Tag: start

W roli kibica.

POLECANE TRIATHLON

W roli kibica.

Na wstępie powiem, że te starty emocjonalnie więcej mnie kosztują niż starty w moim wydaniu. Od łez szczęścia kiedy widzę go wbiegającego na metę, po przez łzy stresu i smutku kiedy widzę każdy grymas bólu, czy te okropne skurcze w nogach.

DSC_0170

 

13433360_978895195556416_250233849391022164_o

Starogard Gdański i Triatlon Energy to był mój debiut na 1/2 IRONMAN-a, to były dla mnie łzy szczęścia, że jestem w końcu na mecie, bo bolało, i łzy szczęścia że zdobyłam tą metę, bo wydawała się naprawdę odległym marzeniem. Mój debiut zaserwował mi pięć i pół godziny triathlonowego szaleństwa i po nie wiedziałam czy chce tego więcej, czy mam ochotę krzyczeć już nigdy więcej ! Impreza była fajna, kameralna, z okropnie trudnym biegiem, taka też była w tym roku. I co mnie najbardziej zadziwiło że ten bieg sponiewierał każdego tak samo mocno jak mnie w zeszłym roku.

Relacje z tegorocznego triathlonu mogłabym zacząć podobnie jak do swojego startu, bo logistyki z dwójką maluchów było co najmniej tyle co przy pakowaniu triathlonowej torby. Pobudka miała być przed 7-mą, żeby zapakować cały majdan do auta, trójkę dzieci, wielkiego psa i dwie matki triathlonistki. Torba dla dzieci pękała w szwach od ciuchów na każdą pogodę, bo dzień zaczął się rześko, od 14 stopni, a miał skończyć się na 30 stopniowym upale i masy zdrowych podjadaczy, co by można było przez chwilę w spokoju pokibicować. Na 8.30 musiałyśmy dojechać na start oddalony jakieś 30 kilometrów od naszego wiejskiego raju. Jak to zazwyczaj przystało, ja oczywiście musiałam zaspać i wściekła jak osa wstałam o 7.20. Wpadłam do kuchni zrobić sobie i młodej śniadanie, zapakowałam wózek, gondole, chustę i milion rzeczy na w razie co dla dwulatki i dwu-tygodniwego towarzysza. Wciągnęłam śniadanie w ekspresowym tempie, po czym udałam się na góre ogarnąć najpierw męską pieluchę, a potem moje dwuletnie szczęście, które na całe szczęście zdecydowało się współpracować. Jeszcze tylko szybki cycek przed wyjściem i chwile po ósmej siedzieliśmy wszyscy pędząc przez słabe asfaltówki na start naszych mężów.

Na miejscu i w sumie przez cały dzień nie było mniej intensywnie. Zaraz po starcie panowie do ekwipunku wózek i „trójka plus pies” dorzucili nam dwie wielkie torby triathlonowe które musiałyśmy dotargać do samochodów jakiś kilometr od T1. Jestem więc pewna, że nie jedna osoba spojrzała się na nas z politowaniem 🙂 Niemniej jednak nie takie rzeczy razem z Justyną robiłyśmy, więc ten cały majdan wydawał nam się w miarę na porządku dziennym.

IMG_20170618_190410_541

Panowie na starcie dostali małe kopniaki w tyłek, co bym im dobrze poszło. Wiedziałyśmy, że będzie dużo emocji, bo są na bardzo podobnym poziomie i obydwoje mają duże ambicje. Pomimo szczerych koleżeńskich więzi, każdy chciał być przed tym drugim. A my? Pomimo że szczerze życzyłyśmy wszystkiego co najlepsze drugiemu, w głębi duszy kibicowałyśmy, każda swojej drugiej połówce.

DSC_0580

Emocje przed startem w roli kibica są równie mocne, śmiałabym powiedzieć, że nawet mocniejsze niż te kiedy sama staje na linii startu. W powietrzu czuć tą niesamowitą atmosferę, ciarki przechodzą mi po plecach, oczy napełniają się jakimiś dziwnymi łzami szczęścia za każdym razem kiedy słyszę 10, 9, 8, 7,…. 3, 2, 1 START ! ! ! Tego nie zdarza mi się czuć kiedy na starcie stoję we własnej osobie. Wtedy przez moje ciało emanuje skupienie i pełna koncentracja na wyścigu.

No i… RUSZYLI. Start na Triathlon Energy zawsze jest z wody. Dla mnie pływaczki to bardzo fajna opcja. Nie lubię tego chaosu, przepychanki biegowej i walącego serca od przebierania nogami przez płytką wodę. Taki start można by powiedzieć jest bardziej „stabilny” dla serducha i naszego tętna. Łatwiej jest złapać rytm w wodzie i nie ma aż takiej pralki.

IMG_20170628_220219_546

 

DSC_0610Dobre pół godziny na pomoście minęło nadzwyczaj szybko, trzeba było zrobić dwa razy siku, rozłożyć i złożyć mały piknik na pomoście i zanim się obejrzałyśmy trzeba było zakładać na plecy triathlonowe plecaki naszych panów i drałować na wyjście z wody. Mój mąż na dzień dobry, zaserwował mi niezłą dawkę emocji. Na wyjściu z wody wyglądał jak walczący ze swoimi nogami maratończyk. Grymas bólu na twarzy i skurcze które złapały go w nogach sprawiły że moje oczy napełniły się łzami przerażenia. Bałam się o niego teraz stokroć bardziej. Widziałam już jak schodzi z trasy i bolało mnie to okropnie, przecież tyle trenował! Czy aby na pewno te wszystkie nocne trenażery, nocne biegania, bo przez moją ciąże i nasze bardzo zabiegane i zapracowane życie w zimie właśnie o takich porach musiał trenować, pójdą w las? Cała zdenerwowana bacznie obserwowałam go jak wychodził z przebieralni i jak biegł pod górkę do roweru, czy puściło ? Dosyć często po pływaniu w piance mój R ma okropne skurcze mięśni, więc jeśli ktoś ma pomysł dlaczego tak się dzieje to czekamy na opinie ?!

DSC_0629 2

No nic polecieli na rower, mamy jakieś 2.5 godziny żeby dotrzeć do T2. Biorąc pod uwagę, że wszystkie drogi w okolicy T2 ą zamknięte, wiedziałam że to idealny czas operacyjny z naszym majdanem. Oczywiście próbowałyśmy złapać naszych księciów na swoich rumakach (czytaj rowerach) ale niestety minęłyśmy się z nimi, a że trasa była rozległa i robili tylko dwa kółka wolałyśmy nie ryzykować z czekaniem na trasie rowerowej.

DSC_0659
Wielkim podziwem na trasie był Rafał z Paulinką, dziewczynką z porażeniem mózgowym. Wspólnie zrobili najkrótszy dystans. Płynął z pontonem, jechali razem na rowerze i biegł z wózkiem. Nasz Mateusz dzielnie im towarzyszył na ostatnim etapie, biegnąc ze swoją Laurą w wózku. <Parę słów o Mateuszu —> SKOK W BOK: „Męska strona medalu…” >

Kolejne ponad dwie godziny mineły nam niesamowicie szybko. Parkowanie, szukanie T2, spotkanie z Mateuszem który dzielnie kibicował chłopakom na biegu, lody, karmienie, przewijanie, kolejne siku i ze Stasiem na ramieniu wyhaczyłam naszego triathlonistę jak zjeżdża do strefy zmian. Cała drżąca, nadal ze Stasiem na ramieniu, podbiegłam do strefy i czekałam aż wybiegnie na bieg. Chciałam usłyszeć tylko że wszystko jest OK.

