Tag: sezon 2016

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

13920319_1011278902318045_1599768675083218885_o.jpg
fot. maratomania.pl

Powoli umiem wrócić myślami do Gdyni. Ciężko jest mi to wszystko poukładać w głowie. Łatwiej się piszę o zwycięstwie, o swoich triumfach. Nie tylko tych na podium, ale też tych w środku siebie. O realizacji celu i byciu z siebie dumnym. Tym razem jednak, poczułam niezadowolenie, niesmak i niedosyt. A nie powinnam, bo całe to 113 kilometrów morderczego wyścigu zrobiłam z towarzyszącą mi koleżanką ANEMIĄ.

Continue reading

Moja pierwsza połówka, czyli ból, walka i łzy szczęścia na mecie.

CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

Moja pierwsza połówka, czyli ból, walka i łzy szczęścia na mecie.

13442674_978894738889795_1070478501744268698_o

Ciężko piszę się relacje zaraz po. Milion różnych emocji buzuje przez twoje ciało. W ciągu kilku dni nienawidzisz tego dystansu, potem go kochasz, chwilę później jesteś zdumiona że Ci się udało zdobyć ten dystans, a na koniec myślisz, że nie jest on wcale taki straszny i musisz się z nim zmierzyć jeszcze raz. Tym razem tak w pełni sił i na sto procent siebie.

Nie umiem powiedzieć czy kocham ten dystans czy go nienawidzę. Nie umiem powiedzieć czy na prawdę bolało tak bardzo jak mi się wydawało. Nie umiem powiedzieć czy dałam z siebie wszystko. Nie umiem powiedzieć co mnie bardziej zabiło, monotonność i ten długi czas, czy wysiłek.

Wiem jednak jedno nie była to moja ostatnia połówka.Continue reading

No i stało się. ANEMIA.

AKTYWNA MAMA CIĄŻA CODZIENNOŚĆ

No i stało się. ANEMIA.

 

IMG-20160625-WA0030.jpg

Tydzień po tygodniu. Lecimy według planu.9 treningów tygodniowo. Udaje się. 1 tydzień. Dwa. Kolejne. Pierwszy start, super forma. Wracam do treningów. Po kilku tygodniach mocnych rowerów, górzystego Cypru i wielu wielu interwałowych treningów zaczynam czuć zmęczenie. Głowa do góry, przecież cieżko trenujesz, masz prawo. Tak myślała moja głowa. Kolejne podróże, kolejny start. Białka Triathlon na przemęczeniu ale się udało. 2-gie miejsce motywuję więc cisnę dalej. Kolejny wyjazd, kolejne nieprzespane noce. Kopnehaga, 18 kilometrowy trening i mała kontuzja, ścięgna w prawym kolanie dają o sobie znać. Szybka rada u fizjoterapeuty, radzi odpocząć więc tak robię. Parę dni się obijam, jeżdżę na rowerze, zwiedzam Kopnehagę. Po powrocie do kraju wychodzę na bieganie, wracam szczęśliwa, jest lepiej nie boli. Na horyzoncie pojawia się 1/2, której bardzo się boję, czuję niedotrenowanie. Wskakuję więc na rower, pyk 90 kilometrów na wypoczęciu. Wydaję mi się, że wracam do żywych. WYDAJĘ.

Następnego dnia bieganie, ciężko jest utrzymać zawrotne tempo 6.00 min/km. ANALIZUJĘ. Nie wiem o co chodzi, już było dobrze. Start za parę dni, debiut na tym dystansie więc nie szaleję. Odpuszczam i czekam na start. Nic lepiej przygotowana nie będę.

Triathlon Energy w Strogardzie, debiut na tym dystansie, 1/2 IM zaczyna się poważny triathlon. Zabiło mnie bieganie. Podbiegi i temperatura nie pozwoliły dać z siebie wszystkiego na bieganiu. Trudno. 5:34, jak na debiut powinnam się cieszyć, a jednak jest niesmak wiem że mogłam mocniej, wiem że stać mnie na więcej.

Wracamy do treningów. Pierwsze wypadają interwały, czuję jeszcze nogi więc odpuszczam i w zamian robię wytrzymałość podstawową z przebieżkami. Następnego dnia rower, interwaly, dam radę wolę krócej ale mocniej. Po 3 interwale jest jeden wielki ryk. Łzy wypływają mi same z oczu, nie mam siły, nie mogę! Mam ochotę rzucić rower w las. Rozwalić go o te drzewa, wrzucić pod samochód! Niech ktoś po nim przejedzie przynajmniej będzie wymówka. Podjeżdża R mój Smentor (Mój mąż jest jak Marcin Konieczny dla swoich podopiecznych). Ma dwie minuty żeby mnie podbudować,  bo tyle czasu zostało do kolejnego interwału. Zaryczana krzyczę, że mam dość. On, że muszę spać i więcej jeść, żebym dotrwała do końca i będziemy działać po południu. Porozmawiamy z trenerami i spróbujemy coś zaradzić. 15 sekund… mówię no dobra zaciskam zęby i zaczynam pedałować tak mocno jak na interwał przystało.

 

Czy słusznie ? 

Pewnie nie, bo gdybym wiedziała to bym się już nie forsowała.

Po południu, mail do FABISZA (Trener triathlonowy, założyciel drużyny TRiWAWA, nasz znajomy, współorganizator triathlonowej majówki, prowadzi podcast 3XRADIO, który wszystkim tri zapaleńcom serdecznie polecam) z wielkim wyciem, POMOCY!

Pierwsze co każe to zrobić badania krwi. Potem analiza treningów. Następnego dnia jestem już w LABorAToriUM, pobierają krew wyniki popołudniu.

wychodzi….

 

ANEMIA !

 

Ale jak? Dlaczego? Od kiedy ? Skąd się to wzięło? Dlaczego właśnie teraz ?

Nie wiem dlaczego, nie wiem po co. Nie wiem skąd i dlaczego właśnie teraz. Nie wiem też, czym spowodowana, szukamy przyczyny. Niby żelazo w normie, ale wszystkie wyniki MCV, HCT, MHC itd wskazują na niedobory żelaza. Ferrytyna w normie, więc powinno się wchłaniać. B12 nie sprawdziłam, ale przy następny badaniu sprawdzę.

Czemu o tym piszę?

Żebyście się zatrzymali, kiedy kolejny tydzień z rzędu nie macie siły. Kiedy kolejne tygodnie przemęczenia odzywają się w sporcie, na treningach, czy na zawodach. Piszę, żebyście myśleli o tym, że nie jesteśmy niezniszczalni i że też mamy swoje limity. Piszę, żebyście się badali. My amatorzy nie mamy kadrowych lekarzy nad sobą, trenerów i całej gamy osób do pomocy. Mamy siebie i swoje głowy, bądźmy więc na tyle mądrzy żeby sprawdzić, raz na jakiś czas, czy nasz organizm nadąża za nami i naszymi treningami. Słuchajcie swojego organizmu i tego co on do nas mówi.

