albo HPBA energy bars), ostatnio zorbiłam małe pudełeczka z rodzynkami i suszonymi bananami takimi do pochrupania. Zdarza się, że dostaną „zdrowe lizaki” na momenty kryzysowe, albo żelki najbardziej lubimy te EKO z IKEI, na bazie soków owocowych, ale te rarytasy wolę trzymać z przodu na „kryzysowe chwile”, bo jak wylądują w plecakach to czasami nie uda nam się odjechać z parkingu a już lizaki są w buzi, albo małe rączki dzielnie próbują rozbroić szeleszczące papierki.

Co robię z nimi w górach?

Przełomowym wyjazdem był nasz wypad w Bieszczady. Lato, 2018 Zosia miała wtedy niecałe 3,5 roku. To był mój pierwszy wypad, bez Rafała, z nimi w góry. Dzień po dniu moje małe dziecko się rozkręcało. Chodziło dalej, dłużej z większą chęcią. Zdobywanie góry było dla niej równie ekscytujące jak dla mnie. Wciągnęła się i tak już nam zostało.

Dopóki Stasiu nie chodził było łatwiej teraz ciężej jest jego załadować do nosidła, ale ostatnim razem dałam mu też już sporą część przejść samodzielnie. Robimy trudne i łatwe trasy. Jak jesteśmy na dłużej to często byczymy się któregoś dnia, idziemy na basen, jemy lody albo znajdujemy sobie inną atrakcję tak żeby nogi i te małe ciała odpoczęły.

ZAKOPANE – Dzień po dniu.

Kocham to miejsce, a najbardziej wtedy kiedy turustów jest tam jak na naparstek. Zresztą na szlakach w zimę szybko przerzedza się towarzystwo. Zimą nie każdy wejdzie wyżej niż Kalatówki, bo zwyczajne adidasy nie wystarczają.

Na Kondratowej można zobaczyć już raczej tych na prawdę kochających góry, a najwięcej tam skitur-owców. Zresztą Hala Kondratowa i tamto schronisko to chyba moje ulubione miejsce w Tatrach.

Dojechaliśmy w piątek wieczorem. Prognoza pokazywała piękne słońce tak na prawdę tylko w sobotę. Marzyłam więc o Kasprowym. O porządnym cały dniu tułaczki. Zazwyczaj taki coś zaplanowałabym na kolejne dni kiedy to mała Z się rozkręci z chodzeniem. Ale wiedziałam, że tylko tego dnia będzie to możliwe patrząc na prognozę pogody. Decyzję zostawiłam do rana.

Już o 6 rano słońce uderzało nam prosto w twarz, kiedy przedzierało się przez zasłony naszego pokoju. Stasiek nie zastanawiał się ani chwili żeby poleżeć jeszcze w łóżku i tak przez ponad 1.5 godziny graliśmy w pokoju w różne gry, bo śniadanie zamówiłam na 8. Kto by tak wcześnie wstawał na wakacjach 🙂

Zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy w stronę ronda kuźnickiego. Koło 10 weszliśmy na szlak i 6 godzin później byliśmy na szczycie. Góra była wyzwaniem, mała opadła mi zupełnie z sił, Stasiek jak na osobę jeszcze nie mówiącą miał niesamowicie wiele do powiedzenia „ciuuuu ciuuu” „tuuuuu” ” bruuuum” . Nie wiem kiedy nie wiem jak minęło nam te 6 godzin.

Nie powiem, że jakąś godzinę od szczytu, żałowałam trochę mojej decyzji ale odwrotu już nie było.  W dół wszystko zajęło by nam kolejne kilka godzin, a czasu na to powoli nam brakowało. Zresztą wiedziałam, że mniej zaboli wchodzenie przez jeszcze godzinę, niz schodzenie w dól przez kilka kolejnych. O Stasiu, którego cierpliwość była juz na samym krańcu, już nie wspomnę.

Na szczęście tego dnia były zawody w GIGANCIE na Goryczkowej, wiedziałam, że kolejka będzie jeździć do 18 i że po wejściu będzie można na spokojnie zjeść odtajać i po prostu odpocząć. Trzeba było się doczłapać na górę, pocieszyć się zachodem słońca i zjechać na dół kolejką.

Dzisiaj patrząc na ten wyczyn nie wiem jak o 4 letnie dziecko to zrobiło. Nie wiem jak ja to zrobiłam o zdrowych nerwach i nie wiem jak jej przetłumaczyłam, że tam wejdzie i jej sie uda. Mała zrobiła ponad 7 kilometrów pod górkę, ponad 6 godzin marszu i około 1000 metrów w górę !

To nie było łatwe podejście, nie polecam nikomu nie doświadczonemu w górach. Tym bardziej z dzieckiem które zaczyna swoją przygodę z chodzeniem po górach. My zaprawieni w boju wędrownicze, daliśmy radę. Zosia na szczycie była tak szczęśliwa, że miałam wrażenie że patrzę na doświadczonego himalaistę, który zdobył wymarzony szczyt.

DZIEŃ 2 – ulubione schronisko.

Często w prognozach pokazuje się deszcz jak gdzieś jesteśmy, ale nigdy nie dochodzi do jego skutku. Nasza energia ewidentnie odpycha te deszczowe chmury 🙂  Na 3 dni z deszczem padało tylko na koniec wyjazdu wieczorem, jak już tak na prawdę ładowaliśmy się do samochodu.

Drugiego dnia miało być delikatnie i dosyć nisko, przez prognozę i przez zmęczone nogi mojej córki. Nie chciałam żeby znienawidziła góry. Chodzenie z nią zimą jest dużo trudniejsze niż latem. Śnieg w słoneczne dni, jak sobota na Kasprowym, jest miękki nogi się obsuwają, zapadają i trzeba włożyć dużo więcej energii w zwykły marsz.  Drugiego dnia więc było przyjemnie delikatnie troszkę pod górkę w równie piękne miejsca, ale bez większego wysiłku. Wdrapaliśmy się na Hale Kondratową, moje już wspominane, ulubione miejsce.

Zresztą zawsze jak jesteśmy w tatrach odwiedzamy to miejsce. Kalatówki i rosołek tez zaliczyliśmy. nawet Stasiu przedreptał połowę trasy na Kalatówki w górę i w dół.

DO ZOBACZENIA TATRY.

Trzeci dzień był tylko dla dzieci. Miały byc krótkie góry z rana, ale pogoda nie zachęcała. Zreszta trzaba by było się później przebierać z kombinezonów i tak dalej. Dlatego była papugarnia, nie polecam <ha ha ha>, lodowsko, typowy dzień na krupówkach, chociaż pamiątek nie kupowaliśmy. Lody, dobra kawa i ciacho i jakieś czekoladowe koktajle, kto nie zna STRH8 na krupówkach niech pozna 🙂

 

CO TrzEBA MIEĆ:

Tatry zimą nie zawsze wybaczają błędy i pomimo że chodzenie z dziećmi po górach raczej nie powinno być w takich miejscach gdzie jakikolwiek błąd może nastąpić, to i tak trzeba byc porządnie przygotowanym.

  • RAKI TO PODSTAWA – bez raków ani rusz. Tzn oczywiście mogą być raczki takie które można założyć na każdego miękkiego buta, ale muszą być porządnej firmy i muszą to być raczki, nie miejskie kolce.
  • czołówka – zawsze biorę. pomimo, że nie planuje nigdy schodzić po zmroku, ale nie wiadomo co może się wydarzyć na szlaku, a bez czołówki wieczorem raczej byłoby groźnie.
  • plecak i rzeczy na zmianę – dla dzieciaków podstawa to skarpetki na zmianę i cieniutkie woreczki. Pomimo, że zosia ma buty jacka Wolfskina WODOODPORNE, to nogi miała przemoczone. śnieg na jej butach w raczkach utrzymywał się i buty po kilku godzinach po prostu PRZEMAKAŁY. Wtedy zakładamy suchutką skarpetkę, którą wkładamy w WORECZEK foliowy i dziecko ma sucho i CIEPŁO. UBRANIA na ZMIANĘ, albo kolejna warstwą też jest konieczna. DLatego plecak dobrze zapakowany to podstawa, w GÓRACH pogoda lubi się zmieniać !
  • jedzenie plus coś słodkeigo kalorycznego –  tak nawet ja bio mama mam zawsze i to zawsze ze sobą porządną tabliczkę czekolady. Może nie tej tiramisu od milki, ale gorzkiej z orzechami lub takiej jaką jadamy. Zdarza nam się wziąć żelki ( raczej te eko ), bo dzieciaki w SZCZEGÓLNOŚCI tego potrzebują. Oczywiście woda i normalna kanapka na piknik też jest. Zimą mamy zawsze termos z herbatką z imbirem żeby SIĘ ROZGRZAĆ jak jest taka potrzeba. Lepiej WZIĄĆ za dużo niż za mało, bo gdy sił brak tylko czekolada albo dobry ZAsTRZYk cukru może wam pomóc.
  • GOGLE / OKULARY – dla siebie pewnie nie zapomnicie, ale dla maluchów ponieważ nie noszą na codzień pewnie juz tak. W górach w szczególności zimą porzadne okulary z filtrami UV lub gogle to podstawa. Ja wole gogle bo są bardziej wszechstronne. Nadają SIĘ na ŚNIEŻYCE, mocne słońce i wietrzne dni osłaniając tez część twarzy. Bez nich ani rusz w białe ośniezone szczyty, zapalenie spojówek, to częsta przypadłość, po takim dniu na pełnym słońcu w śniegu. poza tym w najgorszym wypadku możecie maluchom po prostu zepsuć wzrok.

 

Wypad z dzieciakami w góry jest niesamowitym przeżyciem. Dzieci nabierają ogromnej pokory do gór, do wędrówek. Poznają co to jest zmęczenie, ale tez poznają jakie to uczucie wspiąć się na górę kiedy wydawało się że sił już nie ma.

To tez cudowny czas 1:1, lub w jak w moim przypadku 1:2 🙂 czyli ja i dwójka moich dzieci. Jestem tam dla nich, bez telefonu, pracy i innych obowiązków domowych. Jesteśmy ze sobą cały dzień, całą noc. Gramy, śmiejemy się, pomagamy sobie, motywujemy się na wzajem. Spędzamy czas na świeżym powietrzu i w naturze, która uczy nas wiele. Poznajemy świat prawdziwy, naturalny a nie ten przez ekran telewizora, czy telefonu.

