Tag: tri

Moja pierwsza połówka, czyli ból, walka i łzy szczęścia na mecie.

CODZIENNOŚĆ TRIATHLON

Moja pierwsza połówka, czyli ból, walka i łzy szczęścia na mecie.

13442674_978894738889795_1070478501744268698_o

Ciężko piszę się relacje zaraz po. Milion różnych emocji buzuje przez twoje ciało. W ciągu kilku dni nienawidzisz tego dystansu, potem go kochasz, chwilę później jesteś zdumiona że Ci się udało zdobyć ten dystans, a na koniec myślisz, że nie jest on wcale taki straszny i musisz się z nim zmierzyć jeszcze raz. Tym razem tak w pełni sił i na sto procent siebie.

Nie umiem powiedzieć czy kocham ten dystans czy go nienawidzę. Nie umiem powiedzieć czy na prawdę bolało tak bardzo jak mi się wydawało. Nie umiem powiedzieć czy dałam z siebie wszystko. Nie umiem powiedzieć co mnie bardziej zabiło, monotonność i ten długi czas, czy wysiłek.

Wiem jednak jedno nie była to moja ostatnia połówka.Continue reading

Bike-fitting – wymysł, czy potrzeba ?

TESTY TRIATHLON

Bike-fitting – wymysł, czy potrzeba ?

 

13340152_1092311220842615_5477271782931535182_o.jpg

 

Jakiś czas temu myślałam, że bike-fitting to wymysł i kiedy mój R o nim trajkotał większość informacji wpływało mi jednym uchem a wypływało drugim. Wszystko się zmieniło po wykładzie Pana Krystyna Lipiarskiego, polskiego mistrza w bike-fittingu, organizowanym w zimie tego roku przez F3 Team Trójmiasto.

 

Wykład ten otworzył mi oczy na to jak ważna jest nasza pozycja na rowerze, a wykładowca zaserwował nam dużą dawkę bardzo detalicznej wiedzy na temat „Świetnej Pozycji”. Moje poporodowe problemy z bólem w pachwinach, nagle znalazły wytłumaczenie w złej pozycji na rowerze i słowa że my też przed sezonem startowym zrobimy „bike-fitting” nie były rzucone na wiatr.

Już wtedy miałam ochotę napisać parę słów na ten temat, ale dopiero po moim bike-fittingu i szczegółowym wywiadzie z cyklu: „Dlaczego?, po co ?, a czemu?, jak?, i w jakim celu?” chcę przekazać parę ważnych rzeczy dalej.

Po co ?

Zacznijmy od chyba najczęściej zadawanego pytania: „Po co nam ten bike-fitting?”

Tak jak wszystko w sporcie, kiedy robione jest bezmyślnie zazwyczaj sprowadza się do kontuzji i przeciążeń organizmu, tak samo jest z jazdą na rowerze i pozycją na nim. Najważniejszy element jaki chcemy wykluczyć poprzez bike-fitting jest zniwelowanie kontuzji. Nie mówię tu o zwykłym bólu podczas jazdy, który też zostanie tylko wspomnieniem po bike-fittingu, ale o przeciążeniach które się nawarstwiają i prowadzą do poważnych, przewlekłych urazów.

Ja jestem tego idealnym przykładem, ale pewnie wielu z Was ma za sobą taką samą historię.

Rower kupiony przez internet, ustawiony na oko, tak jak nam się wydawało jest ok. Oczywiście co do ustawienia i doboru ramy posiłkowałam się informacjami w sieci, ale teoria to jedno a praktyka to drugie, o czym przekonałam się właśnie podczas bike-fittingu. Pierwszy sezon triathlonowy za mną, zimą tylko biegam, zaczęłam też biegać z wózkiem. Po jakimś czasie głównie na treningach biegowych z wózkiem zaczęły odzywać się moje pachwiny (wcześniej miewałam ból podczas zginania się tylko) i okropny ból, który bałam się że jest spowodowany właśnie zbyt szybkim powrotem do formy. W zimę, podczas wykładu na temat „Świetnej Pozycji”, nagle zrozumiałam, że mój problem leży w złej pozycji na rowerze. Tak też było, źle ustawiony rower spowodował przeciążenie, które przez długi czas dawało o sobie znać.

13403820_1092311234175947_2027736730036453682_o

 

Ale wróćmy do tego dlaczego oprócz możliwych kontuzji robimy bike-fitting.

W teorii ma on nam pomóc nam ustalić idealną dla naszego ciała i naszego sprzętu pozycję. W praktyce jednak ustalamy najlepszą z możliwych pozycji dla naszego ciała, najlepszą z możliwych ponieważ każde z naszych ciał ma swoje fizyczne ograniczenia. Bike-fitting ma na celu ustalić taką pozycję, która będzie nie tylko wygodna i dzięki której długie godziny na rowerowym siodle nie sprawią nam bólu, ale też taką która jest stabilna i najbardziej wydajna. Taka która pozwoli uzyskać nam lepszy czas dzięki lepszej aerodynamice naszego ciała i taka która dowiezie nas na metę bez bólu i w pełnym komforcie.

Mój bike-fitting w skrócie.

Mój bike-fitting pozwolił mi ustawić 2 pozycje, czasową z przystawką czasową, zwana inaczej lemondką i szosową. Krystyn spędził nade mną dobre 5 godzin. Standardowy bike fitting trwa około 3 godzin, ale u mnie nastąpiła zmiana siodełka w czasie pracy. Pewnie jak wielu z Was, udało mi się kupić w super cenie siodło anatomiczne ISM na allegro. Siodło to oczywiście okazało się być okropną podróbą i pomimo, że wyglądało tak samo, siedziało się na nim tak samo wygodnie to jak się okazało podczas dokręcania go do sztycy wykrzywiało się w swoje wymyślne kierunki. Rurki, z którego to siodło było stworzone były beznadziejnej jakości i siodło które było pochylone w dół podczas ustawiania, w momencie dokręcania podnosiło się całe do góry, rurki metalowe krzywiły się w każda stronę. W ten sposób nie byliśmy w stanie ustawić siodła do pozycji czasowej tak aby było pochylone w dól i tak aby jego wąsy podczas dokręcania nie rozchodziły się. Koniec końców, zakupiłam nowe siodło ISM 1.0 w sklepie Wertykal i wyszło mnie ono dobre 100 zł więcej niż chińska podróbka znaleziona na allegro.pl.

DSC_0978.jpg

 

Nauczka dla Was, żeby nie kupować chińskich zamienników, bo pomimo że wyglądają tak samo i są tak samo wygodne nie da się ich ustawić. Dlatego proponuję odczekać chwilę dłużej dać 100 zł więcej za nowe siodło z cenionego sklepu i mieć spokój na lata. Najlepiej zostawicie wybór siodła na bike-fitting, gdzie będziecie mogli przymierzyć się do kilku modeli i wybrać ten „jedyny”.

Słowa, że bike-fitting jest drogi też parę razy wyszły z moich ust, ale teraz wiem, że jest warty swojej ceny. Nie dość, że Krystyn spędził z nami (fittował i mnie i Rafała) dobre 8 godzin ustawiając nam dwie pozycję, to energia i zaangażowanie jakie w nas włożył było bezcenne. Dawno nie miałam do czynienia z takim profesjonalistą, pomijając oczywiście mojego męża w swojej pracy 🙂 Zosia była równie mile widziana i pomimo że zrobiliśmy ze sklepu rowerowego niezły rodzinny piknik, to nikomu to nie przeszkadzało, a nawet powiedziałabym że wszyscy w tym czynnie uczestniczyli.

 

Ja podczas mojego bike-fittingu nie tylko ustawiłam rower, ale dowiedziałam się o dużo o swoim ciele i jak ono pracuje na rowerze. Gdzie i jak jestem przesunięta, jak muszę pracować nad swoją pozycją. Na koniec bike-fittingu otrzymuje się również raport z ustawień, na podstawie którego można dobrać, kupić a czasem nawet ustawić kolejny rower, oczywiście jeżeli jego parametry będą takie same.

Bike-fitting to bardzo złożony proces, dlatego trochę dokładniej pozwolę sobie napisać o nim w kolejnym poście, ale warto wiedzieć, że nie polega on tylko na przyjechaniu do sklepu, pojeżdżeniu na rowerze i ustawieniu pozycji. Krystyn aby zoptymalizować moją pozycję, sprawdził ruchomość i elastyczność moich stawów. Sprawdził jak się zachowuje moje ciało w różnych pozycjach i gdzie mogę mieć ograniczenia podczas jazdy na rowerze. Znając moją anatomię i gibkość był on w stanie ustawić bardziej optymalną, wygodną i eliminującą kontuzję pozycję, taką która pozwala mi teraz przejechać 90 kilometrów na rowerze bez najmniejszego dyskomfortu.