 

Gdyby ktoś z organizatorów to kiedykolwiek przeczytał to: brakuje tabliczki, znaku, jakiejkolwiek informacji że linia na której trzeba zejść z roweru jest dosłownie zaraz za zakrętem! Przykro było patrzeć jak połowa zawodników ledwo co zdążała z wypięciem butów. Część wbiegała do strefy z jednym na nodze, cześć z piskiem opon musiała hamować i w stresie się wypinać, część wpadała do strefy jeszcze na rowerze i musiała zawracać. Rzadko kto wiedział co się święci.

DSC_0673

 

IMG-20160625-WA0000Bieg był tak samo trudny jak w zeszłym roku, ta sama trasa i zrobiło się tak samo upalnie. Wiedziałam co czują, pamiętając swoje mocno zwalniające tempo z zeszłego roku. Bieg liczył 4 pętle po ok 5 km. Na każdej z pętli były trzy krótkie, ale dające w kość podbiegi. Pamiętam jak przez pierwsze dwa kółka miałam siłę, kolejne dwa jednak wygrały ze mną. To samo widać było na twarzach tegorocznych zawodników. Ból i zmęczenie, z boku poniekąd mi się podobało. Ja nie biegaczka, bo za taką się uważam, podbudowałam się widokiem tych mocnych biegaczy, których ten półmaraton kosztował tyle co mnie w zeszłym roku. Bieganie jest moją najsłabszą dyscypliną w triathlonie i pomimo że je kocham, to sama miłość do niego nie sprawia że jestem w nim szybka i mocna. Podbudował mnie więc fakt, że nawet Ci urodzeni biegacze cierpieli równie mocno, jak ja w zeszłym roku. Może nie jest wcale aż tak źle ze mną ?! 🙂

 

DSC_0693 2

DSC_0691

 

Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Logistyka dopracowana była do perfekcji, ferajna w postaci trójki dzieci, psa i dwóch mam kibiców została ogarnięta. Kibicowanie w chuście, podmienianie dzieci na drzemki w jednym wózku też się udało. Panowie mieli niezły doping który doprowadził ich do mety z życiówkami. Mój szalony mąż pomimo słabo wyglądającej swojej postaci zaraz po pływaniu, doleciał do mety w 4:50, z czego jestem bardzo dumna, a nasz kolega z którym się ścigał zaledwie o 2 minuty szybciej od niego. I pomimo, że obydwoje minęli się z podium zajmując 4-te i 5-te miejsce w kategorii to my żony JESTEŚMY Z WAS PRZE-DUMNE !
Fajnie było widzieć jak dajecie z siebie wszystko i jak walczycie ze sobą na wzajem.

Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !
Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !

 

Kocham te emocje i cieszę się że mogłam je poczuć na nowo, chociaż w roli kibica. To odliczanie do startu, ten bieg pomiędzy strefami zmian, żeby złapać jakąś fotkę, usłyszeć jak się czuje i czy coś mu potrzeba. Już nie mogę się doczekać swoich powrotów na te ścieżki. A różowy ARGON wiszący na ścianie, nie pomaga 🙂

Koniec sierpnia wkraczam ponownie do świata triathlonu na mojej ulubionej imprezie w sezonie! Triathlon Kraśnik i ukochana olimpijka! A może wcześniej skuszę się na jakiś krótki dystans ?? Macie coś do polecenia ??

Triathlon Energy Starogard wpisujemy do swojego kalendarza na następny rok.

 

IMG_20170618_190950_704

 

IMG_20170621_051503_629

O.

PZU Półmaraton Gdynia – rodzinny bieg, nasza życiówka i kolejny dowód że z dzieckiem też się da !

AKTYWNA MAMA BIEGANIE CODZIENNOŚĆ POLECANE

PZU Półmaraton Gdynia – rodzinny bieg, nasza życiówka i kolejny dowód że z dzieckiem też się da !

 

Kolejny półmaraton, jednak zupełnie inne emocje, zupełnie inna moc i zupełnie inna atmosfera.

Kocham biegi w Polsce, kocham biegi uliczne, dają one taką energię, że nawet kiedy nie ma szczytu formy to jest coś w powietrzu, co niesie Cię przez kolejne kilometry do mety.

 

20160320_100259

Tym razem startowaliśmy trochę z marszu, prosto z reżimu treningowego. Półmaraton ten wpisał się w nasze wakacje nad morzem trochę przypadkiem, ale dorzucił masy nowych emocji i ekstra rodzinnej atmosfery do naszych zmagań sportowych. Nie przygotowywaliśmy się specjalnie do tej imprezy, miała być ona dodatkiem do naszych treningów, jakiś fajnym elementem sportowym w czasie korzystania z atrakcji pomorza. Ale jak to przystało na ex-sportowca wyczynowca nie można nie mieć choć małych ambicji na zawody. Chciałam złamać 2 godziny. Mój solo czas to około 1:52, jednak z wózkiem biega mi się ciężej i dystanse typu półmaraton dają mi trochę w kość, w szczególności że żadna ze mnie biegaczka. Ale przecież trzeba mieć marzenia i nowe cele 🙂 ?

 

20160320_100224.jpg

Bieganie z wózkiem.

Jak zwykle kiedy w moje biegowe imprezy wchodzi bieganie z Zosia, tak i teraz miałam treme na kilka dni przed. Niby przerabiałyśmy to już, niby mała coraz lepiej znosi coraz dłuższe bieganie i siedzenie w wózku, niby jest to w trakcie jej drzemki i niby jesteśmy przygotowane na wszystkie możliwe zachcianki i sytuacje podczas biegu, a jednak? Ogarnęło mnie przerażenie, że przecież będzie to jej pierwszy bieg w którym bierze udział 5.5 tysiąca osób! Nie wiedziałam, jak zareaguje na taki tłum. Może będzie przerażona, może nie będzie mogła zasnąć przy tym huku i masie ludzi. No i jak zwykle przy półmaratonach największa zagwozdką jest czy wytrzyma tyle w wózku jeżeli nie zaśnie. Oprócz oczywiście moich kilku bóli brzucha, milionie analiz w głowie i całej masy przemyśleń „co będzie jak…”, mała gdy trzeba współpracuje. I tak oto do 12 km smacznie sobie spała. Potem machała do mijających biegaczy,dopingowała swoimi dziwnymi okrzykami innych biegnących amatorów, a na koniec pochrupała sobie chrupki ryżowe i rodzynki i tylko tak na prawdę ostatnie metry zaczęły ją troszkę denerwować. Do mety było blisko i tempo żwawe więc chwila frustracji szybko minęła. Jednak kolejny medal na szyi spodobał się chyba nawet naszej małej gwieździe.