Jadąc z nimi w góry jestem cała dla nich. Oni to wiedzą i widzą i zawsze w górach czuję, że są ze mną inne dzieci. Współpracujące, pomagające, szczęśliwe i uśmiechnięte.

 

POLECAM SPRÓBOWAĆ, NAWET W POJEDYNKĘ.

 

 

 

Triathlon który zamienił się w Duathlon, czyli Limassol Nireas Triathlon.

TRIATHLON

Triathlon który zamienił się w Duathlon, czyli Limassol Nireas Triathlon.

cof

Tego to bym się nigdy nie spodziewała. Na mojej ukochanej wyspie, tam gdzie jest zawsze ciepło, tam gdzie czeka na nas zawsze słońce.

Cudowny start, zamienił się w cudowne piekło. Chyba milion razy przed startem chciałam zrezygnować. Na szczęście był to krótki dystans.

 

Duathlon to moja zmora, o której w sumie już zapomniałam, bo rzadko kiedy tego typu sytuacje się zdarzały. Ten sezon był sezonem ekstremalnych startów dla mnie. Albo grzało nam ponad 30 stopni, albo w dniach startów były załamania pogodowe i temperatury robiły się ekstremalne ale w tym drugim kierunku. Większość startów była chłodna, z deszczem, albo chociaż mżawką. Większość była wietrzna, albo owiana wiatrem. Ale nigdy przenigdy nie spodziewałabym się tego tu, na naszej rajskiej wyspie.

Już na parę dni przed nasi „cypryjscy wysłannicy” pisali nam że w weekend ma być sztorm. Ale kierunek północy wschód, w ogóle nie przemawiał do mojej windsurfingowej głowy (trenowałam windsurfing na Cyprze przez kilka lat), więc każde ostrzeżenie spływało po mnie bez większych emocji. Takie kierunki nie wróżą mocnych wiatrów myślałam. Spływało po mnie do soboty, kiedy na własne oczy zobaczyłam ten kierunek wiatru z minutyna minutę nasilający się. Kiedy myślę o mocnym wietrze, głownie myślę o trudnościach na rowerze, nigdy nie kojarzyłam tego z pływaniem.

 

W sobotę wieczorem, wiatr można by powiedzieć całkiem ustał. Sprawdzaliśmy prognozę i wydawało się, że rano jeszcze będzie okey. Wydawało się…

Już w środku nocy obudziły nas mocne podmuchy wiatru. Wiatr szalał za oknem jak nienormalny, kołysał palmami i ewidentnie dawał o sobie znać. Sen wyjątkowo był przerywany, mocnymi zrywami wiatru, przenoszeniem rożnych przedmiotów na podwórku, a nie płaczem czy przykrywaniem dzieci. Cały czas myśleliśmy o rowerze.

 

W niedzielę rano wstajemy, jemy śniadanie jak zawsze. Biała buła z dżemem ( tak tak, już kiedyś o tym pisałam, to jedyne dni kiedy jem białą bułę 🙂 ). Pijemy kawkę, zbieramy się trochę wczesnie bo po raz pierwszy jedziemy na start…. ROWERAMI.

Ale to było fajne przeżycie, start był jakieś 5 kilometrów od domu, ale że nie chciało nam się przekładać fotelików z dużego autka do MINI i kombinować z wózkiem w wersji bez dachu, to zdecydowaliśmy się pojechać rowerami. W końcu w niedzielę rano miasto będzie zupełnie puste a te parę kilometrów będzie nawet przyjemną przejażdżką. Odbiór pakietów był 7.00-8.00, start o 9.10, nasz dystans. Chwilkę po siódmej siedzieliśmy juz w siodełkach i pedałowaliśmy w porannym słońcu wzdłuż morza. Pojedyncze samochody mijały nas, szum fal i wiatr powoli rozbudzały nasze zmysły. Morze nie wyglądało najgorzej. Był dosyć mocny czop, był też przybój, ale nie były to katastrofalne warunki dla nas.

Dojechaliśmy na miejsce, z każdą minutą pogoda robiła się coraz bardziej wyrazista. Skupiliśmy się jednak na oklejaniu rowerów, wstawianiu ich do strefy i przygotowywaniu siebie na tyle mocno że zapomnieliśmy spojrzeć się na warunki w wodzie. Te robiły się coraz gorsze. Fale pomimo falochronów, zaczynały przypominać Hawajski przybój, a czop w miejscu gdzie prowadziła nasza trasa był chyba nawet trochę niebezpieczny. Tarska prowadziła wzdłuż skalistego falochronu, przy takich warunkach któryś ze słabiej pływających zawodników mógł by skończyć na skałach. Wystawiono więc człowieka, który miała się przepłynąć, żeby zmienic kurs trasy pływackeij na bardziej przyjemny i bezpieczny.

IMG-20181104-WA0008-01

Ja osobiście się nie bałam, nawet cieszyłam się że będę mogła podwójnie wykorzystać swoje umiejętności w wodzie, odpływając mniej obytej reszcie. Rafał obawiał się, że pływanie będzie bez pianek, temperatura wody wynosiła troszkę ponad to co mogła, a w takich warunkach nie chciał by bez niej płynąć. Podobno ja go postraszyłam dzień wcześniej, że pianki mogą być nie dozwolone. I masz Ci los, wszystko obróciło się przeciwko mnie.

IMG_20181108_224604_029

 

Około godziny 8.30 ani nie było widać śladu bojek, ani nie było widać śladu motorówki, która te bojki miałaby w wodzie ustawić. Zapowiadało się na okropny zwrot akcji. 8.45 i brefing, organizatorzy rezygnuja z pływania. Wydaje im się to zbyt niebezpieczne, biorąc pod uwagę, że o 9 rano startuje supersprint na którym jest dużo nowicjuszy bez pianek.

A JA ??

Załamana. Zamiast zyskać w wodzie dzięki trudnym warunkom, mam mega dużo stracić moim słabym bieganiem. Nie raz przeszło mi przez myśl żeby to olać, zawsze mówiłam że jak zrobią z triathlonu, duathlon to ja nie startuje. Nie na to się pisałam. Triathlon to triathlon, trzy dyscypliny i koniec.

SZYBKO dostałam reprymendę od męża, żebym nie wymyślała. Żeby przestała zrzędzić jak stary malkontent i wzięła się w garść. Że jestem przygotowana i że mam stanąć na starcie i przestać zalewać tutaj internet płaczem i frustracją.

No i jak to się skończyło ?? :)

 

czas na START.

Stanęłam na starcie. Stanęłam z taką pokorą, że nie wiedziałam że posiadam jej takie pokłady w swoim ciele. Ustawiłam się grzecznie z tyłu, nie wiedziałam jak biec pierwszą część czyli 2.5 km biegania, które zafundowali nam zamiast 750 metrów pływania. Domyślałam się, żeby to zrobić ciupkę wolniej, niż planowałam pobiec końcowe 5 km. Próbowałam nastawić się pozytywnie. Wiedziałam, że będzie trudniej niż zawsze, bo moja najlepsza dyscyplina odpadła. Wiedziałam też że muszę się skupić i zrobić swoje. Wtedy nie ważne będzie miejsce. Będę tak czy siak zadowolona z siebie. Nie ważny będzie wynik tylko dobrze wykonana praca.

I z takim nastawieniem, nie patrząc na innych stanęłam na starcie żeby zrobić swoje. Bardzo przyjemne uczucie, polecam każdemu.

 

Wszystko było dziwne, stawanie na starcie w butach biegowych, moczenie stroju i głowy przed startem. Ogarnianie w głowie pierwszej strefy zmian. Człowiek rzucony w nieznane, czułam się totalnie nieswojo i jak… nie na triathlonie. Wybuch sygnału startowego, trach, wszyscy wystartowali jak z procy. Pędem przesuwali się do przodu. Patrzę na zegarek i biegnę 4.15 min/km. Wiem, że muszę zwolnić, żeby nie przesadzić, ale wszyscy tak prują do przodu, że aż głupio biec wolniej. Nogi pędzą za tłumem, ale powolutku je ogarniam i każe im biec SWOJE. Lecimy na 4.35 min/km, taki jest plan i ani sekundy szybciej. Zaczynamy oddalać się od pędzącego tłumu, mija pierwsze kółko a ja czekam aż reszta zacznie puchnąć. Niestety tak się nie staje. Wszyscy równo pędzą do przodu, przede mną biegnie kobieta, która ewidentnie się ściga i nie daje wyprzedzić. Nie szaleję lecę swoje, wiem co się wydarzy na rowerze.

DO strefy wbiegam chyba jako ostatnia kobieta. Po raz pierwszy widzę T1 tak zatłoczone, po raz pierwszy jestem w tak zatłoczonej strefie zmian. Zazwyczaj łapie swój rower wtedy kiedy wszystkie wieszaki są pełne, wybiegam w spokoju i bez tłumu. Tym razem napotkał mnie nawet korek na wybiegu ze strefy. Większości rowerów już nie było, a ja czułam dziwne emocje, że jest dużo do odrobienia, dużo do wyprzedzenia i trzeba będzie zasuwać.

 IMG-20181104-WA0001-01

ROWER, AH TEN ROWER.

 

Wsiadam na rower. Pomimo, że nie czuje się ostatnio mocna na rowerze, wiem że dam radę. Wsiadam ze spokojem i jadę ile sił w nogach. Nie mam pomiaru, nie mam tętna, lecę na samopoczuciu, a ono jest dobre. Oczywiście nie przyzwyczajona do skarpetek na nogach na rowerze podczas wsiadania trochę się motam z tym że przyklejają mi się do rzepów. Ale jestem na szosie więc czuje się pewnie i wiem że mogę się wiercić, zapinać i tarmosić.

Trasa rowerowa ma 6 kółek, czyli każda pętla ma trochę ponad 3 kilometry. Planuje liczyć, ale szybko o tym zapominam i patrzę raczej na licznik, przyczepiony taśmą izolacyjną do roweru ( zapomnieliśmy uchwytu do mojego garmina). Nie wiem jak to się stało, ale zanim się obejrzałam zbliżałam się do dziewczyny, która w strefie zmian wyglądała na potencjalną rywalkę i która była chyba jedyną dziewczyną która mi została do wyprzedzenia. Jedzie na czasówce, jedzie mocno więc nie wiem czy warto wyprzedzać w tych warunkach. Rower pojechałam mega taktycznie, chowałam się ile się dało z ludźmi zanim ich zdołałam wyprzedzić. Zawody były bez draftu trzeba więc było walczyć z wiatrem solo. Na szczęście spora liczba osób na krótkiej trasie pozwalała czasami choć przez parę sekund odpocząć. Mijałam kolejne osoby, miałam wrażenie że tak na prawdę cały czas wyprzedzam. Minęło mnie może z kilka facetów na czasówkach.

