Tag: relacja

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

SPORT TRIATHLON

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

Ta strona ostatnimi czasy nabrała trochę innej odsłony. Więcej jest tu dla Was informacji niż informacji o mnie, bo ileż można czytać o kimś, co nie ? W związku z tym zastanawiałam się czy takie relacje z zawodów Was interesują? Czy interesują Was moje zmagania, czy wolicie słuchać o imprezie, jej organizacji, trasach i o miejscu na przykład gdzie się zatrzymaliśmy na noc jadąc na taki triathlon ? Jeśli podzielicie się ze mną tym co Was interesuje w komentarzu będzie mi się o wiele łatwiej pisało kolejne relacje, o ile w ogóle chcecie

Tymczasem napiszę Wam troszkę o wszystkim 🙂

Triathlon Sokoła 2020

Triathlon SOKOŁA – ściganie po padnemii – ORGANIZACJA

Zawsze zadziwiają mnie te małe imprezy. Nie dość, że zazwyczaj są na prawdę dobrze zorganizowane, mają bogatsze pakiety startowe, wartościowe nagrody, w których skład często wchodzą też małe upominki od lokalnych firm, to jeszcze każdy z obsługi i organizatorów jest miły, uśmiechniety i pomocny. Takie odczucia zawsze mielismy po triathlonie w Okunince „Żelazny Triathlon”, takie odczucia mamy zawsze po Kraśniku „Triathlon Kraśnik”, takie mamy też właśnie po tym.

Nie wiedzieliśmy o jego istnieniu, nie znaliśmy tam nikogo, tras i tego kto to organizuje. Ale szybko poznaliśmy bo PROSWIM Team pięknie oznaczony klubowymi koszulkami od razu dał się poznać. Każdy wiedział do kogo zgłosić się z pytaniem, wszyscy przemili i uprzejmi, z chęcią tez pożartowali z nami. Małe imprezy mają też tą cudowną aurę bez zadęcia, której ja osobiście w triathlonie bardzo nie lubię. Tam tak nie było, było rodzinie, wesoło i na prawdę organizacyjnie dopięte na ostatni guzik.

Bardzo podobał mi się fakt, jak organizatorzy zareagowali na mały mankament strefy zmian. W sobotę widać było że zawodnicy wbiegając do strefy zmian muszą przenieść rower przez krawężnik, co nie dla każdego w tym amoku było łatwe i widoczne, niektórym rower nawet upadł bo nie zauważyli krawężnika. W niedzielę, na krawężniku leżała już mata i jakieś podkładki tak że rower spokojnie po nim przejeżdżał. 

Jak to się stało że Triathlon Sokoła trwał 2 dni ?? Ano po prostu dlatego, że na sobotnia imprezę pakiety rozeszły się jak świeże bułeczki, organizatorzy szybciutko podjęli decyzję, że skoro jest takie zainteresowanie robimy też imprezę 2-giego dnia, czyli w niedzielę ! 🙂

Nam udało się zapisać na niedzielę. Pierwotnie Rafał miał startować w sobotę, ale nie było juz pakietów i tu od samego początku super kontakt z organizatorami którzy starali się pomóc zorganizować nam jakiś pakiet startowy od zawodników którzy jednak nie dotrą na zawody. Znaleźliśmy jednak opiekę do dzieciaków na niedzielę, bo ciocia zgodziła się na wspólny wypad z nami, więc na szczęście nie musieliśmy korzystać z serdeczności tylko oboje wystartowaliśmy w niedzielę.

PAKIETY ekstra. Bogate. Były w nich standardowo koszulki, izo i baton, fajny czepek, ale dostaliśmy też ręczniki szybkoschnące z logiem triathlonu i miód z lokalnej pasieki. Jak dla mnie bomba, w szczególności że start kosztował tylko 160 zł !

Nagrody były rzeczowe, tematyczne bo za pierwsze 3 miejsca open były BONY do decathlonu, mi się udało wygrać BON o wartości 250 zł. Poza tym ja za 2 miejsce dostałam jeszcze SMARTBAND-a, ekstra upominek od lokalnej firmy LAVARE, produkującej różne kobiece niesamowitości z lawendy. Nagrody lepsze, większe i fajniejsze niż na niektórych dużych cyklach imprez. Nie wspomnę już o pucharze i fajnych medalach 🙂

Organizacyjnie wszystko dopięte. Pływanie mega, start falowy, puszczali co 5 sek pojedynczo (myślę, że to kwestia ograniczeń), bojki duże dobrze widoczne trasa domierzona. Woda brudna ale kto patrzy na kolor wody podczas startu ;p ? Strefa zmian najszybsza w jakiej kiedykolwiek byłam, co nie oznacza że my bylismy szybcy <ha ha>. Ledwo co wybiegając z wody było się juz przy rowerze więc ani czasu na zdjęcie czepka nie było, ani na rozpięcie pianki. Wszyscy nieźle zamotani że tak szybko trzeba się rozbierać, widać to było kiedy kibicowaliśmy w sobotę. Fajna strefa kibica z leżaczkami, lodami dla dzieciaków, jedzonkiem i piwkiem dla spragnionych. Na rowerze trasa mega dobrze oznaczona, co prawda jechałam nią dzień wcześniej ale tam każde skrzyżowanie zakręt zmiana przebiegu trasy obstawiona nie jednym człowiekiem a kilkoma. NAwrotka trudna technicznie, ale dobrze oznaczona. Już na 200m metrów przed duże znaki na palikach były przy drodze. Pan z flagą w szachownicę przed belką do strefy zmian, czyli z daleka było widać że czas wypiąć buty. Bieganie trudne technicznie, aczkolwiek spodziewałam się jeszcze trudniejszego, ale bardzo dobrze oznaczone. Bieg po leśnych drogach w 2 miejscach na 5 km woda, na każdym zakręcie kilka osób z obsługi. Nie dało się zgubić. Meta na dobitkę bo ostatnie 15 metrów po piachu, ale przy tych emocjach już nie przeszkadzało 🙂 Strefa finiszera z wodą owocami i ciepłym jedzonkiem, jak to na tych lokalnych mniejszych imprezach zazwyczaj bywa.

Ja daje 5+ i na pewno wracamy tam za rok !

Triathlon Sokoła 2020 – objazd trasy

Triathlon Sokoła – ściganie po pandemii, czyli moje zmagania .

Nie mam za wiele tu do powiedzenia. Odnosze wrażenie, że każdy z nas tak czeka na te starty po pandemii. Widać że większość ludzi solidnie przepracowała okres LOCK DOWN-u w Polsce i cały świat triathlonowy poszedł mocno do przodu. Widać to u facetów, u mojego Rafała w kategorii, gdzie czasy i tempa niegdyś na podium open dzisiaj dają miejsce w pierwszej 10-tce w kategorii, widać to też u kobiet. No poza mną, nie za wiele pokazałam z mojego przepracowania. Niemniej jednak jesteśmy spragnieni startów. A co za tym idzie u mnie to stres. Od kąd stałam sie osobą obserwowaną ( nawet w tak małym stopniu w jakim ja jestem) to nakładam na siebie nie potrzebną presję. POnadto nałożyłam ją teraz na siebie podwójnie, chcąc dać z siebie serio wszystko. Bo przecież cyferki na treningach ruszyły, bieganie jest szybsze rower kreci w końcu większe WATT-y. A tu proszę przyszedł Pan stres i zjadł wszystko to co wypracowałam i dodał jeszcze niedosyt i trochę wściekłości na siebie. Poza tym, że były to pierwsze zawody po rocznej przerwie, to jeszcze były to zawody na których stawiałam się po raz pierwszy w nowych barwach od stóp do głów. Nowy trener, nowy rower, nowa pianka, nowe buty, nowe izotoniki i żele, nowe wszystko poza strojem który jeszcze NOWY do mnie nie dotarł. Myślę, że to dorzuciło mi potrójną presję i stres którego nie umiałam już ogarnąć.

Triathlon Sokoła – przed startem

Woda o dziwo!, jej się bałam najbardziej, bo skoro czułam stres to zazwyczaj pokutuje za niego w wodzie. Tym razem było inaczej. Może to też efekt PIANKI która po prostu jest tak boska i tak cudownie się w niej pływa i która podbudowała mnie mega setkami w tempie na 1:23, bez pływania mocno w basenie, że po prostu poleciałam na haju. Pływanie najszybsze w życiu. Popłynęłam 11 minut z małym hakiem, co jak na domierzoną trasę jest ekstra !

ROWER, ah ten rower. Z moim nowym LIV-kiem mamy trudną miłość, bo wymagam od niego bardzo dużo, zresztą tak jak od mojej nogi która nagle nie zmieniła swojej objętości mięśniowej ( o ile można tak coś nazwać :p) Rower pojechałam w 33 minuty, czyli średnia około 36 km/h, ale …. no co chciałam lepiej i tutaj zaczyna się praca z głową. Myślę, że tak szczerze pisząc stres i ogromne oczekiwania zburzyły mi cały FUN. Zamiast się cieszyc, że mam taką piekną maszynę i pedąłować ile sił to cały czas było, no kurna nie dajesz rady takich WATTów jechać? Ostatnio na trenigu kręciłaś większe… i tak przez 20 km. No dobra może przez 10, bo druga połowę trasy jechało mi się fajnie, tętno stresowe było zbite, oddech normalny i spokojny i pedałowałam w końcu tak jak chciałam. No ale szybko się skończyło. Wpadłam z gracja baletnicy do strefy szybciutko, ząłożyłam butki i wyleciałam na trasę biegową.

Trasa rowerowa szybka, ale wymagająca, cały czas góra dól. Kilka mocnych zakrętów. Nie łatwa, nie prosta, ale za to ciekawa. Nawrotka trudna technicznie, bo bardzo wąsko, zaraz po zjeździe, ale wystarczyło dobrze się zrzucić na biegach, wyhamować i mieć taki rower jak mój żeby poszło gładko. Na LIV-ie, pomimo mocniejszej pozycji dużo łatwiej mi robie nawrotki 180. Zaraz po nawrotce podjazd dość długi jak na taką szybką trasę, trzymał aż się sama zdziwiłam. Powrót dla mnie przyjemniejszy, szybszy, ale to bardzo subiektywna opinia. Trasa dobrze oznaczona.  