13411968_668489636623703_5802299315811140363_o

Z jednej strony jestem zła, że mnie dopadła, z drugie czuję ulgę, że znam przyczynę ciągłego zmęczenia, braku chęci i motywacji. Bałam się, że się wypaliłam, że mi odebrało motywacje. Że moja głowa mnie oszukuje.

 

Teraz czytam. Że anemia to choroba, która lubi kobiety i sportowców. Zostało mi więc delektowanie się byciem mamą i spędzanie aktywnie czasu, we dwie, na spokojnie, bo sił na bieganie i rower na razie brak.

IMG_20160628_131741.jpg

 

 

O.

TRIATHLON BIAŁKA – kosmiczny czas krótszego dystansu.

TRIATHLON

TRIATHLON BIAŁKA – kosmiczny czas krótszego dystansu.

Ten triathlon to było istne szaleństwo, pod każdym względem. Totalny spontan, start po 4 godzinach spania, bike-fittingu i 700 kilometrach w samochodzie. Nie wspomnę już o tym, że pomyliliśmy miejscowości i triathlon okazał się być dobre 60 kilometrów od miejsca gdzie planowaliśmy weekend ze znojomymi. Emocje zmieniały się od pełnej euforii, do totalnego załamania i na odwrót. Nie tylko przez cały wyścig, ale i przez cały weekend. Wszystko co mogło pójść nie tak, poszło, okularki pękły mi na wejściu do wody, zapomniałam założyć czipa, zgubiłam okulary przeciwsłoneczne, dwa razy wbiegłam źle do strefy zmian i musiałam przeciskać się między rowerami, zegarek na multi-sporcie oczywiście prze-klikałam o kilka razy za dużo i zamiast zrobić jeden triathlon, na zegarku zrobiłam kilka. Ale nie ma tego złego, więc zacznijmy od początku.

 

13422356_1142179685802757_4028857500413559204_o

 

Przyjeżdżamy do Białki, jest noc, docieramy do miejscowości około 2 w nocy. Przejeżdżamy przez las i pokazują się pierwsze domy. Nawigacja źle nas poprowadziła, bo trafiliśmy w ślepą uliczkę, więc musimy objechać miejscowość i podjechać z drugiej strony żeby znaleźć domki, które zarezerwowaliśmy. Jest ciemno, młoda, nasz dzielny podróżnik ma już serdecznie dosyć fotelika, za nami już dobre 350 kilometrów robione w nocy. Nie powiem już o tym, że rano musiała przebyć, podobną podróż bo odwiedziliśmy Kraków. Histeria małej, nieznajome miejsce, ciemno, późno wszyscy zmęczeni, mamy powoli dość, ale zostało nam 300 metrów więc … jedziemy.

Za rogiem zaczął się totalny Armageddon, nie chciało mi się wierzyć, że jesteśmy w miejscu w którym jutro ma odbyć się triathlon. Nawalona młodzież, skacze krzyczy, rzuca nam się na samochód. Jedni uderzają w jeża kijem, drudzy wskakują na swoje samochody, głośna muzyka przedziera się przez każdą szybę samochodu, a co najgorsze musimy przejechać przez ten tłum. Nie będę pisać ile brzydkich słów wyleciało z naszych ust przejeżdżając tamtędy, nie będę pisać o aferze przy domkach, o histerii naszego na prawdę dzielnego dziecka. Nie będę pisać o tym, że szyby w naszym domku ruszały się prawie od odgłosu muzyki z zewnątrz, nie będę przyznawać się że dzwoniłam już do innych hoteli pytając się o noclegi, nie będę mówić o tym że chcieliśmy zawracać i rzucić to wszystko w siną dal. Po co nam to ? Jednak była 3 w nocy, więc wkurzeni, źli i zmęczeni wszyscy położyliśmy się spać chociaż na chwilę.

Domki, cóż mogę powiedzieć, miałam nadzieję, że będzie ciut lepiej, powiem tylko, że mogło być przynajmniej czyściej. Na szczęście mamy dla małej łóżeczko, jej pościele i kołdrę, jej poduszkę i misiaki, a my możemy na byle czym. Szkoda nam było jeszcze tylko Zosi cioci, która miała pojechać z nami na fajny weekend.

 

POBUDKA i NOWY WYMIAR RZECZYWISTOŚCI.

13329596_1646207545704351_2631024165422143473_o

 

Słyszę Rafała budzik gdzieś w tle, oczy się kleją, mają chyba inny pomysł na ten ranek. Pakiety startowe jednak czekają, więc trzeba się zwlec. Wychodzimy z domku, jesteśmy w totalnym lesie, jest pięknie. „Zosia będzie zachwycona jak wstanie”, pomyślałam. Ciocia została z małą, a my szybciutko polecieliśmy po pakiety startowe. Dziś ta sama Białka, przybrała zupełnie innego wymiaru. Zamiast głośnej muzyki i pijanych młodziaków, świeci słońce, jest pięknie. Woda mieni się gdzieś za drzewami, widać już jezioro. Dokoła tylko las i parę małych barów, które nie chce mi się wierzyć, że wczoraj pomieściły taką ilość imprezowiczów.

Wyciągamy stół na dwór, na którym później będziemy wciągać śniadanie i wsiadamy do auta. Trzeba zacząć ogarniać.

Płacimy, odbieramy pakiety startowe, szybki powrót do domku. Najtrudniejsza w byciu TRI MAMĄ, jest logistyka. Nie tylko muszę spakować siebie i nie zapomnieć niczego na zawody, ale rano zawsze też trzeba przygotować Zosię. Jej torbę i milion rzeczy na w razie co. Dlatego część mojej owsianki wpada do jej pojemniczka, przez co nie zjadam porządnego śniadania. Kawy nie dopijam, bo muszę przewidzieć zmiany pogody przez najbliższe 4 godziny. Do tego jakaś zabawka, przepraszam nie może być jakaś, tylko taka, która w razie co zawsze ją zainteresuje. Ah, jeszcze tylko kredki i kilka kartek to też pozwoli zając ją chociaż na chwilę. Torba młodej gotowa. Chyba. Zawsze jest chyba gotowa.

Zegarek pokazuje, że czas jechać. Modlę się więc, że wczoraj miałam łeb na karku kiedy pakowałam rzeczy triathlonowe do plecaka. Biorę go na plecy z nadzieją, że wszystko będzie w środku kiedy dotrzemy do strefy zmian.

 

 

STREFA ZMIAN.

Przyjeżdżamy na miejsce, wstawiamy rowery, standardowa procedura, rozpakowujemy się. Myślę, że wypada napisać kiedyś o tym osobny post, taki dla Was, taki do pomocy. Zosia oczywiście przeciska się ze mną pod płotkiem, pomaga przymocować gumki do butów, psuje wszystko co ustawiłam. Pomimo, że nie zawsze jest pomocna, z nią jest znacznie fajniej niż samemu. Wszystko gotowe ustawione więc możemy zaczynać. Biorę piankę w rękę i idę w stronę jeziora.