Traska była tam i z powrotem. W jedną stronę mieliśmy wiatr totalnie w twarz w druga stronę, byoa chyba z wiatrem. Miotało mną jak workiem ziemniaków, przesuwało rower. Co chwilę traciłam kontrolę. Na którymś z ostatnich kółek wiatr był już tak mocny, że zaczęłam się smiać na głos z tego co sie dzieje. Człowiek pedałuje z całych sił, a rower prawie się nie rusza do przodu. Miałam wrażenie, że ktoś przyczepił mi gumę do sztycy w rowerze i nie tylko wieje mi w twarz, ale coś jeszcze ewidentnie ciągnie mnie do tyłu. Wiatr i warunki były tak ekstremalne, że zamiast mnie frustrować zwyczajnie mnie rozśmieszały. Dojechałam do ostatniej dziewczyny w moim zasięgu, bo Carmen która była pierwszą kobietą wiedziałam że jest niedościgniona. Kobieta koń, bo inaczej o niej nie umiem powiedzieć. Jest tak mocna że skopała tyłek mojemu Rafałowi, z nią się nie ścigałam.

 

Rower poszedł przyzwoicie, ładna średnia jak na rower szosowy i te warunki pogodowe. Całość przejechałam w niecałe 35 minut z prędkością 33 km/h.  Poszło by zdecydowanie gorzej gdyby nie chłopak dziewczyny którą wyprzedziłam i która bezpośrednio się ze mną ścigała. Na szóstym kółku zaraz przed belką, Garmin pokazywał 19 kilometrów. Nie wiedziałam ile mam kółek za sobą, każda pętla miała około 3 kilometrów. Głowa wirowała, będzie 22 km czy 19 ?! Przed samym zejściem z roweru krzyknęłam do chłopaka (wtedy jeszcze myślałam że to jej trener) mojej rywalki, wiedziałam że może nie odpowiedzieć, ale też wiedziałam że jak już odpowie to na pewno mamy tyle samo pętli na swoim koncie. Po minimalnej pauzie chłopak odkrzyknął „SIX”.

Dziękuję. To jedyne słowa jakie mogą określić to co zrobił. Gdyby nie on, pojechałabym jeszcze jedno kółko, a jego kobieta wygrałaby ze mną i zajęła drugie miejsce. Widziałam na jego twarzy, że nie chciał mówić ile kółek mamy za sobą, widziałam że łamie się ze sobą żeby to zrobić, ale zrobił więc na mecie pierwsze co zrobiłam to podeszłam i szczerze podziękowałam. Nie wiem co bym zrobiła bez tego magicznego słowa „six”.

 

BIEG.

Zsiadam z roweru. T2 jest zdecydowanie mniej zatłoczone niż pierwsza strefa. mam plan an mocny bieg. Założenia są, ale wiatr wieje coraz mocniej, połowa trasy biegowej też jest pod wiatr. Plan jest na 4.35 min/km, ale w głowie myśli wirują zrób swoją robotę, nie patrz w tył. Biegnę we∂ług założeń. Pierwszy kilometr nogi są świeże, biegnie mi się dobrze. Powrót pod wiatr też nie wydaje się zbytnio wymagający. Biegnę, czuję się dobrze, biegnę w komforcie. Drugie kółko, biegnę tak samo ale tempo delikatnie spada. Na nawrotkach widzę dziewczynę którą wyprzedziłam na rowerze i która wiedziałam że może mi zagrozić, ale ona zamiast się zbliżać oddala się ode mnie. Widzę, że puchnie, z każdą kolejną nawrotką jest coraz dalej. Nie czuję więc presji na wynik, nie czuję presji na tempo, przerzucam myślenie na utrzymanie pozycji, a nie łapanie ostatkiem sił jak najlepszego wyniku. Jest coś we mnie takiego, gdy nie czuje oddechu na plecach, to zdecydowanie moje ciało wybiera bieg i działanie w strefie komfortu. Biegło mi się dobrze, na 3 kółku nawet przez chwilę pomyślałam jak niesamowicie  luźno mi się biegnie w takim tempie. Po nawrotce gdy wiatr zaczął wiać w twarz troszkę wysiłek dał się we znaki, ale nadal wiedziałam jak się nazywam. Ostatnia pętla, nie przyspieszam, nie ma nikogo za mną. kolejne dziewczyny są daleko za mną, biegnę mocno ale komfortowo. Odkąd stałam się mamą zawsze mam takie podejście na zawodach. Wolę zrobić to ciupkę wolniej nie zajeżdżając się, niż wypruć z siebie flaki a potem umierać przez cały dzień z ciągłym „Mamoooooo…”, „No mama……”, „Mamuś….”. Uśmiechnięta, szczęśliwa, że nie odpuściłam i dotarłam w takim komforcie wbiegłam na metę. Udało się wybiegać 23 minuty z hakiem, co dało mi tempo w okolicach 4.40 min/km. Jestem zadowolona, biorąc pod uwagę wiatr, który wiał przez całą imprezę.

IMG_20181108_230106_744

Takim oto sposobem, wpadłam na metę mojego pierwszego duathlonu po 1:12 minutach. Nasz start miał 2.5 biegu, 20 kilometrów roweru i 5 kilometrów biegu.

 

Nie taki diabeł straszny jak go malują. Duathlon też można przetrwać z uśmiechem na buzi.

IMG-20181104-WA0025-01

 

Polecam podejście z pokorą. Polecam skupić się na sobie, zrobić swoja robotę. Świat staje się od razu jakiś taki łatwiejszy. Nie ma co muszę, tylko jest co chcę. Jesteś tylko ty i twoje założenia, twoje marzenia i to co ty chcesz osiągnąć. A przecież nie ma nic lepszego niż sprostanie swoim marzeniom, założeniom i realizowanie swoich celów.

cof

 

Oddajcie się marzeniom. To idealny czas by POMYŚLEĆ co dalej chcemy ZROBIĆ ze sobą.

NIE TYLKO W SPORCIE ! ! !

 

 

Nie wiem jaki u Was jest zwyczaj, ale my naszym najwierniejszym kibicom zawsze serwujemy LODY. TAKIE NAJBARDZIEJ PRAWDZIWSZE JAKIE SĄ!

fptbty

A jak to na Cypr przystało sobie serwujemy wino i pyszny śródziemnomorski LUNCH !

IMG-20181104-WA0026-01


 

Biegająca Bio Mama.

MAMA w GÓRACH.

PODRÓŻE

MAMA w GÓRACH.

Sama nie nadążam za własnym życiem, a już zupełnie nie mam pomysłu jak to zrobić żebyście Wy za nim nadążali.

Niemniej jednak ciągle wyjeżdżamy, przemieszczamy się, spacerujemy, uciekamy w jeszcze większa naturę niż nasza wieś, warto więc o tym pisać. I pomimo że posty może nie będą na czasie z pogodą to muszą się tu pokazać. Na dwa różne sposoby odwiedziłam góry w ostatnim czasie. I nie ma co ukrywać po długim czasie ponownie poczułam jak bardzo kocham to miejsce. Jak moje bateria ładują się w stylu „SUPER CHARGE” w takim miejscu i jak bardzo pragnę spędzać tam dużo czasu!

IMG_20180403_225306_250

 

 

 

Góry na Skiturach, o tym będzie niebawem ( co prawda miało być już dawno temu, ale życie 🙂 )

Dziś będzie góry z dzieckiem, a raczej dziećmi! Wyobraźcie sobie wypad na spontanie do naszego cudownego Zakopca w jeszcze mocno zimowych warunkach i totalnie bez-turustycznym czasie. Dwójka maluchów, tata z rowerem na dachu samochodu, matka z nartami w packu. Kto gdzie, kiedy i po co nie mamy jeszcze zielonego pojęcia wiemy jednak że ma to być nasz czas, dla wszystkich i z wszystkimi. Brak jakiegokolwiek przygotowania, zero zaplanowanych trasek, dni i innych atrakcji. Wyjdzie w praniu, rano kiedy zobaczymy jaka pogoda.

y2V01

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zatrzymaliśmy się w willi TATIANA <www.willatatiana.pl> miejsce które serdecznie polecamy za jego położenie i klimat jaki panuje w środku. Cenowo łatwo się z nimi negocjuje, a miejsce nie jest aż tak wyselekcjonowane jak na zdjęciach. Lubię ładne miejsca, przyjemne, domowe i ciepłe które ewidentnie oddają atmosferę miejsca w którym mamy się wakacjować. Nie lubię molochów, hoteli 5*, gdzie wstydzę się wyjść w dresie na śniadanie, a z make-upem powinno iść się do łóżka, bo tak wypada. Kochamy miejsca z klimatem, agroturystyki z prawdziwego zdarzenia, jeziora, domy z bala, drewniane chatki, kozy, krowy na podwórku i zapach trawy! Kocham odstawić samochód na parking i nie tykać go przez cały czas odpoczynku, chce się szlajać i szlajać, po uliczkach, parkach szlakach i knajpkach. W końcu to wakacje i mają być zawsze w trybie SLOW!

Ovrfa

 

Nie myślałam że wypad z tymi gagatkami może być taki SLOW, taki FUN, i taki FULL OF LOVE.

Było bez spiny treningowej, głównie ja odpuściłam, ale łażenie po górach z plecakami w postaci dzieciaków potraktowałam jak dobry trening. A fakt że chodziliśmy spać koło 23 wskazuje na to że chyba faktycznie tak było. 19 kilometrów po betonie do morskiego oka i z powrotem naprzemiennie z Zośką i Stasiem na plecach, pchając wózek z prawdziwym plecakiem poczuliśmy wieczorem w nogach. Ponad 20 godzin chodzenia, dwa dni deszczu i mgły na 6 noclegów, myślę, że to całkiem niezły wynik jak na pierwszy raz.

Morskie Oko, fajny trening z plecakami.

 

 

GÓRY W KWIETNIU.

 

Ten kwiecień był wyjątkowy, bo prawie zupełnie zimowy. Pamiętajcie że warto sprawdzić jakie warunki panują tam wyżej. My bez raczków nie ruszaliśmy się nigdzie. Taka mała rzecz, a dzięki niej na prawdę mogliśmy wejść w przeróżne rejony tatr. I pomimo, że na dole prawdziwą wiosną aż pachniało, to an szlakach po 1-2 kilometrach robiło się zupełnie zimowo.