Tutaj największą zagwostką były buty, TRAILOWE, czy STARTOWE ? Skończyło się na startowych, bo trener tak doradził. Jak się okazało słusznie, gdyż większość trasy i tak było po utwardzonych leśnych ścieżkach i Vaporfly-ie leciały na nich bez problemu. Przynajmniej w tym tempie co biegłam, a nie było ono zawrotne. Tak na prawdę tylko jeden kilometr byl na prawdę trudny, góra dół, pełno piachu i wąska ścieżka, ale minął mi tak szybko, że nawet go nie pamiętam. Z biegiem niestety od samego prawie początku było nie tak jak powinno. Kolka odezwała się juz na pierwszej prostej, ale miałam nadzieję, że to tylko taki mały psikus który zaraz przejdzie. Niestety nie przechodził, a na 3 kilometrze brzuch zamienił się w taki kamień, że nie było jak biec i przeszłam na chwilę do marszu. Szybko jednak zawalczyłam z głową i wróciłam do truchtu. I tak od tego momentu z tętnem jak na wybieganiu, luźnym oddechem, luźnymi nogami i brzuchem jak kamień truchtałam sobie do mety. Z jednej strony wściekła z drugiej sama nie wiem co. Cieszyłam się jednak, że jestem chociaż pierwsza.

Pierwsze 2 km to utwardzona leśna ścieżka. Szeroka, szutr, trochę kamieni. Na samym początku bufet z wodą.  Na 3 kilometrze ostra nawijka i wbiegamy pod górkę w głęboki las wąska leśną ścieżką. Potem droga przez kilometr wiedzie góra dół, po piachu i wąskich singlach, aż na około 4 kilometrze wylatujemy znowu na dużą leśną utwardzoną drogę. Po której biegniemy z powrotem do zbiornika Turza, gdzie pływaliśmy i prosto na metę. Przed samym balonem mety, mamy na dobitkę trochę piachu, ale jeśli nie musicie się ścigać ze swoim rywalem to w ogóle nie przeszkadza. 

KOLKA to chyba najbardziej nie zbadane zagadnienie sportowe. Nie wiadomo tak na prawdę skąd się bierze i jaka jest jej przyczyna. Jest masa domniemań i pomysłów na jej pochodzenie. Ja stawiam na stres, który sprawił, że mój brzuch przepona i inne mięśnie nie były w takiej relaksacji w jakiej powinny od samego rana. Już na rozgrzewce czułam jak sztywnieje mi brzuch i zamiast gamoń rozgrzać się lepiej, to wolałam przestać.

Jak się czuję po Triathlonie Sokoła, moim pierwszym ściganiu po pandemii?

Mam ogromny niedosyt i takie poczucie, że przecież tak fajnie mi szło na treningach, tak fajnie przepracowałam ten ostatni czas, nigdy tak solidnie nie trenowałam i MASZ BABO PLACEK ! 🙂 Za bardzo się spięłam, za dużo od siebie wymagałam i za dużo oczekiwałam i zamiast polecieć na nieświadomce i w radości jak to zazwyczaj robię to leciałam jak przejechana przez walec :p Wisienką na trocie było, gdy wchodząc na podium dowiedziałam się, że jestem ….. DRUGA. A na wynikach jeszcze kilkanaście minut po przybiegnięciu drugiej dziewczyny na metę cały czas widniałam online jako pierwsza 🙁

Także podium dorzuciło trochę ognia do pieca i SPALIŁ SIĘ TEN PLACEK.

Teraz już z uśmiechem na twarzy to wszystko piszę, zresztą cały czas był uśmiech bo jak się nie uśmiechać jak dzieciaki stoją na mecie, cieszą się jak mama wchodzi na podium i jedzą ze mną arbuzy w strefie finiszera. Ale gdzieś tam głęboko w środku był wielki niedosyt i takie dziwne uczucie które długo nie chciało się ze mną rozstać.

Czas trochę przekierować głowę, nie nakładać na siebie presji na wynik, na cele, na podium. Czas czerpać radość, a jak wyniki przyjdą same to będzie ekstra.

Tylko ……. dlaczego mam się tyle męczyć na treningach żeby czerpać tylko radość ???????? 🙂

Do Sokołowa Małopolskiego na pewno wrócimy, bo impreza była mega fajnie zorganizowana, niedaleko domu, fajna trasa rowerowa i biegowa wbrew pozorom

Triathlon Sokoła od podszewki – ściganie po pandemii.

NA triathlon pojechalismy juz w Sobotę. Co prawda mamy tylko 200 km niecałe do Sokołowa, ale jadąc z dzieciakami i kiedy oboje startujemy łatwiej i lżej psychicznie jest kiedy pojedzie się na taką imprezę dzień wcześniej. Jedyna agroturystyka jaką znalazłam obok. Spaliśmy u „Wakacje u Babci Krysi” przemiła Pani, ciekawy design, jak to mój Rafał mówił wczesne roco-coco, ale mega szyściutko, pachnąco i miło. Ugotowaliśmy sobie sami jedzonko, bo restauracji jako tako nie wyszukałam żadnych ciekawych. Wypad jak zwykle udany. Nie wiele do zoabczenia w okolicahc, bo do samego Sokołowa w sumie nie wjeżdżaliśmy a dookoła tylko okoliczne wioski i domy przy dordze, ale nic nam nie brakowało. Dzieciaki miały huśtawkę, hamak i konia do dyspozycji. Wszędzie pachniało słomą i sianem, takie typowe wiejskie wakacje.

Jeśli ktoś lubi takie klimaty to polecamy. Jedyne co to łóżka były raczej na mniejsze osoby mój Rafał 191 cm wzrostu niestety się na swoim nie mieścił 🙂 Ale dużo śmiechu przez to było!

Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca, było o wszystkim o czym chcieliście przeczytać. Na Triathlon Sokoła na pewno wrócimy za rok !

Do przeczytania !

Ola – Biegająca Bio Mama

Super League Triathlon Poznań, czyli ogromne emocje i Złota Fala ! ! !

POLECANE TRIATHLON

Super League Triathlon Poznań, czyli ogromne emocje i Złota Fala ! ! !

I-Sporcie co ty ze mną zrobiłeś ?! ?! ?!

JESTEM NA WAGĘ ZŁOTA!

36537350_1724570200988908_1379305623006478336_o

Czy macie czasami tak że wymarzycie sobie jakieś cyferki i po skończonym triathlonie, kiedy emocje już opadną, spojrzycie ponownie na zegarek i zapisane cyferki wyglądają dokładnie tak jak sobie wymarzyliście ?!

Mi rzadko kiedy się tak zdarza. Mogłabym napisać, że chyba nigdy, ale dzisiaj parę godzin po starcie, kiedy spojrzałam się swojego Garmina to zobaczyłam dokładnie to co sobie wymarzyłam. To był naprawdę dobry start!

Już na trasie to czułam, ale odkąd trenuje z trenerem nie ma co ukrywać, że te cyfry zaczynają mi się podobać i zaczynają dla mnie coś znaczyć. A po dobrze wykonanej robocie, cieszą jeszcze bardziej.

Co to był za weekend ! Co to były za emocje!

36471643_1724570304322231_1973407296348225536_n

Nie wiem od czego zacząć, tak na prawdę. Czy od podziękowań, czy od emocji czy od samego startu. Wszystko co się w ten weekend wydarzyło było jakimś KOSMOSEM.

 

dav

STARTUJEMY

Złota fala czyli start tylko kobiet to niezapomniane przeżycie. To zarazem niesamowite i dziwne uczucie. Stojąc na pomoście w pierwszej linii wskakują do wody na główkę i czułam się jak prawdziwa PRO- ska. To był mój pierwszy start w którym miałam okazję co to znaczy rolling start, a do tego z pomostu ze skokiem do wody. Samo pływanie wyszło tak jak miało wyjść. Sunęłam swoim tempem druga przez całą trasę. Pływanie wpław na Malcie w Poznaniu to też niezwykłe przeżycie bo pływa się wśród miliona małych bojek wyznaczający tory dla naszych kajakarzy i wioślarzy. Czasem pomagają w nawigacji z czasem troszkę przeszkadzają, ale płynęłam w totalnie spokojnej wodzie i bardziej czułam się jakbym robiła Open Water w samotności w jeziorze, niż startowała w zawodach. Tempo może byłoby lepsze gdybym miała się ścigać, ale w wodzie nigdy nie mam aspiracji na ściganie. Płynę swoje na tyle mocno żeby dobrze popłynąć i na tyle na luzie żeby wyjść swieżutka z wody.

Kolejnym niesamowity uczuciem w tym całym wodospadzie emocjonalnym, było wyjście jako druga z wody, wśród na prawdę wiwatujący kibiców i dobieg do roweru który czekał na mnie w strefie zmian pośród kilkuset innych! Na tak dużej imprezie nie zdzarzyło mi się nigdy biec w tak pełnej strefie 🙂

 

Strefy zmian mam szybkie, ale nie myślałam że aż tak szybkie. Wybiegam ze strefy, za nią mam do zrobienia dosyć mocny podbieg, cały czas z rowerem w ręku, na szczycie którego mam ochotę zwymiotować. Ale zamiast tego, wsiadam szybciutko na rower i zaczynam jechać. Po jakiś paru sekundach wyjeżdża przede mnie motor wyznaczający trasę, a ja jak na totalną amatorkę przystało krzyczę że nie jestem pierwsza! Tutaj przydałaby się jakaś dłuższa anegdota o Bożenach Triathlonu, ale nie mam żadnej w rękawie, więc musi się obejść bez. Długo nie mogłam zrozumieć, że jadę pierwsza, tym bardziej że przez ponad 20 kilometrów nie widziałam żadnej laski za mną!

36479528_2093336560987317_2899327495755005952_o

Nadal nie wiem jak to się stało że wybiegłam ze strefy pierwsza, odstawiając ogon dosyć mocno na rowerze. I tu czas na kolejne niesamowite, ale prze-dziwne uczucie, które wzbudza zarazem olbrzymie emocje że jest się liderką i prowadzi się całą grupę, a z drugiej strony czuję totalną pustkę i nie umiem się ustosunkować co i jak.