13403333_1629699533987423_5554686049573717887_o

 

Wraz z R czekamy na mały briefing przed startem. Organizator tłumaczy co i jak, ile kółek, gdzie jechać, gdzie biec i po czym. Pianki mamy już na sobie czekamy na wejście do wody. Wszyscy ruszyli do jeziora się rozgrzać, patrzę się na nogę R i …… o matko ! Zapomniałam czipa, gdzie on jest ???? Nigdy mi się to nie zdarzyło, nogi się ugieły bo nie pamiętam co z nim zrobiłam. Zamiast rozgrzewać się w wodzie lecę do strefy zmian i wertuję torbę. JEST! Udało się szybko zakładam na nogę i sprintem lecę na linie startu. Szybki skok do wody, przepuszczam wodę przez piankę, próbuję ułożyć, CHALST ! Gumka od okularków pękła, nie wieżę!! Co jeszcze ? Czy coś jeszcze może pójść nie tak ?? Zawiązuję sparciało gumkę trochę dalej, no trudno najwyżej będą mnie piły. R proponuję, żebym założyła je pod czepek, w razie co czepek przytrzyma gdy pękną ponownie. Czepek oczywiście też mam swój, bo ten z pakietu startowego gdzieś podziałam. Na szczęście nie było obowiązku płynięcia w czepku organizatora, Jak się okazało później był w torbie Zosi. Dobra tyle emocji wystarczy przed startem, chce już żeby się zaczęło.

 

START.

13411968_668489636623703_5802299315811140363_o

 

Stajemy na linii startu. Startuję z przodu, spróbuję złapać się czołówki i płynąć za nimi. Standardowe buzi na starcie od R, Garmin włączony i…. dźwięk startera. Ruszamy. Wpadamy do wody, nie lubię tego wbiegania, zawszę potrzebuję chwilę czasu żeby wyrównać oddech i zacząć płynąć swoje. Zazwyczaj na tym etapie czuję się jak ryba w wodzie, tym razem czuję się wyprzedzana. Brakuje sił ? Nie wiem, próbuję polepszyć pociągniecie, mocniej płynąć. Słabo mi to wychodzi, ale walczę. No nic robię swoje, płyne stałym tempem nie daję się wyprzedzać. Wychodzę 8 z wody, chciałam wyżej, chciałam szybciej, ale nie wyszło. Na wyjściu z wody czuję wirek w brzuchu, brakuje energii już mi się chcę zjeść cokolwiek, byle by miało kalorie. Słabe śniadanie i beznadziejny obiad dzień wcześniej nie pomogły. Teraz już nie ma co zwalać na przygotowanie, czas zacząć walczyć.

ROWER.

13411951_1142182132469179_2435355236414095914_o

 

Wsiadam na rower, zapinam buty, jadę. Pedałuje, licznik pokazuje fajne tempo ciekawe tylko czy uda się utrzymać. Pierwszy zakręt i kawałek słabego asfaltu przede mną. Szkoda, bo reszta trasy cudowna, w środku lasu i z przepięknym asfaltem.

Rower jak to rower, nie było źle, ale mogło być lepiej. Czułam totalny brak sił. Już na wyjściu z wody chciałam zjeść 4 żele żeby dostać jakikolwiek przypływ energii. Nigdy nie wierzyłam tak do końca w ładowanie się węglowodanami, robiłam to bo wszędzie o tym czytałam, ale bez większego przekonania. Wydawało mi się, że taki dystans nie wymaga takiego czegoś jak ładowanie się węglowodanami. Tym razem przekonałam się, że jest to na prawdę potrzebne. Cały dzień przed, spędziliśmy w Krakowie na bike-fittingu w sklepie rowerowym Wertykal (o tym też za niedługo napiszę) pedałując na trenażerze dobre kilka godzin, zjadając może z jedna dwie kanapki w sklepie i mały makaron z pobliskiej restauracji. Rano na talerz zawitała wyjątkowo mała owsianka, banany pokończyły się po podróży do Krakowa i Lublina, więc taka ogołocona mała owsianka nie sprawdziła się jako śniadanie mistrzów w tym dniu startu.

Także proponuję ładować się węglowodanami na wszystkie dystanse poczynając od 1/4 IRONMANA i Olimpijki, bezwarunkowo i bez zbędnych pytań!

Wróćmy jednak do gry. Na pierwszym nawrocie doganiam dziewczynę, byłam pewna że to Karolina Zygo, która w wodzie jest niesamowicie szybka. Jednak nie, ktoś inny, ktoś kogo widzę po raz pierwszy w stroju TRICLUB z Lublina.

13391411_668492686623398_4070050101609209068_o

Po pierwszym nawrocie jadę z przodu, przez dobre kilka kilometrów czuję oddech rywalki na plecach. Dogoniłam ją dosyć szybko i z dużym zapasem zdziwiłam się więc, że jest tuż za mną. Prowadziłam prawie do kolejnego nawrotu, cały czas czując ją za sobą. Wkurzyłam się więc zwolniłam i pozwoliłam się jej wyprzedzić. Nie lubię uciekać. Zdecydowanie wole gonić. Niestety chwilę później ona zaczyna zwalniać, prędkość spadła jej do prawie 30 km/h, podjęłam więc kolejną walkę i ponownie ja wyprzedziłam. Kolejny nawrót, jedziemy pod wiatr, opadam z sił, brakuje energii, ona mnie dogania i wyprzedza. I tak przez czterdzieści parę kilometrów. Do T2 wpadamy prawie w tym samym czasie. Ona dojeżdża szybciej do linii, ja jestem sprawniejsza na zejściu.

Gdzieś w między czasie wyprzedziła mnie jeszcze jedna dziewczyna, na czasówce, dlatego wiem że walczymy obydwie o podium, no chyba że ktoś nas dopadnie na biegu.

13411800_668492713290062_5788676291525490454_o

 

BIEGANIE.

Po raz drugi wpadam do strefy zmian ze złej strony. Wlatuje na środek zamiast w lewo. wieszam więc rower „od tyłu” i przeciskam się pod stojakiem żeby dopaść swoje buty. przecież myślałam o tym przez pół roweru, dlaczego więc wbiegłam po raz drugi źle. Nie wiem, mój mózg zdecydowanie żyje swoim życiem dzisiaj. Podczas przeciskania spada mi kask, gubię okulary, które w amoku próbuje odnaleźć żeby mieć na bieg. Patrzę w niebo, są chmury, może dam radę bez. Olewam więc wszystko wciskam szybko buty biegowe i lecę na trasę. Nie lubię motać się w strefie zmian, ale chyba nie zawsze wszystko musi być idealnie tak jak sobie zaplanujemy.