IMG_20180403_202244_625 IMG_20180406_210203_340

 

JAK SIĘ ZA TO ZABRAĆ?

  1. Zacznijcie od podjęcia decyzji że jedziecie 🙂 Łażenie z dzieckiem po górach może być na prawdę fajowe.
  2. Zakopane jest miejscem gdzie wypożyczycie większość wędrownego sprzętu. Jeżeli ruszacie się zimą czy na przełomie zimy po pierwszym dniu będziecie wiedzieć czy warto zainwestować w raki/raczki. Te drugie są uniwersalne założycie je na każdego miękkiego buta trekkingowego. Mój R wypróbował je nawet na Salomonach Crossmax-ach. Dzięki nim żadem oblodzony szlak nie będzie dla Was zagrożeniem życia, albo dwóch , jeśli wędrujecie z dzieciakami.
  3. Plecak i dwójka maluchów, jak to ogarnąć ?? No cóż, jedna osoba musi się troszkę poświęcić. I nosicie dziecko na przodzie i plecak na plecach albo dziecko na plecach i plecak na przodzie. Możecie kombinować żeby podpiąć plecak do nosidła ale u ans to nie wypaliło. Druga opcja to dojście do schroniska z wózkiem a potem krótkie wędrówki z dzieciakami w nosidłach plus mały przybornik gdzieś na biodrach.
  4. Dzieci współpracują. Uwierzcie mi nasze dwa gagatki to nie ten typ siedzący. Wszystko zależy od Was i jak im to przedstawicie. Gałązki, szyszki listki zbierane z ziemi to na prawdę fajne zabawki, a maszerujące piosenki to ekstra zabawa dla nawet 3 latki. Zosia cześć trasek pokonywała sama. Bardziej po to aby się rozgrzać i poruszać, ale nosidło zarówno jedno i drugie stało się całkiem fajną zabawą. Pierwsze krzyki zostały zażegnane innym podejściem do sprawy. Dlatego na prawdę da się przekonać te dzieciaki to tego, musicie tylko znaleźć na nie sposób. Każdy lubi być pomocnikiem, może ta wersja na nich zadziała ??
  5. Pieczątki, kartki, książeczki. Nie ma nic bardziej motywacyjnego niż pieczątka w każdym schronisku, kartki z niedźwiedziami, książeczki i odznaki. Gdy maszerowaliśmy w stronę murowańca przy -4 stopniach a dzieciaki nie były ubrane na taki ziąb. Bo była mgła, mokro i chłód naprawdę dał się odczuwać. Zosia pomimo prawie zamarzniętych stóp głosowała żeby dalej wchodzić po pieczątki. Bo jak to ma wrócić do dom bez ??

7TZYp

Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
Kasprowy w wersji MAMA w GÓRACH
IMG_20180406_205345_162
Trasa do Murowańca.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

FRAJDA FRAJDA FRAJDA… Góry mogą być na prawdę fajne, dla rodziców to ciężka praca z dodatkowym obciążeniem. Dla dzieciaków to natura, drzewa, skały, wodospady, kwiatki, szyszki, liście, mchy i zwierzęce ślady. Żcie tułającego się ludka może byc na prawdę przyjemne. Trzeba się tylko do niego przygotować.

JAK się przygotować ?

  • Ubranka na zmianę, i to od A do Z, zapasowe rękawiczki druga czapa, dodatkowa bluza i spodenki. Bodziaki koszulki i pieluchy na zamianę to podstawa. Dla starszej pociechy dodatkowa koszulka, bluza, gatki do przebrania, skarpetki czy rajstopy. Woreczki foliowe gdyby zaczęły przemakać Wam butki.
  • Jedzonko x3 bo uwieżcie mi te małe ludki potrafią skonsumować dużo więcej łażąc cąły dzięń po dworze.
  • repertuar piosenkowy
  • Jakaś zabawka którą łatwo złapać w rączkę podczas gdy maluch jest w nosidle.
  • Coś do „ciumkania” w razie totalnej awarii humoru 🙂 czyli tego jedzonko które dziecko samo może jeść
Pamiętajcie !! Że na przełomie dwóch pór roku, możecie zastać inne warunki na dole a zupełnie inne na górze. Im wyżej w górę tym zimniej !! Możecie zacząć wchodzić wiosną ( tak jak my kiedy szliśmy nad Morskie oko), a skończyć totalną zimą! 

IMG_20180404_185643_153



Zaczynamy wędrówkę.


I ją kończymy:

cof

CZY WARTO ?

Zastanawiasz się, czy góry są dla Ciebie ?!

Pewnie że tak! Zacznijcei od spokojnych dolinek miejsc gdzie możecie przejść część trasy z wózkiem, a potem przetransportować Wasze pociechy w nosidłach i innych noszących gadżetach (chusty itp). Potem w miarę chodzenia, zaczniecie wybierać sobie trudniejsze trasy, dłuższe, bardziej widowiskowe. Przy dzieciach nauczyłam się, że jest JEDNA zasada jeśli wprowadza się NOWOŚCI w ich życie. Musimy podejść do sprawy z workiem CIERPLIWOŚCI, NA SPOKOJNIE i STOPNIOWO WPROWADZAĆ NOWE RZECZY!

Robicie tak przy wprowadzaniu nowego jedzenia, uczeniu dzieciaków spania w określonych godzinach, wprowadzaniu innych aktywności. Róbcie TAK TEŻ kiedy chcecie brać udział w Waszych aktywnościach, żeby zaczęły z Wami biegać, trenować, czy też łazić po górach !

6vwMi

No to co?! Plecaki na plecy i nie zastanawiajcie się dłużej ! Góry są dla KAŻDEGO! Pamiętajcie tylko o byciu rozważnym i przygotujcie się do tego jak należy.

 

Biegająca Bio Mama.

selfp

Dlaczego chce mi się trenować na wakacjach ?

BIEGANIE CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Dlaczego chce mi się trenować na wakacjach ?

IMG_20160503_203843

Pijesz to Mohito w swoim all inclusive hotelu już 3 dzień z rzędu i zamiast upajać się chwilą słońca i totalnego relaksu zaczyna Cie coś denerwować ?? Twój organizm domaga się kilometrów, ruchu albo jakiegoś życia ? Znasz ten scenariusz ?

To jst właśnie powód dla którego my zrezygnowaliśmy z all-inclusive i podróżujemy na własna rękę. Nie zrozum mnie źle nie mam nic przeciwko tego typu wyjazdom, ale nie są one dla mnie relaksem. Nie sprawiają mi przyjemności, wręcz czuję jakby życie przepływało mi przez palce. Zamiast cieszyć się tego typu chwilami, czuję że mi czegoś brakuje. Brakuje mi życia w życiu. Dlatego my postawiliśmy na aktywne wakacje. Nie oznacza to że nie lubimy sobie poleżeć plackiem na plaży z książką, która od dawna czekała na swój czas. Lubimy, ale dosyć często kiedy to robimy mamy rowery na dachu samochodu, albo pianki i buty biegowe spakowane w torbie plażowej. Nie trenujemy też ponad wszystko. Jeżeli dzień zapowiada się turystycznie po prostu odpuszczamy albo wstajemu wcześnie rano po ten zastrzyk endorfin , który mieliśmy w planie. Takie wakacje smakują nam bardziej.

DSC_0715

Aktywność sprawia że cały czas mamy apetyt na lokalne smakołyki. Nasze brzuchy nie są przepełnione drinkami z kołyszącymi się w letnim wietrze palemkami. Nie krzyczą dość na widok kolejnego talerza z hotelowego bufetu. Po naszych wakacjach nie czujemy sie ospali i ociężali przez kolejne kilka dni w kraju. Nie okazuje się ze nasza waga nie mieści się już na skali, a my sfrustrowani tygodniowa labą czujemy sie zdołowani psychicznie.

IMG_20160520_194858#1

W zamian chce nam sie więcej, chce nam sie planować kolejne wyjazdy i podróże. Najlepiej tam gdzie są fajne ścieżki biegowe, czy rowerowe. Fajnie też żeby basen był niedaleko, albo jakikolwiek akwen, który ciągnie się na tyle daleko żeby pomachać w nim rękoma. To właśnie ten typpodróżowania sprawił, że poznaliśmy fajne miejsca, fajnych ludzi. Na Triathlonie w Larnace na którym startowaliśmy kilka lat z rzędu, znamy się z zawodnikami, witamy wymieniamy doświadczenia. Chris, organizator połamaratonu w Pafos w którym biegłam jako jedyna z wózkiem do dziś pisze do mnie na facebooku pytajac kiedy ponownie startujemy na wyspie. Często od słowa do słowa dowiadujemy się o fajnych trasach rowerowych, miejscach do trenowania. W świecie sportowców jest otwartość. Ludzie z uśmiechem na twarzy opowiadają o sobie, przyjmują nas do swojego grona, szczerze się pozdrawiają na trasach rowerowych, czasem nawat zagadują. Z siodełka rowerowego, czy przemierzając kolejne kilometry w biegowych butach możecie poznać miejsca, do których nigdy nie zawiózł by Was wypożyczony samochód. Byle jaka kawa w malutkiej górskiej kawiarence smakuje lepiej niż idealna latte w błyszczącej kawiarni na nadmorskim bulwarze. Owoce i wrzywa od lokalnych farmerów, okazują się tak soczyste i smaczne, że za ich smakiem tęsknimy przez wiele miesięcy po powrocie do kraju.

 

IMG_20160521_211541

No dobra ale jak sie zmobilizowac, zeby trenowac na wakacjach ?

 

Jeżeli życie sportowe jest częścią Ciebie, nie będziesz mieć najmniejszych problemów żeby wstać o świcie i zanim całe miasto ożyje przelecieć się po nadmorskich ścieżkach, albo przebiec się po górskich szlakach na które turyści nie zdążyli jeszcze wybyć. Jeżeli jednak zaczynasz swoją biegową przygodę, lub tego typu wakacje nie są dla Ciebie chlebem powszednim. Warto połączyć wyjazd rodzinny ze startem. W ten sposób będziesz zmotywowany do treningów i poznasz odległe miejsce z zupełnie innej strony. Wymienisz się poglądami z ludźmi na mecie, zobaczysz jak wyglądają lokalni sportowcy i jak różnią się od naszych realiów. Z biegiem czasu, buty biegowe czy rower staną się twoim przedmiotem niezbędnym do udanych wakacji. Nawet będąc w tym hotelu all-inclusive, spróbuj przed poranną obfitością jaką codziennie goszczą Cię stoły hotelowej stołówki założyć biegowe buty i sprawdzić zakamarki otaczającego Cię słonecznego miasta. Obiecuję że śniadanie będzie smakować jak niebo w gębie, a delikatnie spocone plecy ukoi chłodna basenowa woda.