DSC_0017

Czyli czy warto ?

Moja odpowiedź brzmi TAK! 

Jeżeli macie możliwość zainwestować parę stówek w Waszą triathlonową przygodę to nie zastanawiałabym się przez ani sekundę nad tym na co je wydać. 

Komfort jaki otrzymujecie w zamian jest bezcenny jeśli chodzi o ilość godzin spędzonych na rowerze podczas triathlonowych treningów. Warto odpuścić sobie jeden start w sezonie i w zamian zafundować sobie takie coś jak bike-fitting. Nie dość, że Wasza pozycją będzie komfortowa, ergonomiczna i bezbolesna, to co najważniejsze pozwoli Wam uniknąć kontuzji, a w sporcie chyba to jest najważniejsze.

Miejsce gdzie ja wykonywałam swój bike fitting to:

SKLEP WERTYKAL

ul. Śląska 116

32-080 Zabierzów

Działania Krystyna możecie podglądać też na facebooku na profilu „Mam Świetną Pozycję” 

 

 

 

O.

TRIATHLON BIAŁKA – kosmiczny czas krótszego dystansu.

TRIATHLON

TRIATHLON BIAŁKA – kosmiczny czas krótszego dystansu.

Ten triathlon to było istne szaleństwo, pod każdym względem. Totalny spontan, start po 4 godzinach spania, bike-fittingu i 700 kilometrach w samochodzie. Nie wspomnę już o tym, że pomyliliśmy miejscowości i triathlon okazał się być dobre 60 kilometrów od miejsca gdzie planowaliśmy weekend ze znojomymi. Emocje zmieniały się od pełnej euforii, do totalnego załamania i na odwrót. Nie tylko przez cały wyścig, ale i przez cały weekend. Wszystko co mogło pójść nie tak, poszło, okularki pękły mi na wejściu do wody, zapomniałam założyć czipa, zgubiłam okulary przeciwsłoneczne, dwa razy wbiegłam źle do strefy zmian i musiałam przeciskać się między rowerami, zegarek na multi-sporcie oczywiście prze-klikałam o kilka razy za dużo i zamiast zrobić jeden triathlon, na zegarku zrobiłam kilka. Ale nie ma tego złego, więc zacznijmy od początku.

 

13422356_1142179685802757_4028857500413559204_o

 

Przyjeżdżamy do Białki, jest noc, docieramy do miejscowości około 2 w nocy. Przejeżdżamy przez las i pokazują się pierwsze domy. Nawigacja źle nas poprowadziła, bo trafiliśmy w ślepą uliczkę, więc musimy objechać miejscowość i podjechać z drugiej strony żeby znaleźć domki, które zarezerwowaliśmy. Jest ciemno, młoda, nasz dzielny podróżnik ma już serdecznie dosyć fotelika, za nami już dobre 350 kilometrów robione w nocy. Nie powiem już o tym, że rano musiała przebyć, podobną podróż bo odwiedziliśmy Kraków. Histeria małej, nieznajome miejsce, ciemno, późno wszyscy zmęczeni, mamy powoli dość, ale zostało nam 300 metrów więc … jedziemy.

Za rogiem zaczął się totalny Armageddon, nie chciało mi się wierzyć, że jesteśmy w miejscu w którym jutro ma odbyć się triathlon. Nawalona młodzież, skacze krzyczy, rzuca nam się na samochód. Jedni uderzają w jeża kijem, drudzy wskakują na swoje samochody, głośna muzyka przedziera się przez każdą szybę samochodu, a co najgorsze musimy przejechać przez ten tłum. Nie będę pisać ile brzydkich słów wyleciało z naszych ust przejeżdżając tamtędy, nie będę pisać o aferze przy domkach, o histerii naszego na prawdę dzielnego dziecka. Nie będę pisać o tym, że szyby w naszym domku ruszały się prawie od odgłosu muzyki z zewnątrz, nie będę przyznawać się że dzwoniłam już do innych hoteli pytając się o noclegi, nie będę mówić o tym że chcieliśmy zawracać i rzucić to wszystko w siną dal. Po co nam to ? Jednak była 3 w nocy, więc wkurzeni, źli i zmęczeni wszyscy położyliśmy się spać chociaż na chwilę.

Domki, cóż mogę powiedzieć, miałam nadzieję, że będzie ciut lepiej, powiem tylko, że mogło być przynajmniej czyściej. Na szczęście mamy dla małej łóżeczko, jej pościele i kołdrę, jej poduszkę i misiaki, a my możemy na byle czym. Szkoda nam było jeszcze tylko Zosi cioci, która miała pojechać z nami na fajny weekend.

 

POBUDKA i NOWY WYMIAR RZECZYWISTOŚCI.

13329596_1646207545704351_2631024165422143473_o

 

Słyszę Rafała budzik gdzieś w tle, oczy się kleją, mają chyba inny pomysł na ten ranek. Pakiety startowe jednak czekają, więc trzeba się zwlec. Wychodzimy z domku, jesteśmy w totalnym lesie, jest pięknie. „Zosia będzie zachwycona jak wstanie”, pomyślałam. Ciocia została z małą, a my szybciutko polecieliśmy po pakiety startowe. Dziś ta sama Białka, przybrała zupełnie innego wymiaru. Zamiast głośnej muzyki i pijanych młodziaków, świeci słońce, jest pięknie. Woda mieni się gdzieś za drzewami, widać już jezioro. Dokoła tylko las i parę małych barów, które nie chce mi się wierzyć, że wczoraj pomieściły taką ilość imprezowiczów.

Wyciągamy stół na dwór, na którym później będziemy wciągać śniadanie i wsiadamy do auta. Trzeba zacząć ogarniać.

Płacimy, odbieramy pakiety startowe, szybki powrót do domku. Najtrudniejsza w byciu TRI MAMĄ, jest logistyka. Nie tylko muszę spakować siebie i nie zapomnieć niczego na zawody, ale rano zawsze też trzeba przygotować Zosię. Jej torbę i milion rzeczy na w razie co. Dlatego część mojej owsianki wpada do jej pojemniczka, przez co nie zjadam porządnego śniadania. Kawy nie dopijam, bo muszę przewidzieć zmiany pogody przez najbliższe 4 godziny. Do tego jakaś zabawka, przepraszam nie może być jakaś, tylko taka, która w razie co zawsze ją zainteresuje. Ah, jeszcze tylko kredki i kilka kartek to też pozwoli zając ją chociaż na chwilę. Torba młodej gotowa. Chyba. Zawsze jest chyba gotowa.

Zegarek pokazuje, że czas jechać. Modlę się więc, że wczoraj miałam łeb na karku kiedy pakowałam rzeczy triathlonowe do plecaka. Biorę go na plecy z nadzieją, że wszystko będzie w środku kiedy dotrzemy do strefy zmian.

 

 

STREFA ZMIAN.

Przyjeżdżamy na miejsce, wstawiamy rowery, standardowa procedura, rozpakowujemy się. Myślę, że wypada napisać kiedyś o tym osobny post, taki dla Was, taki do pomocy. Zosia oczywiście przeciska się ze mną pod płotkiem, pomaga przymocować gumki do butów, psuje wszystko co ustawiłam. Pomimo, że nie zawsze jest pomocna, z nią jest znacznie fajniej niż samemu. Wszystko gotowe ustawione więc możemy zaczynać. Biorę piankę w rękę i idę w stronę jeziora.

13403333_1629699533987423_5554686049573717887_o

 

Wraz z R czekamy na mały briefing przed startem. Organizator tłumaczy co i jak, ile kółek, gdzie jechać, gdzie biec i po czym. Pianki mamy już na sobie czekamy na wejście do wody. Wszyscy ruszyli do jeziora się rozgrzać, patrzę się na nogę R i …… o matko ! Zapomniałam czipa, gdzie on jest ???? Nigdy mi się to nie zdarzyło, nogi się ugieły bo nie pamiętam co z nim zrobiłam. Zamiast rozgrzewać się w wodzie lecę do strefy zmian i wertuję torbę. JEST! Udało się szybko zakładam na nogę i sprintem lecę na linie startu. Szybki skok do wody, przepuszczam wodę przez piankę, próbuję ułożyć, CHALST ! Gumka od okularków pękła, nie wieżę!! Co jeszcze ? Czy coś jeszcze może pójść nie tak ?? Zawiązuję sparciało gumkę trochę dalej, no trudno najwyżej będą mnie piły. R proponuję, żebym założyła je pod czepek, w razie co czepek przytrzyma gdy pękną ponownie. Czepek oczywiście też mam swój, bo ten z pakietu startowego gdzieś podziałam. Na szczęście nie było obowiązku płynięcia w czepku organizatora, Jak się okazało później był w torbie Zosi. Dobra tyle emocji wystarczy przed startem, chce już żeby się zaczęło.