FB_IMG_1530611323939-01

Nie wiem gdzie są inne dziewczyny, jak szybko jadą, jak bardzo mnie doganiają. Jadę 20 kilometrów, do pierwszej nawrotki na dwupasmowej drodze zupełnie zamkniętej dla ruchu, sama za motorem wyznaczającym trasę, nie widząc ani jednej żwej duszy na rowerze! Na nawrotce czyli mniej więcej gdzieś w połowie dystansu dopadła mnie jedna dziewczyna, która ewidentnie miała dużo mocniejszy rower. (jak się okazało na wynikach tylko ona miała mocniejszy rower ode mnie) Wyprzedzając rzuciła uśmiechem i słowem: „Ale dziwnie bez tych facetów!”

Po nawrotce w końcu zaczęły pokazywać się inne dziewczyny, nawet poczułam delikatny dreszczyk emocji bo pokazało się ich całkiem sporo i myślałam że zaraz wszystkie mnie dojadą. Zacisnęłam delikatnie zęby i zaczęłam dokręcać watt-y które trenerzy kazali mi jechać.
Powrót był pod wiatr i o dziwo wyciągnęłam z niego więcej niż w stronę z wiatrem, jeśli chodzi o prędkość. Pierwsze dwadzieścia kilometrów musiało być troszkę pod górkę, bo tam średnia prędkość sięgała mi 33 km/h, a po nawrotce zaczęłam przyspieszać. Poczułam zbliżającą się do mnie masę dziewczyn i zaczęłam bardziej się starać. Widać więc różnice w jeździe w grupie i solo. Pilnowałam wattów, których pewnie nigdy w życiu bym tak nie dokręciła gdyby nie założenia trenerskie i goniące dziewczyny. Droga powrotna była pod wiatr. Miałam nowy kask więc w głowie siedziały tylko słowa męża jak mam ustawić głowę w tym kasku na wietrze. Próbowałam utrzymywać tą pozycję przez cały czas. Od czasu do czasu przestawiało mnie na rowerze na drugi pas. Na ochłodę też dostaliśmy niezły szkwał deszczu, który aż bolał kiedy padał na gołe ciało. Na kolejnej nawrotce, która trafiła się na około 40 km znowu długo, długo nie było nikogo. Tylko dziewczyna przede mną i ja, a potem spora przerwa. Bez szarpania, spokojnie zjechałem więc do strefy zmian, utrzymując drugą pozycję i ostatecznie wyciskając średnią z całej trasy kolarskiej 35 km/h, kończąc ja z czasem 1:17. Trasa była domierzona więc cyferki tym bardziej cieszą. Było to moje najszybsze 45 kilometrów w życiu, pomimo okropnego wiatru i kilku minutowej ulewy.

 

BIEGANIE, MOJA ZMORA.

Został już tylko bieg, nie liczyłam że ta druga pozycja będzie moja, albo że w ogóle uda mi się uplasować na podium, bo znam swoje bieganie. Korciło mnie bardzo żeby pobiec poniżej 5:00, ale na dychę ostatni raz biegałam poniżej 50 minut przed ciążą z Zosią, czyli jakieś 4 lata temu. Od tamtej pory bieganie w interwałach z dwoma ciążami i po porodowymi okresami, nie pomagało w budowaniu formy biegowej. Ale marzenia są po to by je spełniać, więc od samego początku niestety nie posłuchałam się trenerki i poleciałam trochę szybciej niż zaplanowała. Teraz ciesze się z tego bo mogłabym nie być w stanie wejść w mocniejsze tempo gdybym tak nie zaczęła. Wybiegając ze strefy leciałam w tempie 4:11, co mnie przeraziło bo bałam się że zaraz się zakwaszę. Bardzo szybciutko musiałam to zmienić. Ostatecznie ustabilizowałam tempo w granicach 4:45 min/km, przez pierwszy kilometr. Potem zwolniłam do 4:50 min/km i planowała tam zostać choćby mieli mnie reanimować na mecie!

Gdzieś w połowie pierwszego kółka doleciała do mnie kolejna zawodniczka, która w tempie Strusia Pędziwiatra minęła mnie szybciutko, a chwilę później wyprzedziła dziewczynę która prowadziła dotychczas Złotą Falę.

36480475_1724570090988919_3744289709115834368_o

Trzecie miejsce na razie było moje na nawrotce, pokazały się kolejne dziewczyny. Ich tempo nie wyglądało na mocno odbiegające od mojego, a dystans do mnie był bezpieczny. Dobiegając do mety, po której prawej stronie była nawrotka na drugą pętlę, stała cała zgraja i-Sportowa, najlepszy i najgłośniejszy doping jaki kiedykolwiek miałam. Krzyczeli, dawali rady, kazali przyspieszać i nie pozwolili się poddać. Poniekąd też dla nich chciałam biec tak mocno i utrzymać tą pozycję. Pomyślałam sobie że jak nie teraz to kiedy tyle ludzi, część z nich w ogóle nie znających mnie, mnie wspiera więc nie mogę odpuścić. Moja głowa szybciutko przestawiła się na już tylko jedno kółeczko i już tylko dwie ostatnie proste. Nogi musiały współpracować, trzymając założone tempo. Chwilę po nawrotce stała cała banda TriWawy. Za kolejne paręset metrów stoi Fabisz który nie pozwolił odpuścić, kazał zacisnąć zęby i dotrzymać to do końca.

36458653_1724570427655552_206411648594870272_o

Widziałam, że dziewczyny za mną biegną mniej więcej w moim tempie, ale wiedziałam też że tutaj liczy się czas netto i na pewno skoczyły do wody chwilę po mnie, musiałam zachować więc dosyć dużą odległość żeby nawet netto nie dogoniły.

received_1708792829157975-01
Dobiegłem do mety na trzeciej pozycji, robiąc życiówkę od 4 lat na 10 km, i utrzymując średnie tempo 4,50 minut na kilometr. To wszystko w ZŁOTEJ FALI gdzie startowały 104 dziewczyny ! ! ! Ostatecznie byłam 3 OPEN i 1-wsza w swojej kategorii wiekowej K30.

Jestem z siebie naprawdę dumna! Po raz pierwszy mogę powiedzieć że dałam z siebie wszystko.

 

Cieszę się też, że w tak ważnej imprezie której zostałam ambasadorką i w której miałam szansę pokazać że i-sport to naprawdę niezwykła platforma treningowa, dzięki której zrobiłam duże postępy i utrzymałam się na tak wysokiej pozycji.

Gratuluję też wszystkim dziewczynom swoim życiówek, swoich debiutów i tego uśmiechu, radości i życzliwości jaka była na trasie. Życzę wszystkim panom żeby uczyli się od nas, że można rywalizować z uśmiechem na buzi wspierając się, a nie tłukąc w wodzie i rozpychając łokciami.
Dziewczyny jesteście niesamowite i ten start naprawdę był jak ZŁOTA FALA, balon pełen emocji.

36476348_10156631379156474_5758444833374994432_n

Teamie i-Sport gdyby nie wy to w życiu nie zrobiłabym tego co mi się udało, każdy z Was dołożył małą cegiełkę do mojego startu. Dziewczyny: Ada, Marta i Renata wsparciem przez 2 dni i meeeeeeeeega dopingiem! Gdyby nie moja trenerka, Sylwia i jej okropnie treningi które bolały mnie chyba najbardziej psychicznie, że trzeba taką ciężką robotę wykonać to na pewno nie utrzymała bym tego tempa I nie uwierzyłabym w siebie! Dziękuję Ci za całe przygotowanie i wsparcie na trasie. Gdyby nie Janek to nie stanęła bym nigdy w pierwszej linii na starcie i nie poczuła bym tego co poczułam wskakują do wody jako jedna z pierwszych dziewczyn. Adam ty i twoje cyferki na prawdę się sprawdzają i robią robotę! Dziękuję za podzielenie się swoimi taktykami i za założenia na start.

Dla teamu i sport należą się wielkie gratulacje za stworzenie tak cudownego eventu i mam nadzieję, że inne duże imprezy to podłapią i od teraz nie raz będziemy mogły wystartować jeszcze w złotej fali i ścigać się ze sobą!

 

Weekend kończę w samochodzie wracając do moich dzieci do Trójmiasta. Pierwsza duża impreza z takim wynikiem, pierwszy start bez mojego rodzinnego wsparcia, pierwszy weekend bez dzieci, pierwsza dycha w takim tempie, pierwsze 45 kilometrów z taką prędkością i mocą. Dużo tych pierwszych razy, oby zdarzały się częściej 🙂

 

Biegajaca Bio Mama

36473988_1724570520988876_8799737387858001920_o

 

 

P.S. Dla organizatorów Super League Triathlon, fajnie by było zobaczyć kategorię OPEN w takich dużych zawodach, bo nie ma co ukrywać przyjemniej się stoi na 3 stopniu podium OPEN, niż 1-wszym w kategorii. <3 <3 <3

 

W roli kibica.

POLECANE TRIATHLON

W roli kibica.

Na wstępie powiem, że te starty emocjonalnie więcej mnie kosztują niż starty w moim wydaniu. Od łez szczęścia kiedy widzę go wbiegającego na metę, po przez łzy stresu i smutku kiedy widzę każdy grymas bólu, czy te okropne skurcze w nogach.

DSC_0170

 

13433360_978895195556416_250233849391022164_o

Starogard Gdański i Triatlon Energy to był mój debiut na 1/2 IRONMAN-a, to były dla mnie łzy szczęścia, że jestem w końcu na mecie, bo bolało, i łzy szczęścia że zdobyłam tą metę, bo wydawała się naprawdę odległym marzeniem. Mój debiut zaserwował mi pięć i pół godziny triathlonowego szaleństwa i po nie wiedziałam czy chce tego więcej, czy mam ochotę krzyczeć już nigdy więcej ! Impreza była fajna, kameralna, z okropnie trudnym biegiem, taka też była w tym roku. I co mnie najbardziej zadziwiło że ten bieg sponiewierał każdego tak samo mocno jak mnie w zeszłym roku.