IMG_20160429_193320

 

IMG_20160502_212104

 

20160904_134338-01

Jest jedna rzecz w naszym życiu jaką zmieniła się odkąd zostaliśmy rodzicami. Odnaleźliśmy to co jest dla nas w życiu ważne. Nauczyliśmy się korzystać z każdej wolnej chwili i nie marnotrawić czasu wolnego, którego nawet przy jednym dwulatku jest niewiele. Dla wielu z Was nasze sportowe wakacje mogą wydawać się nudne, przereklamowane, czy też podporządkowane treningom. Wcale tak nie jest. Zazwyczaj trenujemy rano lub wieczorem zostawiając sobie większość dnia na wakacyjne aktywności i zwiedzanie. Zdarza nam się organizować całodzienne wycieczki rowerowe, zazwyczaj są wtedy z nami nasi przyjaciele lub ktoś z rodziny żeby zająć się naszych małym podróżnikiem. Lubimy też wracać w te same miejsca i poznawać coraz to dalsze jego zakątki i ludzi. Lubimy wracać w miejsca gdzie czujemy się dobrze, bo to właśnie tam możemy na prawdę odpocząć. Nie zawsze chce nam się zwiedzać, czasami po prostu chcemy być w innym miejscu, oderwać się od codzienności, napić się lokalnej kawy i zjeść tamtejszy deser.

<SKOK W BOK : „Island Life, czyli kawałek naszej wyspy” > już niebawem.

 

 

IMG_20170405_161620_210

 

IMG_20170401_202751_418#1

 

Jeżeli jeszcze się wahasz, czy masz miejsce w swojej walizce na biegowe buty, czy też piankę triathlonową, pomyśl o tym jak fajnie jest biegać w promieniach słońca, albo jak piękne są góry od tej ziemskiej nie tylko narciarskiej strony. Każde morze czeka na twoje zmęczenie, każda ścieżka z miłą chęcią przywita Cię o poranku. Każde wzgórze zaprasza twoje cienkie koła w odwiedziny. A dzięki byciu aktywnym właśnie podczas swoich chwil relaksu, każdy smak będzie intensywniejszy, przepełniony miejscem w którym właśnie się nieźle zmęczyłeś.

 

IMG_20161118_193745

 

Jeszcze się wahasz ??

O.

5 miejsc wartych grzechu w Trójmieście.

PODRÓŻE

5 miejsc wartych grzechu w Trójmieście.

Wydawało mi się, że tego typu posty nie do końca pasują do mojego bloga, ale wiele z Was piszę do mnie wiadomości co polecam, gdzie warto zjeść, co odwiedzić. Koniecznie chcecie usłyszeć o Cyprze i o tym obiecuję napiszę, ale na razie coś łatwiejszego. Zabiorę cześć z Was bardzo blisko, bo wręcz na Wasze podwórko, a cześć nieco dalej, bo nad nasze Polskie morze.

Trójmiasto to miejsce gdzie się urodziłam i gdzie wracamy dość często. Czuję się też tam jak w domu, bo jest to jeden z moich wielu „domów”. Jest w moim Trójmieście coś magicznego coś co mnie tam przyciąga i za czym tęsknie. Jest też kilka miejsc do których zawsze wracamy. Głównie mowa tu o „jedzeniowniach”, o miejscach do spotkania, na kawę i porozmawiania, do najedzenia się do syta i ze smakiem i do… grzeszenia. Kocham jeść w miejscach eko, bio i tych dziwnych vege i zazwyczaj tam się stołuję jeśli w ogóle wybieram jedzenie na mieście. Ale jest kilka miejsc w których zawsze z chęcią zgrzeszę, klasyki, podniebienne rarytasy, które łechcą moje kubki smakowe raz na jakiś czas.

 1. Bacio Di Caffe, Sopot. (ul. Ogrodowa 2/1) 

img_20161102_204811

Jedno z miejsc w których moje dziecko ma dozwolone LODY. Tak, takie prawdziwe, robione na mleku, czy tam śmietanie, wolę nie pytać 🙂 Ale są to prawdziwe lody, nie z proszku, nie z ulepszaczami, tylko z  prawdziwych składników, bo o to się dopytałam. I tak jak ja zawsze kochałam lody, nadal uwielbiam je nad życie, tak nie umiem odebrać mojej córce przyjemności z tego co ja uważam za nieziemsko pyszne. I chociaż zazwyczaj robimy w domu takie zdrowe z bananów i masła orzechowego domowej roboty, to od czasu do czasu, kiedy jesteśmy na wakacjach w Sopocie idziemy do Bacio Di Caffe. Miejsca, gdzie lody nakładane są łopatką taką jak we Włoszech, mają niestandardowe smaki i są prawdziwą poezją. Zawsze świeże, nawet po sezonie kiedy u konkurencji już marnie to wygląda, serwowane w wafelkach lub kubeczkach. Miejsce samo w sobie jest malutkie, ale znajdzieciu tu kilka kameralnych stolików przy których oprócz porcji lodów możecie napić się dobrej kawy ( tak mają mleko nie krowie, a do tego mają mleko innych firm niż znienawidzone przeze mnie Alpro) oraz zjeść równie nieziemskie ciasta. Podobno beza, która jest chyba 6 warstwowa jest słodka, ale bezkonkurencyjna!

Na lato Bacio wychodzi na dwór, gdzie można przycupnąć sobie na jednym z małych stolików i pooglądać Sopot. Nasz obowiązkowy przystanek gdy jeździmy na rowerach 🙂

img-20160822-wa0005

Bacio znajdziecie idąc Monte Cassino w stronę sopockiego mola. Musicie skręcić w ulicę Grunwaldzką przejść jakieś 100 metrów i zaraz po prawej stronie znajdziecie małą pyszną kawiarnię.

Alternatywa dla Bacio Di Cafe to MIŁO MI, które znajdziecie w Gdyni. Lody mają bardzo smaczne i wygrywają wafelkami bezglutenowymi, ale ja i tak wole moje Sopockie Bacio.

20160802_114709

2. Dziupla, Sopot  (ul.Pułaskiego 19/2)

img_20161122_143534

 

Pozostajemy w Sopocie. Moje ostatnie odkrycie, pomimo że jest już od jakiegoś czasu. Wegetariańska, wegańska knajpka, serwuje pyszne obiadki, czyli kotlety z bobu, czy tofu, polenty warzywne, risotta i inne cuda. Nasze faworyty to zupa krem z białych warzyw, kotleciki z bobu z pure buraczanym i sałatka dziupla z kozim serem i pestkami dyni. Ale nie martwcie się można tu też po delektować się na słodko, napijecie się tu kawy ( oczywiście na mleku roślinnym) i zjecie pycha ciacha na przykład z daktyli, maku i z musem malinowym na mleku kokosowym. Nawet ciacho Snikers, które smakowało i wyglądało jakby było na bazie słoik-owej Nutelli, okazało się całkiem zdrową bombą kaloryczną. Nutella robiona oczywiście przez nich, na mleku kokosowym i orzechach.

20161031_160143

Wielkim plusem Dziupli jest to, że mieści się delikatnie z boku od „Monciaka”, czyli sławnego deptaku Monte Cassino. Dlatego nawet latem, kiedy w Sopocie roi się od turystów tam jest trochę ciszej i spokojniej.

Czy warto wybrać się z dzieckiem ?? Pewnie, że TAK pomimo, że Dziupla jest dosyć mała i kameralna knajpką, jest też kącik zabaw dla Ciebie i masa różnych gier planszowych i ciekawych kolorowych książek. A co najfajniejsze, że od czasu do czasu widać rotację w zabawkach i te stare wymieniane są na te nowe 🙂

20161031_161400

Fajna opcja dla wszystkich internetowców ? Za wrzucenie zdjęcia jedzenia na Instagramie ze znacznikiem i tagiem do Dziupla, dostajecie 10% rabatu 🙂

Dziupla to mój ulubieniec, gdy nie chce się gotować a chce zjeść prawie jak w domu.

 

3. Monte Vino, Sopot – najlepsze śniadanie jakie jadłam na mieście (ul.Bohaterów Monte Cassino 65/9)

 

20160701_104756

Trafiliśmy tu zupełnie przez przypadek. W sumie nigdy nie pomyślałabym, że można tu zjeść dobre śniadanie, bo knajpki samej w sobie nie znam, ale wydawała mi się drogą opcją tylko na wieczorną kolację i dobrą butelkę wina. Po porannym rodzinnym treningu i małej sesji z wózkiem, przez przypadek spotkaliśmy moją mamę szwendającą się po jeszcze pustym porannym Sopocie, która namówiła nas na śniadanie na mieście. Rzadko zdarzają nam się takie wypady, ponieważ, rzadko zdarza mi się znaleźć w śniadaniowym menu dokładnie to co bym chciała zjeść, ale Monte Wino bardzo pozytywnie zaskoczyło nas fajną kartą. Na stół wjechała owsianka na mleku kokosowym ze świeżymi owocami leśnymi, o której marzę do dziś była tak pyszna, wegańska wersja śniadaniowa, z chlebkami czysto-ziarnistymi, pasztetami i rożnymi pastami warzywnymi, oraz dla mojej drugiej połówki i małej Z jajecznica na masełku. Nie jadłam w życiu lepszego śniadania!

20160701_104812

Wszystko było równie pyszne, ale moja owsianka zdecydowanie królowała na stole. Wylizałam miskę i do dziś marze o kolejnej. Przy pięknym słońcu, jeszcze nie do końca obudzonym letnim Sopocie i przy barowych stolikach zjedliśmy przypadkowo najlepsze śniadanie w życiu, popijając kawką na mleku kokosowym.

Nie wiem jak jest w Monte Wino na co dzień, czy wieczorami, jadłam tak raz, ale było tak smacznie, że nie może go tu zabraknąć.