 

START.

13411968_668489636623703_5802299315811140363_o

 

Stajemy na linii startu. Startuję z przodu, spróbuję złapać się czołówki i płynąć za nimi. Standardowe buzi na starcie od R, Garmin włączony i…. dźwięk startera. Ruszamy. Wpadamy do wody, nie lubię tego wbiegania, zawszę potrzebuję chwilę czasu żeby wyrównać oddech i zacząć płynąć swoje. Zazwyczaj na tym etapie czuję się jak ryba w wodzie, tym razem czuję się wyprzedzana. Brakuje sił ? Nie wiem, próbuję polepszyć pociągniecie, mocniej płynąć. Słabo mi to wychodzi, ale walczę. No nic robię swoje, płyne stałym tempem nie daję się wyprzedzać. Wychodzę 8 z wody, chciałam wyżej, chciałam szybciej, ale nie wyszło. Na wyjściu z wody czuję wirek w brzuchu, brakuje energii już mi się chcę zjeść cokolwiek, byle by miało kalorie. Słabe śniadanie i beznadziejny obiad dzień wcześniej nie pomogły. Teraz już nie ma co zwalać na przygotowanie, czas zacząć walczyć.

ROWER.

13411951_1142182132469179_2435355236414095914_o

 

Wsiadam na rower, zapinam buty, jadę. Pedałuje, licznik pokazuje fajne tempo ciekawe tylko czy uda się utrzymać. Pierwszy zakręt i kawałek słabego asfaltu przede mną. Szkoda, bo reszta trasy cudowna, w środku lasu i z przepięknym asfaltem.

Rower jak to rower, nie było źle, ale mogło być lepiej. Czułam totalny brak sił. Już na wyjściu z wody chciałam zjeść 4 żele żeby dostać jakikolwiek przypływ energii. Nigdy nie wierzyłam tak do końca w ładowanie się węglowodanami, robiłam to bo wszędzie o tym czytałam, ale bez większego przekonania. Wydawało mi się, że taki dystans nie wymaga takiego czegoś jak ładowanie się węglowodanami. Tym razem przekonałam się, że jest to na prawdę potrzebne. Cały dzień przed, spędziliśmy w Krakowie na bike-fittingu w sklepie rowerowym Wertykal (o tym też za niedługo napiszę) pedałując na trenażerze dobre kilka godzin, zjadając może z jedna dwie kanapki w sklepie i mały makaron z pobliskiej restauracji. Rano na talerz zawitała wyjątkowo mała owsianka, banany pokończyły się po podróży do Krakowa i Lublina, więc taka ogołocona mała owsianka nie sprawdziła się jako śniadanie mistrzów w tym dniu startu.

Także proponuję ładować się węglowodanami na wszystkie dystanse poczynając od 1/4 IRONMANA i Olimpijki, bezwarunkowo i bez zbędnych pytań!

Wróćmy jednak do gry. Na pierwszym nawrocie doganiam dziewczynę, byłam pewna że to Karolina Zygo, która w wodzie jest niesamowicie szybka. Jednak nie, ktoś inny, ktoś kogo widzę po raz pierwszy w stroju TRICLUB z Lublina.

13391411_668492686623398_4070050101609209068_o

Po pierwszym nawrocie jadę z przodu, przez dobre kilka kilometrów czuję oddech rywalki na plecach. Dogoniłam ją dosyć szybko i z dużym zapasem zdziwiłam się więc, że jest tuż za mną. Prowadziłam prawie do kolejnego nawrotu, cały czas czując ją za sobą. Wkurzyłam się więc zwolniłam i pozwoliłam się jej wyprzedzić. Nie lubię uciekać. Zdecydowanie wole gonić. Niestety chwilę później ona zaczyna zwalniać, prędkość spadła jej do prawie 30 km/h, podjęłam więc kolejną walkę i ponownie ja wyprzedziłam. Kolejny nawrót, jedziemy pod wiatr, opadam z sił, brakuje energii, ona mnie dogania i wyprzedza. I tak przez czterdzieści parę kilometrów. Do T2 wpadamy prawie w tym samym czasie. Ona dojeżdża szybciej do linii, ja jestem sprawniejsza na zejściu.

Gdzieś w między czasie wyprzedziła mnie jeszcze jedna dziewczyna, na czasówce, dlatego wiem że walczymy obydwie o podium, no chyba że ktoś nas dopadnie na biegu.

13411800_668492713290062_5788676291525490454_o

 

BIEGANIE.

Po raz drugi wpadam do strefy zmian ze złej strony. Wlatuje na środek zamiast w lewo. wieszam więc rower „od tyłu” i przeciskam się pod stojakiem żeby dopaść swoje buty. przecież myślałam o tym przez pół roweru, dlaczego więc wbiegłam po raz drugi źle. Nie wiem, mój mózg zdecydowanie żyje swoim życiem dzisiaj. Podczas przeciskania spada mi kask, gubię okulary, które w amoku próbuje odnaleźć żeby mieć na bieg. Patrzę w niebo, są chmury, może dam radę bez. Olewam więc wszystko wciskam szybko buty biegowe i lecę na trasę. Nie lubię motać się w strefie zmian, ale chyba nie zawsze wszystko musi być idealnie tak jak sobie zaplanujemy.

 

13433247_1142184069135652_1217940411748498315_o

 

Biegnę. Tempo pokazuje 5.00 min/km takie chciałabym utrzymać, ale czuję że nie dam rady. Mijam metę, patrzę na zegar i widzę 1:36, nie możliwe nawet jak zrobię bieg w godzinę to i tak czas będzie znowu szybszy. Z uśmiecham na twarzy lecę prosto w las. Inga z którą się ścigam dobiega do mnie po kilkuset metrach i wyprzedza, jakby biegała co najmniej na 4.30 min/km. Dziwi mnie więc jak po kolejnych kilku set metrach jej przewaga wcale nie wzrasta, a jak po kolejnych kilku kilometrach bardzo powoli, ale konsekwentnie zbliżam się do niej. Pierwsze kółko, w głowie siedzi kolka z Cypru i błagam żeby się to nie powtórzyło. Kilku panów zostawiam w tyle, wyprzedzam. Rzadko zdarza mi się to na biegu. Zazwyczaj to ja jestem wyprzedzana, dziwi mnie więc to jeszcze bardziej. Drugie kółko przede mną tempo spada, biegnę już na 5.20 min/km. Trasa nie jest łatwa, biegnie przez las, jest dużo piachu, ale dzięki temu jest też dużo cienia i brak okularów nie doskwiera aż tak bardzo. Mija 8.5 kilometra w głowie mam jeszcze 2, cały czas zbliżam się do dziewczyny przede mną. Chwilę później patrzę, biegnie ktoś z naprzeciwka. Znam to sylwetkę, ale przecież to niemożliwe. A jednak…. Tak to Kola, nasz przyjaciel, też zawodnik. Dzień wcześniej startował w triathlonie, ale go nie ukończył przez gumę, chciał sobie odbić wczorajszą porażkę i zrobiła sobie trening na naszej trasie biegowej. Dobiega do mnie i zaczyna biec ze mną. Ciągnie mnie do przodu, każe przyspieszyć i dogonić rywalkę. Próbuję. Biegnę coraz szybciej, schodzimy z tempem poniżej 5.00, Inga jest coraz bliżej. „ Trasa jest skrócona, zostało Ci tylko 900 metrów, dopadniemy tą dziewczynę i za rogiem będzie meta. Dasz radę Ola.” powiedział. Oczywiście w głowie miałam słowa Justyny, żony Koli, która nie raz opowiadała, że specjalnie mówi że mniej zostało. Przygotowana psychicznie jestem więc na 10.5 km biegu, a nie 9.6 km. Ale biegnę, coraz szybciej, w brzuchu wszystko mi jeździ czuję się jakbym miała zaraz zwymiotować. Konrad nie słucha, każe biec dalej i szybciej, więc biegnę!