20160320_121359.jpg

Rodzinny bieg.

PZU Półmaraton Gdynia to też nasz pierwszy uliczny bieg, który był typowo rodzinny. Miałam najlepsze wsparcie mentalne na jakie można było liczyć. Do samego startu Rafał nie miał planu w jakim tempie przebędzie najbliższe 21 kilometrów. Na starcie ja obiecałam, że nie będę narzekać, a on że nie będzie pouczał, więc z uśmiechami na twarzy podjęliśmy decyzję, że robimy razem ten bieg. Przez 21 kilometrów nasze nogi tupały koło siebie nieustannie. Myślę, że tempo które udało mi się utrzymać, to duża zasługa towarzyszącego mi męża, naszych swobodnych konwersacji i nieustającego reportażu z trasy.

20160320_105431_002_01

Zaczęliśmy żwawo, tzn szybciej niż planowaliśmy, jednak przez wiele lat treningów w basenie, a potem na windsurfingu, nauczyłam się słuchać swojego ciała i wiedzieć w jakiej jest formie już na samym początku zawodów. Wiedziałam, że dam radę, dlatego pewnie biegliśmy do przodu. Bałam się profilu trasy który pokazywał pierwsze 5 km pod górę, a nie ma co ukrywać biegnąć z wózkiem, górki i wiatr to te zmienne których boje się najbardziej. Potrafią mnie zabić, zatrzymać do zera i doprowadzić do łez. Jednak 5 kilometrów pod górę z górą endorfin pływających po organizmie, nie jest takie straszne. Stromsze momenty spędziłam wlepiona w asfalt, albo buty poprzedzającej mnie osoby, czekając na hasło że już jest płasko 🙂

Półmaraton na treningu, a na zawodach? 

Nie ma co ukrywać jest ogromna różnica. Na zawodach nawet gdy się nie chce to się chce. Masa ludzi pędząca koło Ciebie nie dość, że nie pozwala Ci na chwile słabości to jeszcze pcha Cię do przodu zazwyczaj w szybszym tempie niż się planowało. Niestety jeżeli nie zna się swojego organizmu to trzeba uważać na ta adrenalinę buzująca i tłum ciągnący do przodu, bo kilka kilometrów po starcie można się nieźle zdziwić. Początkującym radzę zaczynać powoli i przyspieszać w miarę możliwości. A Ci co wiedza co w trawie piszczy mogą pewnie mi doradzać 🙂

20160320_121114

fot. Mocne tempo na finishu!

Półmaraton Gdynia w liczbach.

Wystartowaliśmy z 4122 pozycji, na 4125 zawodników. Tak na prawdę byliśmy prawie ostatni, tylko dwie osoby przekroczyły linie startu po nas. Bieg skończyłam na 2703 pozycji z czasem 1:56:58, czyli podczas 21 kilometrów, wyprzedziłam 1419 osób. Całkiem sporo jak na moje oczekiwania.

Byłam 360 na 979 Pań, a 119 w swojej kategorii wiekowej.

Minus dla organizatorów ?

Tak jest parę. Pomimo że starty falowe ogólnie rzecz biorąc są fajne, nie ma ścisku na zwężeniach itp. Jednak starty co 2 minuty to zdecydowanie za długi czas pomiędzy falami, albo 6 fali na trochę powyżej 4 tysięcy osób to za dużo. Zdążyliśmy 3 razy zmarznąć, zanim wystartowaliśmy. Nasz start był 12 minut po pierwszej fali, a tak zwani peace-makearzy nie sprawdzali się w ogóle dla tych którzy startowali w kolejnych falach. Nam udało się dogonić tylko tych na 2:20 i 2:10.  Osoby liczące na zajączków niestety musiały startować w pierwszej lini żeby z nich korzystać.

No i meta. Wbiegając na metę chcę się widzieć swój czas, albo chociaż prawie swój czas. Ja wbiegając na metę zobaczyłam czas o 16 minut wolniejszy niż mój czas netto, który podawany jest jako jedyny przez organizatora w oficjalnych wynikach. Ogromna różnica! A jak się pędzi przez 21 kilometrów żeby złamać dwie godziny, to nie fajnie wbiega się na metę widząc że zegar pokazuje dużo ponad dwie godziny. A już nie mówię o pięknym pamiątkowym zdjęciu z zegarem !

Dziękuję tym co mnie wspierają w moich sportowych zmaganiach zarówno mojej rodzinie jak i wszystkim firmom które wieżą we mnie i w mój plan poszerzania horyzontów w sporcie. Bez nich nie było by takiej motywacji i takiego pięknego pomocnego ekwipunku 😉

Dzięki !!

Shock Absorber Poland 

Cep Polska

Britax Romer, BOB Stroller i firma Akpol Baby

Eko Farma Świętokrzyska

IMG_20160321_215034

fot. Najpiękniejszy moment z półmaratonu to kiedy dwa IRONMANy się spotkały na starcie.

 

Naładowana endorfinami

O.

 

Kto ze mną na Triathlon Kraśnik ??

CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

Kto ze mną na Triathlon Kraśnik ??

Kochane Panie, kochani Panowie. Co wy na to żeby porzucić rutynę, kupić tylko małą symboliczną różę,a w zamian za drogie prezenty, perfumy, ciuchy, torebki, buty kupicie sobie, lub kupicie Waszym sercowym wybrankom pakiet startowy na Triathlon !

Ja dzisiaj zrobiłam sobie prezent na dzień kobiet, a właściwie dostałam prezent na dzień kobiet, trochę z mojej inicjatywy, ale prezent ! 🙂 Pakiet startowy na Triathlon Kraśnik, już opłacony zawitał w moje ręce specjalnie na Dzień Kobiet !

12717506_1659810780946847_8912197971042129118_n

Dlaczego pakiet startowy jako prezent ?? 

Kolejny start, kolejne emocje, kolejne wyzwanie.

Kwiaty, choć piękne i pachnące, szybko zwiędną. Zapomnimy je podlać i uschną, albo po prostu się znudzą. Triathlon na pewno nie pozwoli Wam się nudzić. Ani przed startem, podczas treningów, ani w trakcie. Po też nuda nie będzie wchodziła w rachubę, bo złapiecie bakcyla i będziecie szukać kolejnych startów, kolejnych dystansów, kolejnych imprez.

Czekoladki też odpadają, bo przecież my sportowcy wolimy ciasteczka owsiane, RAW bary, ciasta z fasoli i inne cudawianki. Po kilku godzinach katorżniczego wyścigu, te wszystkie smakołyki będziecie połykać bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia i bez jakichkolwiek ograniczeń. Czyż nie warto ? 🙂

A tak na serio…

Pakiet startowy na prezent to super pomysł. Nie ma lepszego motywatora do ruszenia się z kanapy niż zawody i przecież nie musicie wchodzi w taki reżim treningowy jaki ja sobie funduje. Każdy trenuje na miarę swoich możliwości, każdy trenuje ile chce, na ile czas mu pozwala. Nie musicie od razu rzucać się na połówki, dystanse olimpijskie. Można zacząć od mniej wymagającego sprintu. W którym macie do przebycia tylko 750 m pływania, 20 km na rowerze i 5 km biegu. Wystarczy, że jesteście aktywni, biegacie, dorzucicie na chwilę rower i basen i sprint nie jest już Waszym wrogiem. Ba nawet stanie się Waszą nową pasją! Pakiet startowy jako prezent to pakiet pełny emocji, niezapomnianych wspomnień i radości, która na mecie nie omieszka Wam o sobie przypomnieć w postaci łez, szczęścia i uczucia spełnienia !