Relacje z tegorocznego triathlonu mogłabym zacząć podobnie jak do swojego startu, bo logistyki z dwójką maluchów było co najmniej tyle co przy pakowaniu triathlonowej torby. Pobudka miała być przed 7-mą, żeby zapakować cały majdan do auta, trójkę dzieci, wielkiego psa i dwie matki triathlonistki. Torba dla dzieci pękała w szwach od ciuchów na każdą pogodę, bo dzień zaczął się rześko, od 14 stopni, a miał skończyć się na 30 stopniowym upale i masy zdrowych podjadaczy, co by można było przez chwilę w spokoju pokibicować. Na 8.30 musiałyśmy dojechać na start oddalony jakieś 30 kilometrów od naszego wiejskiego raju. Jak to zazwyczaj przystało, ja oczywiście musiałam zaspać i wściekła jak osa wstałam o 7.20. Wpadłam do kuchni zrobić sobie i młodej śniadanie, zapakowałam wózek, gondole, chustę i milion rzeczy na w razie co dla dwulatki i dwu-tygodniwego towarzysza. Wciągnęłam śniadanie w ekspresowym tempie, po czym udałam się na góre ogarnąć najpierw męską pieluchę, a potem moje dwuletnie szczęście, które na całe szczęście zdecydowało się współpracować. Jeszcze tylko szybki cycek przed wyjściem i chwile po ósmej siedzieliśmy wszyscy pędząc przez słabe asfaltówki na start naszych mężów.

Na miejscu i w sumie przez cały dzień nie było mniej intensywnie. Zaraz po starcie panowie do ekwipunku wózek i „trójka plus pies” dorzucili nam dwie wielkie torby triathlonowe które musiałyśmy dotargać do samochodów jakiś kilometr od T1. Jestem więc pewna, że nie jedna osoba spojrzała się na nas z politowaniem 🙂 Niemniej jednak nie takie rzeczy razem z Justyną robiłyśmy, więc ten cały majdan wydawał nam się w miarę na porządku dziennym.

IMG_20170618_190410_541

Panowie na starcie dostali małe kopniaki w tyłek, co bym im dobrze poszło. Wiedziałyśmy, że będzie dużo emocji, bo są na bardzo podobnym poziomie i obydwoje mają duże ambicje. Pomimo szczerych koleżeńskich więzi, każdy chciał być przed tym drugim. A my? Pomimo że szczerze życzyłyśmy wszystkiego co najlepsze drugiemu, w głębi duszy kibicowałyśmy, każda swojej drugiej połówce.

DSC_0580

Emocje przed startem w roli kibica są równie mocne, śmiałabym powiedzieć, że nawet mocniejsze niż te kiedy sama staje na linii startu. W powietrzu czuć tą niesamowitą atmosferę, ciarki przechodzą mi po plecach, oczy napełniają się jakimiś dziwnymi łzami szczęścia za każdym razem kiedy słyszę 10, 9, 8, 7,…. 3, 2, 1 START ! ! ! Tego nie zdarza mi się czuć kiedy na starcie stoję we własnej osobie. Wtedy przez moje ciało emanuje skupienie i pełna koncentracja na wyścigu.

No i… RUSZYLI. Start na Triathlon Energy zawsze jest z wody. Dla mnie pływaczki to bardzo fajna opcja. Nie lubię tego chaosu, przepychanki biegowej i walącego serca od przebierania nogami przez płytką wodę. Taki start można by powiedzieć jest bardziej „stabilny” dla serducha i naszego tętna. Łatwiej jest złapać rytm w wodzie i nie ma aż takiej pralki.

IMG_20170628_220219_546

 

DSC_0610Dobre pół godziny na pomoście minęło nadzwyczaj szybko, trzeba było zrobić dwa razy siku, rozłożyć i złożyć mały piknik na pomoście i zanim się obejrzałyśmy trzeba było zakładać na plecy triathlonowe plecaki naszych panów i drałować na wyjście z wody. Mój mąż na dzień dobry, zaserwował mi niezłą dawkę emocji. Na wyjściu z wody wyglądał jak walczący ze swoimi nogami maratończyk. Grymas bólu na twarzy i skurcze które złapały go w nogach sprawiły że moje oczy napełniły się łzami przerażenia. Bałam się o niego teraz stokroć bardziej. Widziałam już jak schodzi z trasy i bolało mnie to okropnie, przecież tyle trenował! Czy aby na pewno te wszystkie nocne trenażery, nocne biegania, bo przez moją ciąże i nasze bardzo zabiegane i zapracowane życie w zimie właśnie o takich porach musiał trenować, pójdą w las? Cała zdenerwowana bacznie obserwowałam go jak wychodził z przebieralni i jak biegł pod górkę do roweru, czy puściło ? Dosyć często po pływaniu w piance mój R ma okropne skurcze mięśni, więc jeśli ktoś ma pomysł dlaczego tak się dzieje to czekamy na opinie ?!

DSC_0629 2

No nic polecieli na rower, mamy jakieś 2.5 godziny żeby dotrzeć do T2. Biorąc pod uwagę, że wszystkie drogi w okolicy T2 ą zamknięte, wiedziałam że to idealny czas operacyjny z naszym majdanem. Oczywiście próbowałyśmy złapać naszych księciów na swoich rumakach (czytaj rowerach) ale niestety minęłyśmy się z nimi, a że trasa była rozległa i robili tylko dwa kółka wolałyśmy nie ryzykować z czekaniem na trasie rowerowej.

DSC_0659
Wielkim podziwem na trasie był Rafał z Paulinką, dziewczynką z porażeniem mózgowym. Wspólnie zrobili najkrótszy dystans. Płynął z pontonem, jechali razem na rowerze i biegł z wózkiem. Nasz Mateusz dzielnie im towarzyszył na ostatnim etapie, biegnąc ze swoją Laurą w wózku. <Parę słów o Mateuszu —> SKOK W BOK: „Męska strona medalu…” >

Kolejne ponad dwie godziny mineły nam niesamowicie szybko. Parkowanie, szukanie T2, spotkanie z Mateuszem który dzielnie kibicował chłopakom na biegu, lody, karmienie, przewijanie, kolejne siku i ze Stasiem na ramieniu wyhaczyłam naszego triathlonistę jak zjeżdża do strefy zmian. Cała drżąca, nadal ze Stasiem na ramieniu, podbiegłam do strefy i czekałam aż wybiegnie na bieg. Chciałam usłyszeć tylko że wszystko jest OK.

 

Gdyby ktoś z organizatorów to kiedykolwiek przeczytał to: brakuje tabliczki, znaku, jakiejkolwiek informacji że linia na której trzeba zejść z roweru jest dosłownie zaraz za zakrętem! Przykro było patrzeć jak połowa zawodników ledwo co zdążała z wypięciem butów. Część wbiegała do strefy z jednym na nodze, cześć z piskiem opon musiała hamować i w stresie się wypinać, część wpadała do strefy jeszcze na rowerze i musiała zawracać. Rzadko kto wiedział co się święci.

DSC_0673

 

IMG-20160625-WA0000Bieg był tak samo trudny jak w zeszłym roku, ta sama trasa i zrobiło się tak samo upalnie. Wiedziałam co czują, pamiętając swoje mocno zwalniające tempo z zeszłego roku. Bieg liczył 4 pętle po ok 5 km. Na każdej z pętli były trzy krótkie, ale dające w kość podbiegi. Pamiętam jak przez pierwsze dwa kółka miałam siłę, kolejne dwa jednak wygrały ze mną. To samo widać było na twarzach tegorocznych zawodników. Ból i zmęczenie, z boku poniekąd mi się podobało. Ja nie biegaczka, bo za taką się uważam, podbudowałam się widokiem tych mocnych biegaczy, których ten półmaraton kosztował tyle co mnie w zeszłym roku. Bieganie jest moją najsłabszą dyscypliną w triathlonie i pomimo że je kocham, to sama miłość do niego nie sprawia że jestem w nim szybka i mocna. Podbudował mnie więc fakt, że nawet Ci urodzeni biegacze cierpieli równie mocno, jak ja w zeszłym roku. Może nie jest wcale aż tak źle ze mną ?! 🙂

 

DSC_0693 2

DSC_0691

 

Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Logistyka dopracowana była do perfekcji, ferajna w postaci trójki dzieci, psa i dwóch mam kibiców została ogarnięta. Kibicowanie w chuście, podmienianie dzieci na drzemki w jednym wózku też się udało. Panowie mieli niezły doping który doprowadził ich do mety z życiówkami. Mój szalony mąż pomimo słabo wyglądającej swojej postaci zaraz po pływaniu, doleciał do mety w 4:50, z czego jestem bardzo dumna, a nasz kolega z którym się ścigał zaledwie o 2 minuty szybciej od niego. I pomimo, że obydwoje minęli się z podium zajmując 4-te i 5-te miejsce w kategorii to my żony JESTEŚMY Z WAS PRZE-DUMNE !
Fajnie było widzieć jak dajecie z siebie wszystko i jak walczycie ze sobą na wzajem.

Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !
Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !

 

Kocham te emocje i cieszę się że mogłam je poczuć na nowo, chociaż w roli kibica. To odliczanie do startu, ten bieg pomiędzy strefami zmian, żeby złapać jakąś fotkę, usłyszeć jak się czuje i czy coś mu potrzeba. Już nie mogę się doczekać swoich powrotów na te ścieżki. A różowy ARGON wiszący na ścianie, nie pomaga 🙂

Koniec sierpnia wkraczam ponownie do świata triathlonu na mojej ulubionej imprezie w sezonie! Triathlon Kraśnik i ukochana olimpijka! A może wcześniej skuszę się na jakiś krótki dystans ?? Macie coś do polecenia ??

Triathlon Energy Starogard wpisujemy do swojego kalendarza na następny rok.

 

IMG_20170618_190950_704

 

IMG_20170621_051503_629

O.

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

13920319_1011278902318045_1599768675083218885_o.jpg
fot. maratomania.pl

Powoli umiem wrócić myślami do Gdyni. Ciężko jest mi to wszystko poukładać w głowie. Łatwiej się piszę o zwycięstwie, o swoich triumfach. Nie tylko tych na podium, ale też tych w środku siebie. O realizacji celu i byciu z siebie dumnym. Tym razem jednak, poczułam niezadowolenie, niesmak i niedosyt. A nie powinnam, bo całe to 113 kilometrów morderczego wyścigu zrobiłam z towarzyszącą mi koleżanką ANEMIĄ.

Continue reading

Moja pierwsza połówka, czyli ból, walka i łzy szczęścia na mecie.

CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

Moja pierwsza połówka, czyli ból, walka i łzy szczęścia na mecie.

13442674_978894738889795_1070478501744268698_o

Ciężko piszę się relacje zaraz po. Milion różnych emocji buzuje przez twoje ciało. W ciągu kilku dni nienawidzisz tego dystansu, potem go kochasz, chwilę później jesteś zdumiona że Ci się udało zdobyć ten dystans, a na koniec myślisz, że nie jest on wcale taki straszny i musisz się z nim zmierzyć jeszcze raz. Tym razem tak w pełni sił i na sto procent siebie.