 

TRIUMF.

13346234_970871619692107_7274706621918803862_o.jpg

 

Chwilę później widzę już zakręt za którym jest już tylko meta. On nie kłamał. Dziewczyna jest do słowie parę metrów przede mną. Dobiegam do niej wyprzedam ja z całych sił biegnę w stronę mety. Dobiega do mnie R i Tomek który też nam dzielnie kibicował z rodzinką. Krzyczą, ze jest daleko i że mam się nie bać. Na zegarze widzę czas 2:25, nie wieżę.

Wyłączam zegarek. Co prawda jest na nim tylko rower ( i to też nie cały) i bieganie, bo oczywiście triathlonistka Ola zawsze musi za dużo razy prze-klikać zegarek na multisporcie, albo w tym całym zamieszaniu przycisnąć zły przycisk i zrobić małe kongo, z którego trzeba na nowo zacząć triathlon.

Na szczęście nie tylko Garmin zna mój czas. Na szczęście jest duży zegar, a ten jak szalony pokazał 2:25:50. Nie wiem jak długi był rower, ale gdzieś koło 43-44 kilometrów. Bieganie było prawie o kilometr krótsze, niż w standardowej 1/4. Pływanie prawidłowe, ale nie ważne. taki czas na zegarze zawsze powoduje uśmiech na twarzy 🙂

Ja ukończyłam białka Triathlon na 2 pozycji wśród kobiet, 3-cia była Inga z która stoczyłam niemal 2 godzinna walkę. Następne Panie były daleko, a mianowicie dobre 10 minut po nas.  2 miejsce OPEN kobiet, 19 OPEN, czyli pośród Pań i Panów, i 1-wsze miejsce w swojej kategorii. Ale ja to ja, najpiękniejsze było to, że był to rodzinny triumf.

13315274_970592376386698_8121546384219278152_n

 

Ogromną niespodzianką był dla nas wynik mojego R, który nie tylko jest bardzo mocny, ale startuje zawsze z bardzo mocną konkurencją. To był jego start, to był jego triumf. To ON po raz pierwszy stanął na podium w triathlonie. Zajął 2 miejsce w swojej kategorii wiekowej, więc jestem z niego prze-dumna! Ale robi się z nas TRI RODZINKA.

Oprócz przepięknego, weekendowego, rodzinnego triumfu, super zabawy, najlepszych kibiców w życiu, którym należą się ogromne podziękowania, jest jeszcze jedna rzecz jaką uświadomił mi ten start.

Zrozumiałam, że robię to wszystko dla przyjemności i cieszę się każdą chwilą tego. Pomimo że mam waleczne serce, życzę innym zawodniczkom wygranej, tak samo jak sobie. Jeżeli jest ktoś mocniejszy i silniejszy to zasługuje na wygraną, jeżeli jest słabszy a walczy tak samo mocno też zasługuje na brawa. Nie jestem zawistna, nie czuje się gwiazdą i nie robię afer jak gwiazda, nie próbuję nikomu dogryźć bezpodstawnymi komentarzami. Nie lubię pychy, a w szczególności w sporcie. Czuję do triathlonu respekt, noszę w sobie przed każdym startem dużo pokory. Cieszę się po prostu tym, że tam jestem i że mam możliwość startować i bawić się w coś tak pięknego jak triathlon. Zauważyłam, że pomimo moich ambitnych genów i sportowej przeszłości jestem amatorką, która czasami potrafi odpuścić, potrafi życzyć innym sukcesów, potrafi się cieszy nawet jeśli nie wszystko idzie wedle planu. Jestem zwykłą dziewczyną, mamą, która robi to co kocha a sprawdza swoje możliwości i swoją pracę wykonaną na treningach, na zawodach właśnie takich jak Białka Triathlon.

 

 

O.

P.S. Wszystkim, którzy planują start w przyszłym roku w Białka Triathlon proponują dojechać dzień wcześniej do godziny 22 🙂 Tak żeby zaoszczędzić Wam tego, co nam było dane zobaczyć. Po za tym impreza na medal. No jeszcze ten kawałek trasy rowerowej, który nas trochę wytelepał, nadaję się do poprawki, ale nie ma rzeczy idealnych, więc jestem na TAK dla Białka Triathlon ! 🙂

CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Ah ten Cypr…

Ah ten Cypr.

I cóż ja mogę napisać. Chyba widać, że wakacje były udane, pełne nowych przygód jak siedzę cicho i nic nie piszę.

Po pierwsze chcę Was przeprosić za moje milczenie, ale nie było ono dlatego że nie miałam czym z Wami się dzielić. Wręcz przeciwnie, działo się tyle, że nie było kiedy. Ale obiecuję, że choćby w samochodzie na kolanie, czy też po nocach spróbuję to wszystko nadrobić.

Tak jak pisałam już kiedyś. Każdy nasz wypad na Cypr wiąże się z czymś nowym i pomimo że tą wyspę odwiedzamy już od wielu, wielu lat, a przyjeżdżamy zawsze na wiele, wiele tygodni to za każdym razem odkrywamy jej jeszcze piękniejsze oblicze. Poznajemy ją od innej strony i spędzamy czas w specyficzny, sportowy, ale za każdym razem inny sposób.

 

 

 

Ten wyjazd był mekką rowerową. Spędzony zdecydowanie pod hasłem „Na szosie”. Każdy dzień wiązał się z przełamywaniem granic, wyznaczaniem nowych celów i sprawdzaniem siebie w coraz to trudniejszych warunkach. Szaleliśmy na rowerach przez 5 tygodni, a szaleństwa te zostały uwieńczone wjazdem na 2000 m.n.p.m., czyli 50 kilometrów jechałam cały czas pod górkę. Zaczęłam z poziomu morza, żeby ilka godzin później znaleźć się na cypryjskich szczytach i najwyższej górze na Cyprze, Mount Olympus, sięgającą 1952 m.n.p.m. Jeździliśmy daleko, jeździliśmy wysoko, we dwoje, w pojedynkę, z samego rana, w ciągu dnia, albo nawet późnym wieczorem. Pokochałam rower, zawsze go lubiłam, ale teraz poczułam jak to jest wypracować swoje i mieć przyjemność nawet ze „stówki” po górach. Czasami nogi puchły, czasami zastanawiałam się po co ja to wszystko robię, ale widoki i uczucie spełnienia po każdym treningu sprawiały, że chciałam więcej.

Każdego dnia.

Powrót jest najtrudniejszy.

IMG_20160612_105719

 

Teraz jesteśmy w drodze powrotnej z Kopenhagi, polecieliśmy tu do mojej chrześnicy na urodziny. Odkryliśmy przepiękne miejsce, miejsce w którym sportowe życie to chleb powszedni. Miejsce gdzie wszyscy biegają, jeżdżą na rowerach, gdzie za miastem widać więcej kolarzy niż samochodów. Miejsce gdzie ekologiczne to nie wymysł, a codzienność, miejsce gdzie ekologiczne nie kosztuje dużo więcej. Niestety jedyny minus Dani to fakt, że jest pioruńsko droga.  Ale o niej wrzucę tu osobny post.

Wracamy do domu, po naszych maratońskich podróżach, po milionie kilometrów przebytych samolotami, autobusami, samochodem, po tysiącach kilometrów spędzonych na treningach, po niewielu przespanych nocach. Niemniej jednak warto było, zobaczyć wszystko co zobaczyliśmy, posmakować wszystkiego czego posmakowaliśmy, poznać wszystkich których poznaliśmy.

 

 

Za jakiś czas będziemy dalej wakacjować, ale teraz czas wracać powoli do domu.

Powoli bo…

…czeka nas jeszcze jeden przystanek. Nasza ukochana wieś i triathlon w Starogardzie Gdańskim, którego boję się jak cholera.

 

 

O.

Starogard Gdański, Energy Triathlon i moja pierwsza połówka.

TRIATHLON

Starogard Gdański, Energy Triathlon i moja pierwsza połówka.

Został niespełna miesiąc do mojego kolejnego startu. Zanim zacznę rozwodzić się nad tym, że nie wiem czy jestem na niego gotowa, powiem Wam dlaczego własnie wybrałam Starogard Gdański i Triathlon Energy.

