Tag: starty

Wtórpol Triathlon, Triathlon Kraśnik i Castle Triathlon Malbork –

Bez kategorii TRIATHLON

Wtórpol Triathlon, Triathlon Kraśnik i Castle Triathlon Malbork –

ZAWSZE W NIEDOCZASIE.

 

Nie wiem czy z niecierpliwością po każdym starcie czekacie na relację, czy w ogólne Was one nie interesują. Wiem jednak, że coraz ciężej mi się je pisze, bo przecież ileż można pisać o tym jak mi poszło, jakie były moje odczucia, przeczucia. Po co tam jechałam, dla fun-u i zabawy, czy po pierwsze miejsce.

Tym cieżej mi się pisze kiedy to cały czas jesteśmy w rozjazdach, spędzamy czas z dzieciakami, albo wracamy do domu na chwilę, głównie po to żeby podlać kwiatki i się przepakować. To lato było na prawdę intensywne, jak nie starty i wyjazdy, to cały czas był ktoś u nas. Myślę, że zrobiliśmy więcej kilometrów niż kamperowcy, a wszystko to z dzieciakami pod pachą. Stąd moje zagubienie w sferze bloga.

Na prawdę ciągnąc kilka srok za ogon totalnie nie umiem sobie z priorytezować pisania. Mam momenty wahania czy w ogóle ktoś tu jeszcze jest. Potem wiem że jesteście, ale czy chcecie o tym akurat słyszeć. I tak w kółko czasu brak, a zaległości robią się tak duże, że po miesiącu czasami nie warto w ogóle wracać do tych chwil i przemyśleń. Bo przecież świat idzie dalej, a moje teksty zaczynają się i nigdy nie mają czasu się skończyć.

TRIATHLONY – STARTY

Każdy z tych startów był inny, towarzyszyły mu inne emocje, była inna pogoda, kto iny je organizował. Może, więc nie wypada wsadzać ich do jednego wora, ale chce o nich napisać, inaczej niż zwykle i zaoszczędzić Wam zbędnego czytania, bo pewnie tez zawsze jesteście w NIEDOCZASIE.

WTÓRPOL TRIATHLON – Skarżysko-Kamienna

 

 

To był jeden z niewielu triathlonów na który jechałam po coś konkretnego, po konkretne miejsce, po pierwszą trójkę i fajną nagrodę pieniężną.

Start był tydzień po Super League Triathlon w Poznaniu. Tydzień po jednym z najważniejszych startów w sezonie, nie liczyłam więc na jakiś magiczny wzrost formy, w szczególności, że w Poznaniu padła życiówka. Skarżyska w ogólne nie brałam pod uwagę planując sezon. Tym bardziej, że mój Rafik miał w planach start, a jak on startuje to ja pilnuje dzieci.

Tym razem było jednak inaczej. Zapisałam się 3 dni przed startem, uprzednio sprawdzając listy startowe. Maria Cześnik, nasz była olimpijka, i Petters Klaudia bodajże, nasza PRO-ska. Poza nimi jedna kobieta na podobnym poziomie co ja. Trochę wysiłku i jestem 3-cia, a co za tym idzie fajna kasa w kieszeni. W czwartek przed zawodami niestety na instagramie Monika Chodyna wrzuciła post, że zmierza na spontaniczny start. Moje przeczucia były prawidłowe, wiedziałam, że zobaczymy się na starcie, pewnie tak samo jak ja jechała po nagrodę, szkoda tylko, że zapisała się chwilę po mnie ! Ha ha.

Cały misterny plan legł w gruzach. Ostatecznie w ogólne nie chciało mi się startować. Aura nie pomagała, poranny deszcz, zimno, wróciły wspomnienia z Kraśnika z Mistrzostw Polski sprzed roku. Skoro jednak powiedziałam A, to powiem też B i C i D … Wystartowałam. Nie miałam szczęścia do pływania w tym roku, a to w Skarzysku tylko potwierdziło moją passę. Woda była przerażająca, po raz pierwszy zostałam wciągnieta pod wodę. Jakieś dziewczyna złapała mnie za ramię i ściągnęła za siebie. Najgorsze było to, że Ci ludzie wcale szybko nie płynęli, poniewierali mną, wpływali na mnie i łapali za każdą kończynę. A kiedy ja zaczęłam machać rękoma wyprzedzałam ich o długość ciała.

Uratował mnie Kola, nasz przyajciel, który dosłownie zatrzymał siebie i wszystkich za sobą i pozwolił mi zacząć normalnie płynąć. Po tych przeżyciach uciekłam zupełnie na prawą stronę trzymając dystans około 10 metrów od wszystkich pływaków. Byłam wściekła, rozumiałam te wszytskie osoby które łapią traumy w wodzie podczas startów. Nikomu nie życzę takich doświadczeń. Potem było juz z górki. Rower pojechałam zajebiście, 2-gi czas wśród kobiet, zaraz za Marią Cześnik. Wyprzedziłam Klaudię Petters, i zrobiłam lepszy czas niż Monika. Pomimo, że lał deszcz i wiał niemiłosiernie wiatr, rower bardzo mi się podobał. Były podjazdy zjazdy, cały czas się coś działo. Była też chwila grozy, kiedy straciłam panowanie nad rowerem. Podczas mocnego podmuchu na śliskiej jezdni rower zaczął mi myszkować,  a ja zobaczyłam siebie na pobliskim płocie, ale na szczęście wyciągnęłam się z tego i dotarłam prawie szczęśliwe do strefy. Prawie, bo na belce spadłam z roweru.  Przeceniłam swoją prędkość w tych warunkach i niestety rower został na belce a ja poleciałam do przodu. Nic się jednak nie stało, szybko wróciłam po rower i poleciałam dalej. Bieganie było wyjątkowe. Po pierwsze super mi się biegło. Przez pierwsze 5 kilometrów biegłam w niesamowitym komforcie, w całkiem dobrym tempie przez las. Po drugie na drugim kółku wyszłam totalnie poza swoją strefę komfortu, lecąc ostatnie 3 kilometry na 4:30 min/km, uciekając przed kobietą którą miałam na plecach. Najpierw oczywiście musiałam stoczyć walkę ze swoim mózgiem, ale po kilku mocnych słowach i przekleństwach w jego kierunku, nogi w bólu z każdym metrem przyspieszały.

Czy warto było ? JASNE ostatecznie byłam 1-wsza w swojej kategorii, wygrałam tylko i aż 600 zł, nie dostałam się na mocno obstawione podium OPEN, ale start był bardzo udany. Cóż więcej można chcieć niż dać z siebie wszystko i zgarnąć chociaż te kilka stówek 🙂

Strefa finiszera w Skarżysku, to był raj dla zmęczonego ciała i .... brzucha :) Nigdy nie widziałam tak pysznie i obficie obsadzonej strefy. Było wszystko to co wszędzie w nieograniczonej ilości, ale była też lemoniada naturalna, tort, ciasta, jagodzianki. Była kawa, dobre jedzenie, na które wyjątkowo mieliśmy ochotę. Było też słońce które ogrzewało nas podczas ceremonii wręczania nagród. Taka najsmaczniejsza z możliwych wisienka na torcie.
Ponadto wszystkie zdjęcia FREE, wszystkie dostępne z DATASPORT w dużej rozdzielczości. Fajne są takie małe gesty które, za które wiemy że płacimy <3

 

TRIATHLON KRAŚNIK 2019

 

To kolejny spontaniczny start. to też start do którego mam chyba największy sentyment. To mój pierwszy start w Polsce, mój pierwszy start po urodzeniu Zosi i Stasia. To super, rodzinna impreza, cudowna atmosfera i sami swoi. Jesteśmy tam co roku od 5 lat. I aż zal było mi pomysleć, że w tym roku mogłoby mnie nie być.