 

13433247_1142184069135652_1217940411748498315_o

 

Biegnę. Tempo pokazuje 5.00 min/km takie chciałabym utrzymać, ale czuję że nie dam rady. Mijam metę, patrzę na zegar i widzę 1:36, nie możliwe nawet jak zrobię bieg w godzinę to i tak czas będzie znowu szybszy. Z uśmiecham na twarzy lecę prosto w las. Inga z którą się ścigam dobiega do mnie po kilkuset metrach i wyprzedza, jakby biegała co najmniej na 4.30 min/km. Dziwi mnie więc jak po kolejnych kilku set metrach jej przewaga wcale nie wzrasta, a jak po kolejnych kilku kilometrach bardzo powoli, ale konsekwentnie zbliżam się do niej. Pierwsze kółko, w głowie siedzi kolka z Cypru i błagam żeby się to nie powtórzyło. Kilku panów zostawiam w tyle, wyprzedzam. Rzadko zdarza mi się to na biegu. Zazwyczaj to ja jestem wyprzedzana, dziwi mnie więc to jeszcze bardziej. Drugie kółko przede mną tempo spada, biegnę już na 5.20 min/km. Trasa nie jest łatwa, biegnie przez las, jest dużo piachu, ale dzięki temu jest też dużo cienia i brak okularów nie doskwiera aż tak bardzo. Mija 8.5 kilometra w głowie mam jeszcze 2, cały czas zbliżam się do dziewczyny przede mną. Chwilę później patrzę, biegnie ktoś z naprzeciwka. Znam to sylwetkę, ale przecież to niemożliwe. A jednak…. Tak to Kola, nasz przyjaciel, też zawodnik. Dzień wcześniej startował w triathlonie, ale go nie ukończył przez gumę, chciał sobie odbić wczorajszą porażkę i zrobiła sobie trening na naszej trasie biegowej. Dobiega do mnie i zaczyna biec ze mną. Ciągnie mnie do przodu, każe przyspieszyć i dogonić rywalkę. Próbuję. Biegnę coraz szybciej, schodzimy z tempem poniżej 5.00, Inga jest coraz bliżej. „ Trasa jest skrócona, zostało Ci tylko 900 metrów, dopadniemy tą dziewczynę i za rogiem będzie meta. Dasz radę Ola.” powiedział. Oczywiście w głowie miałam słowa Justyny, żony Koli, która nie raz opowiadała, że specjalnie mówi że mniej zostało. Przygotowana psychicznie jestem więc na 10.5 km biegu, a nie 9.6 km. Ale biegnę, coraz szybciej, w brzuchu wszystko mi jeździ czuję się jakbym miała zaraz zwymiotować. Konrad nie słucha, każe biec dalej i szybciej, więc biegnę!

 

TRIUMF.

13346234_970871619692107_7274706621918803862_o.jpg

 

Chwilę później widzę już zakręt za którym jest już tylko meta. On nie kłamał. Dziewczyna jest do słowie parę metrów przede mną. Dobiegam do niej wyprzedam ja z całych sił biegnę w stronę mety. Dobiega do mnie R i Tomek który też nam dzielnie kibicował z rodzinką. Krzyczą, ze jest daleko i że mam się nie bać. Na zegarze widzę czas 2:25, nie wieżę.

Wyłączam zegarek. Co prawda jest na nim tylko rower ( i to też nie cały) i bieganie, bo oczywiście triathlonistka Ola zawsze musi za dużo razy prze-klikać zegarek na multisporcie, albo w tym całym zamieszaniu przycisnąć zły przycisk i zrobić małe kongo, z którego trzeba na nowo zacząć triathlon.

Na szczęście nie tylko Garmin zna mój czas. Na szczęście jest duży zegar, a ten jak szalony pokazał 2:25:50. Nie wiem jak długi był rower, ale gdzieś koło 43-44 kilometrów. Bieganie było prawie o kilometr krótsze, niż w standardowej 1/4. Pływanie prawidłowe, ale nie ważne. taki czas na zegarze zawsze powoduje uśmiech na twarzy 🙂

Ja ukończyłam białka Triathlon na 2 pozycji wśród kobiet, 3-cia była Inga z która stoczyłam niemal 2 godzinna walkę. Następne Panie były daleko, a mianowicie dobre 10 minut po nas.  2 miejsce OPEN kobiet, 19 OPEN, czyli pośród Pań i Panów, i 1-wsze miejsce w swojej kategorii. Ale ja to ja, najpiękniejsze było to, że był to rodzinny triumf.

13315274_970592376386698_8121546384219278152_n

 

Ogromną niespodzianką był dla nas wynik mojego R, który nie tylko jest bardzo mocny, ale startuje zawsze z bardzo mocną konkurencją. To był jego start, to był jego triumf. To ON po raz pierwszy stanął na podium w triathlonie. Zajął 2 miejsce w swojej kategorii wiekowej, więc jestem z niego prze-dumna! Ale robi się z nas TRI RODZINKA.

Oprócz przepięknego, weekendowego, rodzinnego triumfu, super zabawy, najlepszych kibiców w życiu, którym należą się ogromne podziękowania, jest jeszcze jedna rzecz jaką uświadomił mi ten start.

Zrozumiałam, że robię to wszystko dla przyjemności i cieszę się każdą chwilą tego. Pomimo że mam waleczne serce, życzę innym zawodniczkom wygranej, tak samo jak sobie. Jeżeli jest ktoś mocniejszy i silniejszy to zasługuje na wygraną, jeżeli jest słabszy a walczy tak samo mocno też zasługuje na brawa. Nie jestem zawistna, nie czuje się gwiazdą i nie robię afer jak gwiazda, nie próbuję nikomu dogryźć bezpodstawnymi komentarzami. Nie lubię pychy, a w szczególności w sporcie. Czuję do triathlonu respekt, noszę w sobie przed każdym startem dużo pokory. Cieszę się po prostu tym, że tam jestem i że mam możliwość startować i bawić się w coś tak pięknego jak triathlon. Zauważyłam, że pomimo moich ambitnych genów i sportowej przeszłości jestem amatorką, która czasami potrafi odpuścić, potrafi życzyć innym sukcesów, potrafi się cieszy nawet jeśli nie wszystko idzie wedle planu. Jestem zwykłą dziewczyną, mamą, która robi to co kocha a sprawdza swoje możliwości i swoją pracę wykonaną na treningach, na zawodach właśnie takich jak Białka Triathlon.

 

 

O.

P.S. Wszystkim, którzy planują start w przyszłym roku w Białka Triathlon proponują dojechać dzień wcześniej do godziny 22 🙂 Tak żeby zaoszczędzić Wam tego, co nam było dane zobaczyć. Po za tym impreza na medal. No jeszcze ten kawałek trasy rowerowej, który nas trochę wytelepał, nadaję się do poprawki, ale nie ma rzeczy idealnych, więc jestem na TAK dla Białka Triathlon ! 🙂

Starogard Gdański, Energy Triathlon i moja pierwsza połówka.

TRIATHLON

Starogard Gdański, Energy Triathlon i moja pierwsza połówka.

Został niespełna miesiąc do mojego kolejnego startu. Zanim zacznę rozwodzić się nad tym, że nie wiem czy jestem na niego gotowa, powiem Wam dlaczego własnie wybrałam Starogard Gdański i Triathlon Energy.