Nie umiem powiedzieć czy kocham ten dystans czy go nienawidzę. Nie umiem powiedzieć czy na prawdę bolało tak bardzo jak mi się wydawało. Nie umiem powiedzieć czy dałam z siebie wszystko. Nie umiem powiedzieć co mnie bardziej zabiło, monotonność i ten długi czas, czy wysiłek.

Wiem jednak jedno nie była to moja ostatnia połówka.Continue reading

TRIATHLON BIAŁKA – kosmiczny czas krótszego dystansu.

TRIATHLON

TRIATHLON BIAŁKA – kosmiczny czas krótszego dystansu.

Ten triathlon to było istne szaleństwo, pod każdym względem. Totalny spontan, start po 4 godzinach spania, bike-fittingu i 700 kilometrach w samochodzie. Nie wspomnę już o tym, że pomyliliśmy miejscowości i triathlon okazał się być dobre 60 kilometrów od miejsca gdzie planowaliśmy weekend ze znojomymi. Emocje zmieniały się od pełnej euforii, do totalnego załamania i na odwrót. Nie tylko przez cały wyścig, ale i przez cały weekend. Wszystko co mogło pójść nie tak, poszło, okularki pękły mi na wejściu do wody, zapomniałam założyć czipa, zgubiłam okulary przeciwsłoneczne, dwa razy wbiegłam źle do strefy zmian i musiałam przeciskać się między rowerami, zegarek na multi-sporcie oczywiście prze-klikałam o kilka razy za dużo i zamiast zrobić jeden triathlon, na zegarku zrobiłam kilka. Ale nie ma tego złego, więc zacznijmy od początku.

 

13422356_1142179685802757_4028857500413559204_o

 

Przyjeżdżamy do Białki, jest noc, docieramy do miejscowości około 2 w nocy. Przejeżdżamy przez las i pokazują się pierwsze domy. Nawigacja źle nas poprowadziła, bo trafiliśmy w ślepą uliczkę, więc musimy objechać miejscowość i podjechać z drugiej strony żeby znaleźć domki, które zarezerwowaliśmy. Jest ciemno, młoda, nasz dzielny podróżnik ma już serdecznie dosyć fotelika, za nami już dobre 350 kilometrów robione w nocy. Nie powiem już o tym, że rano musiała przebyć, podobną podróż bo odwiedziliśmy Kraków. Histeria małej, nieznajome miejsce, ciemno, późno wszyscy zmęczeni, mamy powoli dość, ale zostało nam 300 metrów więc … jedziemy.

Za rogiem zaczął się totalny Armageddon, nie chciało mi się wierzyć, że jesteśmy w miejscu w którym jutro ma odbyć się triathlon. Nawalona młodzież, skacze krzyczy, rzuca nam się na samochód. Jedni uderzają w jeża kijem, drudzy wskakują na swoje samochody, głośna muzyka przedziera się przez każdą szybę samochodu, a co najgorsze musimy przejechać przez ten tłum. Nie będę pisać ile brzydkich słów wyleciało z naszych ust przejeżdżając tamtędy, nie będę pisać o aferze przy domkach, o histerii naszego na prawdę dzielnego dziecka. Nie będę pisać o tym, że szyby w naszym domku ruszały się prawie od odgłosu muzyki z zewnątrz, nie będę przyznawać się że dzwoniłam już do innych hoteli pytając się o noclegi, nie będę mówić o tym że chcieliśmy zawracać i rzucić to wszystko w siną dal. Po co nam to ? Jednak była 3 w nocy, więc wkurzeni, źli i zmęczeni wszyscy położyliśmy się spać chociaż na chwilę.

Domki, cóż mogę powiedzieć, miałam nadzieję, że będzie ciut lepiej, powiem tylko, że mogło być przynajmniej czyściej. Na szczęście mamy dla małej łóżeczko, jej pościele i kołdrę, jej poduszkę i misiaki, a my możemy na byle czym. Szkoda nam było jeszcze tylko Zosi cioci, która miała pojechać z nami na fajny weekend.

 

POBUDKA i NOWY WYMIAR RZECZYWISTOŚCI.

13329596_1646207545704351_2631024165422143473_o

 

Słyszę Rafała budzik gdzieś w tle, oczy się kleją, mają chyba inny pomysł na ten ranek. Pakiety startowe jednak czekają, więc trzeba się zwlec. Wychodzimy z domku, jesteśmy w totalnym lesie, jest pięknie. „Zosia będzie zachwycona jak wstanie”, pomyślałam. Ciocia została z małą, a my szybciutko polecieliśmy po pakiety startowe. Dziś ta sama Białka, przybrała zupełnie innego wymiaru. Zamiast głośnej muzyki i pijanych młodziaków, świeci słońce, jest pięknie. Woda mieni się gdzieś za drzewami, widać już jezioro. Dokoła tylko las i parę małych barów, które nie chce mi się wierzyć, że wczoraj pomieściły taką ilość imprezowiczów.

Wyciągamy stół na dwór, na którym później będziemy wciągać śniadanie i wsiadamy do auta. Trzeba zacząć ogarniać.

Płacimy, odbieramy pakiety startowe, szybki powrót do domku. Najtrudniejsza w byciu TRI MAMĄ, jest logistyka. Nie tylko muszę spakować siebie i nie zapomnieć niczego na zawody, ale rano zawsze też trzeba przygotować Zosię. Jej torbę i milion rzeczy na w razie co. Dlatego część mojej owsianki wpada do jej pojemniczka, przez co nie zjadam porządnego śniadania. Kawy nie dopijam, bo muszę przewidzieć zmiany pogody przez najbliższe 4 godziny. Do tego jakaś zabawka, przepraszam nie może być jakaś, tylko taka, która w razie co zawsze ją zainteresuje. Ah, jeszcze tylko kredki i kilka kartek to też pozwoli zając ją chociaż na chwilę. Torba młodej gotowa. Chyba. Zawsze jest chyba gotowa.

Zegarek pokazuje, że czas jechać. Modlę się więc, że wczoraj miałam łeb na karku kiedy pakowałam rzeczy triathlonowe do plecaka. Biorę go na plecy z nadzieją, że wszystko będzie w środku kiedy dotrzemy do strefy zmian.

 

 

STREFA ZMIAN.

Przyjeżdżamy na miejsce, wstawiamy rowery, standardowa procedura, rozpakowujemy się. Myślę, że wypada napisać kiedyś o tym osobny post, taki dla Was, taki do pomocy. Zosia oczywiście przeciska się ze mną pod płotkiem, pomaga przymocować gumki do butów, psuje wszystko co ustawiłam. Pomimo, że nie zawsze jest pomocna, z nią jest znacznie fajniej niż samemu. Wszystko gotowe ustawione więc możemy zaczynać. Biorę piankę w rękę i idę w stronę jeziora.

13403333_1629699533987423_5554686049573717887_o

 

Wraz z R czekamy na mały briefing przed startem. Organizator tłumaczy co i jak, ile kółek, gdzie jechać, gdzie biec i po czym. Pianki mamy już na sobie czekamy na wejście do wody. Wszyscy ruszyli do jeziora się rozgrzać, patrzę się na nogę R i …… o matko ! Zapomniałam czipa, gdzie on jest ???? Nigdy mi się to nie zdarzyło, nogi się ugieły bo nie pamiętam co z nim zrobiłam. Zamiast rozgrzewać się w wodzie lecę do strefy zmian i wertuję torbę. JEST! Udało się szybko zakładam na nogę i sprintem lecę na linie startu. Szybki skok do wody, przepuszczam wodę przez piankę, próbuję ułożyć, CHALST ! Gumka od okularków pękła, nie wieżę!! Co jeszcze ? Czy coś jeszcze może pójść nie tak ?? Zawiązuję sparciało gumkę trochę dalej, no trudno najwyżej będą mnie piły. R proponuję, żebym założyła je pod czepek, w razie co czepek przytrzyma gdy pękną ponownie. Czepek oczywiście też mam swój, bo ten z pakietu startowego gdzieś podziałam. Na szczęście nie było obowiązku płynięcia w czepku organizatora, Jak się okazało później był w torbie Zosi. Dobra tyle emocji wystarczy przed startem, chce już żeby się zaczęło.

 

START.

13411968_668489636623703_5802299315811140363_o

 

Stajemy na linii startu. Startuję z przodu, spróbuję złapać się czołówki i płynąć za nimi. Standardowe buzi na starcie od R, Garmin włączony i…. dźwięk startera. Ruszamy. Wpadamy do wody, nie lubię tego wbiegania, zawszę potrzebuję chwilę czasu żeby wyrównać oddech i zacząć płynąć swoje. Zazwyczaj na tym etapie czuję się jak ryba w wodzie, tym razem czuję się wyprzedzana. Brakuje sił ? Nie wiem, próbuję polepszyć pociągniecie, mocniej płynąć. Słabo mi to wychodzi, ale walczę. No nic robię swoje, płyne stałym tempem nie daję się wyprzedzać. Wychodzę 8 z wody, chciałam wyżej, chciałam szybciej, ale nie wyszło. Na wyjściu z wody czuję wirek w brzuchu, brakuje energii już mi się chcę zjeść cokolwiek, byle by miało kalorie. Słabe śniadanie i beznadziejny obiad dzień wcześniej nie pomogły. Teraz już nie ma co zwalać na przygotowanie, czas zacząć walczyć.

ROWER.

13411951_1142182132469179_2435355236414095914_o

 

Wsiadam na rower, zapinam buty, jadę. Pedałuje, licznik pokazuje fajne tempo ciekawe tylko czy uda się utrzymać. Pierwszy zakręt i kawałek słabego asfaltu przede mną. Szkoda, bo reszta trasy cudowna, w środku lasu i z przepięknym asfaltem.