W tym roku było inaczej. Kraśnik słynie z tego, że zawody są rozgrywane w konwencji z draftem. W zeszłym roku były tam Mistrzostwa Polski na dystansie olimpijskim i rozgorzałe rozmowy doprowadziły do tego, że dozwolone były czasówki, ale zabroniony był drafting. W tym roku organizatorzy chcieli wrócić do korzeni, czyli rozegrać zawody w takiej konwencji w jakiej olimpijka powinna być rozgrywana, czyli z draftem. Internet jednak jest okrutny i polemiki jakie powstały wokół organizatorów, sprawiły, że została podjęta decyzja: „Zawody z draftem, ale bez czasówek”.

Tutaj zaczął się problem dla mnie. Moja szosa grzeje się od kilku lat na Cyprze. W Polsce mam tylko ARGONA, czyli czasówkę. Nie chciałam pożyczać roweru od bliskich mi osób, bo na zawodach nie dbam o sprzęt. Nie myślę o tym czy go porysuję, czy mi upadnie, ma być szybko i tyle. Start był coraz bliżej, moje chęci na udział w nim coraz większe więc zaczęłam działać.

Najpierw przeprowadziłam rozmowy z organizatorem czy ewentualnie im uda się cos dla mnie ogarnąć. Maja kilka zaprzyjaźnionych sklepów. W między czasie jednak napisałam do LIV Polska. Nie powiem, że taki LiV-ek nie byłby spełnieniem marzeń. Od wielu lat patrze się na te rowerki z zachwytem. Oczywiście żeby nie było za łatwo, osoba za to odpowiedzialna była na wakacjach. Rowerku żadnego testowego nie było. Ale rozmowy szybo przeistoczyły się w czyny. I w sumie z niecały tydzień doleciał do mnie nowiuteńki LIV, czarny, elegancki i zupełnie inny niż moje wszystkie rowery. Zakochałam się.

Czasu na jego ustawienie i złożenie nie mieliśmy za dużo. Na szczęście z pomącą przyszedł, mój mąż i nasz rowerowy kumpel Mati. Chłopaki spędzili pół nocy żeby rozgryźć jak złożyć przerzutki, ponaciągać linki, ustawić je tak żeby chodziły cichuteńko, szybko i idealnie. Na 2 dni przed startem zrobiłam sobie króciutki rozjazd, żeby jako tako ustawić rower. Nie powiem, że nie było to ciężkie zadanie, jeżdżąc przez ostatnie 4 miesiące tylko na czasówce, nie mogłam się oprzeć żeby wymusić w sobie pozycję jak najbardziej zbliżoną do tej jaką mam na rowerze czasowym.

Start sam w sobie był IDEALNY. Płynęło mi się niesamowicie, po prawie całym sezonie niekończącej się walki w wodzie, w Kraśniku wszystko to odpuściło. Najszybsza grupa odpłynęła, ja zostałam kawałek za nią i tam przez 1500 metrów płynęłam zupełnie sama, w swoim tempie, na luzie, z luźną głową. To było to. Rower, jak to na LIV-a przystało poszedł znakomicie. Wiało dość mocno, co na szosie można było bardzo mocno odczuć jadąc samej, na szczęście zawody były w konwencji z draftem, a co za tym idzie współpraca i pociągi. Pierwsze kółko zrobiłam praktycznie sama, tak to jest cholera jak się za szybko z wody wychodzi. Na drugim doleciała do mnie pociąg, chyba najszybszy pociąg na tych zawodach, z moim mężem na czele.

Chłopaki pozwolili się dołączyć i tak przez kolejne dwa kółka pędziłam razem z nimi. Ich tempo, zrywy po nawrotkach na prawdę były przeze mnie prawie nie osiągalne, a jednak trzymałam się i nie chciałam odpuścić. Zmusili mnie do pedałowania czasami nawet ponad 300 WATT, a średnie Watt-y jakie mi wyszły z całego startu dochodziły prawie pod 200, czyli były sporo wyższe niż kiedykolwiek na innych zawodach. Dostałam w dupę, ale tak pozytywnie, wyprzedziłam wszystkie możliwe kobiety, choć była tam tylko jedna szybsza pływaczka. Ostatnie kółko niestety intercity odjechało, moje nogi fizycznie były totalnie zajechane i nie dały rady utrzymać rwanego ostatniego kółka. I tak bardzo im dziękuję za mega współpracę, a satysfakcja, że wiekszą część wyścigu jechałam z mężem który zazwyczaj wyprzedza mnie jak pendolino, zostanie w e mnie na długo.

Biegani trzeba było utrzymać. Trzeba było więc utrzymałam. Nie było tam żadnych przypływów nadprzyrodzonych sił, raczej na 8-mym kilometrze totalnie mnie odcinało i chyba mocny rower dawał się we znaki, ale satysfakcja pozwoliło dobiec na metę mniej więcej tak jakie były założenia.

Kraśnik po enty był NIEZWYKŁY. Po raz drugi też stanęłam na pierwszym stopniu podium OPEN. Po raz drugi w swoim życiu, na mecie złapałam ta szarfę i podniosłam ja nad głowę. Te emocje są na prawdę warte każdej przepracowanej godziny na treningu. Oby więcej takich!

Muszę też niezmiernie podziękować firmie LIV Polska, bo bez nich ten start byłby NIEMOŻLIWY <3 Rower spisał się jak marzenie !

CASTLE TRIATHLON MALBORK 2019

 

Malbork był trochę jak takie wiadro zimnej wody. Ten sezon serio brałam z przymkniętymi oczami. Treningi były totalnie rozklepane, raz w totalnym reżimie, raz w totalnym chaosie. Oczywiście nie przez trenera, ale przez samą siebie. Tym bardziej dziękuję, że Adam z <platforma treningowa i-Sport> się nie poddał i nie kopnął mnie w tyłek. Taki miałam sezon takie podejście. Potrzebowałam tego luzu, nie chciałam wpadać w reżim treningowy, ale ambicje miałam.

Najszybciej pisząc i tak wystarczająco długo prześlizgiwałam się z fajnymi wynikami przez ten sezon. Co prawda padła tylko jedna życiówka, ale właśnie wtedy kiedy najbardziej jej chciałam. Dlatego Malbork pomimo udanego startu, prze cudownej atmosfery, bo jak wiecie starty w towarzystwie są zdecydowanie fajniejsze niż te solo, to dostałam w dupę psychicznie. Trochę, bo długo to nie trwało, ale szczęście na mecie musiałam sobie sama wcisnąć do głowy.

Start ogólnie bardzo pozytywny, mocna obsada, Gosia Otworowska i Ola z GVT, czyli nasze Polskie konie. Ponadto startowała też kolejna mocna zawodniczka, z którą nie raz spotkałam się w zeszłym roku. Wiedziałam, że na miejsce OPEN nie mam szans, a jednak ambicje miałam żeby zorbić to szybciej, mocniej niż w zesżłym roku. Woda fajna, szkoda że start falowy nie był do końca falowy tylko zrobione było wąskie gardło, bo przy wejściu do wody dostawało się łokciami od innych nadgorliwych zawodników. W wodzie jednak to wszystko sie rozmyło i płynęło się przyjemnie. Zresztą tak jak zawsze w Malborku. Wdech ZAMEK, wdech ZAMEK, takich widoków raczej nie znajdziecie nigdzie indziej!