 

Dlaczego Kraśnik?

11975496_1060077520684014_840561921_o-1024x679

 

Bo jest to kameralna impreza na koniec lata. Idealna na zakończenie letnich wojaży.

Impreza mieści się nad Zalewem Kraśnickim, który jak na nasze polskie zalewy jest całkiem przyjemny do pływania. Rower na zamkniętych drogach i z możliwością draftingu był dla mnie czymś nowym a zarazem super przeżyciem. To tam po raz pierwszy jeździłam na szosie w peletonach, wymieniałam się pozycjami z resztą zawodników i wykręciłam najszybszą średnią jaką kiedykolwiek wykręciłam na szosie! Bieg w zeszłym roku, pomimo że był w trzydziesto-paro stopniowym upale, był całkiem przyjemny bo większość trasy biegła dookoła zalewu, więc delikatna bryza z nad wody ochładzała nasze zdecydowanie przegrzane ciała. Strażacy z jednostki oblewali nas wodą z węży strażackich, a chyba wszyscy „Kraśniczanie” wyszli na ulice żeby podawać wodę i polewać nas wiadrami pełnych zimnej cieczy.

 

DSC_0928

10620543_1614849362109656_6772403126062484078_n

DSC_0025 (1)

 

11926047_1616191701975422_7635774693351764205_o

DSC_0106 (1)

DSC_0116

 

Kraśnik okazał się fajną imprezą, kameralną, rodzinną i bez przepychu. Mogłam karmić Zoche na trawie, dzieciaki biegały po małej plażyczce, która mieściła się blisko naszego startu, typowo wakacyjny klimat. Do tego super nagrody i fajny klimat!

Dlatego w tym roku robimy reaktywację i zabieramy swoich znajomych na kolejne „Kraśnikowe” przygody. 

 

 

To co kto jedzie z nami ?

 

 

O.

IRONMAN GDYNIA 2016

CODZIENNOŚĆ TESTY TRIATHLON

IRONMAN GDYNIA 2016

Długo się zastanawiałam nad ta decyzją. Kilka tygodni temu padło hasło „robimy IRONMANA 70.3 w Gdyni?”. Jest to pewnie ostatni rok kiedy będą na tyle atrakcyjne ceny, że nie naruszy to naszego budżetu domowego aż tak dosadnie. Dlatego mówiliśmy, że jest to ostatni moment żeby wystartować w Gdyni.

Gdynia była od zawsze moim marzeniem. Od kiedy zaczęliśmy bawić się w triathlon, zawsze ta Gdynia się gdzieś przewijała. Któregoś roku, wzięłam nawet udział w konkursie na ambasadorkę Herbalife Gdynia. Jednak wszystkie lata do czasów ciąży spędzaliśmy w 100% poświęcając się pracy instruktorskiej na Półwyspie Helskim. Czasu na treningi było bardzo mało. A połówka to już nie byle co, nie można się tam pojawić na starcie bez pełnego przygotowania. Dlatego odkładaliśmy Gdynię na kolejny rok i kolejny. Potem była ciąża, a po ciąży nie wiedziałam co mnie czeka więc nie odważyłabym się zarejestrować. Jednak dobra wróżka prawie przyszła do mnie przez przypadek w sierpniu tego roku i Gdynia była już prawie u moich stóp. Niestety brak komunikacji, a może lepiej to nazwać utrudniony kontakt z organizatorami sprawił że nie dało się przejąć charytatywnie pakietu. Panowie zrobili nadzieje a potem musiały one same się gdzieś ulotnić.

No i po raz pierwszy od kilku lat wszystko było na TAK. Tylko nie ja. Nie wiedziałam jakie kolejne życiowe decyzje mnie czekają. Jakie kolejne kroki w swoim życiu chciałabym zrobić. Jednak aura dookoła naszej triathlonowej ekipy i ich chęci na Gdynię nie dawały spokoju. Po raz pierwszy wiedzieliśmy dokładnie kiedy ruszają zapisy i jak się za to wszystko zabrać. Wiedzieliśmy, że pierwsze 1000 osób rejestruje się za jeszcze nie miliony, więc decyzja zapadła. Na luzaku, bez ciśnienia jakie zawsze miałam myśląc o Gdyni stwierdziłam, że jak się uda to znaczy, że się miało udać.

I co ?? I się udało !

Już nie ma odwrotu.

IRONMAN 70.3 Gdynia 2016 jest MÓJ !

1.9 km pływania, 90 km roweru i 21 km biegu przede mną.

 

Dzisiaj czuję ulgę , wolność. Wiem, że podjęłam dobrą decyzję. Wiem, że to jest spełnienie kolejnego marzenia. I jak można mówić, że dziecko ogranicza ?? Jak można powiedzieć, że traci się motywację będąc mamą ?? Wszystko leży w naszych rękach, marzenia się nie spełniają !

Marzenia trzeba spełniać !!!

Dobrej nocy.

 

O.

 

Półmaraton z wózkiem? Też się da.

AKTYWNA MAMA BIEGANIE POLECANE

Półmaraton z wózkiem? Też się da.

Już od samego początku łamiemy z Zosią stereotypy. I nie robimy tego po to by słyszeć wyrazy podziwu od obcych czy tez od naszych bliskich. Co więcej, zdarza się że moje wyczyny i sportowe życie zamiast zbierać aprobacje, zbiera krzywe spojrzenia i brak akceptacji. Ale my znamy siebie, wiemy kiedy można, kiedy trzeba się zatrzymać a kiedy musimy sobie po prostu odpuścić.

Dlatego od kiedy Zosia była jeszcze w planach wiedziałam że sport ze mną zostanie. Jeszcze gdy mała była w brzuchu w swoim ciemnym cieplutkim świecie, razem przemierzałyśmy wiele kilometrów w butach biegowych. Treningi trwały i trwały, do ostatnich dni ciąży.
Po porodzie dosyć szybki powrót do formy sprawił, że treningi przeplatane były wspólnymi karmieniami, spacerami i byciu razem. A od kiedy jest ona na tyle duża by ponownie towarzyszyć mi w biegowych wyczynach zaprosiłam ją na nowo do mojego sportowego życia. I tak oto od dobrych kilku tygodni wspólnie przemierzamy kilometry. Ja pocąc się pchając wózek biegowy, ona zazwyczaj smacznie śpiąc w swoim przytulnym trójkołowcu.