Rower jak to rower, nie było źle, ale mogło być lepiej. Czułam totalny brak sił. Już na wyjściu z wody chciałam zjeść 4 żele żeby dostać jakikolwiek przypływ energii. Nigdy nie wierzyłam tak do końca w ładowanie się węglowodanami, robiłam to bo wszędzie o tym czytałam, ale bez większego przekonania. Wydawało mi się, że taki dystans nie wymaga takiego czegoś jak ładowanie się węglowodanami. Tym razem przekonałam się, że jest to na prawdę potrzebne. Cały dzień przed, spędziliśmy w Krakowie na bike-fittingu w sklepie rowerowym Wertykal (o tym też za niedługo napiszę) pedałując na trenażerze dobre kilka godzin, zjadając może z jedna dwie kanapki w sklepie i mały makaron z pobliskiej restauracji. Rano na talerz zawitała wyjątkowo mała owsianka, banany pokończyły się po podróży do Krakowa i Lublina, więc taka ogołocona mała owsianka nie sprawdziła się jako śniadanie mistrzów w tym dniu startu.

Także proponuję ładować się węglowodanami na wszystkie dystanse poczynając od 1/4 IRONMANA i Olimpijki, bezwarunkowo i bez zbędnych pytań!

Wróćmy jednak do gry. Na pierwszym nawrocie doganiam dziewczynę, byłam pewna że to Karolina Zygo, która w wodzie jest niesamowicie szybka. Jednak nie, ktoś inny, ktoś kogo widzę po raz pierwszy w stroju TRICLUB z Lublina.

13391411_668492686623398_4070050101609209068_o

Po pierwszym nawrocie jadę z przodu, przez dobre kilka kilometrów czuję oddech rywalki na plecach. Dogoniłam ją dosyć szybko i z dużym zapasem zdziwiłam się więc, że jest tuż za mną. Prowadziłam prawie do kolejnego nawrotu, cały czas czując ją za sobą. Wkurzyłam się więc zwolniłam i pozwoliłam się jej wyprzedzić. Nie lubię uciekać. Zdecydowanie wole gonić. Niestety chwilę później ona zaczyna zwalniać, prędkość spadła jej do prawie 30 km/h, podjęłam więc kolejną walkę i ponownie ja wyprzedziłam. Kolejny nawrót, jedziemy pod wiatr, opadam z sił, brakuje energii, ona mnie dogania i wyprzedza. I tak przez czterdzieści parę kilometrów. Do T2 wpadamy prawie w tym samym czasie. Ona dojeżdża szybciej do linii, ja jestem sprawniejsza na zejściu.

Gdzieś w między czasie wyprzedziła mnie jeszcze jedna dziewczyna, na czasówce, dlatego wiem że walczymy obydwie o podium, no chyba że ktoś nas dopadnie na biegu.

13411800_668492713290062_5788676291525490454_o

 

BIEGANIE.

Po raz drugi wpadam do strefy zmian ze złej strony. Wlatuje na środek zamiast w lewo. wieszam więc rower „od tyłu” i przeciskam się pod stojakiem żeby dopaść swoje buty. przecież myślałam o tym przez pół roweru, dlaczego więc wbiegłam po raz drugi źle. Nie wiem, mój mózg zdecydowanie żyje swoim życiem dzisiaj. Podczas przeciskania spada mi kask, gubię okulary, które w amoku próbuje odnaleźć żeby mieć na bieg. Patrzę w niebo, są chmury, może dam radę bez. Olewam więc wszystko wciskam szybko buty biegowe i lecę na trasę. Nie lubię motać się w strefie zmian, ale chyba nie zawsze wszystko musi być idealnie tak jak sobie zaplanujemy.

 

13433247_1142184069135652_1217940411748498315_o

 

Biegnę. Tempo pokazuje 5.00 min/km takie chciałabym utrzymać, ale czuję że nie dam rady. Mijam metę, patrzę na zegar i widzę 1:36, nie możliwe nawet jak zrobię bieg w godzinę to i tak czas będzie znowu szybszy. Z uśmiecham na twarzy lecę prosto w las. Inga z którą się ścigam dobiega do mnie po kilkuset metrach i wyprzedza, jakby biegała co najmniej na 4.30 min/km. Dziwi mnie więc jak po kolejnych kilku set metrach jej przewaga wcale nie wzrasta, a jak po kolejnych kilku kilometrach bardzo powoli, ale konsekwentnie zbliżam się do niej. Pierwsze kółko, w głowie siedzi kolka z Cypru i błagam żeby się to nie powtórzyło. Kilku panów zostawiam w tyle, wyprzedzam. Rzadko zdarza mi się to na biegu. Zazwyczaj to ja jestem wyprzedzana, dziwi mnie więc to jeszcze bardziej. Drugie kółko przede mną tempo spada, biegnę już na 5.20 min/km. Trasa nie jest łatwa, biegnie przez las, jest dużo piachu, ale dzięki temu jest też dużo cienia i brak okularów nie doskwiera aż tak bardzo. Mija 8.5 kilometra w głowie mam jeszcze 2, cały czas zbliżam się do dziewczyny przede mną. Chwilę później patrzę, biegnie ktoś z naprzeciwka. Znam to sylwetkę, ale przecież to niemożliwe. A jednak…. Tak to Kola, nasz przyjaciel, też zawodnik. Dzień wcześniej startował w triathlonie, ale go nie ukończył przez gumę, chciał sobie odbić wczorajszą porażkę i zrobiła sobie trening na naszej trasie biegowej. Dobiega do mnie i zaczyna biec ze mną. Ciągnie mnie do przodu, każe przyspieszyć i dogonić rywalkę. Próbuję. Biegnę coraz szybciej, schodzimy z tempem poniżej 5.00, Inga jest coraz bliżej. „ Trasa jest skrócona, zostało Ci tylko 900 metrów, dopadniemy tą dziewczynę i za rogiem będzie meta. Dasz radę Ola.” powiedział. Oczywiście w głowie miałam słowa Justyny, żony Koli, która nie raz opowiadała, że specjalnie mówi że mniej zostało. Przygotowana psychicznie jestem więc na 10.5 km biegu, a nie 9.6 km. Ale biegnę, coraz szybciej, w brzuchu wszystko mi jeździ czuję się jakbym miała zaraz zwymiotować. Konrad nie słucha, każe biec dalej i szybciej, więc biegnę!

 

TRIUMF.

13346234_970871619692107_7274706621918803862_o.jpg

 

Chwilę później widzę już zakręt za którym jest już tylko meta. On nie kłamał. Dziewczyna jest do słowie parę metrów przede mną. Dobiegam do niej wyprzedam ja z całych sił biegnę w stronę mety. Dobiega do mnie R i Tomek który też nam dzielnie kibicował z rodzinką. Krzyczą, ze jest daleko i że mam się nie bać. Na zegarze widzę czas 2:25, nie wieżę.

Wyłączam zegarek. Co prawda jest na nim tylko rower ( i to też nie cały) i bieganie, bo oczywiście triathlonistka Ola zawsze musi za dużo razy prze-klikać zegarek na multisporcie, albo w tym całym zamieszaniu przycisnąć zły przycisk i zrobić małe kongo, z którego trzeba na nowo zacząć triathlon.

Na szczęście nie tylko Garmin zna mój czas. Na szczęście jest duży zegar, a ten jak szalony pokazał 2:25:50. Nie wiem jak długi był rower, ale gdzieś koło 43-44 kilometrów. Bieganie było prawie o kilometr krótsze, niż w standardowej 1/4. Pływanie prawidłowe, ale nie ważne. taki czas na zegarze zawsze powoduje uśmiech na twarzy 🙂

Ja ukończyłam białka Triathlon na 2 pozycji wśród kobiet, 3-cia była Inga z która stoczyłam niemal 2 godzinna walkę. Następne Panie były daleko, a mianowicie dobre 10 minut po nas.  2 miejsce OPEN kobiet, 19 OPEN, czyli pośród Pań i Panów, i 1-wsze miejsce w swojej kategorii. Ale ja to ja, najpiękniejsze było to, że był to rodzinny triumf.

13315274_970592376386698_8121546384219278152_n

 

Ogromną niespodzianką był dla nas wynik mojego R, który nie tylko jest bardzo mocny, ale startuje zawsze z bardzo mocną konkurencją. To był jego start, to był jego triumf. To ON po raz pierwszy stanął na podium w triathlonie. Zajął 2 miejsce w swojej kategorii wiekowej, więc jestem z niego prze-dumna! Ale robi się z nas TRI RODZINKA.

Oprócz przepięknego, weekendowego, rodzinnego triumfu, super zabawy, najlepszych kibiców w życiu, którym należą się ogromne podziękowania, jest jeszcze jedna rzecz jaką uświadomił mi ten start.

Zrozumiałam, że robię to wszystko dla przyjemności i cieszę się każdą chwilą tego. Pomimo że mam waleczne serce, życzę innym zawodniczkom wygranej, tak samo jak sobie. Jeżeli jest ktoś mocniejszy i silniejszy to zasługuje na wygraną, jeżeli jest słabszy a walczy tak samo mocno też zasługuje na brawa. Nie jestem zawistna, nie czuje się gwiazdą i nie robię afer jak gwiazda, nie próbuję nikomu dogryźć bezpodstawnymi komentarzami. Nie lubię pychy, a w szczególności w sporcie. Czuję do triathlonu respekt, noszę w sobie przed każdym startem dużo pokory. Cieszę się po prostu tym, że tam jestem i że mam możliwość startować i bawić się w coś tak pięknego jak triathlon. Zauważyłam, że pomimo moich ambitnych genów i sportowej przeszłości jestem amatorką, która czasami potrafi odpuścić, potrafi życzyć innym sukcesów, potrafi się cieszy nawet jeśli nie wszystko idzie wedle planu. Jestem zwykłą dziewczyną, mamą, która robi to co kocha a sprawdza swoje możliwości i swoją pracę wykonaną na treningach, na zawodach właśnie takich jak Białka Triathlon.

 

 

O.

P.S. Wszystkim, którzy planują start w przyszłym roku w Białka Triathlon proponują dojechać dzień wcześniej do godziny 22 🙂 Tak żeby zaoszczędzić Wam tego, co nam było dane zobaczyć. Po za tym impreza na medal. No jeszcze ten kawałek trasy rowerowej, który nas trochę wytelepał, nadaję się do poprawki, ale nie ma rzeczy idealnych, więc jestem na TAK dla Białka Triathlon ! 🙂

Starogard Gdański, Energy Triathlon i moja pierwsza połówka.

TRIATHLON

Starogard Gdański, Energy Triathlon i moja pierwsza połówka.