 

Można by napisać krótko, że moi rodzice pochodzą stamtąd, że to miasto do którego mam sentyment. Jednak nie byłabym sobą gdybym ujęła to w dwóch zdaniach i nie dołożyła trochę koloru do tego. Tak, moi rodzice są ze Starogardu Gdańskiego, nie jedno a obydwoje. Wyemigrowali po studiach do Trójmiasta i tam też ja przyszłam na świat. Jednak to nie z tego powodu wybrałam Energy Triathlon i Starogard. Pomijam również fakt, że jest on blisko domu, więc wygodnie. Będą chętni żeby zostać z Zosią. Nie trzeba jechać daleko i zabierać całego majdanu.

 

Moją największą motywacją do startu właśnie w tym mieście były moje babcie, moje największe fanki, najwierniejsze czytelniczki i chyba jedyne szczerze dumne ze mnie osoby. Gdy w tegoroczne Święta Bożego Narodzenia nie udało mi się usiąść z moją rodzinką przy wigilijnym stole, moja mama zaserwowała moim babciom na wigilijny deser mojego bloga. Nie wiem, nie byłam wiec nie widziałam, ale podobno siedziały dobre kilka godzin zaczytane w stercie moich słów. Wigilijny deser nie był jednorazowym strzałem, od tamtego czasu to one chyba są najczęstszymi bywalcami w mojej małej strefie internetu. To one są prze dumne z tego co robię i to one co chwile dzwonią mówiąc że jak ja na to wszystko znajduję czas.

Dlatego też, gdy zobaczyłam że mogę startować w takim mieście w którym to one będą mogły stać na mecie, nie ważne jaki ciężki to byłby dla mnie start chce tam być!

 

DSC_0073

 

I pomimo, że nie czuję się przygotowana na ten dystans, że chce zrobić ten start ewidentnie tylko treningowo i nie szarpać się na żadne wyniki to i tak boję się tego, że zanim stanę na starcie w Gdyni – moim Herbalife-owym marzeniu – poczuję jak okropny jest to wysiłek i moja głowa zablokuję się na mój start docelowy.

Ale jak już wiele razy pisałam, żeby robić progres, żeby się polepszać, trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu i mam nadzieję, że ten start właśnie wyniesie mnie poza moją strefę. Tam gdzie będzie bolało, ale też tam gdzie poczuję że mogę więcej, że potrafię więcej i że nie ma granic których nie da się przekroczyć.

 

 

Do zobaczenia na starcie ! 🙂

 

O.

 

 

 

Rozpoczęcie sezonu triathlonowego. Triumf w Larnace.

PODRÓŻE TRIATHLON

Rozpoczęcie sezonu triathlonowego. Triumf w Larnace.

DSC_0073

Pierwszy start mam wrażenie, że jest zawsze najgorszy. I wcale nie mówię tu o wyniku, ale to tych oczekiwaniach i tremie która zżera Cię na dużo dłużej niż przy kolejnych.

Ten start był dla mnie wyjątkowo stresujący, bo bardzo długo wyczekiwany, bo pierwszy i bo chciałam sobie udowodnić, że jestem w lepszej formie niż rok temu. Po raz pierwszy też poczułam to uczucie spalenia, które często towarzyszyło mi tylko na zawodach pływackich gdy byłam mała i nie potrafiłam radzić sobie z basenowym stresem. Po raz pierwszy też poczułam co to jest kolka, nie taka że boli Cię pod żebrami, taka która nie pozwala postawić Ci kolejnego kroku, taka która odcina dopływ tlenu i nie pozwala wziąć kolejnego oddechu i też taka z którą nie da się biec.

16LT7554-2

TRIATHLON LARNACA – dystans OLIMPIJSKI, czyli 1.5 km pływania, 40 kilometrów roweru, 10 kilometrów biegu.

5 rano, pobudka, nie lubię wcześnie wstawać, ale w dniu startu nigdy nie mam z tym problemu. Śpię tak czy siak na pół-gwizdka, żeby przypadkiem nie zaspać. Wstajemy, standardowa procedura, śniadanie, kawa, toaleta. Albo w innej kolejności, jak się uda. Do mojej miski jak zwykle wlatują płatki owsiane, nasiona chia, trochę siemienia lnianego ( z tym nie przesadzajcie przed zawodami, jeżeli wasze organizmy nie są do tego przyzwyczajone). Zalewam wszystko wrzątkiem, dorzucam banana, garstkę orzechów włoskich, odrobinę jogurtu, syrop z agawy ( tak cukier 🙂 ) i wciągam ze smakiem. Wiele osób w dzień startu serwuje sobie bardzie „węglowodanowe’ śniadanie, typu ryż biały, czy białą bułka z dżemem. Ja jestem wierna mojej owsiance, nigdy nie miałam po niej problemów żołądkowych, na energię też nie mogę narzekać. Musieliśmy wyjechać z domu 5.45 żeby w Larnace, oddalonej o jakieś 70 km być przed 7 i odebrać pakiety startowe.

 

DSC_0087

W strefie zmian idzie mi wyjątkowo gładko, bez większego zastanawiania i przemyślenia układam wszystkie rzeczy na miejsce. Buty biegowe, i daszek lądują na ręczniku. Kask i okulary wędrują na rower, stamtąd dużo łatwiej zakłada się je na głowę, buty rowerowe przypinam gumkami do roweru. Ja swoje buty zakładam już na trasie rowerowej, jadąc. Dużo ludzi uważa, że jest to bardziej zaawansowana forma, ja myślę, że wręcz przeciwnie. Boje się biegać w blokach, bo nie raz poślizgnęłam się już na schodach wychodząc na trening. nie wyobrażam sobie więc wybiegać ze strefy zmian w totalnym przerażeniu czy aby na pewno dobiegnę do linii wejścia. zdecydowanie wolę robić to na bosaka i z luźną głową, a wejście na rower bez butów to prosta sprawa, wystarczy spróbować. Pianka i czepek na sobie, strój triathlonowy i CEPy na nogach, więc chyba wszystko gotowe. idziemy rozgrzewać się do wody.

 

START

Jak to na Cyprze bywa, szybki briefing przed startem był na prawdę szybki, pół na pół wypowiedziany po angielsku i grecku i nie wiele się z niego dowiedzieliśmy. jednak to są uroki i minusy startów w „egzotycznych” krajach. Na szczęście trasa była dobrze oznaczona, a fakt że nie planowałam być pierwsza uspakajał mnie że ktoś będzei przede mną i w razie co zobaczę gdzie mam się dalej udać. Ilość kółek na swój dystans znałam, więc nie zginę.

 

13198567_1023885491021678_4886208875147033599_o.jpg

 

Po nadzwyczaj krótkim briefingu, start był wyjątkowo chaotyczny, nikt tak na prawdę nie wiedział czy to już. Ale wielki pisk startera dał o sobie znać, więc ruszyliśmy do wody. Zazwyczaj ustawiałam się zawsze w środku stawki, tym razem postawiłam na początek, żeby zaoszczędzić sobie ciągłego wyprzedzania. Wskoczyliśmy do wody. Płynęło mi się pięknie, luźne ręce, szybka woda, chyba miałam dobre tempo. Jedyne co mnie strasznie zmartwiło to strasznie nie równy oddech, i serducho walące jak za dawnych czasów na zawodach pływackich. Głowa zaczęła walczyć i uspakajać, wiedziałam że to ta adrenalina, która buzowała we mnie od paru tygodni, kiedy tylko pomyślałam sobie o tym starcie.  Wiedziałam jednak, że jeżeli się nie uspokoję, zaraz zachłysnę się wodą, albo spuchnę, bo nie będę dostarczać wystarczająco tlenu do mięśni. Na szczęście pływackie deja-vu skończyło się na pierwszej bojce i od tamtej pory równym tempem płynęłam do samego końca.