Tym razem naszym wyzwaniem był półmaraton. Drugi w moim zyciu, a pierwszy w tak doborowym towarzystwie. Prawie do ostatniego dnia nie wiedziałam czy się tego podejmę. Wszystkie treningi na Cyprze kończyły się jakimś totalnym spadkiem formy. Wysokie tętno, straszliwe zmęczenie, kolki. Do tego w środku tygodnia dopadła mnie jakaś okropna choroba, wirusówka czy cokolwiek innego co to było. Po dwóch dniach w łóżku wstałam na nogi. W czwartek wspólnie z R roztruchtaliśmy gorsze dni i decyzja zapadła że biorę udział.
Pytanie było : „Sama, czy we dwie? ”

20151121_115451.jpg

Do dnia startu nie byłam pewna, tego co robię. Decyzja była że jeżeli będzie wiało więcej niż kilkanaście węzłów odpuszczam start we dwoje. Kosztowało by mnie to za dużo, biorąc pod uwagę pełne słońce które świeciło cały dzień, gorąco które przypominało lato na Cyprze i wymagająca trasa, która miała kilka perełek w postaci krótkich ale stromych podbiegów. Dotarliśmy an start a tu ani tyci wiatru.

20151122_083208

Co prawda teraz wiem, że pewnie nawet gdyby wiało to i tak zdecydowałabym się na wspólne 21 km. W mojej głowie ten półmaraton miał tylko sens we dwie.

PRZYGOTOWANIE WÓZKA I PARĘ SŁÓW O NIM:

Bieganie z wózkiem jest nie tylko sportowym wyzwaniem, ale i logistycznym. Trzeba się do tego odpowiednio przygotować. Mój IRONMAN po raz kolejny spisał się na medal. Pomimo, że nie miałam okazji przetestować wózków innej firmy, to wcale mnie do nich nie ciągnie. Firma BOB Britax, która jest producentem IRONMANa ma wszytko to czego się pragnie w wózku biegowym. Jest to chyba najlżejszy na rynku wózek, waży tylko 10.5 kg, więc kilogramy które miałam do pchania przez 21 km były ograniczone do minimum. Oczywiście trzeba też ograniczyć zawartość kosza na „w razie co” sytuacje, aby nie dodać sobie niepotrzebnego bagażu. Dlatego jak zwykle byłyśmy przygotowane na każdą sytuację, ale w minimalistycznym stopniu. Nasz kosz wypełniony był tylko jedną cienką dużą pieluszką tetrową, która w razie co miała służyć za kocyk czy osłonkę od słońca, trzema pampersami na zmianę, paczką ( też nie pełną) wilgotnych chusteczek, jednym gryzakiem i jedną zabawką. Jednak miałam cichą nadzieję, że tam nie będzie mi dane wcale zaglądać.

Wszystkie najbardziej potrzebne rzeczy znajdują się w naszym przyborniku który zamontowany jest na rączce. Przybornik to też wynalazek firmy Britax. Składa się on z dwóch oddzielnych uchwytów na napoje ( mieszczą się tam idealnie butelki zarówno dziecka, jak i półlitrowa woda mineralna lub izotonik), z środkowej dosyć sporej komory i zewnętrznych kieszeni, na np telefon, klucze i inne tego typu gadżety. Biorąc pod uwagę upał jaki nam towarzyszył, cieszyłam się jak głupia z tego że pcham wózek w którym mam powtykane dwie butelki wody (tym razem dla siebie) jedna do polewania i jedną do picia, kiedy inni podczas biegu musieli je trzymać w ręku lub korzystać tylko z punktów z wodą. Środkowa komora wypchana jest zawsze chrupkami Zosi, a tym razem dodatkowo małą butelką z wodą dla niej.

Bardzo fajną cechą BOB-ów jest daszek który pozwala zakryć bardzo dużą cześć naszego malucha, który smacznie śpi. Dzięki temu tylko Zosi nóżki wystawały na słońcu. Jednak te też sprytnie przykrywałam zwilżoną pieluszką tetrową, tak aby moja mała mi się nie ugotowała podczas dwu godzinnej jazdy w pełnym słońcu.

DSC_0480.jpg

CZAS START!

No i wystartowaliśmy, 300 osób w żarze śródziemnomorskiego słońca ruszyło do przodu. Coraz bardziej podobają mi się te starty na samym końcu. Czuję się dużo mocniejsza cały czas wyprzedzając, niż będąc wyprzedzana.

Bieg był idealnie w porze drzemki małej Z, więc mój plan był na spokojny bieg bez emocji w towarzystwie śpiącej Zosi. Niestety Zosia zrobiła mi ogromnego psikusa. Po wrzasku jakiego doświadczyłam na Biegu Niepodległości byłam przygotowana na podobną sytuację przed zaśnięciem tu. Tym razem mała po kilku mocniejszych bujnięciach na 3 kilometrze zamknęła oczy i smacznie spała. Niestety nie dotrwała w tym stanie zbyt długo, zanim zobaczyłyśmy tabliczkę 10 km słychać już było kwękanie i stękanie spod daszku. Biorąc pod uwagę fakt, że wózek nie jest jej ulubionym miejsce na świecie a do mety została nam dobra godzina, łzy same prawie napłynęły mi do oczu. Byłam pewna że na tym skończył się nasz bieg. Co prawda telefon w pełnej gotowości siedział w kieszeni, ale oddanie wózka mojej mamie która czekała na nas na mecie, bolało by tak samo mocno jak zejście z trasy we dwie.

Kilka prób ponownego uśpienia smoczek, picie, smoczek, picie, nie pomogły więc stwierdziłam że biegnę dokąd się da.

Udało się do końca ! Wspólnie dotarłyśmy na metę, pokonując 21 097 m. Moje nogi, moje ciało pchało wózek przed sobą przez ponad 21 kilometrów. Biegłam pchając 20 kilo przez dobre dwie godziny, bez maszerowania, bez przerw, co jakiś czas zgięta w pół wpychająca smoka, butelkę z wodą, podrzucająca wilgotne pieluszki, chrupki czy inne zabawki.

 

IMG_20151122_132407

IMG_20151122_131943

Jestem z siebie dumna. Tak na prawdę. Tak szczerze. Nie spodziewałabym się tego że ten dystans, ta temperatura i ta trasa będzie ode mnie wymagała takich pokładów energii. Nie spodziewałam się takiego wysiłku. Doprowadziłam siebie, swoje ciało, swój umysł do skraju możliwości. Ale dzięki temu jestem prze szczęśliwa, że się udało. Nie mi, a NAM! Jestem dumna że moją najcudowniejsza biegowa kompanka wraz ze mną dotarła na metę naszego PIERWSZEGO WSPÓLNEGO PÓŁMARATONU. Dzisiaj stwierdzam że był to wyczyn. Wyczyn którego się nie spodziewałam, a któremu sprostałam.

IMG_20151122_133850

Co prawda miałam ogromną nadzieję na złamanie dwóch godzin, ale niestety kosztowało by mnie to zbyt wiele. A przecież jesteśmy tylko amatorami i pomimo ogromnych sportowych ambicji które pozostały mi z młodzieńczych lat, to ma być zabawa i bycie aktywną mamą nauczyło mnie tego. Nauczyło mnie że czasami trzeba odpuścić, że trzeba być przygotowanym na niechciane sytuacje, że nie można mieć wszystkiego pod kontrolą. Nauczyło mnie cieszyć się z małych rzeczy, wyznaczać sobie nowe cele, które nie zawsze muszą być w 100% zrealizowane.