Został niespełna miesiąc do mojego kolejnego startu. Zanim zacznę rozwodzić się nad tym, że nie wiem czy jestem na niego gotowa, powiem Wam dlaczego własnie wybrałam Starogard Gdański i Triathlon Energy.

 

Można by napisać krótko, że moi rodzice pochodzą stamtąd, że to miasto do którego mam sentyment. Jednak nie byłabym sobą gdybym ujęła to w dwóch zdaniach i nie dołożyła trochę koloru do tego. Tak, moi rodzice są ze Starogardu Gdańskiego, nie jedno a obydwoje. Wyemigrowali po studiach do Trójmiasta i tam też ja przyszłam na świat. Jednak to nie z tego powodu wybrałam Energy Triathlon i Starogard. Pomijam również fakt, że jest on blisko domu, więc wygodnie. Będą chętni żeby zostać z Zosią. Nie trzeba jechać daleko i zabierać całego majdanu.

 

Moją największą motywacją do startu właśnie w tym mieście były moje babcie, moje największe fanki, najwierniejsze czytelniczki i chyba jedyne szczerze dumne ze mnie osoby. Gdy w tegoroczne Święta Bożego Narodzenia nie udało mi się usiąść z moją rodzinką przy wigilijnym stole, moja mama zaserwowała moim babciom na wigilijny deser mojego bloga. Nie wiem, nie byłam wiec nie widziałam, ale podobno siedziały dobre kilka godzin zaczytane w stercie moich słów. Wigilijny deser nie był jednorazowym strzałem, od tamtego czasu to one chyba są najczęstszymi bywalcami w mojej małej strefie internetu. To one są prze dumne z tego co robię i to one co chwile dzwonią mówiąc że jak ja na to wszystko znajduję czas.

Dlatego też, gdy zobaczyłam że mogę startować w takim mieście w którym to one będą mogły stać na mecie, nie ważne jaki ciężki to byłby dla mnie start chce tam być!

 

DSC_0073

 

I pomimo, że nie czuję się przygotowana na ten dystans, że chce zrobić ten start ewidentnie tylko treningowo i nie szarpać się na żadne wyniki to i tak boję się tego, że zanim stanę na starcie w Gdyni – moim Herbalife-owym marzeniu – poczuję jak okropny jest to wysiłek i moja głowa zablokuję się na mój start docelowy.

Ale jak już wiele razy pisałam, żeby robić progres, żeby się polepszać, trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu i mam nadzieję, że ten start właśnie wyniesie mnie poza moją strefę. Tam gdzie będzie bolało, ale też tam gdzie poczuję że mogę więcej, że potrafię więcej i że nie ma granic których nie da się przekroczyć.

 

 

Do zobaczenia na starcie ! 🙂

 

O.

 

 

 

Rozpoczęcie sezonu triathlonowego. Triumf w Larnace.

PODRÓŻE TRIATHLON

Rozpoczęcie sezonu triathlonowego. Triumf w Larnace.

DSC_0073

Pierwszy start mam wrażenie, że jest zawsze najgorszy. I wcale nie mówię tu o wyniku, ale to tych oczekiwaniach i tremie która zżera Cię na dużo dłużej niż przy kolejnych.

Ten start był dla mnie wyjątkowo stresujący, bo bardzo długo wyczekiwany, bo pierwszy i bo chciałam sobie udowodnić, że jestem w lepszej formie niż rok temu. Po raz pierwszy też poczułam to uczucie spalenia, które często towarzyszyło mi tylko na zawodach pływackich gdy byłam mała i nie potrafiłam radzić sobie z basenowym stresem. Po raz pierwszy też poczułam co to jest kolka, nie taka że boli Cię pod żebrami, taka która nie pozwala postawić Ci kolejnego kroku, taka która odcina dopływ tlenu i nie pozwala wziąć kolejnego oddechu i też taka z którą nie da się biec.

16LT7554-2

TRIATHLON LARNACA – dystans OLIMPIJSKI, czyli 1.5 km pływania, 40 kilometrów roweru, 10 kilometrów biegu.

5 rano, pobudka, nie lubię wcześnie wstawać, ale w dniu startu nigdy nie mam z tym problemu. Śpię tak czy siak na pół-gwizdka, żeby przypadkiem nie zaspać. Wstajemy, standardowa procedura, śniadanie, kawa, toaleta. Albo w innej kolejności, jak się uda. Do mojej miski jak zwykle wlatują płatki owsiane, nasiona chia, trochę siemienia lnianego ( z tym nie przesadzajcie przed zawodami, jeżeli wasze organizmy nie są do tego przyzwyczajone). Zalewam wszystko wrzątkiem, dorzucam banana, garstkę orzechów włoskich, odrobinę jogurtu, syrop z agawy ( tak cukier 🙂 ) i wciągam ze smakiem. Wiele osób w dzień startu serwuje sobie bardzie „węglowodanowe’ śniadanie, typu ryż biały, czy białą bułka z dżemem. Ja jestem wierna mojej owsiance, nigdy nie miałam po niej problemów żołądkowych, na energię też nie mogę narzekać. Musieliśmy wyjechać z domu 5.45 żeby w Larnace, oddalonej o jakieś 70 km być przed 7 i odebrać pakiety startowe.

 

DSC_0087

W strefie zmian idzie mi wyjątkowo gładko, bez większego zastanawiania i przemyślenia układam wszystkie rzeczy na miejsce. Buty biegowe, i daszek lądują na ręczniku. Kask i okulary wędrują na rower, stamtąd dużo łatwiej zakłada się je na głowę, buty rowerowe przypinam gumkami do roweru. Ja swoje buty zakładam już na trasie rowerowej, jadąc. Dużo ludzi uważa, że jest to bardziej zaawansowana forma, ja myślę, że wręcz przeciwnie. Boje się biegać w blokach, bo nie raz poślizgnęłam się już na schodach wychodząc na trening. nie wyobrażam sobie więc wybiegać ze strefy zmian w totalnym przerażeniu czy aby na pewno dobiegnę do linii wejścia. zdecydowanie wolę robić to na bosaka i z luźną głową, a wejście na rower bez butów to prosta sprawa, wystarczy spróbować. Pianka i czepek na sobie, strój triathlonowy i CEPy na nogach, więc chyba wszystko gotowe. idziemy rozgrzewać się do wody.

 

START

Jak to na Cyprze bywa, szybki briefing przed startem był na prawdę szybki, pół na pół wypowiedziany po angielsku i grecku i nie wiele się z niego dowiedzieliśmy. jednak to są uroki i minusy startów w „egzotycznych” krajach. Na szczęście trasa była dobrze oznaczona, a fakt że nie planowałam być pierwsza uspakajał mnie że ktoś będzei przede mną i w razie co zobaczę gdzie mam się dalej udać. Ilość kółek na swój dystans znałam, więc nie zginę.

 

13198567_1023885491021678_4886208875147033599_o.jpg

 

Po nadzwyczaj krótkim briefingu, start był wyjątkowo chaotyczny, nikt tak na prawdę nie wiedział czy to już. Ale wielki pisk startera dał o sobie znać, więc ruszyliśmy do wody. Zazwyczaj ustawiałam się zawsze w środku stawki, tym razem postawiłam na początek, żeby zaoszczędzić sobie ciągłego wyprzedzania. Wskoczyliśmy do wody. Płynęło mi się pięknie, luźne ręce, szybka woda, chyba miałam dobre tempo. Jedyne co mnie strasznie zmartwiło to strasznie nie równy oddech, i serducho walące jak za dawnych czasów na zawodach pływackich. Głowa zaczęła walczyć i uspakajać, wiedziałam że to ta adrenalina, która buzowała we mnie od paru tygodni, kiedy tylko pomyślałam sobie o tym starcie.  Wiedziałam jednak, że jeżeli się nie uspokoję, zaraz zachłysnę się wodą, albo spuchnę, bo nie będę dostarczać wystarczająco tlenu do mięśni. Na szczęście pływackie deja-vu skończyło się na pierwszej bojce i od tamtej pory równym tempem płynęłam do samego końca.

 

Ostatnie kółko, ostatnia boja i ciekawa swojego czasu usiłuję spojrzeć na zegarek na ostatnich metrach. Mignęło mi 28:xx, albo 21:xx, w to drugie nie chciałam wierzyć bo to by znaczyło że trzymałam na prawdę dobre tempo, ale okazało się że to te drugie cyfry były prawdziwe. Ekstra, lecę po to co chciałam, czyli 2:35:xx .

ROWER

 

16LT8195-2

Wskakuję na rower, czuję, że nogi nie są świeżutkie ale udaje mi się mocno pedałować i trzymać dobre tempo. W tym roku nie wyprzedzają mnie jak szaleni, trzymam się ich mocno ile się da. Zjadam pierwszy żel, popijam z wygody … izotonikiem ! NIGDY TEGO NIE RÓBCIE, ŻELE MOŻNA POPIJAĆ TYLKO WODĄ!!! Pierwsze kółko, drugie, trzecie, sprawdzam zegarek i mały balonik, który leciał wraz ze mną po wymarzoną życiówkę właśnie pękł. Trasa rowerowa na pewno będzie o parę kilometrów dłuższa, więc nici z mojego marzenia. Każdy kilometr to jakieś 2 minuty więcej, jeżeli jedziemy na rowerze z prędkością 30 km/h, więc już ciut zniechęcona pedałuje dalej. Odzywa się brzuch, który nie bardzo chce przyjąć cokolwiek. Od tej pory piję już tylko wodę.

Pomimo to, dalej dzielnie walczę, pedałuje mocno ale nie tak żeby nie mieć siły na bieg. Na trzecim, lub czwartym kółku (z sześciu) , dojeżdżają do mnie cypryjskie PROski, wyprzedzają jestem pewna że mnie dublują więc od razu kalkuluję stratę do nich w mojej głowie. Nie mogę się doliczyć, więc skupiam się na jeździe. Ja kończę piąte kółko, R. krzyczy z naprzeciwka które kólko jedziemy, też się pogubił. Nie wiedzieliśmy czy zrobili rower o 2-3 kilometry krótszy, czy dłuższy. Próbuję doliczyć się kółek, nie no na pewno szóste zaczynam. Nie pomagają PROski, które totalnie mnie wybiły z rytmu, jadą nadal szóste kółko. Burza mózgu: Przecież nie możliwe żeby zrobili rower 48 kilometrów? To co ja mama zrobić jeszcze jedno kółko? Patrzę na garmina, patrzę na licznik, no jak w mordę strzelił będę miała z dobre 42-43 kilometry po tym kółku. Przecież nie możliwe jest żebym miała taką przewagę po wyjściu z wody? I żebym ją otrzymała przez 3 kółka roweru!? Było możliwe, jedna z dziewczyn cypryjska triathlonistka, reprezentantka kraju, dogoniła mnie dopiero na trzecim kółku! WOOW !