Rower bajka, ale tylko w jedną stronę. Czułam taki GAZ, taką siłę, a Watty i prędkość tylko to potwierdzały. Niestety w policzek dostałam po nawrotce. Piękna średnia powyżej 37 km/h cały czas powolutku malała. Dostaliśmy wiatr w twarz i pomimo że przed startem wydawało się, że wiatru nie ma. Czaił się skubany gdzieś na trasie. Pomimo to, rower jak zwykle, 36km/h utrzymane, świeżość zachowana, ale mały niesmak że z powrotem tak ciężko i tak sporo wolniej niż w tamtą stronę. SERIO miałam wrażenie, że w końcu utrzymam tą prędkość powyżej 37. Ale jeszcze nie tym razem.

Bieganie, też niby było spoko. Pobiegłam szybciej niż w zeszłym roku, rower też pojechałam trochę mocniej. Pływanie było tylko wolniejsze ale to o pare sekund. Końcowy wynik jednak był wolniejszy o minutę. I weź tu teraz wytłumacz swojej głowie, że strefy zmian były sporo dłuższe, bo praktycznie 2 minuty więcej tam spędziłam. Że wcale nie było tak źle. Niestety w momencie przekraczania mety nie da się. Przynajmniej nie u mnie.

Teraz z perspektywy czasu, cieszę się, że takie wiadro zimnej wody wylało mi się na głowę. Cieszę się bo, choć emocji nie ma juz we mnie to wspomnienia o nich jak najbardziej TAK. A co za tym idzie, kiedy nie będzie mi się chciało, zrobic tych interwałów, tego treningu CORE przez zimę. Nie będzie mi się chciało siadać na ten trenażer, albo wychodzić na dwór pojeździć bo słaba pogoda. To wrócę sobie w mojej blond głowie do tego startu i jeszcze raz przemyślę i przewartościuję sobie to czego tak na prawdę chcę.

Jeżeli szukasz luzu, to daj go sobie też na mecie, a nie tylko na treningach. Jeżeli zależy ci jednak, na tych cyferkach, polepszaniu się i na kolejnych małych kroczkach w kierunku bycia silniejszym sportowcem to pokaż to też na treningach i nie odpuszczaj gdy jest ciężej, albo auro nie do końca sprzyja.

 

Teraz cieszę się, że nie przez cały sezon się tak łatwo prześlizgnęłam. Cieszę się, że były lepsze i gorsze momenty, bo to właśnie one dokładnie pokazały mi czego chcę, jakie mam wyniki przy danym zaangażowaniu i czy robie to wszystko wber sobie czy w zgodzie ze sobą.

Oby kolejny sezon był tak pozytywny jak ten.

Nie idealny.

Indywidualny, ale mój.

 

Bio Mama…..

P.S. Żeby nie było, pod koniec października startujemy jeszcze na Cyprze, ale tam SERIO SERIO muszę sobie głowę wyczyścić przed, bo ostatnio było mocno zdrowotnie w moim życiu, a nie treningowo :p

 

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

TRIATHLON

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

Malbork.

No i TRACH…

 

Tak to się robi!

Jedzie się na spontanie z luźną głową, uśmiechem na buzi i bez spiny na jakikolwiek wynik czy miejsce i wszystko kończy się TAK !

41378795_1168593513287702_1575633998355365888_o

Jestem sportowcem, więc starty aby wystartować nie istnieją.  Zawsze ambicje przejmą pałeczkę i dorzucą ściganie się do każdego wystąpienia. Jak już jestem na linii startu, to ogarniam to moje całe ciało i próbuję wycisnąć z niego tyle co w danym momencie jestem w stanie.

Do Malborka nie planowałam przyjechać jako zawodniczka, ale około 2 tygodnie przed odkupiłam pakiet startowy od przyszłej mamy (powodzenia !) Pakiet można było bez problemu przepisać i w ten oto sposób Malbork stał się kolejnym celem sportowym w tym roku.

Na szczęście mam już nad sobą trenera,a właściwie trenerkę <i-Sport> która bardzo szybciutko po przestawiała moje treningi tak żeby podtrzymać formę i wystartować jeszcze w gazie. Wiadomo że od Poznania który poszedł mi dokładnie tak jak chciałam zawsze jest ta nutka która krzyczy więcej, jeszcze, szybciej. Chciałam pojechać rower troszkę mocniej pobiec podobnie a na pływaniu w ogóle się nie skupiałam, bo pomimo formy życia na basenie, na zawodach jakoś mi to szło jak zawsze. Dobrze ale bez szału. Wypad do Malborka bez dzieci. Już tu, zaczęło być to mega frajdą. Drugi mój start w życiu gdzie nie ogarniałam strefy zmian z dzieciakami pod pachą i pierwszy w życiu odkąd zostaliśmy rodzicami tylko z mężem!

Czuliśmy się jak na pierwszej randce, ogromna ekscytacja. Wszystko było na spokojnie, ja z totalnie luźna głową, bo przecież tylko siebie mam do ogarnięcia. Czuliśmy się jak na wakacjach, jak studenci za starych bezdzietnych czasów. Dzieciaki zostawiliśmy z babcią. Zazwyczaj lubię ich brać ze sobą, ale raz na jakiś czas odmiana nam też się przyda. Poza tym pbudka była o 5 rano, wyjazd chwilę po. Do Malborka musieliśmy dojechać na 7, bo odbiór pakietów był do 7.30, na zamku. Szkoda było mi ich targać o tak wczesnych porach żeby koczowali z nami od rana do wieczora. Dotarliśmy do Malborka, szybka akcja z odebraniem pakietu, szybki skok do strefy zmian a tam… masa znajomych, znajomych buzi i fajna atmosfera.

ZACZĘŁA SIĘ ZABAWA.

 

Po Kraśniku miałam mocny tydzień treningowy. Natomiast kolejny był małym odpuszczeniem które kończyło się właśnie zawodami w Malborku. Mocny tydzień dał w kość, ale że podczas tygodnia odpoczynku głównie „wakacjowaliśmy” to raczej skupiłam się na byciu mamą, niż triathlonistką. Wpadł jakiś tam rower, jakieś tam delikatne bieganko, ale o pływaniu prawie zapomniałam. Nie miałam pojęcia, więc w jakiej dyspozycji jestem, w co celować i na co się nastawiać.

Poza tym bez dzieci wszystko było jakieś takie spokojniejsze. Myślałam o sobie nie o nich, nie stresowałam się, tylko już przed startem dobrze się bawiłam. Korzystałam z chwili, cieszyłam się że tam jestem. Zrobiłam rozgrzewkę, założyłam piankę, dostałam odwiecznego przedstartowego buziaka od męża kibica i poszłam na start.

malbork0173

PŁYWANIE.

Rolling start, zdarzyło mi się startować z tobą tylko dwa razy, ale kocham Cię od pierwszego spotkania. Nie lubię pływać w pralce, chyba nikt nie lubi, ale ja mam traumę z dzieciństwa i podwójnie wkurzają mnie ręce ocierające się o moje nogi. Pamiętam jak na treningach zawsze wkurzaliśmy się na tych co zamiast ruszyć dupę i wyprzedzić pływali i „lizali” po stopach, czekając aż ktoś się zatrzyma i ich przepuści. Nie rozumiałam tego za tamtych czasów i nie rozumiem tego do dziś. Rozumiem że pływają inni w nogach, rozumiem że niektórym ciężko się nawiguje i wpadną na mnie od czasu do czasu, ale NIENAWIDZĘ jak ktoś bezczelnie płynie w moich nogach i zamiast wyprzedzić napływa na mnie i jedzie rękoma już od prawie łydek czekając nie wiem na co, wybijając z rytmu i ciągnąc mnie prawie do tyłu. JA TEGO NIE ROBIĘ.