 

Nasza Zosia ma już na swoim koncie dwa medale i to nie takie które ja dla niej zdobyłam, ale takie które ona sama wywalczyła, dzielnie towarzysząc mi w sportowych wyzwaniach. I o dziwo w porównaniu do swojej mamy, na mecie zawsze wygląda na wyjątkowo wypoczętą.

Dziękuje firmie Shock Absorber Poland za biustonosz który spisał się na medal. Po raz pierwszy w życiu miałam możliwość pobiec w biegu ulicznym z pomiarem tętna, a to wszystko za sprawą właśnie tego Ultimate RUN Bra z wbudowanym paskiem HR firmy Shock Absorber.

 

O.

Mój pierwszy start z wózkiem.

AKTYWNA MAMA BIEGANIE

Mój pierwszy start z wózkiem.

Co prawda nie był to start idealny, nic nie poszło tak jak się spodziewałam, ale był to chyba najszczęśliwszy bieg w moim życiu.

Trema jaką miałam rano, przerodziła chyba się w jakieś nadprzyrodzone złoża mocy podczas samego biegu. Poranny strach, jedna wielka niewiadoma i coś czego najbardziej się obawiałam, porażka. Nie ze względu na siebie, nie ze względu na to że nie ukończyłabym biegu, ale ze względu na Was. Najgorsze co mogłoby być to powiedzieć Wam że się nie udało, że tyle hałasu o nic. Że te wszystkie przygotowania, milion wysłanych maili żeby uzyskać parę wózków do testów, milion telefonów w tej samej sprawie, w końcu zakup wózka i pierwsze biegi ze swoim 3 kołowcem, mogły być na nic ? Na szczęście nie. I co prawda kolejne biegi będą mniej emocjonalne, nie będą za nimi czaiły się słowa to „wszystko na nic”, nie będzie jednej wielkiej niewiadomej, bo już był ten pierwszy raz, który się udał. I nawet jeżeli następny się nie uda to będą kolejne które mogą się udać tak jak ten pierwszy !

DSC_0209

(Fot. zapożyczony łyk wody od Zosi)

A jak to się wszystko dzisiaj potoczyło?

Był to bieg pełen wyzwań, spory podbieg na początek, okropnie wiejący wiatr, który jak się okazało przez duża część trasy wiał nam w twarz, ryk małej na 3 kilometrze. Ze wszystkim wiedziałam że dam sobie radę, poza jednym – małą Z. Wiedziałam, że ten bieg jest uzależniony od niej. Nie od moich nóg, bo jakoś sobie poradzą, nie od moich rąk, mięśni brzucha bo też znałam ich możliwości, ale od naszej małej gwiazdy która albo będzie współpracować albo nie.

bieg11

Zaczęło się cudownie. Strzał startera zabrzmiał i ruszyliśmy. Tempo żwawe, góra przed nami, ale to ja wyprzedzałam wszystkich ( musiałyśmy wystartować na samym końcu, żeby nikt w nas nie powpadał na starcie). Mała gęgała, a raczej można powiedzieć „tato-wała” sobie w wózku obserwując kolorowe ubranka przed nami. Dopóki dopóty ubranka się nie znudziły, wiatr nie zaczął wiać w twarz i pojawił się jeden wielki wrzask. Bujanie, obniżenie do spania, nadal wrzask. No to smoczek, nadal wrzask. Stanęłyśmy, odpięłam, ułożyłam, poprawiłam, zamknęłam daszek, lepiej. Ruszamy … nadal wrzask. Do tego wózek teraz łapie straszne ilości wiatru. Myślałam, że otwarty łapał dużo wiatru i że z zamkniętym daszkiem będzie bardziej opływowy. Niestety tak nie było, wiatr wlatywał do środka i hamował mnie okropnie. Parę metrów dalej, ponowny postój tym razem sprawdzamy pieluchę, czysto. Do tego momentu wiele osób które od startu były już za nami, są znowu przed nami. No nic trudno, byle byśmy nie musiały schodzić z trasy.

Gdybym nie znała swojego dziecka to pewnie, nie odważyłabym się pobiec kolejnych 500 m z przeokropnym piskiem wydzierającym się spod IRONMAN-owego znaczka, który pewnie wszyscy w okolicznych osiedlach mieli szansę usłyszeć. Jednak wiedziałam, że ten wrzask chwilowy, choć okropny zawistuje spanie. Zanim wystartowałyśmy miałam szczerą nadzieję, że mała po prostu ulula się biegiem do snu. Tak nie było. Chyba zbyt duża ilość bodźców, słońce, wiatr, wyrwana ze spania w drodze na bieg, dały o sobie znać i musiało się to zakończyć wielką aferą. Na szczęście afera trwała tylko kilometr. Na 4 kilometrze mała słodko spała, a ja zaczęłam ponownie wyprzedzać.

To był chyba mój pierwszy w życiu bieg, podczas którego nie patrzyłam na zegarek i nie biegłam „swojego”. Biegłam tak jakby następnego kilometra miało nie być. Tyle ile sił miałam w nogach, bo nie wiedziałam co mnie czeka. Czy wiatr spowolni mnie na tyle że nie będę w stanie biec, czy mała Z nagle z wrzaskiem się nie obudzi. Wiatr był okropny, z R jesteśmy windsurferami więc wiemy kiedy na prawdę wieje mocno i dzisiaj był taki dzień. Na 7 kilometrze wiał prosto w twarz. Zapierałam się o wózek dwoma rękami, biegłam na palcach tak jakbym wbiegała pod wysoką górę, chowałam się za kim popadnie aby choć trochę się odciążyć jednak i tak porywy sprawiały że wózek wyhamowywał mnie do zera. Tempo spadło prawie o minutę w porównaniu do najlepszego kilometra. Następne były lepsze, były szybkie i pełne szczęścia, że najgorsze już za mną. Wyszedł z tego może trochę interwałowy bieg na „10”, ale biegłam po medal, nie dla wyniku. Biegłam dla satysfakcji, że bieganie z dzieckiem jest możliwe. Biegłam dla Was, żeby pokazać Wam, że to co robię, to do czego motywuję i zachęcam się udaje i ma sens. Że dzielenie się swoimi pasjami ze swoimi dziećmi jest najszczerszym szczęściem jakiego doznaję.

DSC_0228

A wynik, którego się nie spodziewałam wyszedł sam. Na zegarku GARMIN pokazał 52:08, czas brutto w okolicach 53 minut.

11988596_854060658039871_8562964945795564521_n

DSC_0236

I mój pierwszy wywiad do Radia Kielce.

DSC_0242

Dzisiejszy dzień dał mi wielkiego kopa do działania, do motywowania! Chciałbym kiedyś zobaczyć na starcie biegów ulicznych cały tył mam i ojców z wózkami, bo dlaczego mielibyśmy oddzielać życie rodzinne, dziecko od naszych pasji? W szczególności teraz kiedy mamy takie możliwości techniczne, sprzętowe. Dlaczego nie dzielić się z naszymi pociechami tym co kochamy od najmłodszych lat ?