 

Można by napisać krótko, że moi rodzice pochodzą stamtąd, że to miasto do którego mam sentyment. Jednak nie byłabym sobą gdybym ujęła to w dwóch zdaniach i nie dołożyła trochę koloru do tego. Tak, moi rodzice są ze Starogardu Gdańskiego, nie jedno a obydwoje. Wyemigrowali po studiach do Trójmiasta i tam też ja przyszłam na świat. Jednak to nie z tego powodu wybrałam Energy Triathlon i Starogard. Pomijam również fakt, że jest on blisko domu, więc wygodnie. Będą chętni żeby zostać z Zosią. Nie trzeba jechać daleko i zabierać całego majdanu.

 

Moją największą motywacją do startu właśnie w tym mieście były moje babcie, moje największe fanki, najwierniejsze czytelniczki i chyba jedyne szczerze dumne ze mnie osoby. Gdy w tegoroczne Święta Bożego Narodzenia nie udało mi się usiąść z moją rodzinką przy wigilijnym stole, moja mama zaserwowała moim babciom na wigilijny deser mojego bloga. Nie wiem, nie byłam wiec nie widziałam, ale podobno siedziały dobre kilka godzin zaczytane w stercie moich słów. Wigilijny deser nie był jednorazowym strzałem, od tamtego czasu to one chyba są najczęstszymi bywalcami w mojej małej strefie internetu. To one są prze dumne z tego co robię i to one co chwile dzwonią mówiąc że jak ja na to wszystko znajduję czas.

Dlatego też, gdy zobaczyłam że mogę startować w takim mieście w którym to one będą mogły stać na mecie, nie ważne jaki ciężki to byłby dla mnie start chce tam być!

 

DSC_0073

 

I pomimo, że nie czuję się przygotowana na ten dystans, że chce zrobić ten start ewidentnie tylko treningowo i nie szarpać się na żadne wyniki to i tak boję się tego, że zanim stanę na starcie w Gdyni – moim Herbalife-owym marzeniu – poczuję jak okropny jest to wysiłek i moja głowa zablokuję się na mój start docelowy.

Ale jak już wiele razy pisałam, żeby robić progres, żeby się polepszać, trzeba wyjść ze swojej strefy komfortu i mam nadzieję, że ten start właśnie wyniesie mnie poza moją strefę. Tam gdzie będzie bolało, ale też tam gdzie poczuję że mogę więcej, że potrafię więcej i że nie ma granic których nie da się przekroczyć.

 

 

Do zobaczenia na starcie ! 🙂

 

O.

 

 

 

Rozpoczęcie sezonu triathlonowego. Triumf w Larnace.

PODRÓŻE TRIATHLON

Rozpoczęcie sezonu triathlonowego. Triumf w Larnace.

DSC_0073

Pierwszy start mam wrażenie, że jest zawsze najgorszy. I wcale nie mówię tu o wyniku, ale to tych oczekiwaniach i tremie która zżera Cię na dużo dłużej niż przy kolejnych.

Ten start był dla mnie wyjątkowo stresujący, bo bardzo długo wyczekiwany, bo pierwszy i bo chciałam sobie udowodnić, że jestem w lepszej formie niż rok temu. Po raz pierwszy też poczułam to uczucie spalenia, które często towarzyszyło mi tylko na zawodach pływackich gdy byłam mała i nie potrafiłam radzić sobie z basenowym stresem. Po raz pierwszy też poczułam co to jest kolka, nie taka że boli Cię pod żebrami, taka która nie pozwala postawić Ci kolejnego kroku, taka która odcina dopływ tlenu i nie pozwala wziąć kolejnego oddechu i też taka z którą nie da się biec.

16LT7554-2

TRIATHLON LARNACA – dystans OLIMPIJSKI, czyli 1.5 km pływania, 40 kilometrów roweru, 10 kilometrów biegu.

5 rano, pobudka, nie lubię wcześnie wstawać, ale w dniu startu nigdy nie mam z tym problemu. Śpię tak czy siak na pół-gwizdka, żeby przypadkiem nie zaspać. Wstajemy, standardowa procedura, śniadanie, kawa, toaleta. Albo w innej kolejności, jak się uda. Do mojej miski jak zwykle wlatują płatki owsiane, nasiona chia, trochę siemienia lnianego ( z tym nie przesadzajcie przed zawodami, jeżeli wasze organizmy nie są do tego przyzwyczajone). Zalewam wszystko wrzątkiem, dorzucam banana, garstkę orzechów włoskich, odrobinę jogurtu, syrop z agawy ( tak cukier 🙂 ) i wciągam ze smakiem. Wiele osób w dzień startu serwuje sobie bardzie „węglowodanowe’ śniadanie, typu ryż biały, czy białą bułka z dżemem. Ja jestem wierna mojej owsiance, nigdy nie miałam po niej problemów żołądkowych, na energię też nie mogę narzekać. Musieliśmy wyjechać z domu 5.45 żeby w Larnace, oddalonej o jakieś 70 km być przed 7 i odebrać pakiety startowe.

 

DSC_0087

W strefie zmian idzie mi wyjątkowo gładko, bez większego zastanawiania i przemyślenia układam wszystkie rzeczy na miejsce. Buty biegowe, i daszek lądują na ręczniku. Kask i okulary wędrują na rower, stamtąd dużo łatwiej zakłada się je na głowę, buty rowerowe przypinam gumkami do roweru. Ja swoje buty zakładam już na trasie rowerowej, jadąc. Dużo ludzi uważa, że jest to bardziej zaawansowana forma, ja myślę, że wręcz przeciwnie. Boje się biegać w blokach, bo nie raz poślizgnęłam się już na schodach wychodząc na trening. nie wyobrażam sobie więc wybiegać ze strefy zmian w totalnym przerażeniu czy aby na pewno dobiegnę do linii wejścia. zdecydowanie wolę robić to na bosaka i z luźną głową, a wejście na rower bez butów to prosta sprawa, wystarczy spróbować. Pianka i czepek na sobie, strój triathlonowy i CEPy na nogach, więc chyba wszystko gotowe. idziemy rozgrzewać się do wody.

 

START

Jak to na Cyprze bywa, szybki briefing przed startem był na prawdę szybki, pół na pół wypowiedziany po angielsku i grecku i nie wiele się z niego dowiedzieliśmy. jednak to są uroki i minusy startów w „egzotycznych” krajach. Na szczęście trasa była dobrze oznaczona, a fakt że nie planowałam być pierwsza uspakajał mnie że ktoś będzei przede mną i w razie co zobaczę gdzie mam się dalej udać. Ilość kółek na swój dystans znałam, więc nie zginę.

 

13198567_1023885491021678_4886208875147033599_o.jpg

 

Po nadzwyczaj krótkim briefingu, start był wyjątkowo chaotyczny, nikt tak na prawdę nie wiedział czy to już. Ale wielki pisk startera dał o sobie znać, więc ruszyliśmy do wody. Zazwyczaj ustawiałam się zawsze w środku stawki, tym razem postawiłam na początek, żeby zaoszczędzić sobie ciągłego wyprzedzania. Wskoczyliśmy do wody. Płynęło mi się pięknie, luźne ręce, szybka woda, chyba miałam dobre tempo. Jedyne co mnie strasznie zmartwiło to strasznie nie równy oddech, i serducho walące jak za dawnych czasów na zawodach pływackich. Głowa zaczęła walczyć i uspakajać, wiedziałam że to ta adrenalina, która buzowała we mnie od paru tygodni, kiedy tylko pomyślałam sobie o tym starcie.  Wiedziałam jednak, że jeżeli się nie uspokoję, zaraz zachłysnę się wodą, albo spuchnę, bo nie będę dostarczać wystarczająco tlenu do mięśni. Na szczęście pływackie deja-vu skończyło się na pierwszej bojce i od tamtej pory równym tempem płynęłam do samego końca.

 

Ostatnie kółko, ostatnia boja i ciekawa swojego czasu usiłuję spojrzeć na zegarek na ostatnich metrach. Mignęło mi 28:xx, albo 21:xx, w to drugie nie chciałam wierzyć bo to by znaczyło że trzymałam na prawdę dobre tempo, ale okazało się że to te drugie cyfry były prawdziwe. Ekstra, lecę po to co chciałam, czyli 2:35:xx .