Niemniej jednak ROLLING START W Malborku to był strzał w dziesiątkę. A pływanie jakimś totalnym kosmosem, na które czekałam cały sezon. Po raz pierwszy skupiłam się nie na szybko i mocno, tylko na technice. Wiedziałam, że przez cały sezon spinając się na lepsze pływanie nic nie ugrałam, więc teraz też byłam pewna, że z tego nic nie wyjdzie. Odciągając głowę skupiłam się na technice, dobre pociągnięcie i radość, która towarzyszyła już od samego wejścia do wody. Wszyscy zawodnicy bardzo kulturalnie wskakiwali do wody, nie było przepychanek, każdy po kolei przebiegał przez belkę i siup do Nogatu. Piękne widoki, tłum ludzi stojących na kładce i obserwujących czy ich zawodnik już wskoczył czy jeszcze nie 🙂 Wpadłam do wody gdzieś z przodu, widziałam koło mnie na starcie tylko jedną dziewuchę, reszta ustawiła się gdzieś z tyłu. Zastanawiałam się żeby wejść do wody trochę bardziej z tyłu strefy żeby dziewczyny mieć przy bliżej siebie i mieć jakieś odniesienie gdzie są one a gdzie ja. Dość szybko wybiłam to sobie z głowy. Olałam dziewczyny i konkurencję i stwierdziłam, że lepiej płynąć tam gdzie moje tempo niż przepychać się z tyłu przez wszystkich.

41509722_1170411893105864_5596491860139835392_o

Wpadam do wody, wysyłam ponętny uśmiech do męża stojącego na kładce, widzę że mnie widzi i robię swoje. Bez pośpiechu swoim tempem, a jednak wyprzedzam. Widzę damską głowę która koło mnie gdzieś startowała, spokojnym tempem ją wyprzedzam, zresztą jak wiele innych osób, ale nie skupiam się zbytnio na tym. Próbuje porządnie nawigować, i płynę spokojnie swoje. Wiem że dobieg do strefy zmian który ma z 200 metrów wliczony jest w pływanie. Próbuje zapamiętać, żeby wyłączyć zegarek zaraz po wyjściu z wody tak aby w końcu jakoś miarodajnie zobaczyć jak szybko, lub jak wolno pływam. Pierwszy zakręt i lecimy prosto na zamek, drugi zakręt, pusto na bojce w końcu mogę to robić kraulem, a nie po swojemu żabą i prawie pod bojką. Płyniemy z powrotem do wyjścia, po prawej stronie widać czerwone mury największego zamku na Świecie. Rzeka, zamek i cała rycerska otoczka na prawdę robią wrażenie.

Pogoda jest raczej chłodna niż gorąca nie skupiam się na moczeniu głowy w Nogacie przed wyjściem z wody. Wyjście jest wąskie i z bardzo głębokiego dosyć szybko robi się płyciutko więc szkoda mi czasu i kombinowania z zamaczaniem głowy, wybiegam więc w czepku na głowie i okularkach, które zrywam zaraz po wyjściu z wody. PYK przełączam zegarek i chyba po raz pierwszy w życiu udaje mi się go prze-klikać zaraz po wyjściu z wody a nie gdzieś w połowie strefy zmian. PAMIĘTAŁAM!

Garmin pokazał mi ciutkę ponad 1000 metrów na pływaniu, które pokonałam w 15:05 minut, co dało mi średnią 1:29 min / 100 m !!! Jeszcze nigdy nie popłynęłam tak szybko na zawodach. Długo nie chciałam uwierzyć w to co widziałam na Stravie, czy garminconnect, ale wszystko jest tam wypisane jak byk. Powoli zaczynam wierzyć w te cyfry.

Gdzieś przy strefie słyszę Rafała dopingującego. Krzyczy żebym pamiętała o kasku i o jego zapięciu. Wiedział że miałam kare w poznaniu za to i wolał przypomnieć. Szybka strefa rachu ciachu i już mam rower w ręku, kask na głowie i biegnę do belki. Razem ze mną wybiega jakaś dziewczyna, oczywiście nie mam zielonego pojęcia skąd się tak szybko wzięła koło mnie, bo gdy ja byłam przy rowerze, „ONA” dopiero wybiegała z wody  i pomimo że robiła to w jakimś kosmicznym tempie sprinterskim, to i tak miałam wrażenie że ktoś przewinął do przodu jej strefę zmian o dobrą minutę.

 

ROWER.

malbork0776

Rower to była niespodziewajka. Założeń na rower nie miałam żadnych,  to znaczy miałam. Miało być MOCNO, ale bez patrzenia na watty. Pomimo, że oszukiwałam i delikatnie kontrolowałam to co na rowerze się dzieję z wattami <przepraszam Pani trener jeśli to czytasz> ale za to miałam luźną głowę i wattów na przekór tego jak się czuję, kurczowo nie trzymałam. Trasa rowerowa była płaściutka jak lustro, nawet w Poznaniu wydaje mi się że było więcej wzniesień niż tu. Liczyłam więc na fajną średnią z roweru, ale….

Tu się zaczyna. Trasa super, ale wiodąca przez puste pola, a co za tym idzie wietrznie. Wiatr wiał od początku roweru, ale w mieście nie wydawał się taki silny. Na rozległych polach, przez które prowadziła trasa kolarska czuć było go dosyć mocno, a jak nie czułam go na buzi, to widziałam go na liczniku, na wattach i przy prędkości. Dziewczyna która na rower wypadła równo ze mną, trzymała mocne tempo. Usiadłam jakieś 20-30 metrów za nią i próbowałam nie powiększać jej przewagi. Jechaliśmy i jechaliśmy, w tamtą stronę przekręciłam nogą o dobre 10 Watt więcej, niż założenia na poprzednich zawodach. Pomimo to średnią ledwo co utrzymywałam w granicach 33 km/h. Wiedziałam, że jest pod wiatr, ale trochę nie chciało mi się wierzyć, że aż tak. Jechałam swoje i nie pozwalałam sprinterce ze strefy się ode mnie oddalić. Chwile przed nawrotką koło 20 kilometra, widziałam że ewidentnie zbliżam się do dziewczyny przede mną. Nie lubię na zawodach bez draftu wyprzedzać się na zmianę z kimś, utrzymując oczywiście dozwolone metry. Ale tak czy siak czuję się wtedy jak niektórzy kierowcy jadący po autostradzie i wyprzedzający samochód który od czasu do czasu zwolni o 1 km/h. Jeśli rozumiecie o co chodzi. Chciałam zaoszczędzić nam tego wymijania.

Jej tempo jednak mocno spada, a mi watty lecą w dół, decyduję się więc na wyprzedzanie. Byłam ciekawa czy to taktyczne zagranie, czy raczej zbyt mocny początek. Wymijając ją zapytałam czy puchnie, czy próbuje mnie taktycznie zajechać. Na co ona z uśmiechem odpowiedziała, że jest ze sztafety i się ze mną nie ściga. Teraz wszytsko kliknęło. Nagle było zrozumiałe dlaczego tak szybko ze strefy zmian wystrzeliła ONA, a tamta ONA takim sprintem leciała do strefy zmian. ( a już się bałam że to jakaś turbo biegaczka której nawet potu nie zdążyłabym powąchać jakby mnie wyprzedzała na biegu)malbork0239

 

Kamień z serca, że to nie jakieś taktyczne zagrywki których ja nie znam i z których nie umiem się wybronić. Jadę dalej swoje, nawet bez odwracania się czy jest gdzieś blisko mnie czy nie. Po nawrotce WATTY, nagle mocno spadły a ja nagle leciałam co najmniej 38 km/h. Na prawdę wiało. Rower pojechałam dobrze, pewnie z powrotem mogłam mocniej, ale chyba zawsze mam wrażenie, że mogłam trochę mocniej. Powrót był przyjemny bo, nie czułam zmęczenia, powiedziałabym nawet że fajnie się jechało tak szybko i tak luźno. Dobijałam do średniej 35 km/h, która jest już dla mnie przyzwoitą średnią i jak tam dobiłam to byłam już szczęśliwa. Rower wyszedł mi podobnie jak w Poznaniu 1:17.