Ja jestem na TAK i mam nadzieję, ze za mną pójdzie duże grono rodziców! 

O.

DSC_0205

Pierwszy półmaraton.

BIEGANIE

Pierwszy półmaraton.

IMG_20151024_214500

Jutro czeka mnie nowe wyzwanie. Co prawda miałam wielką nadzieję, że mała Z zaszczyci mnie swoją obecnością na tym biegu jednak nie wszystko zawsze idzie tak jak byśmy chcieli, więc muszę zadebiutować na tym dystansie solo.

Zosia będzie kibicować z boku. Tak naprawdę, wolałabym żeby przespała całą tą akcję biegową chodząc z ciocią na spacerze w wózku, ale jak będzie szczęśliwie kibicować też mi będzie pasowało.

Odkąd nasze małe stópki towarzyszą nam w rodzicielskim życiu, mamy zawsze trochę wiecej przygotowań przed startami. Nie tylko trzeba spakować swoje rzeczy, ciuchy i buty biegowe, numery startowe, paski do numerów, ewentualne żele, napoje lub izotoniki, ale jest cała wielka torba do spakowania dla Z. I tu mama musi pomyśleć o najdrobniejszej rzeczy, która może się przytrafić, bo nic się nie stanie jak afera wyniknie przy mnie. Gorzej jak będzie to u cioci na rękach. Pomimo że telefon na trasie na pewno będę miała, to niestety nic szybciej na metę nie dobiegnę. Z trasy też nie będę w stanie w drugiej części Gdańska zejść bo szybciej pewnie dotarłabym biegiem na metę niż przedzierając się bez pieniędzy taksówką, czy inna komunikacją miejską. Także nie ważne co będzie się działo z moimi dwoma stópkami szczęścia ja i tak ani jej ani cioci na odległość nie pomogę. Dlatego tak ważne jest zapakowanie wszystkiego co może się przyda, mogłoby się przydać lub po prostu się przyda. Torba małej będzie jak zwykle pękała w szwach, dlatego przygotować ją trzeba dziś.

A co w niej będzie ?? Oprócz standardowo pieluszek, chusteczek, Sudokremu, tetrówek, śliniaczka, ciuszków na zmianę, cała masa zabawek i smakołyków, tak żeby w razie co zająć ją ugotowanym kalafiorkiem, który sprawia tyle frajdy kiedy można go sobie samemu ciamkać. Obiadek w mojej wersji też musi być, bo inaczej jakiekolwiek próby nakarmienia mogą skończy się fiaskiem. Niestety nasza mała gwiazd anie toleruje słoiczków. Na siłę wciśnie się w nią może z 1/4, mocno zagadując i kombinując, ale tak o żeby jej którykolwiek zasmakował to się jeszcze nie udało. A niestety czasami ratowało by nam to życie. Jutro serwujemy kasze jaglaną z dynia, marchewką, gruszką i jarmużem. Dodatkowo zawsze w naszej torbie mają miejsce ryżowe wafelki HIPP-a, są BIO, smaczne i bez cukru, delikatnie słodzone owocami. Z ma już 6 zębów więc pięknie sobie z nimi radzi. Woda w butelce, dodatkowe mleko wsypane do torebki i wrzątek w termosie na w razie co gdyby już nie wiadomo jaka afera była. Podwieczorek też zawsze jest zapakowany gdyby nie wiadomo kiedy nasz dzień i celebracja się zakończyła. Na podwieczorek mamy kaszę ryżową z owockami. (kaszę sama przygotowuję owocki często daję ze słoiczka, wolę to niż faszerować ja nie ekologicznymi owocami z toną pestycydów, bo niestety nie za wiele jest łatwo bio owoców w naszym kraju)

No i chyba na tyle. Jesteśmy spakowane, ja na bieg ona na ogromną wyżerkę 🙂

Brzydko mówiąc gdyby coś poszło nie tak Zosia będzie miała zapchaną buzię.

Trzymajcie kciuki za jutrzejszy debiut!

O.

A może Bieszczady i Zaporowy Triathlon ?

PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

A może Bieszczady i Zaporowy Triathlon ?

A może tak tym razem w Bieszczady ??

Taka piękna myśl wpadła mi wczoraj w nocy do głowy. Co prawda parę znaków po drodze skierowało mnie w tym kierunku, więc wczoraj pod wpływem impulsu zapisałam się na Zaporowy Triathlon.

Tym razem naprawdę tylko po to by tam być. Nie dla wyniku, nie dla wygranej, tak bez podium. Dla czystej satysfakcji, dla niezapomnianych chwil. Chciałabym po prostu to przeżyć. Przepłynąć 1.5 km trasę zaraz koło zapory w lodowatym jeziorze. Przejechać wymagającą trasę kolarską przez nasze piękne Bieszczady, wycisnąć siódme poty na stromych, ciężkich podjazdach. I wziąć udział w pierwszy w życiu biegu górskim wdrapując się na grzbiet Kozieńca. Zaporowy triathlon byłby wyzwaniem. Nie z upałem, tempem, prędkością i ambicjami. Byłby wyzwaniem samym w sobie. Ukończenie i wzięcie w nim udziału byłoby dla mnie triumfem, satysfakcją, spełnieniem. Nie jestem przygotowany fizycznie do takich podjazdów, takich podbiegów. Moje treningi uwzględniały dotychczas tempo i prędkość. Nie wiem jak mój organizm by się zachował podczas takiego wyzwania, ale dopóki nie spróbuję to się nie dowiem.

Czy można lepiej zakończyć nadzwyczajny sezon startowy niż triathlon w przepięknej scenerii naszych Bieszczad? Jeżeli życie pozwoli, to stanę tam na starcie i będę cieszyć się każdą sekundą podczas tego wysiłku.

Marzenia rodzą marzenia, przyszła pora na kolejne.

O.

Kolejny triumf.

TRIATHLON

Kolejny triumf.

Usiadłam. W końcu. Wykąpana, szczęśliwa i spełniona.

Karmiąc małą zastanawiałam się jak zacząć ten post. Ale chyba nie można inaczej niż szczerze i od początku.

Jadąc miałam mieszane uczucia. Bałam się strasznie, że się zawiodę, na sobie na swoich możliwościach. Niby czułam się silniejsza niż na Cyprze, ale wiedziałam że mniej trenowałam. To znaczy mniej intensywnie. I nie mówię tu nie o intensywności treningu samego w sobie bo intensywność ta była zdecydowanie większa, ale o ich częstotliwości. Treningi były regularne, ale nie tak częste jak przed poprzednim startem. Dlatego nie wiedziałam czego się spodziewać. Czułam, że jeżdżę szybciej na rowerze, czułam że wzmocniłam się cała dlatego też szybciej pływam. Wiedziałam, że biec potrafię już też w dobrym tempie jak chcę i jestem wypoczęta. Ale co gdy połączymy te wszystkie dyscypliny, w takich dystansach jak dzisiaj i wyjdzie brak wytrzymałości? Bałam się, że nie podołam swoim oczekiwaniom. Bałam się swojej reakcji na porażkę i bałam się czy będę umiała ją zaakceptować.