 

 

4. Mąka i kawa, Gdynia. ( ul. Świętojańska 65) 

 

20161102_142839

Miejsce bez którego nie obejdzie się nasz pobyt w Trójmieście. Pomimo, że daleko od domu, bo w centrum Gdyni to zawsze znajdziemy czas żeby tam zawitać. Co serwują? Pizzeeeeeee…. Tak taka prawdziwą, na białym cieście, ale tak obłędną, że za każdym razem kiedy tam jesteśmy przypomina mi się mój Erasmus w Bologni, gdzie przez pół roku moim głównym posiłkiem była Margarita za 3 euro z pobliskiej pizzerii. I nie tylko urzekło nas to miejsce wyjątkowo włoskim cienkim ciastem, ale też wyjątkowo włoskimi połączeniami smaków. Mój faworyt w Mąka i Kawa to nieziemska pizza z salami, mascarpone i rukolą. Zacznijmy od tego, że pizza bez rukoli dla mnie to nie pizza. Ale połączenie ostrej salami która delikatnie przypala usta, z serkiem mascarpone, który powoli rozpuszcza się na gorącym cieście jest idealne. Moją salami-mascarpone zawsze poleje solidnie Crema di Balsamico, która dodaje temu delikatnej słodyczy i ….. hmmm…. co tu dużo mówić po prostu poezja! Fajną opcje są pizze tygodnia, które często zawierają jakieś lokalne, czy sezonowe produkty. W menu macie jakieś 10 rodzai pizzy, każda warta uwagi i każda zupełnie inna. Oprócz pizzy zjeciu tu włoskie panini i napijecie się podobno równie smacznej kawy. My tam jednak jesteśmy zawsze po jedno i na jedno… PIZZE ! Mąka i kawa ewidentnie warta jest tego białego pszennego grzechu !
20161102_142836

20161102_142824

 

 

 

5. Alt Cafe, Gdynia (ul. Legionów 112F/1 Osiedle ALTUS)

 

20161030_173854

 

Nasz totalny „must have” na mapie trójmiasta. Miejsce w którym musimy wypić kawę. To tez dla nas mocno sentymentalne miejsce, bo to właśnie tu wypiliśmy pierwszą kawę z naszymi już teraz dobrymi i nie tylko biegowymi znajomymi Mateuszem i Gosią. Kiedy nasze dziewczyny bawiły się szaleńczo na placu zabaw, my przez kilka godzin non stop gadaliśmy o życiu. Alt Cafe to nasze miejsce na mapie Trójmiasta, to nasza oaza i sposób na gorszej pogody trójmiejskie popołudnia.

Pewnie nie wiele muszę o tym miejscu pisać, bo zasłużyło już wcześniej na gościnę na blogu. Część z Was mogła już się z nim zapoznać. Jednak wszystkich co chcą dowiedzieć się o tym miejscu więcej, a nie czytali, odeślę do posta: „Idziemy na kawę, czyli czego mi brakuje tu gdzie teraz jestem”.

20160823_172715

 

Alt Cafe to jedno z tych miejsc które urzekło mnie od pierwszego wejrzenia. Miejsce z zewnątrz niepozorne, nie wydawałoby się że kryje w sobie prawdziwy raj zabawy. Drewniany domek ze zjeżdżalnią do bajkowych kulek, tor samochodowy, retro zabawki, kuchnia dla wszystkich kucharek, konik na biegunach i ściana dziecinnego szaleństwa to tylko część rzeczy jakie czekają na Wasze maluchy w świecie Alt Cafe. Wszystko tam jest stworzone ze smakiem i z myślą o najmłodszych. kawiarnia podzielona jest na dwie części więc zapraszam tu nie tylko dzieciatych, ale też i koneserów deserów, kawy i od niedawna PIZZY. Napijecie się tu pysznej lemoniady, świeżo wyciskanych soków, kawy która przypasuje każdemu i zjecie kawał pysznego ciacha, bo w Alt Cafe serwują kawały ciacha. Krojone od serca, żeby napełnić każdy nawet ten najgłodniejszy brzuch. Znajdziecie tu słodkie klasyki, serniki, banofee pie, ale czeka też zawsze ta trochę bardziej zdrowa/fit wersja dla wybarńców. Bezglutenowe czekoladowe, albo szarlota prawie z samymi jabłkami. Od niedawna Tomek ( właściciel Alf Cafe) wprowadził „coś na słono”. Serwują bowiem na prawdę pyszna pizzę z fajnie dobranymi składnikami. Jest włosko i smakowicie. Są też kremy z warzyw dla maluchów i fajne włoskie kanapki dla lekko zgłodniałych

       20160823_183701_001

 

Pamiętajcie jednak, że gdy szaro, buro za oknem w Alt Cafe robi się dosyć tłocznie dlatego, jeśli planujecie spędzić tam miło popołudnie najlepiej zarezerwujcie sobie stolik i upewnijcie się, że nie ma tego dnia przyjęcia urodzinowego na wyłączność 🙂

Ja Wam to miejsce Serdecznie polecam!

 


 

Dużo jeździmy po Polsce i nie tylko, dlatego mam nadzieję, że powoli zacznę zapełniać zakładkę <PODRÓŻE>. Jest milion miejsc do których mogę was zabrać, jest milion tras rowerowych i biegowych które wydeptaliśmy swoimi nogami na świecie i jest milion miejsc które odwiedziliśmy w poszukiwaniu smaków, smaków "tych jedynych". Dlatego mam nadzieję, że ten blog nie tylko będzie o bieganiu, triathlonie, byciu mamą i ciąży. Powoli zacznę zabierać Was w różne miejsca na ziemi, po kulinarnych, biegowych czy też rowerowych szlakach. Bądźcie tu ze mną, a może choć w małym stopniu poczujecie smak tych miejsc i to co kryją moje kolejne "domy".

O.

 

 

 

 

 

CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Ah ten Cypr…

Ah ten Cypr.

I cóż ja mogę napisać. Chyba widać, że wakacje były udane, pełne nowych przygód jak siedzę cicho i nic nie piszę.

Po pierwsze chcę Was przeprosić za moje milczenie, ale nie było ono dlatego że nie miałam czym z Wami się dzielić. Wręcz przeciwnie, działo się tyle, że nie było kiedy. Ale obiecuję, że choćby w samochodzie na kolanie, czy też po nocach spróbuję to wszystko nadrobić.

Tak jak pisałam już kiedyś. Każdy nasz wypad na Cypr wiąże się z czymś nowym i pomimo że tą wyspę odwiedzamy już od wielu, wielu lat, a przyjeżdżamy zawsze na wiele, wiele tygodni to za każdym razem odkrywamy jej jeszcze piękniejsze oblicze. Poznajemy ją od innej strony i spędzamy czas w specyficzny, sportowy, ale za każdym razem inny sposób.

 

 

 

Ten wyjazd był mekką rowerową. Spędzony zdecydowanie pod hasłem „Na szosie”. Każdy dzień wiązał się z przełamywaniem granic, wyznaczaniem nowych celów i sprawdzaniem siebie w coraz to trudniejszych warunkach. Szaleliśmy na rowerach przez 5 tygodni, a szaleństwa te zostały uwieńczone wjazdem na 2000 m.n.p.m., czyli 50 kilometrów jechałam cały czas pod górkę. Zaczęłam z poziomu morza, żeby ilka godzin później znaleźć się na cypryjskich szczytach i najwyższej górze na Cyprze, Mount Olympus, sięgającą 1952 m.n.p.m. Jeździliśmy daleko, jeździliśmy wysoko, we dwoje, w pojedynkę, z samego rana, w ciągu dnia, albo nawet późnym wieczorem. Pokochałam rower, zawsze go lubiłam, ale teraz poczułam jak to jest wypracować swoje i mieć przyjemność nawet ze „stówki” po górach. Czasami nogi puchły, czasami zastanawiałam się po co ja to wszystko robię, ale widoki i uczucie spełnienia po każdym treningu sprawiały, że chciałam więcej.

Każdego dnia.

Powrót jest najtrudniejszy.

IMG_20160612_105719

 

Teraz jesteśmy w drodze powrotnej z Kopenhagi, polecieliśmy tu do mojej chrześnicy na urodziny. Odkryliśmy przepiękne miejsce, miejsce w którym sportowe życie to chleb powszedni. Miejsce gdzie wszyscy biegają, jeżdżą na rowerach, gdzie za miastem widać więcej kolarzy niż samochodów. Miejsce gdzie ekologiczne to nie wymysł, a codzienność, miejsce gdzie ekologiczne nie kosztuje dużo więcej. Niestety jedyny minus Dani to fakt, że jest pioruńsko droga.  Ale o niej wrzucę tu osobny post.

Wracamy do domu, po naszych maratońskich podróżach, po milionie kilometrów przebytych samolotami, autobusami, samochodem, po tysiącach kilometrów spędzonych na treningach, po niewielu przespanych nocach. Niemniej jednak warto było, zobaczyć wszystko co zobaczyliśmy, posmakować wszystkiego czego posmakowaliśmy, poznać wszystkich których poznaliśmy.

 

 

Za jakiś czas będziemy dalej wakacjować, ale teraz czas wracać powoli do domu.

Powoli bo…

…czeka nas jeszcze jeden przystanek. Nasza ukochana wieś i triathlon w Starogardzie Gdańskim, którego boję się jak cholera.

 

 

O.

Moje 120 kilometrów walki.

PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Moje 120 kilometrów walki.

Pierwszy taki trening za mną, pierwsze moje 120 km przejechane ciągiem na rowerze i pierwsze chwile totalnego zwątpienia.

IMG_20160429_205205

Jedziemy… wiem że za tymi pięknymi widokami czeka na mnie największy podjazd na trasie. Nie znam tych miejsc, więc nie znam trasy, nie wiem dokładnie co mnie czeka. Wiem tylko, że mam się wspiąć na około 800 m. Jedziemy… skręt do wioski w prawo i już widzę tylko drogi prowadzące w górę. Widzę kolejne wioski położone jeszcze wyżej, domy do których prowadza tylko pionowe drogi. Boję się, GARMIN pokazuje już 96 kilometr, moje nogi robią się coraz sztywniejsze, a przede mną sporo kilometrów do góry. Jednak się nie poddaję jadę dalej, milion myśli przechodzi przez moją głowę, próbuję zwalić wszystko na tatę, który to wymyślił tą właśnie trasę dla nas do pokonania. Wiem, że to nic nie da, to moja głowa zaczyna wątpić zupełnie w moje siły, więc to z nią muszę stoczyć tą walkę.