 

Schodząc z roweru pojawiła się koło mnie kolejna kobieta, co było znowu jakąś nierealną sytuacją, ale ja ostatni często mam takie więc zupełnie na niej się nie skupiałam tylko leciałam swoje. Schodząc z rower ktoś mi krzyknął że jestem druga. Na wybiegu z T2, ktoś krzyknął, że jestem 3. A ja śmiejąc się dodałam, chyba pierwsza.

41516677_2133754550219132_4342544117616607232_o

BIEGANIE.

 

Wybiegając z T2 nie znalazłam mojego wiecznego kibica, stali natomiast chłopaki z TRIATHLON KRAŚNIK TEAM, filmujący i dopingujący mnie z mega uśmiechami. Ponieważ znamy się nie rok nie dwa, znowu totalnie wyluzowałam się i wbiegłam na trasę biegową z uśmiechem i bez spiny. Dzięki !

Po przebiegnięciu przez kładkę, stali kolejni #psychofani, czyli cała TRIWAWA i mój mąż. Darli się, komplementowali i kazali nie patrzeć na zegarek tylko biec swoje. Trochę posłuchałam, trochę nie. Na zegarek patrzyłam, ale biegłam swoje. Biegło mi się cudownie. Traska w cieniu przez park, trochę byłam zaskoczona nawierzchnią, bo biegliśmy po mocno utwardzonym szutrze, ale nie przeszkadzało żeby trzymać tempo. Miałam nadzieję, że trasa wiedzie tam i spowrotem, bo nie ukrywam, że start na spontanie i trasie biegowej na mapie nie przypatrywałam się za bardzo. Pierwsza nawrotka malutki, ale stromy podbieg i lecimy dalej. Tutaj szur miejscami był troszkę bardziej piaszczysty, ale nadal nie przeszkadzało mi to w trzymaniu tempa. PIerwsze 3 kilometry leciałam na 4:45 min/km i może udało by mi się to utrzymać gdyby nie zaczęła się trasa widokowa i kocie łby. Wypadamy z parku biegniemy trochę po chodniku, po prawej stronie cały czas widać zamek.

Wbiegamy gdzieś w jedna z jego części, robimy nawrotkę, przebiegamy po drewnianym mostku, potem trasa leci w głąb zamku przez bramę, na drugą stronę.

malbork1150

Totalnie nie mam pojęcia już po której stronie jestem, ale gdzieś tam znowu mamy nawrotkę i zbiegamy tym razem do fosy. Tam nawierzchnią jest trawa i kamienna droga, znowu wypadam z rytmu i tempo jest urywane. Siła w nogach jest, ale ja, leszcz begowy nie bardzo sobię radzę tymi cienkimi stópkami na kamieniach i kocich łbach. Nie biegam po tego typu trasach i nie umiem po takim czymś biegać. Tempo więc troszkę spada, mija mi już ponad 6 kilometrów,a ja dopiero na nowo wypadam w okolice moich psychofanów. Wiem, że trasa będzie ciut dłuższa i nastawiam się na to bo bieganie dla mnie zawsze jest trudne i wolę się mile zaskoczyć, że będzie krócej niż płakać na koniec, że to jeszcze nie koniec. Dobiegam do Rafała, on w swoich japonkach człapie pare metrów przy mnie i mówi że jestem pierwsza i że nie wiedza jak daleko jest następna dziewczyna, ale na pewno daleko. Ja mówię że rolling, strat i że jeszcze na mecie mogą mnie dobiec, a on że kolejna jest za 10 minut i nie ma takiej opcji. Biegnę uśmiechnięta, ale trasa mnie męczy i bieganie nie jest już na totalnej świeżości i luzie. Niemneij jednak wiem, że zostało tylko 5 kilometrów, a z tym sobie dam radę.

41537168_2133754556885798_3301690924081348608_o

Trochę zwiedzam trochę obserwuje innych, trochę się uśmiecham, trochę boli. Turyści ze słuchawkami na uszach dopingują w rożnych językach. Zakręt za zakrętem, brama, kolejny zakręt i zbiegam do fosy. Przebiegam przez fosę słyszę, jakiś doping, głos spikera i mikrofon i cieszę się że to już. Zegarek pokazuje już ponad 10,5 kilometrów. Meta jest jeszcze za kilkaset metrów, trasa więc była dłuższa, tak jak mi się wydawało. Dobieg na metę biegnie wzdłuż murów zamkowych, wolontariusz wskazuje drogę na metę.

JESTEM.

 

JA.

 

PIERWSZA KOBIETA.

malbork1787

 

ZWYCIĘŻCZYNI NA 1/4 IRONMANA W MALBORKU !!!

 

cof

Wyłania się META i ta biała taśma, o której zawsze marzyłam żeby ją złapać i podnieść nad głowę jako zwyciężczyni ! Nie myślałam, że to zdarzy się dziś, nie myślałam że jestem na tym poziomie. Cały sezon utrzymywałam się w pierwszej 4 OPEN, ale nie przeszło mi przez myśl (ok, no przeszło że fajnie by było,ale …), że w tym sezonie uda mi się wygrać i to na takiej dużej i popularnej imprezie w Polsce.

Wbiegam na metę, po raz pierwszy od wielu wielu startów na prawdę się wzruszyłam. Poczułam, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku i choć moja konkurencja startowała kolejnego dnia na 1/2, to i tak czułam się jak prawdziwa zwyciężczyni!

Na mecie wszyscy mnie wyściskali, przybili piątki, zaraz wzięli mnie do mikrofonu, potem na wywiad do internetu. Potem jedno radio, drugie radio, jakaś lokalna telewizja i tak dalej. Przez dobre 15 minut czułam się jak Daniela Ryf, w polskim wydaniu. Super emocje, super impreza, mega pozytywna i bardzo zachęcająca do kolejnych startów.

cof

Pomijam już fakt, że triathlon w Malborku jest magiczny choćby przez samo miejsce w jakim rozgrywają się zawody, ale ludzie robią klimat. I tak jak Triathlon w Kraśniku rozkochał mnie w sobie, tak samo Malbork będę wspominać bardzo pozytywnie przez jeszcze baaardzo długi czas.

malbork1845

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MAM TO ! Pierwsza wygrana w triathlonie. Nie wiem czy życiówka, ale jak nie życiówka, to czas zbliżony do czasu w Poznaniu, czyli 1/4 Ironmana i 2:27. Kolejna życiówka wybiegana na 10 kilometrów, pomimo tak trudnej trasy i końcowych cyfr na bieganiu, które pokazało mi ostatecznie około 10 km i 800 metrów.

 

fbt

A na mecie, zaczepił mnie taki triathlonista. Mega pozytywna postać, niesamowity człowiek i oprócz tego że super gotuje, całkiem niezły triathlonista. Jeszcze trochę musi potrenować, żeby mi skopać tyłek, ale drepcze po piętach więc może być z siebie dumny! 