 

Ostatnie kółko, ostatnia boja i ciekawa swojego czasu usiłuję spojrzeć na zegarek na ostatnich metrach. Mignęło mi 28:xx, albo 21:xx, w to drugie nie chciałam wierzyć bo to by znaczyło że trzymałam na prawdę dobre tempo, ale okazało się że to te drugie cyfry były prawdziwe. Ekstra, lecę po to co chciałam, czyli 2:35:xx .

ROWER

 

16LT8195-2

Wskakuję na rower, czuję, że nogi nie są świeżutkie ale udaje mi się mocno pedałować i trzymać dobre tempo. W tym roku nie wyprzedzają mnie jak szaleni, trzymam się ich mocno ile się da. Zjadam pierwszy żel, popijam z wygody … izotonikiem ! NIGDY TEGO NIE RÓBCIE, ŻELE MOŻNA POPIJAĆ TYLKO WODĄ!!! Pierwsze kółko, drugie, trzecie, sprawdzam zegarek i mały balonik, który leciał wraz ze mną po wymarzoną życiówkę właśnie pękł. Trasa rowerowa na pewno będzie o parę kilometrów dłuższa, więc nici z mojego marzenia. Każdy kilometr to jakieś 2 minuty więcej, jeżeli jedziemy na rowerze z prędkością 30 km/h, więc już ciut zniechęcona pedałuje dalej. Odzywa się brzuch, który nie bardzo chce przyjąć cokolwiek. Od tej pory piję już tylko wodę.

Pomimo to, dalej dzielnie walczę, pedałuje mocno ale nie tak żeby nie mieć siły na bieg. Na trzecim, lub czwartym kółku (z sześciu) , dojeżdżają do mnie cypryjskie PROski, wyprzedzają jestem pewna że mnie dublują więc od razu kalkuluję stratę do nich w mojej głowie. Nie mogę się doliczyć, więc skupiam się na jeździe. Ja kończę piąte kółko, R. krzyczy z naprzeciwka które kólko jedziemy, też się pogubił. Nie wiedzieliśmy czy zrobili rower o 2-3 kilometry krótszy, czy dłuższy. Próbuję doliczyć się kółek, nie no na pewno szóste zaczynam. Nie pomagają PROski, które totalnie mnie wybiły z rytmu, jadą nadal szóste kółko. Burza mózgu: Przecież nie możliwe żeby zrobili rower 48 kilometrów? To co ja mama zrobić jeszcze jedno kółko? Patrzę na garmina, patrzę na licznik, no jak w mordę strzelił będę miała z dobre 42-43 kilometry po tym kółku. Przecież nie możliwe jest żebym miała taką przewagę po wyjściu z wody? I żebym ją otrzymała przez 3 kółka roweru!? Było możliwe, jedna z dziewczyn cypryjska triathlonistka, reprezentantka kraju, dogoniła mnie dopiero na trzecim kółku! WOOW !

Pomimo dziwnego żoładka, pakuje w siebie drugi żel, co by mi nie odcięło dopływu energii na biegu. Tym razem popijam TYLKO wodą. Zsiadam z roweru, wbiegam do strefy, szybko zakładam buty biegowe i ruszam dalej.

 

BIEG

16LT8580-2

To chyba najmniej przyjemna część traithlonu, przynajmniej dla mnie. Może dlatego, że jest to najsłabsza moja dyscyplina, w której wiem że nie będę doganiać i wyprzedzać, a raczej to mnie mogą wyprzedzać. Robi się coraz duszniej, słońce zaczyna się pokazywać i delikatnie doskwierać. Nie ważne, odkładam moją głową, nie do końca pozytywnie nastawiona na bok i biegnę. Po prostu rób swoje Ola, myślę. Tempo jak na mnie nie jest złe, trzymam cały czas 5:10-5:15 min/km. biegniemy wzdłuż morza, potem skręt w lewo w głąb lądu i kolejny w lewo za którym wyłania się…. PODBIEG! Podbiegi na triathlonie, są okropne bolą dużo bardziej niż podbiegi w samodzielnym bieganiu,a najgorsze są takie które trzeba zrobić 4 razy podczas 10 kilometrów! Tak nasz bieg, składał się z 4 kółek znaczyło to że mam podbiec pod tą górkę 4 razy !! Mam też z niej zbiec 4 razy, czyli bieg nie należał do łatwych. Tempo trzymałam do trzeciego kółka, po trzecim podbiegu spadło do 5:20 min/km. Brakowało mi motywacji, po raz pierwszy nie mogłam doczekać się mety, nie dlatego że bolało czy nie miałam siły, byłam znużona, dłużyło mi się okropnie, biegłam bez emocji, bez woli walki.

Czwarte kółko, spinam się i obiecuje, że trochę przyspieszę. W mojej głowie krzyczy głos, 2:39:xx, 2:39:xx, 2:39:xx! Wiem że marzenie o 2;35 znikło już na rowerze, kiedy przeliczyłam że mamy kilka więcej kilometrów niż 40 do przejechania. Chce złamać chociaż te 2:40. Udaje się przyspieszyć, żwawo też wbiegam ostatni raz na ta okropną górkę i … stało się. Kolka… Oddycham, uciskam, wydycham powietrze wraz z nogą po tej stronie co złapała mnie kolka. Nic to nie daje, do mety został mi jakiś kilometr, może nie cały. Próbuję więc odsunąć myśli o kolce i biegnę dalej, tempo spada, ale nie martwię się, widzę metę. Boli coraz bardziej, boli tak że nogi zaczynają mi się uginać, spina mi się połowa ciała, nie mogę postawić kolejnego kroku, jestem cała sztywna. Myślę sobie: „no coś ty Ola! Przecież jest tak blisko! Dasz radę!” Człapie więc dalej, ból jest nie do wytrzymania, nigdy nie miałam takiej kolki. Nie mogę wziąć oddechu, ściskają mnie całe płuca tak jakby wsadził mnie ktoś w kowadło, czuję, że nie dobiegnę. Nie chce mi się wierzyć, że na tak niewiele przed mętą może okazać się że nie ukończę wyścigu.

Staję… opieram ręce na kolanach próbuję złapać oddech, otworzyć płuca, przewentylować się tak żeby skurcz odpuścił. Przybiegają do mnie medycy „Are you ok ?” Mogę już tylko kiwac głową. Mija parę sekund, może pre-naście, w mojej głowie mija wieczność. Pomimo, że tak ogromny ból zaatakował moje ciało przez ani chwilę nie zwątpiłam że nie uda mi się dobiec. Chwilę później czuję jak ból ustąpił. Skurcz odpuścił. Ruszam przed siebie. zaczynam powoli, żeby za parę metrów znowu nie stawać. Dobiegam do zbiegu i jestem!! Na  ostatniej prostej, widzę Zosię machającą i wbiegającą prawie pod ludzi. Uśmiech pojawia się na twarzy, obok niej stoi Rafał krzycząc żebym przyspieszyła. Podbiegam do małej, biorę ja na ręce i razem wbiegamy na metę.