ROWER

 

16LT8195-2

Wskakuję na rower, czuję, że nogi nie są świeżutkie ale udaje mi się mocno pedałować i trzymać dobre tempo. W tym roku nie wyprzedzają mnie jak szaleni, trzymam się ich mocno ile się da. Zjadam pierwszy żel, popijam z wygody … izotonikiem ! NIGDY TEGO NIE RÓBCIE, ŻELE MOŻNA POPIJAĆ TYLKO WODĄ!!! Pierwsze kółko, drugie, trzecie, sprawdzam zegarek i mały balonik, który leciał wraz ze mną po wymarzoną życiówkę właśnie pękł. Trasa rowerowa na pewno będzie o parę kilometrów dłuższa, więc nici z mojego marzenia. Każdy kilometr to jakieś 2 minuty więcej, jeżeli jedziemy na rowerze z prędkością 30 km/h, więc już ciut zniechęcona pedałuje dalej. Odzywa się brzuch, który nie bardzo chce przyjąć cokolwiek. Od tej pory piję już tylko wodę.

Pomimo to, dalej dzielnie walczę, pedałuje mocno ale nie tak żeby nie mieć siły na bieg. Na trzecim, lub czwartym kółku (z sześciu) , dojeżdżają do mnie cypryjskie PROski, wyprzedzają jestem pewna że mnie dublują więc od razu kalkuluję stratę do nich w mojej głowie. Nie mogę się doliczyć, więc skupiam się na jeździe. Ja kończę piąte kółko, R. krzyczy z naprzeciwka które kólko jedziemy, też się pogubił. Nie wiedzieliśmy czy zrobili rower o 2-3 kilometry krótszy, czy dłuższy. Próbuję doliczyć się kółek, nie no na pewno szóste zaczynam. Nie pomagają PROski, które totalnie mnie wybiły z rytmu, jadą nadal szóste kółko. Burza mózgu: Przecież nie możliwe żeby zrobili rower 48 kilometrów? To co ja mama zrobić jeszcze jedno kółko? Patrzę na garmina, patrzę na licznik, no jak w mordę strzelił będę miała z dobre 42-43 kilometry po tym kółku. Przecież nie możliwe jest żebym miała taką przewagę po wyjściu z wody? I żebym ją otrzymała przez 3 kółka roweru!? Było możliwe, jedna z dziewczyn cypryjska triathlonistka, reprezentantka kraju, dogoniła mnie dopiero na trzecim kółku! WOOW !

Pomimo dziwnego żoładka, pakuje w siebie drugi żel, co by mi nie odcięło dopływu energii na biegu. Tym razem popijam TYLKO wodą. Zsiadam z roweru, wbiegam do strefy, szybko zakładam buty biegowe i ruszam dalej.

 

BIEG

16LT8580-2

To chyba najmniej przyjemna część traithlonu, przynajmniej dla mnie. Może dlatego, że jest to najsłabsza moja dyscyplina, w której wiem że nie będę doganiać i wyprzedzać, a raczej to mnie mogą wyprzedzać. Robi się coraz duszniej, słońce zaczyna się pokazywać i delikatnie doskwierać. Nie ważne, odkładam moją głową, nie do końca pozytywnie nastawiona na bok i biegnę. Po prostu rób swoje Ola, myślę. Tempo jak na mnie nie jest złe, trzymam cały czas 5:10-5:15 min/km. biegniemy wzdłuż morza, potem skręt w lewo w głąb lądu i kolejny w lewo za którym wyłania się…. PODBIEG! Podbiegi na triathlonie, są okropne bolą dużo bardziej niż podbiegi w samodzielnym bieganiu,a najgorsze są takie które trzeba zrobić 4 razy podczas 10 kilometrów! Tak nasz bieg, składał się z 4 kółek znaczyło to że mam podbiec pod tą górkę 4 razy !! Mam też z niej zbiec 4 razy, czyli bieg nie należał do łatwych. Tempo trzymałam do trzeciego kółka, po trzecim podbiegu spadło do 5:20 min/km. Brakowało mi motywacji, po raz pierwszy nie mogłam doczekać się mety, nie dlatego że bolało czy nie miałam siły, byłam znużona, dłużyło mi się okropnie, biegłam bez emocji, bez woli walki.

Czwarte kółko, spinam się i obiecuje, że trochę przyspieszę. W mojej głowie krzyczy głos, 2:39:xx, 2:39:xx, 2:39:xx! Wiem że marzenie o 2;35 znikło już na rowerze, kiedy przeliczyłam że mamy kilka więcej kilometrów niż 40 do przejechania. Chce złamać chociaż te 2:40. Udaje się przyspieszyć, żwawo też wbiegam ostatni raz na ta okropną górkę i … stało się. Kolka… Oddycham, uciskam, wydycham powietrze wraz z nogą po tej stronie co złapała mnie kolka. Nic to nie daje, do mety został mi jakiś kilometr, może nie cały. Próbuję więc odsunąć myśli o kolce i biegnę dalej, tempo spada, ale nie martwię się, widzę metę. Boli coraz bardziej, boli tak że nogi zaczynają mi się uginać, spina mi się połowa ciała, nie mogę postawić kolejnego kroku, jestem cała sztywna. Myślę sobie: „no coś ty Ola! Przecież jest tak blisko! Dasz radę!” Człapie więc dalej, ból jest nie do wytrzymania, nigdy nie miałam takiej kolki. Nie mogę wziąć oddechu, ściskają mnie całe płuca tak jakby wsadził mnie ktoś w kowadło, czuję, że nie dobiegnę. Nie chce mi się wierzyć, że na tak niewiele przed mętą może okazać się że nie ukończę wyścigu.

Staję… opieram ręce na kolanach próbuję złapać oddech, otworzyć płuca, przewentylować się tak żeby skurcz odpuścił. Przybiegają do mnie medycy „Are you ok ?” Mogę już tylko kiwac głową. Mija parę sekund, może pre-naście, w mojej głowie mija wieczność. Pomimo, że tak ogromny ból zaatakował moje ciało przez ani chwilę nie zwątpiłam że nie uda mi się dobiec. Chwilę później czuję jak ból ustąpił. Skurcz odpuścił. Ruszam przed siebie. zaczynam powoli, żeby za parę metrów znowu nie stawać. Dobiegam do zbiegu i jestem!! Na  ostatniej prostej, widzę Zosię machającą i wbiegającą prawie pod ludzi. Uśmiech pojawia się na twarzy, obok niej stoi Rafał krzycząc żebym przyspieszyła. Podbiegam do małej, biorę ja na ręce i razem wbiegamy na metę.

 

DSC_0065

 

DSC_0071

 

16LT8773-2

 

Czuję spełnienie, takie stu procentowe. Patrze na zegarek: 2:38:04, niemożliwe udało się !

 

 

Za to kocham triathlon, nie do końca jest przewidywalny, każdą dyscyplinę musisz zrobić z takim zapasem żeby mieć siłę na kolejną. A będąc mamą, czy tatą, musisz zrobić triathlon tak aby mieć siłę spędzić cały dzień ze swoim maluchem, które będzie szalało wraz z tobą od emocji! 🙂

 

 

 

O.

 

 

Pierwszy start w 2016, ból czy zwycięstwo ?

BIEGANIE TRIATHLON

Pierwszy start w 2016, ból czy zwycięstwo ?

Brzmi poważnie, pierwszy start w sezonie 2016. 

Boje się go jak cholera. Nie wiem czemu, boje się, że się okaże że jestem słabsza niż rok temu, kiedy to byłam świeżo po porodzie walcząc o każdy trening, walcząc o każdą godzinę snu, walcząc ze sobą o motywację i siłę. Pamiętam noc przed kiedy to ściągałam pokarm do późna w nocy, pamiętam to że mała nie dawała nam spać i pamiętam jak karmiłam ją zaraz po triathlonie kiedy słyszałam swoje nazwisko wywołane żeby wejść na podium. Za tydzień zmierzę się ponownie z moim „po-ciążowym” debiutem w triathlonie. Nireas Triathlon Larnaca w tym roku wypada 15 maja, czyli tydzień wcześniej niż w zeszłym.

IMG_20150524_185428

Strach ?

Dawno nie miałam takiej tremy przed startem. Jestem ciekawa na co mnie stać, nie wiem do końca czego się spodziewać. Czuję, że dużo przepracowałam, ale czy wystarczająco dużo żeby zdobyć to co chce? Czy stać mnie na taki czas, jaki cały czas błyszczy gdzieś w tyle mojej głowy ? Wiem ile może pójść nie tak, wiem jak nie obliczalny czasami bywa triathlon i wiem jak nie obliczalny może też być mój organizm. Pozytywnie, a zarazem negatywnie. Nie chcę wygrać, nie pragnę podium, choć nie powiem że zeszło roczna niespodzianka w postaci pierwszego miejsca była cudownym zwieńczeniem ciężkich po-porodowych przygotowań.