Brawo Karol masz u mnie kolejną porcję ciacha! :)

 

ZAPRASZAM WAS DO MALBORKA!

Jak to organizatorzy piszą, żeby posmakować jak smakuje Polski triathlon trzeba wystartować w Malborku. A pogoda była idealnie triathlonowa, więc chyba zamienili się famą z Kraśnikiem 🙂

KONIEC SEZONU Z PIERDOLNIĘCIEM ! A CO !?

malbork3169

Biegająca Bio Mama.

 

 

Triathlon Energy, triathlon wygrywa się bieganiem, a może głową ?!

POLECANE TRIATHLON

Triathlon Energy, triathlon wygrywa się bieganiem, a może głową ?!

Triathlon wygrywa się bieganiem.

Nie raz słyszałam ten cytat, jednak nigdy nie udało mi się do niego ustosunkować. Ja triathlony wygrywam pływaniem i rowerem, a bieganiem tylko utrzymuje pozycje, albo próbuje bardzo na nim nie spaść.

 

Dzisiaj mogę napisać, TRIATHLON WYGRYWA SIĘ BIEGANIEM, a może głową ?!

 

37701981_2023354024647674_5299313963303960576_o

No właśnie.

Moja głowa od początku nie była dobrze nastawiona na ten start. Trochę przez naciągane papier, nożyce , kamień, trochę przez to że nie miałam dobrych treningów przed. Trochę przez to że po górach z dzieciakami nie odpoczęłam i wpadłam w wir pracy od razu po powrocie do domu. Nie dosypianie, słabe treningi, brak mocy, wszystko sprawiło że nie czułam się mocna i gotowa do walki. Ale to ja zostałam wytypowana do reprezentacji rodziny więc trzeba było się zmierzyć z celem.

Super start na początku lipca w Poznaniu myślę, że też postawił poprzeczkę dużo wyżej. Kosmiczny bieg w moim wykonaniu, mocny rower i świetne pływanie, pokazały że stać mnie na naprawdę wiele. Cały czas żyje tym startem, cały czas o nim myślę. Niestety też cały czas mam wrażenie że powinnam się polepszać i każdy kolejny start chcę zrobić lepiej. Poznań podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, wczoraj nie byłam w stanie temu dorównać. Nie te trasy, nie ten asfalt, nie to bieganie, ale walczyłam jak lew do KOŃCA!

 ****

RODZINNY WYPAD

Nie wiem jak macie Wy, kiedy jeździcie na imprezy sportowe. Nie wiem czy wolicie samemu, z dzieciakami, czy tylko z mężem, lub żoną. My zazwyczaj robimy z tego rodzinny wypad do nowego miejsca. Na parę dni przed jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać, kto startuje, bo pakiety mieliśmy obydwoje kupione i czy w ogóle pojedziemy. Rafał liczył na pomoc siostry, ale one uciekła nam do Włoch, ja miałam nadzieję że ktoś z naszych bliskich znajomych zapakuje się z nami i też wystartuje, ale tam podziały się turbulencje. Zostaliśmy więc sami.  Zdecydowaliśmy, że szkoda tracić dwa pakiety, niech chociaż jedno wystartuje. Naciągane papier nożyce kamień wytypowało mnie do reprezentowania rodziny. W środę zapadła decyzja, że jedziemy. Moja zdeterminowana osobowość po piątym telefonie do hotelu, załatwiła nam pokój za 209 zł, z obiadokolacją w dniu przyjazdu, śniadaniem w dniu wyjazdu i nielimitowanym dostępem do basenów dla całej naszej 4-rki, a baseny wygladaly na prawde przyzwoicie na zdjęciach !!!!

Nie mogło być nie fajnie.

Bełchatów sam w sobie mnie zaskoczył. Ładny rynek/deptak z przyjemnymi knajpkami, na którym była strefa zmian i meta wyścigu. Okolice natomiast mocno wiejsko-przemysłowe, z hotelem WODNIK nad gorącym jeziorem, akwenem pływackim Słok. To był właśnie nasz hotel. Stary, z zabarwiona już czasem elewacją. Zamiast aqua parku który sobie wyobrażaliśmy, 25-metrowym basen do trenowania, i ogromny brodzik, płytki basen z ciepłą wodą dla dzieci, paroma biczami i króciutką ślizgawką. Idealnie głęboki, taki żeby dzieci mogły pływać ale też stanąć i czuć się swobodnie w wodzie. Obok prawie 100 metrowa rura czyli frajda dla wszystkich. Niby nic, a mam wrażenie że dało to moim dzieciom tyle radochy niż niejednej idealny park wodny!

Hotel położony jest nad samą wodą, zaraz obok jeziorka i w środku lasu, zza którego wystają było tylko buchające gorącą parą, ogromne kominy Bełchatowskiej elektrowni. To nie była klimatyczna agroturystyka, z wege jedzeniem, własnym winem i leśnym SPA. Hotel moloch, trochę jak człowiek orkiestra, bo wiele się działo ale nie do końca wiedzieliśmy o co dokładnie w tej całej infrastrukturze chodzi, ale z tak przesympatyczną obsługą, skierowany na klienta, że dla samych ludzi i miłej atmosfery chce się tam wrócić. Nic nie było problemem: baseny po godzinach, pies bez zapowiedzi, dzieci bez dopłaty z dostawką czy bez. Czułam się tam jak prawdziwy gość hotelowy, a nie intruz, co ostatnio dało nam się odczuć w Okunince.

****

ALE DO STARTU…

 

Start o fajnej godzinie, 10.30. Nie trzeba zrywać się na nogi z samego rana. Można spokojnie zjeść śniadanie, wypić kawę i przetransportować się do strefy zmian. Jak to zwykle na imprezach Triathlon Energy bywa, tym razem też strefy były 2 strefy i worki. Te worki nie do końca mi leżą, bo są zdecydowanie dłuższymi strefami zmian, ale są do ogarnięcia więc bez większego stresu zapakowałam je na miejscu.

Worek w T2 zostawiłam dzień wcześniej, zaraz po tym jak odebraliśmy pakiety. Strefa T2 była w centru Bełchatowa, start i T1 jakieś 14 kilometrów dalej. A właściwie bliżej nas, bo przy samym hotelu. Dlatego T1 zostawiłam sobie na dzień startu. Drugą strefa zmian z dzieciakami nie była możliwa do ogarnięcia w niedzielę.

Śniadanko zjedliśmy wspólnie, chwile później ja uciekłam do strefy zmian zostawić rower, tak żeby mieć jeszcze na spokojnie czas się rozgrzać, wrócić po przedstartowego buziaka i odziać w czarny kombinezon, zwany pianką. No i zaczęło się. Moja głowa od początku była nastawiona na NIE, a takie historie NIE pomagają. Pompując koło, tak o wypada mi … wentylek. Całe powietrze schodzi z koła i … po prostu nie wiem co dalej. Czy trzeba zmieniać dętke? Jak mam to zrobić to na pewno nie ja sama przed startem. Gdzie jest mój mąż ??!?!?!?! Wentylek wkręciłam, ale powietrze przy pompowaniu schodzi. Szukam wzrokiem jakiegoś ogarniętego Pana, jeden jest zaraz obok ale nakłada piankę. Delikatnie więc podpytuje, co dalej. Pan na prawdę próbuje pomóc, ale ma za chwilę start i potrzeba by ten wentylek dobrze dokręcić. Niestety kombinerek w aucie brak, stoję w takim miejscu że nie wiele obok nas samochodów. Telefon do przyjaciela i decyduje się że wstawiam szybko rower i jadę po wsparcie techniczne w postaci męża. On coś zaradzi. Idąc do strefy na szczęście widzę wielkiego busa AIRBIKE, podchodzę do chłopaków czy pomogą. Szybka akcja. Jak się okazuje pierdoła, narobiła mi szumu w uszach, a wystarczyło dokręcić wentylek kluczem do …. wentylów. Chwilę później mam już rower gotowy do startu, napompowany i ogarnięty.