 

DSC_0065

 

DSC_0071

 

16LT8773-2

 

Czuję spełnienie, takie stu procentowe. Patrze na zegarek: 2:38:04, niemożliwe udało się !

 

 

Za to kocham triathlon, nie do końca jest przewidywalny, każdą dyscyplinę musisz zrobić z takim zapasem żeby mieć siłę na kolejną. A będąc mamą, czy tatą, musisz zrobić triathlon tak aby mieć siłę spędzić cały dzień ze swoim maluchem, które będzie szalało wraz z tobą od emocji! 🙂

 

 

 

O.

 

 

Mama triathlonistka.

AKTYWNA MAMA CODZIENNOŚĆ SPORT TRIATHLON

Mama triathlonistka.

Po raz któryś gdy pomyślę o dniu startu, cały brzuch mi się spina, czuje jakby motyle wielkości pięści latały mi w jelitach, a nogi robią się miękkie. Ktoś by powiedział, jak to taki stres to po co to robisz?

No właśnie dokładnie dla tych emocji!

Te motyle w brzuchu to oznaka stresu, ale takiego pozytywnego. Takiego kiedy ogarnia Cię ogromne podniecenie i ogromna niepewność. Jak to będzie? Czy będzie gorącą? Jak będę się czuła? Co jeśli woda naleje się do okularek? Co jeśli pianka będzie ciągnąć ? Czy będę pamiętać o tym żeby się posmarować żebym się nie poobcierała? Czy startować w CEPach, czy bez? Ile kółek będzie trzeba zrobić? Co jeśli za późno wyjedziemy? Co jeśli nie będę miała siły?

 

11975496_1060077520684014_840561921_o-1024x679

 

KOCHAM TRIATHLON to już wiadome ! Już nie mogę się doczekać, kiedy zacznę układać wszystkie swoje rzeczy w strefie zmian, kiedy będę się zastanawiać jak położyć kask, żeby jak najszybciej można było go potem założyć na głowę. Uwielbiam to pełne skupienie przed startem, gdzie położyć wodę, gdzie takie żele na w razie co, gdzie skarpetki, buty. Uwielbiam też dzień przed kiedy pakujesz się i wizualizujesz cały wyścig, żeby tak na prawdę nie zapomnieć o niczym, kiedy torba pęka w szwach od rzeczy „w razie co”. Zdecydowanie też wolę być mamą triathlonistką rocznego dziecka, a nie 3 miesięcznego, które po powrocie do domu z plaży trzeba było nakarmić, milion razy przewinąć, ponosić parę godzin, uspakajać bo co chwilę coś było nie tak. Teraz czuję się jak mama triathlonistka na wakacjach, gdzie mała „w miarę potrafi” koło siebie ogarnąć. Zdecydowanie wolę, chodzić za nią po domu, po podwórku, podawać kolejną kredkę, szukać kotków, latać za ciągle znajdująca nowe rzeczy głową, serwować owoca na podwieczorek, umyć na szybko pod prysznicem, a nie nachylając się na wanienką przez pół godziny bo przecież ona taka malutka i trzeba ja dobrze wykąpać po plaży i zdecydowanie wolę być już mamą dziecka, które spożywa posiłki stałe 🙂

 

 

Pamiętam zeszły rok, kiedy to po kąpieli i karmieniu małej, dopiero mogłam się zacząć pakować, a potem jeszcze sama w kuchni do późnych godzin siedziałam i odciągałam pokarm, żeby dziadkowie mieli co dać jej z rana. Pamiętam, kiedy mała zaserwowała mi niezłą pobudkę o 3 w nocy na karmienie i woda i smoczek nie pomagały. Pamiętam jak pełna wątpliwości wstałam rano, nie wiedząc czy to ma sens jechać i startować czy lepiej sobie odpuścić.

Na zdjęciu: Ostatnie chwile przed triathlonem w Kraśniku, wyjątkowo przed startami zawsze karmiłam Zosię jak najdłużej 🙂 Żeby odciążyć swój bagaż na tyle na ile się da!

DSC_0928

Dzisiaj jest inaczej, zupełnie inaczej, jednak nie wiem czy stres nie jest większy. Mam do udowodnienia sobie, że jestem lepsza niż rok temu, że jestem silniejsza niż 3 miesiące po porodzie i mam do pobicia mój czas z zeszłego roku, który i tak uważam za bardzo dobry (2:44). Więc nie ma co ukrywać giry mi miękną, jak sobie o tym pomyślę 🙂

 

13138796_953193948126541_6842378736851748476_n

 

A co jeżeli się nie uda ? No cóż będę musiała pogodzić się z porażką, których bardzo nie lubię, ale myślę, że uczą lepiej niż niejedna wygrana.

Pomimo to i tak wolę pozytywny start, w pełni sił i z uśmiechem na twarzy. Dlatego takiego też sobie życzę i wszystkim innym startującym!

 

 

O.

Pierwszy start w 2016, ból czy zwycięstwo ?

BIEGANIE TRIATHLON

Pierwszy start w 2016, ból czy zwycięstwo ?

Brzmi poważnie, pierwszy start w sezonie 2016. 

Boje się go jak cholera. Nie wiem czemu, boje się, że się okaże że jestem słabsza niż rok temu, kiedy to byłam świeżo po porodzie walcząc o każdy trening, walcząc o każdą godzinę snu, walcząc ze sobą o motywację i siłę. Pamiętam noc przed kiedy to ściągałam pokarm do późna w nocy, pamiętam to że mała nie dawała nam spać i pamiętam jak karmiłam ją zaraz po triathlonie kiedy słyszałam swoje nazwisko wywołane żeby wejść na podium. Za tydzień zmierzę się ponownie z moim „po-ciążowym” debiutem w triathlonie. Nireas Triathlon Larnaca w tym roku wypada 15 maja, czyli tydzień wcześniej niż w zeszłym.

IMG_20150524_185428

Strach ?

Dawno nie miałam takiej tremy przed startem. Jestem ciekawa na co mnie stać, nie wiem do końca czego się spodziewać. Czuję, że dużo przepracowałam, ale czy wystarczająco dużo żeby zdobyć to co chce? Czy stać mnie na taki czas, jaki cały czas błyszczy gdzieś w tyle mojej głowy ? Wiem ile może pójść nie tak, wiem jak nie obliczalny czasami bywa triathlon i wiem jak nie obliczalny może też być mój organizm. Pozytywnie, a zarazem negatywnie. Nie chcę wygrać, nie pragnę podium, choć nie powiem że zeszło roczna niespodzianka w postaci pierwszego miejsca była cudownym zwieńczeniem ciężkich po-porodowych przygotowań.