Traska 120 km na drugi koniec wyspy, gdzie mieliśmy spędzić Cypryjskie święta w domu nad basenem, wydawała się nie lada wyzwaniem. Nie było opcji na wzięcie rowerów na dachu, bo rowery dziadków już tam były więc jedyną opcją jaka istniała, żeby odwalić dwa solidne treningi rowerowe to żeby pojechać tam na rowerach. Jak już pisałam Cypr jest górzystą wyspą, wszędzie znajdzie się sporo podjazdów. Nad samym morzem trzeba wdrapywać się na kilkuset metrowe klify, wioski koło nadmorskich miasteczek zazwyczaj położone są na równie wysokich wzgórzach, a gdy chce się przedostać z południowej części na północną cześć wyspy trzeba przedostać się przez pasmo górskie który w najwyższym miejscu sięga 2000 m.

 

 

Dlatego bałam się tego dnia. Nie wiedziałam do końca czy sobie poradzę. Nie wiedziałam kiedy na trasie skończą mi się przerzutki i kiedy totalne zmęczenie nie pozwoli na dalsze pedałowanie. Niby w sierpniu mam robić 1/2 IRONMANA, więc powinnam być bez problemu gotowa na 100 km trasy, a jednak pierwszy raz zawsze jest wielką niewiadomą.

3 dni później wracamy… Już wiem co mnie czeka, znam dokładnie traskę pamiętam każdy podjazd, każdy zjazd. Zastanawiam się co gorsze, czy 12 kilometrowy podjazd na 92 kilometrze kiedy wiem że po czeka mnie tylko zjazd, dobre jedzenie i leżenie nad basenem. Czy też zrobienie tego czternastokilometrowego podjazdu na świeżości, ale po nim czeka na mnie jeszcze dobre 100 kilometrów pedałowania.

IMG_20160429_205137

 

Cóż mogę napisać to były dwa solidne treningi. Pierwszy kosztował mnie trochę więcej, na drugi byłam przygotowana. Po drugim też, tyłek odpadał mi już w połowie drogi, a 30 kilometrów przed końcem drogi tak pragnęłam być już w domu że średnia prędkość na ostatnich 30 kilometrach wyszła 35 km/h. Byłam połamana, nogi bolały, tyłek bolał, plecy bolały szyja i kark również, ale warto było. Każdy ból i chwile zwątpienia rekompensowały widoki i smak tego co czułam na mecie, na końcu drogi, na końcu mojej 120 kilometrowej drogi.

Wiem, że moja siła wzrasta z każdym wyklepanym kilometrem. Wiem, że jeżeli popchnę się do granic możliwości to powoli będę te granice przesuwać. Wiem też, że dopóki nie wyjdę ze swojej strefy komfortu to nie będę się rozwijać, nie będę szybsza, silniejsza i pewniejsza siebie. Ten trening dał mi poczucie, że jestem silna, że swoim tempem brnę do przodu, że nawet największe zwątpienie można zwalczyć.

Dlatego nie bójcie się próbować, nie bójcie się stawiać pierwszych kroków w sportach z którymi nie mieliście zbyt wiele wspólnego, nie bójcie się mocnych treningów. Każdy z nas ma tą siłę tylko musimy ją odnaleźć i cały czas walczyć o jej rozwój.

 

IMG_20160429_193320

Odpoczynek z córą smakuje lepiej niż w pojedynkę 🙂

 

Walczcie, bo warto !

 

O.

Obóz treningowy na Cyprze – przyjemność z pożytecznym.

AKTYWNA MAMA CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Obóz treningowy na Cyprze – przyjemność z pożytecznym.

Zazwyczaj kiedy wiosna przychodzi do Polski wielkimi krokami, a majówka zazwyczaj dmucha zimnem i bardziej zimową niż letnią pogodą. My zawijamy manatki i lecimy na Cypr.

IMG_20160430_142842

 

Dla tych którzy nie wiedzą mamy prac sezonowe, więc wiosna i jesień jest naszym czasem wolnym, w którym załatwiamy wszystkie prywatne sprawy których w sezonie nie ma kiedy ogrnąć. Wiosną i jesienią też mamy czas dla siebie, czas na treningi i czas żeby podróżować dlatego co roku od paru dobrych lat śmigamy na Cypr. Dlaczego ? Bo to właśnie tu Zosi dziadkowie, którzy dawno temu wraz ze mną uciekli z Polski, teraz mieszkają.

Dlatego też zawsze kiedy lecimy na Cypr, mam wrażenie że w końcu będziemy mieli czas na wszystko. Że będzie czas na treningi, na zabawę, na spacery, na książki i na całą resztę, że blog będzie w końcu zapełniony nowymi postami, ale niestety. Jest tutaj za dużo bodźców, za dużo pięknych miejsc, za dużo knajpek, plaż i innych atrakcji i zawsze jest pełno rzeczy do roboty. A moje kilka stron w internecie świeci pustkami i czeka aż ja zarwę którąś noc i napiszę parę słów.

Dlatego dzisiaj kiedy grzejemy się nad basenem w przepięknym domu z widokiem na morze, a reszt rodzinki po porannym treningu i porannej pobudce poszła spać ja mam chwilę żeby usiąść w końcu z komputerem.

Nasz Cypr z którym jesteśmy mocno emocjonalnie związani, przeplata się co chwilę przez nasze życie. Od kilku lat został też naszym ulubionym miejscem do treningów.

Cypr to nie odkryta mekka dla triathlonistów. Są piękne piećdziesięcio-metrowe otwarte baseny, o morzu już nie wspomnę w którym aż chcę się robić treningi „open-water”. Promenady nadmorskie i inne ścieżki, których do biegania jest na prawdę dużo. No i najpiękniejsza rzecz, o jaką w wielu miejscach trudno, sieć niekończących się tras rowerowych. I to nie takich tam-i-spowrotem, płaskich i nijakich. Nie, tutaj jest po prostu masa przepięknych widokowo, pustych, górskich i na prawdę wymagających trasek. Mam wrażenie, że gdzie się nie pojedzie, ciut dalej od miasta, trasy się ciągną kilometrami. Można wspinać się na pobliskie wzgórza, i zrobić sobie krótki trening, a można pojechać na drugą stronę wyspy, lub eksplorować ja wzdłuż morza przez wiele wiele kilometrów. Cypr jest dosyć górzysta wyspą, nie mówię już o prawdziwych górach które sięgają tu do 2000 m, ale cała wyspa jest pofalowana. Tutaj aż chce się trenować, chce się spędzić pół dnia na rowerze, walcząc ze swoimi słabościami.

Dzisiaj jestem po mocnym treningu, miałam biegać, miałam pływać, ale dzisiaj mam wolne. Od jutra wrócę na treningowe ścieżki. Dzisiaj odpoczywam, pije wino z na wyspie pełnej wina i relaksuje się z moją księżniczką nad basenem. A jutro zapraszam Was na parę słów jak przebyć swoje pierwsze 120 km na szosie po górach !

Z pozdrowieniami z ciepłej wyspy,

O.

Gdzie się wybrać na weekend, lub ferie zimowe. Czyli zapraszam Was do „Szwajcarii Bałtowskiej”

PODRÓŻE

Gdzie się wybrać na weekend, lub ferie zimowe. Czyli zapraszam Was do „Szwajcarii Bałtowskiej”

Nie przez przypadek ten post powstaje.

Chciałabym zaprosić Was w nasze skromne progi. W miejsce gdzie każdy znajdzie coś dla siebie, w miejsce które mam nadzieję urzeknie Was tak samo mocno jak urzekło mnie kilka lat temu.

Pierwszy rok razem. Rafał powiedział, że zabierze mnie po sezonie letnim na Półwyspie Helskim do siebie, czyli do Bałtowa. Prowadzi tam Szkołę Narciarsko-Snowboardową, na stoku „Szwajcaria Bałtowska”. Załamana pomyślałam co my będziemy robić na tej wsi. Ja dziewczyna z nad morza, w centralnej Polsce ? No nic nie jadę tam na zawsze, więc spakowałam torby i miałam nadzieję na fajnie spędzony czas.

Jak się okazało nie spodziewałam się tego co tu zobaczyłam. Za Radomiem drogi robią się coraz węższe, coraz mniej miejscowości, coraz mniej domów. Jedzie się jednak przyjemnie bo bez samochodów, a drogi są w miarę dobre jak na nasz polski standard. Jedziemy przez straszne męciny, każda wioska to kilka domów przy głównej drodze. Zjeżdżamy przepięknym wąwozem, który przypomina góry Świętokrzyskie i wyjeżdżamy w Bałtowie. Nagle zamiast rozwalających się płotów, widzę chodniki przy których stoi hotel, bank, sklepy, a nawet restauracja. Jedziemy kawałek dalej i wjeżdżamy do Bałtowskiego Kompleksu Turystycznego w którym mieści się stok narciarski „Szwajcaria Bałtowska”, „Jura Park”, „Zwierzyniec Bałtowski”, „Wioska Świętego Mikołaja”, która na czas letni zamienia się w straszącą „Sabathówkę”, „Bałtowski Park Rozrywki, od tego roku Gościniec „Bałtowski Zapiecek”, czyli nasza duma i restauracja z prawdziwego zdarzenia  i wiele wiele innych atrakcji. Gdy tylko przejeżdżamy mostem nad rzeką Kamienną przy której stoi przepiękny stary młyn, dech zapiera mi w piersiach. Ta mała wioska, co miała być kilkoma domami przy drodze i kawałkiem górki na której leży śnieg, okazuje się przepięknym bajkowym miejscem. Bałtowskim Kompleksem Turystycznym, w którym wszędzie jest czysto, każdy kawałek ziemi na której on leży jest zadbany. Wszędzie widać drewniane domki, jedne z pamiątkami, drugie z jedzeniem i napojami, drewniane płoty, czyste chodniki, przystrzyżone drzewka. Nie ma tu plastikowych koszy na śmieci, byle jakich budek z hot-dogami. Wszędzie króluje drewno, kamień i natura.

Szczęka opadła mi do ziemi. Jeżeli miałabym porównać to do jakiegokolwiek miejsca „górskiego” w okolicach trójmiasta, czyli do naszych Kaszubskich Szwajcarii – ośrodków narciarskich na pomorzu. To nie sięgają one „Szwajcarii Bałtowskiej” do pięt. Bałtów, który miał byc niczym, okazał się niesamowicie spójnym, pełnym atrakcji wielkim przedsięwzięciem. Ogromna infrastruktura, która gości tutaj wszystkich przyjezdnych, zadowoli nawet najbardziej wymagających. Ale zacznijmy od początku. Co mieści się w naszym Bałtowskim Kompleksie Turystycznym  i dlaczego właśnie tu zapraszam Was na ferie zimowe i wszystkie weekendy.