Chcę jednak wygrać z samą sobą, chciałabym poczuć że daję z siebie wszystko i chciałabym żeby minuty na mecie pokazały to że dałam radę, że spełniłam choć w minimalnym stopniu swoje oczekiwania. No ale czy nie są one wygórowane ?! Czy te godziny spędzone na rowerze, w butach biegowych, czy na basenie miały sens i sprostam swoim oczekiwaniom?!

Nie wiem….

 

 

Nie ma nic za darmo.

Często mówię, że nie umiem biegać, że nie umiem biegać szybko. Po ostatnim poście warszawskibiegacz.pl , głęboko przejrzałam swoje sumienie i stwierdzam że ma on rację. dodałabym tylko, że dzięki czemuś takiemu jak predyspozycje do pewnego sportu zaczynamy z innego etapu. Jedna osoba na wynik poniżej 50 min, na 10 km, będzie musiała włożyć więcej pracy niż druga. Jedni biegając parę razy w tygodniu bez celu, na zawodach schodzą poniżej 50 min, inni takim samym bieganiem osiągają wyniki w okolicach godziny.

Prawdą jednak jest, że biegamy tak szybko i tak daleko na ile sobie to wypracujemy. Biegam tak szybko, na ile ciężko pracuję na treningach. Po małym rachunku sumienia, nie mam co narzekać, że biegam takim tempem bo na takie tempo się przygotowuję. Biegam dużo wolniej niż bym chciała, ale nie ukrywam że nie lubię mocnych treningów biegowych, nie umiem wykonać ich na 100%. Nie znam swojego organizmu podczas biegu na tyle żeby wiedzieć kiedy biegnę na maksa, a kiedy na 90% moich możliwości. Ciężko jest mi przesuwać granice w bieganiu, ciężko bo chyba nie do końca chce. Albo chcę, ale się boje. Łatwiej jest wyjść na trening i zrobić go w swojej strefie komfortu.

Wiem, że do niedzieli już nic nie zdziałam, teraz tak na prawdę mogłabym tylko wszystko popsuć, ale mam nadzieję że popchnę swoje granice możliwości przez lato, nauczę się biegać szybciej i dalej, a dzięki temu będę silniejszą zawodniczką w triathlonie.

13124977_948119811967288_4557214751743389634_n

Dla niektórych ja trenuję dużo, dla mnie, Ci lepsi, trenują dużo,dla nich z kolei profesjonaliści trenują dużo. Każdy trenuje na tyle na ile go stać, na tyle na ile chce się zaangażować i na tyle na ile chce poprawiać swoje wyniki. Pomimo, że wielu z Was  nie myśli o takim intensywnym treningu jak ja, albo wielu z Was myśli, że jeszcze daleko mi do intensywnego treningu, to widzicie, że ja też mam blokady, z którymi muszę i chce walczyć. Ciężko jest przyznać się przed samym sobą, robiąc 9 treningów w tygodniu i będąc czasami nie od życia, że widocznie nie zrobiłam tego na tyle na ile mnie stać, albo na tyle na ile bym chciała, żeby w końcu przesuwać swoją granice możliwości. Czując kolejny rower w nogach, po którym 10 schodków jest trudnością, ciężko jest się przyznać, że nie daje z siebie wszystkiego na treningach, że powinnam trenować mocniej. Dlatego nie bójcie się bólu, zmęczenia, bo to właśnie on  sprawia, że na końcu czeka na nas ogromna satysfakcja i wygrana z własnym ja.

 

 

O.

 

 

 

Moje 120 kilometrów walki.

PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Moje 120 kilometrów walki.

Pierwszy taki trening za mną, pierwsze moje 120 km przejechane ciągiem na rowerze i pierwsze chwile totalnego zwątpienia.

IMG_20160429_205205

Jedziemy… wiem że za tymi pięknymi widokami czeka na mnie największy podjazd na trasie. Nie znam tych miejsc, więc nie znam trasy, nie wiem dokładnie co mnie czeka. Wiem tylko, że mam się wspiąć na około 800 m. Jedziemy… skręt do wioski w prawo i już widzę tylko drogi prowadzące w górę. Widzę kolejne wioski położone jeszcze wyżej, domy do których prowadza tylko pionowe drogi. Boję się, GARMIN pokazuje już 96 kilometr, moje nogi robią się coraz sztywniejsze, a przede mną sporo kilometrów do góry. Jednak się nie poddaję jadę dalej, milion myśli przechodzi przez moją głowę, próbuję zwalić wszystko na tatę, który to wymyślił tą właśnie trasę dla nas do pokonania. Wiem, że to nic nie da, to moja głowa zaczyna wątpić zupełnie w moje siły, więc to z nią muszę stoczyć tą walkę.

Traska 120 km na drugi koniec wyspy, gdzie mieliśmy spędzić Cypryjskie święta w domu nad basenem, wydawała się nie lada wyzwaniem. Nie było opcji na wzięcie rowerów na dachu, bo rowery dziadków już tam były więc jedyną opcją jaka istniała, żeby odwalić dwa solidne treningi rowerowe to żeby pojechać tam na rowerach. Jak już pisałam Cypr jest górzystą wyspą, wszędzie znajdzie się sporo podjazdów. Nad samym morzem trzeba wdrapywać się na kilkuset metrowe klify, wioski koło nadmorskich miasteczek zazwyczaj położone są na równie wysokich wzgórzach, a gdy chce się przedostać z południowej części na północną cześć wyspy trzeba przedostać się przez pasmo górskie który w najwyższym miejscu sięga 2000 m.

 

 

Dlatego bałam się tego dnia. Nie wiedziałam do końca czy sobie poradzę. Nie wiedziałam kiedy na trasie skończą mi się przerzutki i kiedy totalne zmęczenie nie pozwoli na dalsze pedałowanie. Niby w sierpniu mam robić 1/2 IRONMANA, więc powinnam być bez problemu gotowa na 100 km trasy, a jednak pierwszy raz zawsze jest wielką niewiadomą.

3 dni później wracamy… Już wiem co mnie czeka, znam dokładnie traskę pamiętam każdy podjazd, każdy zjazd. Zastanawiam się co gorsze, czy 12 kilometrowy podjazd na 92 kilometrze kiedy wiem że po czeka mnie tylko zjazd, dobre jedzenie i leżenie nad basenem. Czy też zrobienie tego czternastokilometrowego podjazdu na świeżości, ale po nim czeka na mnie jeszcze dobre 100 kilometrów pedałowania.

IMG_20160429_205137

 

Cóż mogę napisać to były dwa solidne treningi. Pierwszy kosztował mnie trochę więcej, na drugi byłam przygotowana. Po drugim też, tyłek odpadał mi już w połowie drogi, a 30 kilometrów przed końcem drogi tak pragnęłam być już w domu że średnia prędkość na ostatnich 30 kilometrach wyszła 35 km/h. Byłam połamana, nogi bolały, tyłek bolał, plecy bolały szyja i kark również, ale warto było. Każdy ból i chwile zwątpienia rekompensowały widoki i smak tego co czułam na mecie, na końcu drogi, na końcu mojej 120 kilometrowej drogi.

Wiem, że moja siła wzrasta z każdym wyklepanym kilometrem. Wiem, że jeżeli popchnę się do granic możliwości to powoli będę te granice przesuwać. Wiem też, że dopóki nie wyjdę ze swojej strefy komfortu to nie będę się rozwijać, nie będę szybsza, silniejsza i pewniejsza siebie. Ten trening dał mi poczucie, że jestem silna, że swoim tempem brnę do przodu, że nawet największe zwątpienie można zwalczyć.

Dlatego nie bójcie się próbować, nie bójcie się stawiać pierwszych kroków w sportach z którymi nie mieliście zbyt wiele wspólnego, nie bójcie się mocnych treningów. Każdy z nas ma tą siłę tylko musimy ją odnaleźć i cały czas walczyć o jej rozwój.

 

IMG_20160429_193320

Odpoczynek z córą smakuje lepiej niż w pojedynkę 🙂

 

Walczcie, bo warto !

 

O.

Obóz treningowy na Cyprze – przyjemność z pożytecznym.

AKTYWNA MAMA CODZIENNOŚĆ PODRÓŻE SPORT TRIATHLON

Obóz treningowy na Cyprze – przyjemność z pożytecznym.