 

UFFF…..

cof
cof

Rower wstawiony, worki ogarnięte, wracam do rodzinki i wszyscy razem lecimy na start. Głowa nadal nie ta. Nie wiem czego się spodziewać, czy faktycznie te dwa tygodnie byle jakiego treningu sprawiły że jestem wypoczęta, czy jestem zajechana życiowymi potyczkami, pracą i wypadem w góry z dzieciakami.

W odróżnieniu do Poznania nie miałam klapek na oczach i wymarzonych cyferek. Chciałam, ale coś mi podpowiadało że chyba się nie uda, że nogi bolą, że to nie mój dzień. Nie mogłam w żaden sposób przełączyć się na tryb triatlonowy. Zawody, start, ściganie jakoś nie leżało to mi dzisiaj zupełnie.

****

IMG-20180722-WA0004-01

Niemniej jednak stoje na starcie.

I już tego nie zmienię. Odziana w czarny kombinezon, zwany pianką, w którym robi mi się upalnie, bo pogoda nie rozpieszcza. Jest totalna lampa, 30 stopni i niebieściutkie niebo! Pogoda idealna na leniuchowanie na plaży, a nie na zawody. Oszczędzę Wam moich procedur przedstartowych, przelewania wody, rozpływania itd. Moja rodzinka kibicuje z pierwszego rzędu. Miło się na nich patrzy z daleka.

Stoimy, a właściwie próbujemy unosić się na wodzie przez parę minut między bojkami, start z wody to kolejny rytuał organizatorów Triathlon Energy. Lubię go, bo nie muszę wbiegać do tej okropnej wody, przepychać się łokciami z testosteronem i ostatecznie przez pierwsze kilkaset metrów walczyć z własnym oddechem.

Płyniemy. Płynie mi się dobrze, zresztą prawie jak zawsze, a przynajmniej dobrze psychicznie. Nigdy nie wiem jakim tempem pływam podczas startu, ale tym razem czułam że nie płynę na maksa. Nawet nie do końca czułam czy płynę mocno. Przez 950 metrów rozmyślałam, że nie męczę się nigdy w tej wodzie tak jak powinnam, że czas może zacząć pływać trochę szybciej, mocniej, tak żeby wyjść z wody porządnie zmęczona?!

Z drugiej strony zawsze się zastanawiam, czy jest to gra warta świeczki. Czy to mocne pływanie coś da. Czy nie odbije się to na moim rowerze, czy bieganiu. Pływanie tak czy siak mam przyzwoite, pewnie że zawsze może być lepiej ale myślę że zamiast katować się w basenie żeby urwać parę sekund na setce na pływaniu lepiej się skupić na mocnym bieganiu, czy szlifowaniu roweru.

Mijam ostatnia bojkę lewym abrkiem ipłynę do wyjścia. Na pływaniu cały czas wyprzedzałam, zazwyczaj rozkręcam się w miarę dystansu. Wyjście z wody jest przyjemne, ale strome więc cieżko mi zamoczyć głowę. Już nie raz pisałam że to mój rytuał po wyjściu z wody, a właściwie na samym wyjściu z wody. Zawsze zamaczam włosy tak żeby lepiej wchodziły pod kask, żeby były dobrze ułożone i nie przeszkadzały i żebym była schłodzona. Nurkuje jak słonica pod wodę, szybciutko się wynurzam już na bardzo płytkim i wybiegam z wody. Słyszę, że jestem 3-cią dziewczyną. Powiem szczerze, że mocno mnie to zdziwiło, dziewuchy zaczynają szybko pływać. Biegnę do strefy łapie worek, zrzucam piankę, okularki i czepek do niego i wrzucam co go strefy zrzutu. Kask i buty mam przy rowerze więc z worka nie biorę nic. Wrzucając worek widzę, że jest cały w krwi. Szybko patrzę po sobie ale nie widzę zbytnio przyczyny krwawienia.

Ostatecznie wyszłam z wody po 16 minutach, jako 10 OPEN.

****

NIC Lecę do roweru…

 

Cały czas analizuje skąd było tyle krwi na worku. okazało sie, że rozcięłam sobie palec który nie wiem jakim sposobem krwawił tak mocno, że zanim dobiegłam do roweru całą rękę miałam we krwi. Oczywiście kask i rower też był brudny, ale przynajmniej znalazłam przyczynę. Wsiadam na rower i uciskam palec tak aby zaprzestać krwawieniu. Ale…. uciskam i uciskam kilometr za kilometrem mija a z palca jak leciało tak leci. Nogi w buty wsadziłam, ale nie mogę zapiąć bo próbuje to coś zatamować. Jadę tak prze PARĘ kilometrów, nie wierząc że małe rozcięcie z palca może tyle krwawić. Nie chce zapinać butów dopóki tego nie zatamuję, żeby na nowo nie trzeba było uciskać. Przejeżdżam całą trasę dojazdową przez las do głównej drogi na której są pętelki naszego wyścigu. Ten badziew dopiero ustał, buty dopiero zapięłam, dopiero przerzuciłam się na duży blat i dopiero się zaczynam rozpędzać… Mówiłam że to nie mój dzień.

SUP184_4795_2018

 

Jechałam tak i jechałam, chciałam utrzymać założone watt-y, ale coś nie szło. Może brak motywacji, brak jakiegokolwiek kopniaka wewnętrznego, ale jechałam. Traska była płaska, szybka, asfalt niestety troszkę kiepski, łatany przez lata. Każda łata i dziura wybijała trochę z rytmu, dokładała cegiełkę do źle nastawionej głowy. Poszło troszkę poniżej założeń, ale poszło. Poznań postawił poprzeczkę wysoko, chciałam temu dorównać, ale nie dorównałam. Jechałam cały czas trzecia, przynajmniej tak mi się wydawało. Niewiele osób mnie wyprzedzało. Fajne jest to uczucie, że na tym rowerze jeżdżę już na tyle szybko, że wyprzedzają mnie już tylko te konie, których ramy rowerów ociekają testosteronem, a nogi wyglądają jakby jechały tour de France. Na którymś z ostatnich kilometrów pętelki, wyprzedzam jakąś dziewczynę. Nie jest na pewno pierwsza i nie jest też druga. Wydaje mi się że jest hen za mną, ale jedzie dziwnie szybko jak na pozycje hen za mną. Wyprzedzam, chwilę później jest nawrotka, an której myślę, że ona będzie zawracać, a ja już zjeżdżam do strefy zmian. Parę kilometrów przez Bełchatów, widzę raczej tylko facetów z fioletowymi numerami połówki koło mnie. Pędzę jak struś ulicami miasta, raz w prawo, raz w lewo. Nie wiem ile zakrętów zrobiliśmy zanim pokazał się rynek i strefa, nie lubię tego uczucia kiedy nie wiesz kiedy belka pojawi się przed tobą i za którym zakrętem.

37782645_1725237010926624_5735418113541799936_o

 

Wpadam do strefy, biegnę z rowerem zupełnie nie wiem gdzie jest mój stojak, ale oczy szybko wertują numery i wiem mniej więcej gdzie mam biec. Sprzeczam się z wolontariuszką która każe mi odwiesić rower w druga stronę. T2 było w innym miejscu niz T1, a matka polka nie pomyślała, żeby sprawdzić gdzie ma rower odwiesić! Tylko te worki były w mojej głowie <haha> dzień przed.