Pomimo dziwnego żoładka, pakuje w siebie drugi żel, co by mi nie odcięło dopływu energii na biegu. Tym razem popijam TYLKO wodą. Zsiadam z roweru, wbiegam do strefy, szybko zakładam buty biegowe i ruszam dalej.

 

BIEG

16LT8580-2

To chyba najmniej przyjemna część traithlonu, przynajmniej dla mnie. Może dlatego, że jest to najsłabsza moja dyscyplina, w której wiem że nie będę doganiać i wyprzedzać, a raczej to mnie mogą wyprzedzać. Robi się coraz duszniej, słońce zaczyna się pokazywać i delikatnie doskwierać. Nie ważne, odkładam moją głową, nie do końca pozytywnie nastawiona na bok i biegnę. Po prostu rób swoje Ola, myślę. Tempo jak na mnie nie jest złe, trzymam cały czas 5:10-5:15 min/km. biegniemy wzdłuż morza, potem skręt w lewo w głąb lądu i kolejny w lewo za którym wyłania się…. PODBIEG! Podbiegi na triathlonie, są okropne bolą dużo bardziej niż podbiegi w samodzielnym bieganiu,a najgorsze są takie które trzeba zrobić 4 razy podczas 10 kilometrów! Tak nasz bieg, składał się z 4 kółek znaczyło to że mam podbiec pod tą górkę 4 razy !! Mam też z niej zbiec 4 razy, czyli bieg nie należał do łatwych. Tempo trzymałam do trzeciego kółka, po trzecim podbiegu spadło do 5:20 min/km. Brakowało mi motywacji, po raz pierwszy nie mogłam doczekać się mety, nie dlatego że bolało czy nie miałam siły, byłam znużona, dłużyło mi się okropnie, biegłam bez emocji, bez woli walki.

Czwarte kółko, spinam się i obiecuje, że trochę przyspieszę. W mojej głowie krzyczy głos, 2:39:xx, 2:39:xx, 2:39:xx! Wiem że marzenie o 2;35 znikło już na rowerze, kiedy przeliczyłam że mamy kilka więcej kilometrów niż 40 do przejechania. Chce złamać chociaż te 2:40. Udaje się przyspieszyć, żwawo też wbiegam ostatni raz na ta okropną górkę i … stało się. Kolka… Oddycham, uciskam, wydycham powietrze wraz z nogą po tej stronie co złapała mnie kolka. Nic to nie daje, do mety został mi jakiś kilometr, może nie cały. Próbuję więc odsunąć myśli o kolce i biegnę dalej, tempo spada, ale nie martwię się, widzę metę. Boli coraz bardziej, boli tak że nogi zaczynają mi się uginać, spina mi się połowa ciała, nie mogę postawić kolejnego kroku, jestem cała sztywna. Myślę sobie: „no coś ty Ola! Przecież jest tak blisko! Dasz radę!” Człapie więc dalej, ból jest nie do wytrzymania, nigdy nie miałam takiej kolki. Nie mogę wziąć oddechu, ściskają mnie całe płuca tak jakby wsadził mnie ktoś w kowadło, czuję, że nie dobiegnę. Nie chce mi się wierzyć, że na tak niewiele przed mętą może okazać się że nie ukończę wyścigu.

Staję… opieram ręce na kolanach próbuję złapać oddech, otworzyć płuca, przewentylować się tak żeby skurcz odpuścił. Przybiegają do mnie medycy „Are you ok ?” Mogę już tylko kiwac głową. Mija parę sekund, może pre-naście, w mojej głowie mija wieczność. Pomimo, że tak ogromny ból zaatakował moje ciało przez ani chwilę nie zwątpiłam że nie uda mi się dobiec. Chwilę później czuję jak ból ustąpił. Skurcz odpuścił. Ruszam przed siebie. zaczynam powoli, żeby za parę metrów znowu nie stawać. Dobiegam do zbiegu i jestem!! Na  ostatniej prostej, widzę Zosię machającą i wbiegającą prawie pod ludzi. Uśmiech pojawia się na twarzy, obok niej stoi Rafał krzycząc żebym przyspieszyła. Podbiegam do małej, biorę ja na ręce i razem wbiegamy na metę.

 

DSC_0065

 

DSC_0071

 

16LT8773-2

 

Czuję spełnienie, takie stu procentowe. Patrze na zegarek: 2:38:04, niemożliwe udało się !

 

 

Za to kocham triathlon, nie do końca jest przewidywalny, każdą dyscyplinę musisz zrobić z takim zapasem żeby mieć siłę na kolejną. A będąc mamą, czy tatą, musisz zrobić triathlon tak aby mieć siłę spędzić cały dzień ze swoim maluchem, które będzie szalało wraz z tobą od emocji! 🙂

 

 

 

O.

 

 

Pierwszy start w 2016, ból czy zwycięstwo ?

BIEGANIE TRIATHLON

Pierwszy start w 2016, ból czy zwycięstwo ?

Brzmi poważnie, pierwszy start w sezonie 2016. 

Boje się go jak cholera. Nie wiem czemu, boje się, że się okaże że jestem słabsza niż rok temu, kiedy to byłam świeżo po porodzie walcząc o każdy trening, walcząc o każdą godzinę snu, walcząc ze sobą o motywację i siłę. Pamiętam noc przed kiedy to ściągałam pokarm do późna w nocy, pamiętam to że mała nie dawała nam spać i pamiętam jak karmiłam ją zaraz po triathlonie kiedy słyszałam swoje nazwisko wywołane żeby wejść na podium. Za tydzień zmierzę się ponownie z moim „po-ciążowym” debiutem w triathlonie. Nireas Triathlon Larnaca w tym roku wypada 15 maja, czyli tydzień wcześniej niż w zeszłym.

IMG_20150524_185428

Strach ?

Dawno nie miałam takiej tremy przed startem. Jestem ciekawa na co mnie stać, nie wiem do końca czego się spodziewać. Czuję, że dużo przepracowałam, ale czy wystarczająco dużo żeby zdobyć to co chce? Czy stać mnie na taki czas, jaki cały czas błyszczy gdzieś w tyle mojej głowy ? Wiem ile może pójść nie tak, wiem jak nie obliczalny czasami bywa triathlon i wiem jak nie obliczalny może też być mój organizm. Pozytywnie, a zarazem negatywnie. Nie chcę wygrać, nie pragnę podium, choć nie powiem że zeszło roczna niespodzianka w postaci pierwszego miejsca była cudownym zwieńczeniem ciężkich po-porodowych przygotowań.

Chcę jednak wygrać z samą sobą, chciałabym poczuć że daję z siebie wszystko i chciałabym żeby minuty na mecie pokazały to że dałam radę, że spełniłam choć w minimalnym stopniu swoje oczekiwania. No ale czy nie są one wygórowane ?! Czy te godziny spędzone na rowerze, w butach biegowych, czy na basenie miały sens i sprostam swoim oczekiwaniom?!

Nie wiem….

 

 

Nie ma nic za darmo.

Często mówię, że nie umiem biegać, że nie umiem biegać szybko. Po ostatnim poście warszawskibiegacz.pl , głęboko przejrzałam swoje sumienie i stwierdzam że ma on rację. dodałabym tylko, że dzięki czemuś takiemu jak predyspozycje do pewnego sportu zaczynamy z innego etapu. Jedna osoba na wynik poniżej 50 min, na 10 km, będzie musiała włożyć więcej pracy niż druga. Jedni biegając parę razy w tygodniu bez celu, na zawodach schodzą poniżej 50 min, inni takim samym bieganiem osiągają wyniki w okolicach godziny.

Prawdą jednak jest, że biegamy tak szybko i tak daleko na ile sobie to wypracujemy. Biegam tak szybko, na ile ciężko pracuję na treningach. Po małym rachunku sumienia, nie mam co narzekać, że biegam takim tempem bo na takie tempo się przygotowuję. Biegam dużo wolniej niż bym chciała, ale nie ukrywam że nie lubię mocnych treningów biegowych, nie umiem wykonać ich na 100%. Nie znam swojego organizmu podczas biegu na tyle żeby wiedzieć kiedy biegnę na maksa, a kiedy na 90% moich możliwości. Ciężko jest mi przesuwać granice w bieganiu, ciężko bo chyba nie do końca chce. Albo chcę, ale się boje. Łatwiej jest wyjść na trening i zrobić go w swojej strefie komfortu.

Wiem, że do niedzieli już nic nie zdziałam, teraz tak na prawdę mogłabym tylko wszystko popsuć, ale mam nadzieję że popchnę swoje granice możliwości przez lato, nauczę się biegać szybciej i dalej, a dzięki temu będę silniejszą zawodniczką w triathlonie.

13124977_948119811967288_4557214751743389634_n

Dla niektórych ja trenuję dużo, dla mnie, Ci lepsi, trenują dużo,dla nich z kolei profesjonaliści trenują dużo. Każdy trenuje na tyle na ile go stać, na tyle na ile chce się zaangażować i na tyle na ile chce poprawiać swoje wyniki. Pomimo, że wielu z Was  nie myśli o takim intensywnym treningu jak ja, albo wielu z Was myśli, że jeszcze daleko mi do intensywnego treningu, to widzicie, że ja też mam blokady, z którymi muszę i chce walczyć. Ciężko jest przyznać się przed samym sobą, robiąc 9 treningów w tygodniu i będąc czasami nie od życia, że widocznie nie zrobiłam tego na tyle na ile mnie stać, albo na tyle na ile bym chciała, żeby w końcu przesuwać swoją granice możliwości. Czując kolejny rower w nogach, po którym 10 schodków jest trudnością, ciężko jest się przyznać, że nie daje z siebie wszystkiego na treningach, że powinnam trenować mocniej. Dlatego nie bójcie się bólu, zmęczenia, bo to właśnie on  sprawia, że na końcu czeka na nas ogromna satysfakcja i wygrana z własnym ja.

 

 

O.