Chcę jednak wygrać z samą sobą, chciałabym poczuć że daję z siebie wszystko i chciałabym żeby minuty na mecie pokazały to że dałam radę, że spełniłam choć w minimalnym stopniu swoje oczekiwania. No ale czy nie są one wygórowane ?! Czy te godziny spędzone na rowerze, w butach biegowych, czy na basenie miały sens i sprostam swoim oczekiwaniom?!

Nie wiem….

 

 

Nie ma nic za darmo.

Często mówię, że nie umiem biegać, że nie umiem biegać szybko. Po ostatnim poście warszawskibiegacz.pl , głęboko przejrzałam swoje sumienie i stwierdzam że ma on rację. dodałabym tylko, że dzięki czemuś takiemu jak predyspozycje do pewnego sportu zaczynamy z innego etapu. Jedna osoba na wynik poniżej 50 min, na 10 km, będzie musiała włożyć więcej pracy niż druga. Jedni biegając parę razy w tygodniu bez celu, na zawodach schodzą poniżej 50 min, inni takim samym bieganiem osiągają wyniki w okolicach godziny.

Prawdą jednak jest, że biegamy tak szybko i tak daleko na ile sobie to wypracujemy. Biegam tak szybko, na ile ciężko pracuję na treningach. Po małym rachunku sumienia, nie mam co narzekać, że biegam takim tempem bo na takie tempo się przygotowuję. Biegam dużo wolniej niż bym chciała, ale nie ukrywam że nie lubię mocnych treningów biegowych, nie umiem wykonać ich na 100%. Nie znam swojego organizmu podczas biegu na tyle żeby wiedzieć kiedy biegnę na maksa, a kiedy na 90% moich możliwości. Ciężko jest mi przesuwać granice w bieganiu, ciężko bo chyba nie do końca chce. Albo chcę, ale się boje. Łatwiej jest wyjść na trening i zrobić go w swojej strefie komfortu.

Wiem, że do niedzieli już nic nie zdziałam, teraz tak na prawdę mogłabym tylko wszystko popsuć, ale mam nadzieję że popchnę swoje granice możliwości przez lato, nauczę się biegać szybciej i dalej, a dzięki temu będę silniejszą zawodniczką w triathlonie.

13124977_948119811967288_4557214751743389634_n

Dla niektórych ja trenuję dużo, dla mnie, Ci lepsi, trenują dużo,dla nich z kolei profesjonaliści trenują dużo. Każdy trenuje na tyle na ile go stać, na tyle na ile chce się zaangażować i na tyle na ile chce poprawiać swoje wyniki. Pomimo, że wielu z Was  nie myśli o takim intensywnym treningu jak ja, albo wielu z Was myśli, że jeszcze daleko mi do intensywnego treningu, to widzicie, że ja też mam blokady, z którymi muszę i chce walczyć. Ciężko jest przyznać się przed samym sobą, robiąc 9 treningów w tygodniu i będąc czasami nie od życia, że widocznie nie zrobiłam tego na tyle na ile mnie stać, albo na tyle na ile bym chciała, żeby w końcu przesuwać swoją granice możliwości. Czując kolejny rower w nogach, po którym 10 schodków jest trudnością, ciężko jest się przyznać, że nie daje z siebie wszystkiego na treningach, że powinnam trenować mocniej. Dlatego nie bójcie się bólu, zmęczenia, bo to właśnie on  sprawia, że na końcu czeka na nas ogromna satysfakcja i wygrana z własnym ja.

 

 

O.

 

 

 

Obóz treningowy na Cyprze – przyjemność z pożytecznym.

AKTYWNA MAMA CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Obóz treningowy na Cyprze – przyjemność z pożytecznym.

Zazwyczaj kiedy wiosna przychodzi do Polski wielkimi krokami, a majówka zazwyczaj dmucha zimnem i bardziej zimową niż letnią pogodą. My zawijamy manatki i lecimy na Cypr.

IMG_20160430_142842

 

Dla tych którzy nie wiedzą mamy prac sezonowe, więc wiosna i jesień jest naszym czasem wolnym, w którym załatwiamy wszystkie prywatne sprawy których w sezonie nie ma kiedy ogrnąć. Wiosną i jesienią też mamy czas dla siebie, czas na treningi i czas żeby podróżować dlatego co roku od paru dobrych lat śmigamy na Cypr. Dlaczego ? Bo to właśnie tu Zosi dziadkowie, którzy dawno temu wraz ze mną uciekli z Polski, teraz mieszkają.

Dlatego też zawsze kiedy lecimy na Cypr, mam wrażenie że w końcu będziemy mieli czas na wszystko. Że będzie czas na treningi, na zabawę, na spacery, na książki i na całą resztę, że blog będzie w końcu zapełniony nowymi postami, ale niestety. Jest tutaj za dużo bodźców, za dużo pięknych miejsc, za dużo knajpek, plaż i innych atrakcji i zawsze jest pełno rzeczy do roboty. A moje kilka stron w internecie świeci pustkami i czeka aż ja zarwę którąś noc i napiszę parę słów.

Dlatego dzisiaj kiedy grzejemy się nad basenem w przepięknym domu z widokiem na morze, a reszt rodzinki po porannym treningu i porannej pobudce poszła spać ja mam chwilę żeby usiąść w końcu z komputerem.

Nasz Cypr z którym jesteśmy mocno emocjonalnie związani, przeplata się co chwilę przez nasze życie. Od kilku lat został też naszym ulubionym miejscem do treningów.

Cypr to nie odkryta mekka dla triathlonistów. Są piękne piećdziesięcio-metrowe otwarte baseny, o morzu już nie wspomnę w którym aż chcę się robić treningi „open-water”. Promenady nadmorskie i inne ścieżki, których do biegania jest na prawdę dużo. No i najpiękniejsza rzecz, o jaką w wielu miejscach trudno, sieć niekończących się tras rowerowych. I to nie takich tam-i-spowrotem, płaskich i nijakich. Nie, tutaj jest po prostu masa przepięknych widokowo, pustych, górskich i na prawdę wymagających trasek. Mam wrażenie, że gdzie się nie pojedzie, ciut dalej od miasta, trasy się ciągną kilometrami. Można wspinać się na pobliskie wzgórza, i zrobić sobie krótki trening, a można pojechać na drugą stronę wyspy, lub eksplorować ja wzdłuż morza przez wiele wiele kilometrów. Cypr jest dosyć górzysta wyspą, nie mówię już o prawdziwych górach które sięgają tu do 2000 m, ale cała wyspa jest pofalowana. Tutaj aż chce się trenować, chce się spędzić pół dnia na rowerze, walcząc ze swoimi słabościami.

Dzisiaj jestem po mocnym treningu, miałam biegać, miałam pływać, ale dzisiaj mam wolne. Od jutra wrócę na treningowe ścieżki. Dzisiaj odpoczywam, pije wino z na wyspie pełnej wina i relaksuje się z moją księżniczką nad basenem. A jutro zapraszam Was na parę słów jak przebyć swoje pierwsze 120 km na szosie po górach !

Z pozdrowieniami z ciepłej wyspy,

O.