Biegnę do worka i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu widzę dziewczynę którą wyprzedziłam na ostatnich kilometrach pętli. CO JEST GRANE ?? JAK TO MOŻLIWE ?!

Nic mi nie pasuje, ale coś czuje że…

****

Wszystko rozegra się na biegu. 

Rower ostatecznie pojechałam w 1:18, czyli raptem minutę wolniej niż w Poznaniu, ale średnia wyszła 34,9 co już w mojej głowie było za słabo …. ha ha ha

Wypadam ze strefy, w sumie wypadamy równocześnie, ja i ona. Bo od teraz cała opowieść będzie o mnie i o niej :p

Wiem, że trasa biegowa będzie trudna, jest mnóstwo nawrotów, zakrętów, podbiegów i zbiegów. Wiem że tempo z Poznania będzie za mocne, ale próbuje.

Ona wyprzedza mnie już na pierwszych metrach. Ja pilnuje swojego tempa. Ona ucieka dosyć szybko. Ja lecę na 4.50 min/km, jej tempo może być z 10 sekund szybsze. Nie gonie, bo wiem że to nie moje tempo, lecę swoje. Głowa w coraz gorszym stanie. Jak to się stało?! Czemu tych wattów nie dokręciłaś?! Nie chciało Ci się, nie miałaś samozaparcia!? Czemu ten rower tak słabo pojechałaś itd itd. Kobiety wiedzą co robiłam przez parę kilometrów w swojej głowie, mężczyźni ….  nie mają takiej wyobraźni 🙂

Przez trzy kilometry czarny strój uciekał mi powolutku, ale konsekwentnie. Wściekłość moja nie znała granic. Wiedziałam, że gdybym ten cały rower rozegrała trochę inaczej a nie na odwal to miałabym ten czas na bieganiu! Biegłam tak i biegłam przytłaczając się z kilometra na kilometr swoimi własnymi myślami. Na czwartym kilometrze, miałam już prawie łzy w oczach. Wściekłam chciałam stanąć, pieprznąć to wszystko i zejść z trasy, bo dzisiaj ewidentnie ten triathlon nie sprawiał mi frajdy. A przecież nie o to tu chodzi…

Ale halo, halo…. jakiś drugi głosik zaczął bardzo głośno i dosadnie mówić w mojej głowie. Nie po to przecież tu przyjechałaś ,nie po to Rafał zrezygnował ze startu i nie zawsze musi być tak jak byś chciała. Leć dalej swoje i skup się na sobie!!!

 

Tak zrobiłam. Pilnowałam tempa, rozkręcałam tempo, które na 4 tym kilometrze spadło mi do 5.05 min/km. Upał nie pomagał, zmiana nawierzchni i ciągłe zakręty i nawrotki sprawiały, że ciężko było trzymać równe tempo. Plan był żeby przyspieszać chociaż parę sekund na kilometrze, ale konsekwentnie do mety. Wiedziałam, że będzie boleć, ale trzeba było spróbować. Pętla biegowa była 5 kilometrowa, a trasa wyglądała jak ośmiornica z pięcioma nogami.

Na piątym kilometrze w końcu pokazała się moja drużyna. Dzieciaki w przyczepce, Rafał w japonkach, ale biegną koło mnie. Lecą równo ze mną, chwalą, dopingują, aż serce mi mięknie i wiem że chyba jednak jestem w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Okrzyki Zosi, wsparcie jego to było teraz najcenniejsze. Wszystko wiedział. która jestem, ile mam straty do czarnej dziewczyny przede mną, kazał zebrać siły i gonić.

Biegnę, dalej powoli zaczynam się uśmiechać w sobie, bo na twarzy ewidentnie widać grymas bólu, i zmęczenia. Zaczyna się drugie kółko, czarna dziewczyna słabnie i widzę, że zamiast się oddalać trzyma równy dystans. Patrzę na zegarek tempo, jest w granicach 5.00 min/km, wiem że mogę szybciej. Powolutku poprawiam sylwetkę, myślę o technice, skupiam się żeby to nogi mnie niosły a nie siła woli. Zbliżam się, czuję jak zaczynam się przybliżać. Mam jeszcze sporo kilometrów. Nadzieja i walka pojawia się więc we mnie jak lew po drzemce. Z kilometra na kilometr byłam coraz bliżej. Na nawrotce przy wodzie jestem już zupełnie za nią. Nie chcę wyprzedzać, bo nie umiem biegać taktycznie, tym bardziej sprint-ować na mecie, albo przyznając się bez bicia, sprint-ować w ogóle. Chcę się utrzymać na plecach, ale niestety ona się zatrzymuje żeby złapać kubek wody, nie chce tracić rytmu biegnę więc dalej. Czuję jej oddech i nogi drepczące tuż za mną i równo z moimi. Zwalniam, chcę żeby wyprzedziła, ale nie wyprzedza.

Biegnie krok w krok za mną. Blisko, za blisko, ąz nieprzyjemnie blisko. Biegnę, ale wolniej niż biegłam doganiając ją, próbuję złapać trochę sił, boje się że zaraz wystrzeli i wyprzedzi mnie przed metą. W końcu walczymy o 3 miejsce OPEN!

Tak jak pisałam nie umiem biegać szybko, tym bardziej nie umiem załatwić kogoś sprintem na mecie. Dobega Rafał mówi, że super mi idzie. Zosia nie przestaje wiwatować w przczpce, nawet młody próbuje wykrzyczeć coś w stylu maaaaa-maaaaa. Nie biegną zbyt długo ze mną, ale wystarczyło parę słów od niego żebym nie poddała się. W połowie 9 tego kilometra decyduję się przyspieszyć i konsekwentnie dolecieć mocno do mety. Wiem że mam siły, na ten ostatni kilometr. Słysze, głos z tylu który mówi że nie wyprzedzi, że nie ma siły i że cieszy się że ją motywuje na szybsze bieganie. Nie wierzę do końca. Wolę mieć to pod kontrolą.

Zaczynam przyspieszać, powolutku oddalając się od niej. Ona dzielnie goni. Ostatkiem sił wpadam na metę jako 3 kobieta OPEN,z czasem 2:30:03. Prze szczęśliwa i na maksa dumna ze swojej silnej woli i wytrwałości.

****

IMG-20180722-WA0007-01

 

 

IMG-20180722-WA0006-01

Ten start kosztował mnie dużo. Nie wiem czy nie najwięcej ze wszystkich startów. Przy tej pogodzie, przy tej trasie, na biegu wycisnęłam z siebie chyba wszystko. Jeszcze przez parę dni po sama byłam zdumiona ileż ja mam silnej woli w sobie, jak waleczna jestem i jak ciężko mi odpuścić. Pomimo wielu ale, wielu źle rozegranych momentów, odpuszczenia i totalnego kryzysu udało się.

Takie starty przesuwają te niewidzialne granice, pokazują nam siłę jaka drzemie w nas, uczą nas pokory i wytrwałości.

Po Cudownym starcie w Poznaniu, Bełchatów wycisnął ze mnie ostatki sił.

Pokazał, że do wszystkiego dochodzi się cieżką pracą, na którą jestem gotowa jak nigdy.

 

Biegająca Bio Mama.

Dziękuje mojemu rodzinnemu wsparciu, platformie i-Sport za przygotowanie treningowe i mojej ukochanej „Farmie Świętokrzyskiej” za wsparcie jedzeniowe 🙂