Plan był, żeby dać radę dotrzeć do mety szybciej niż na ostatnim triathlonie, ale panowie na odprawie szybko wybili mi to z głowy. Okazało się, że trasa rowerowa została wydłużona do 45 km, zamiast 40 km. Co dawało od razu plus 10 min, przy średniej jeździe na rowerze 30km/h ( a jest to już duża prędkość jeśli mówimy o średniej prędkości ). No nic przestałam gdybać i zaakceptowałam wszystko takie jak było. Stwierdziłam, że nigdy nie będzie dwóch takich samych startów, dystansów, warunków, więc muszę zrobić go na 100% możliwości i tyle.

Pływanie poszło mi dobrze, nawet bardzo dobrze. Z wody wyszłam jako 7, sporo osób widziałam cały czas młócących wodę za sobą gdy ja już ściągałam piankę. Dystans wydawał się z brzegu jak dobre 5 km a nie 1.5 km, ale jak już byliśmy w wodzie bojki pojawiały się w miarę szybko przede mną. Tu nastąpił mały kryzys i bardzo dużo dało mi trzeźwe myślenie. Pianka była źle ułożona, ciągnęła mnie i ściskała w lewym udzie tak mocno, że nie mogłam pracować w ogóle lewą nogą. Kończyło się to okropnymi skurczami i wrażeniem drętwienia i braku dopływu krwi do reszty kończyny. Ale oczywiście pomyślałam sobie o mojej dzielnej Chrissy, która z czymś złamanym ukończyła IRONMANA, więc i ja stwierdziłam że dam radę. W sumie to tylko 1.5 km.

Obawiałam się roweru, bałam się czy te skurcze nie będą miały swoich konsekwencji w jeździe na rowerze. Na szczęście nie. Wychodząc z wody już zupełnie o tym zapomniałam. Strefa zmian poszła szybciutko. Wskoczyłam na rower i pomknęłam. Trasa była wymagająca. Może nie było jakiś dużych podjazdów, ale parę górek było, przez co tempo było nierówne. Nie dało się położyć na lemondce i jechać, równym stałym tempem od początku do końca. Dodatkowo dużo zakrętów, zwalniania, przyspieszania wszystko dało się odczuć niestety w nogach. Które zaczęły mi puchnąć, do czasu aż dwójka zawodników jadąca w małym peletonie zaczęła krzyczeć ” DAWAJ KAROLINA UCZEP SIĘ NAS”. Co prawda do Karoliny mi daleko (choćby imiennie), ale nie był to głupi pomysł i pedałując z całych sił usiadłam im na koło tworząc już 3 osobowy peleton. Pierwszy raz miałam okazję jechać komuś na kole i wymieniać się ciągnąc od czasu do czasu całą bandę. Słyszałam tylko od R po TAURON-owym wyścigu jak to jest. Pociągnęłam z nimi 3 kółka. Dopiero po 40 km, kiedy to chłopcy próbowali uczepić się „świeżutkeigo” sprinterskiego peletonu odpadłam. Nogi nie dały rady już przyspieszać. Odpuściłam więc i zostałam w tyle jadąc ostatnie kilometry swoim tempem. Bo przecież został jeszcze bieg!

Rower pocisnęłam lepiej niż mogłam się tego spodziewać, 45 km zrobiłam w czasie o minutę wolniejszym niż 40 km na Cyprze, czyli pojechałam rower o dobre 9 minut szybciej niż tam!

Hmm. BIEG. No cóż bieg od 5 km był totalną masakrą i chyba nie tylko dla mnie. Co drugi zawodnik szedł co chwile próbując złapać trochę sił. Okrutny skwar i 35°C dało się we znaki. Dodatkowo start był o 11:30, czyli idealnie w najgorsze słońce. Lało się z nas jak w saunie. Lekki wiaterek który dało się czuć biegnąc nad zalewem, niestety znikał gdy wbiegało się w uliczki zabudowane domami. Tutaj wielki plus dla tych co wylęgli na ulice, widząc nasze spuchnięte czerwone twarze, wołające „WODY !” Lali na nas wiadrami, podawali w kubkach wodę co mieli w domu. Ratownicy otworzyli szlauch i sikali na nas w dwóch miejscach. Wielki szacunek i podziękowania za tak bezinteresowną pomoc. Myślę, że gdyby nie ten skwar i nie te warunki pogodowe, to z biegu byłabym też bardzo zadowolona. Nogi miały siłę, to słońce mnie wykańczało. Zaczęłam bieg na 4:57 min/km, bałam się że za szybko i cały czas próbowałam zwolnić, ale biegło mi się dobrze. Na 4 kilometrze tempo zeszło do 5:20 ( ale taki był plan żeby biec na 5:20, więc nie przeszkadzało mi to), a po 6-tym niestety opadłam z sił i człapałam na 5:55 min/km. Powiem szczerze, że mogłam się zmusić i biec szybciej. Ale odpuściłam. Stwierdziłam, że 2 minuty mnie nie zbawią na mecie. Dziewczyn startujących na dystansie olimpijskim nie widziałam daleko przed i daleko za sobą, więc po co przesadzać. Dreszcze przechodziły przez całe ciało, co chwile dając znać że mój system termoregulacji zaczyna kuleć. W buzi miałam Saharę, ciepłą i tak samo suchą jak tak prawdziwa. Myślę, że mogła bym sobie narobić więcej złego doprowadzeniem się do skraju wyczerpania, odwodnienia. Przecież jesteśmy amatorami i każdy z nas ma swoje granice. Przecież na koniec dnia mamy z tego czerpać przyjemność. Wiadomo że boli, każdy start boli, ale ten ból jest chwilowy, akceptowalny. Taki ból wyczerpanego organizmu mogłabym czuć dłużej niż planowałam, a przecież jestem MAMĄ i nie mogę sobie na to pozwolić. Bo domowy świat stanął by do góry nogami.

Tak czy siak, dzisiaj poczułam gdzie leżą moje granice możliwości. Nigdy w mojej dotychczasowej karierze triathlonowej, wynik nie kosztował mnie tak wiele. Czuję się niesamowicie spełniona, szczęśliwa i dumna że udało mi się dotrwałam a wiele razy podczas startu chciałam odpuścić, ulec zmęczeniu. Czas końcowy to 2:46:50, zajęłam 2 miejsce w kategorii Open Kobiet i 1 miejsce w swojej kategorii wiekowej K2 25-34. Niby 2 minuty gorzej niż na Cyprze, ale wiedząc że dystans na rowerze wynosił 45 km, zamiast 40 km, to spokojnie mogę odjąć 10 min rowerowe i powiedzieć, że polepszyłam się o 8 minut! 8 minut w triathlonie w przeciągu 2 miesięcy?? TAK JESTEM DUMNA !

IMG_20150830_200042

IMG_20150830_224446

Jednak na największe gratulacje zasługuje nasza „SUPERCIOCIA”, bez której ten dzień nie mógł by wyglądać tak jak wyglądał i bez której pomocy nie poradzilibyśmy sobie sami. Marta jesteś WIELKA !

O.