1. Szwajcaria Bałtowska – czyli główna atrakcja zimowych szaleństw. 

DSC_0913

Jest to główna atrakcja zimowych wyjazdów do Bałtowa. Nasza Szwajcaria Bałtowska to nie tylko 2 wyciągi orczykowe, wyciąg krzesełkowy,  przy których mieści się 5 tras narciarskich oraz snowpark dla każdej freestajlowej głowy, to nie tylko wyrwirączka i ośla łączka dla najmłodszych. Dzisiaj, to jest już ogromny ośrodek narciarski, który oprócz tras i wyciągów narciarskich, zaopatrzy każdego narciarza w sprzęt z najwyższej półki, nakarmi dobrym jedzeniem, pozwoli ogrzać się i przenocować w drewnianych domkach przy stoku, w których ręcznie malowane ściany zaskoczą każdego i zaprosi do kolejnych atrakcji.

Mamy tu wypożyczalnie, która należy do sieci WinterGroup zrzeszającej najlpesze wypożyczalnie w Polsce. Znajdziecie w niej sprzęt dla każdego. Goszczą tu firmy takie jak Völkl, Elan, czy Burton. Buty, narty, kijki, kaski dla początkujących i zaawansowanych, narciarski sprzęt testowy z najwyższej półki, snowboardy dla każdej grupy wiekowej, nawet tej najmłodszej. To dzięki tej właśnie wypożyczalni Zosia miała już snowboard na nogach. Butki na rzepy, wiązania na jedną sprzączkę i lekka mała deska to idealne rozwiązanie dla najmłodszych.

 

W Szwajcarii Bałtowskiej jest 5 tras, z czego każdy znajdzie coś dla siebie. Dla bardziej zaawansowanych mamy wyciąg krzesełkowy i ostrzejszą górkę ,gdzie kawałek czerwonej trasy biegnie tuż pod nim. Dla spragnionych wrażeń mamy snowpark, który postawiony został przez freestylowców dla freestylowców, tych małych i tych dużych, dlatego nie zabranie tu sportowych emocji. Mamy też delikatniejsze trasy dla tych mniej doświadczonych, które biegną nieopodal Wioski Świętego Mikołaja. No i oczywiście nie zabrakło u nas oślej łączki dla wszystkich którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z nartami. Wszystkie trasy są ze sobą połączone, a karnet który kupicie w kasie obowiązuje na każdym wyciągu.

DSC_0001

1273913_791970590840712_9209761767798737955_o

fot38

szb13-p-styczen-13

1556347_791974060840365_4884785143997139642_o

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nasze górki położone są na wzgórzach na których mieści się Zwierzyniec Bałtowski, jest to kilkadziesiąt hektarów pełnych dzikich zwierząt. Dlatego u nas widoki są równie ciekawe jak w górach. Co prawda nie ma pnących się po chmury ośnieżonych szczytów, ale jadąc krzesełkiem możecie obserwować ogromne stada biegającej zwierzyny, danieli, jeleni, saren, czy szkockiego bydła. Z trasy biegnącej przy wyciągu orczykowym, kiedyś, można było zobaczyć nawet wielbłądy! I jak tu nie zabrać dzieci do takiego bajkowego miejsca!?

 

2. Nasza Szkoła Narciarsko-Snowboardowa AMIGO-SKI – czyli najlepsi instruktorzy na świecie.

10984574_930534846980330_3417348603050235178_o.jpg

Rafał jest sprawcą tego zamieszania. Instruktorem jest od czasów studiów, a profesjonalistą, chyba od dziecka. To dzięki niemu nasza szkoła funkcjonuje w taki a nie inny sposób, to dzięki niemu główny nacisk kładziemy na profesjonalizm i bezpieczeństwo. Ale to też On jest ulubieńcem naszych podopiecznych. To on jest jej rozumem a ja od kilku lat jej sercem. Jako szkoła skupiamy się na ujednoliconym systemie szkolenia, tak aby nasi kursanci migrujący od jednego do drugiego instruktora mogli kontynuować dokładnie tam gdzie skończyli.

Naszą kadrę kompletowaliśmy przez wiele lat. Każdy z naszych instruktorów ma wieloletnie doświadczenie, każdy z nich z takim samym zapałem i zaangażowaniem podchodzi do swoich kursantów. Każdy z nich też został przez nas i nasze wymogi zaakceptowany, dlatego z czystym sumieniem mogę polecić Wam jazdę z każdym z nich. Nasza kadra w większości jest stała, poza sezonowymi wyjątkami, dlatego atmosfera która jest wewnątrz szkółki przekłada się na jakość szkolenia i zaangażowanie.

Najpiękniej możemy Wam przestawić naszą szkołę przedstawiając Wam film, w którym główną rolę gra mój mąż i już zapryzjaźniony nam Filip. Rafał ma na swoim koncie kilka tysięcy przeszklonych dzieci i dorosłych, a pomimo to nadal czerpie z tego ogromną przyjemność. Ciekawe jak poradzi sobie z naszym maluchem ?

[youtube https://www.youtube.com/watch?v=PdtIFNOV_d4&w=560&h=315]

3. Wioska Świętego Mikołaja – czyli raj dla dzieci.

DSC_0786

Idąc kawałek po ośnieżonej stromej drodze, znajdziecie się tuż pod bramą za którą leży Wioska Świętego Mikołaja. To tam spotkacie Świętego Mikołaja i jego pomocników. Elfy, Panią Choinkę oraz bajkowe postacie, które nie tylko dadzą Wam duża dawkę niecodziennych zadań, ale i sprawią że świetnie spędzicie tam czas. Dla starszaków, wioska przygotowała przepyszną kawę i smakowite ciasta domowej roboty, które możecie spożyć w cieple kominka i zapachu świeżej choinki. To tam dzieją się magiczne rzeczy takie jak na przykład mielenie grzechów. Wioska to miejsce bajkowe dla małych i dużych.

 

4. Nasz smakowity Gościniec „Bałtowski Zapiecek”.

_MG_7821.jpg

Pomiędzy wyciągami mieście się ogromny budynek w którym czeka na was raj podniebienia i kolejny raj dla dzieci. Pomimo że restauracja jest ogromna jest ona bardzo przytulna. To tu zjecie przepyszne potrawy, takie jak orkiszowe pierogi z gęsiną, ekologicznego pstrąga zapiekanego na desce dębowej, gołąbka z kaszą pęczak. Nie zabraknie mięsnych dań i porządnego Jura Burgera, dla tych co kochają bardziej męską wersje kuchennych smakołyków. Dla każdego gościa czeka świeżo upieczony chleb na zakwasie, który możecie zjeść z domowym smalcem, ogórkami lub masłem. Woda w karafce to mój ulubiony element Zapieckowych klimatów. Wychowana na Cyprze, w kraju gdzie wino i woda zawsze w restauracjach jest podawane w dużych butelkach i nie braknie ich nigdy na stole, nie potrafię siedzieć w restauracji z małą buteleczką ( najczęściej u ans w raju jest to 0.2 l) Kropli Beskidu podczas posiłku. Dla mnie duża butelka wody, lub jak w zapiecku karafka wody z mięta i cytryną, to podstawa!

Zapiecek nie tylko przygotował raj dla podniebienia, ale i nie zapomniał o najmłodszych klientach na których czeka dobre kilkadziesiąt (według mojego oka) metrów kwadratowych szaleństwa. Pełno ciemnych korytarzy, które prowadzą do drewnianych wież połączonych ze sobą metalowymi rurami, okaże się nie lada wyzwaniem nawet dla tych starszych osobników. Drewniane domki, zjeżdżalnia do basenu z kulkami, i tor przeszkód to coś dla małych i dużych. Plac zabaw w Zapiecku to taki mały małpi gaj, tylko w pomieszczeniu.

Dlatego wieczór przy grzanym winie bez dzieci przy stole macie gwarantowany !

Na okres zimy jedna sala naszego magicznego zapiecka, zamienia się w gorący bufet dla spragnionych narciarzy. Tutaj możecie smacznie zjeść w butach narciarskich lub snowboardowych. W słoneczne dni do Waszej dyspozycji jest też taras, na którym będziecie mogli ogrzać nie tylko brzuchy, ale i buzię.

5. Domki przy stoku. 

domki-schroniskowe

Dopełnieniem tej infrastruktury są drewniane domki przy stoku, które sprawią że poczujecie się jak w prawdziwym kurorcie narciarskim. Macie do swojej dyspozycji, pokoje 2 osobowe, studia rodzinne w których na dole jest salon i łazienka, a u góry sypialnia i pokój dla dzieci. Albo pokoje typu schroniskowego, gdzie poczujecie się jak w prawdziwym schronisku górskim śpiąc na piętrowych łóżkach.

domki-rodzinne-1

 

Oczywiście oprócz tych najważniejszych zimowych atrakcji macie tu też stadninę koni, rollercoastera, bajkowy park rozrywki, krainę Królowej Śniegu, górkę saneczkową na której możecie jeździć na sankach lub spróbować swoich sił w jeździe na dmuchanych oponach. Polecam też spacer do górnego Zwierzyńca Bałtowskiego gdzie możecie spotkać żubry, lamy, czy wielbłądy i inne dzikie zwierzęta. Dla mniejszych gości mamy mały zwierzyniec w którym dzieci mogą nakarmić osły, czy kucyki, zobaczyć małpy czy papugi, a wszystko to w zimę jest otwarte dla każdego.

Dlaczego więc Bałtów ??

Bo jest nasz. Bo mam nadzieję, że zauroczy Was tak samo mocno jak mnie. Jesteśmy blisko centralnej Polski i mamy wszystko co potrzeba na rodzinny wypad na narty.

A oprócz tego może znajdziecie Biegającą Bio Mamę na stoku i poznacie ją osobiście 🙂 ?

 

Serdecznie zapraszam Was w nasze skromne progi. Pakujcie narty, buty biegowe, dzieci, babcie, dziadków i wszystko co potrzebne do aktywnego wypoczynku, a na pewno nie zabraknie Wam tu atrakcji i pomysłów na spędzenie wspólnego czasu.

 

A jak już będziecie zbierać się z powrotem do domu, nie zapomnijcie wstąpić do naszej ukochanej Farmy Świętokrzyskiej, która mieście się zaledwie 8 kilometrów od Bałtowa. To tam zaopatrzycie się w kartony przepysznych ekologicznych warzyw, oraz masy innych ekologicznych produktów.

11415489_915463325177912_11180047127979429_o.jpg

I jak można lepiej spędzić wolny czas niż zdrowo i aktywnie ?!

 

 

O.