Zazwyczaj kiedy wiosna przychodzi do Polski wielkimi krokami, a majówka zazwyczaj dmucha zimnem i bardziej zimową niż letnią pogodą. My zawijamy manatki i lecimy na Cypr.

IMG_20160430_142842

 

Dla tych którzy nie wiedzą mamy prac sezonowe, więc wiosna i jesień jest naszym czasem wolnym, w którym załatwiamy wszystkie prywatne sprawy których w sezonie nie ma kiedy ogrnąć. Wiosną i jesienią też mamy czas dla siebie, czas na treningi i czas żeby podróżować dlatego co roku od paru dobrych lat śmigamy na Cypr. Dlaczego ? Bo to właśnie tu Zosi dziadkowie, którzy dawno temu wraz ze mną uciekli z Polski, teraz mieszkają.

Dlatego też zawsze kiedy lecimy na Cypr, mam wrażenie że w końcu będziemy mieli czas na wszystko. Że będzie czas na treningi, na zabawę, na spacery, na książki i na całą resztę, że blog będzie w końcu zapełniony nowymi postami, ale niestety. Jest tutaj za dużo bodźców, za dużo pięknych miejsc, za dużo knajpek, plaż i innych atrakcji i zawsze jest pełno rzeczy do roboty. A moje kilka stron w internecie świeci pustkami i czeka aż ja zarwę którąś noc i napiszę parę słów.

Dlatego dzisiaj kiedy grzejemy się nad basenem w przepięknym domu z widokiem na morze, a reszt rodzinki po porannym treningu i porannej pobudce poszła spać ja mam chwilę żeby usiąść w końcu z komputerem.

Nasz Cypr z którym jesteśmy mocno emocjonalnie związani, przeplata się co chwilę przez nasze życie. Od kilku lat został też naszym ulubionym miejscem do treningów.

Cypr to nie odkryta mekka dla triathlonistów. Są piękne piećdziesięcio-metrowe otwarte baseny, o morzu już nie wspomnę w którym aż chcę się robić treningi „open-water”. Promenady nadmorskie i inne ścieżki, których do biegania jest na prawdę dużo. No i najpiękniejsza rzecz, o jaką w wielu miejscach trudno, sieć niekończących się tras rowerowych. I to nie takich tam-i-spowrotem, płaskich i nijakich. Nie, tutaj jest po prostu masa przepięknych widokowo, pustych, górskich i na prawdę wymagających trasek. Mam wrażenie, że gdzie się nie pojedzie, ciut dalej od miasta, trasy się ciągną kilometrami. Można wspinać się na pobliskie wzgórza, i zrobić sobie krótki trening, a można pojechać na drugą stronę wyspy, lub eksplorować ja wzdłuż morza przez wiele wiele kilometrów. Cypr jest dosyć górzysta wyspą, nie mówię już o prawdziwych górach które sięgają tu do 2000 m, ale cała wyspa jest pofalowana. Tutaj aż chce się trenować, chce się spędzić pół dnia na rowerze, walcząc ze swoimi słabościami.

Dzisiaj jestem po mocnym treningu, miałam biegać, miałam pływać, ale dzisiaj mam wolne. Od jutra wrócę na treningowe ścieżki. Dzisiaj odpoczywam, pije wino z na wyspie pełnej wina i relaksuje się z moją księżniczką nad basenem. A jutro zapraszam Was na parę słów jak przebyć swoje pierwsze 120 km na szosie po górach !

Z pozdrowieniami z ciepłej wyspy,

O.

Brak sił nie znaczy że sobie odpuszczam.

AKTYWNA MAMA CODZIENNOŚĆ SPORT TRIATHLON

Brak sił nie znaczy że sobie odpuszczam.

Moje dziecko nie śpi od trzech dni. Mam totalny brak sił.

Miałabym ochotę wypić tak wielką butelkę wina, żeby paść nieżywa w łóżku i nie słyszeć okropnie głośnych ataków płaczu w roli mojej córki przez kolejną noc.

Mała w naszym łóżku ?

Wczorajszą noc mała Z spędziła u rodziców w łóżku. W jej karierze życiowej trwającej już prawie 14 miesięcy, miało to miejsce tylko trzy razy. Pierwsza noc kiedy wróciłyśmy ze szpitala. Totalne fiasko, bo sapałam tak sztywna, że rano wszystko mnie bolało. Drugi raz był w Sopocie, kiedy to po raz pierwszy od naszego małżeńskiego życia R i ja spaliśmy w osobnych łóżkach w tym samym domu. Spałam z Zosią w osobnej sypialni walcząc z jej płaczem do 5 rano. Potem oddałam łóżko wraz z dzieckiem wyspanemu Rafałowi, a sama uciekłam do drugiej sypialni. No i trzeci był wczoraj, kiedy to wstawałam do młodej co jakieś 5-10 minut od godziny 00.20, przez dobre kilka godzin, na zmianę wkurzając się na śpiącego obok męża, który wstał wydawało mi się o połowę mniej razy niż ja ( teraz myśląc sobie, że mogłabym sama wstawać i tak się cieszę że wyręczył mnie chociaż o te połowę mniej razy, ale człowiek wyrwany ze snu, który po raz tysięczny raz ma wstać do płaczącego dziecka może być delikatnie sfrustrowany 🙂 )

Brnę dalej.

Dzisiaj, kiedy w końcu poczułam tą ciszę w samochodzie gdy mała Z po paru moich bezsennych nocach zasnęła, ostatnią rzecza jaką chciałam robic to było bieganie. Oczywiście jak zwykle w najmniej motywacyjnym dniu mam do zrobienia interwały. Chciałam rozłożyć siedzenie ( od biedy zasnęła bym na siedząco) i iść spać razem z nią, ale …..

Chwilę później truchtałam już w lesie…

 

IMG_20160419_222526.jpg

…a jeszcze chwilę później biegałam interwały na Gutwin, Mosir, moim ulubionym biegowym miejscu w Ostrowcu Św.

Ja się nie poddaję. Brnę dalej z treningami i pomimo, że treningi są ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę ostatnimi dniami, to dzięki nim jeszcze funkcjonuje.

Dawno też nie spędzałam tyle czasu w ciuchach treningowych. Ostatnie tygodnie w Polsce przed dłuższym wypadem na Cypr są intensywne. Wplatamy treningi pomiędzy milion innych obowiązków czyli na przykład kiedy wymieniamy opony, biegamy. Kiedy jedno załatwia zakupy drugie pływa, a kiedy drugie ogarnia resztę zadań, pierwsze śmiga na rower. Nasz samochód codziennie wozi wózek, buty biegowe, torby basenowe, ciuchy treningowe i rowery tak żeby w razie co wskoczyć w trening. W taki oto sposób znajdujemy czas na to żeby załatwić wszystko, niestety czasami kosztem prysznica, przez co muszę zakładać normalne spodnie na leginsy biegowe, albo myć się pod samochodem chusteczkami Zosi. Ale przynajmniej jest wesoło.

Mała jak zwykle w przypadku ząbkowania, o wiele lepiej znosi to poza domem niż w domu, więc dla niej ostatnie dni są też na plus. Ciężej tylko jest zorganizować się na poranne wyjście kiedy catering Zosi musi obejmować 3 posiłki w tym obiad,a nie tylko jakaś kaszę z owocami, lub jogurtem.

Nie poddawaj się !

Co tam bieganie z wózkiem, przecież kaczki są ważniejsze 😉 Dzisiaj nasze „kwa kwa” towarzyszki wciągały razem z nami moje po treningowe kulki mocy! Zocha była w siódmym niebie !

IMG_20160419_222354.jpg

Dlatego nie poddawajcie się, wiosna nie tylko przynosi nam piękną słoneczną pogodę, ale też przesilenie wiosenne, które może dopaść każdego. Przynosi nam głowę chętną na porządki, które dorzucają zmęczenie do codzienności. Chce nam się wszystkiego a zarazem po prostu brak nam sił.

NIE WAŻNE ! Wyznaczajcie sobie małe cele, niech celem będzie zaliczenie kolejnego treningu, czy zrobienie kolejnego kroku żeby w końcu zaliczyć ten pierwszy bieg. Nie rzucajcie się z motyką na słońce, nie chciejcie od razu przenosić góry. Zacznijmy od małych rzeczy góry same przyjdą 🙂 Nie ważne jest dlaczego to robimy, ważne jest że to robimy i spełniamy się podczas tego !

 

Dobrej nocy.

O.