Tag: triathlon

#7 Roztrenowanie – czyli co? jak? po co ? i dlaczego ?

PODCAST

#7 Roztrenowanie – czyli co? jak? po co ? i dlaczego ?

Roztrenowanie jest na tapecie od jakiegoś czasu. Wszyscy o nim mówią, zastanawiają się czy warto je robić, czy może lepiej przedłużyć trochę sezon bo przecież jest nam tak fajnie juz na jego skrawku. Dlaczego właściwie robi się roztrenowanie, jakie mają być jego cele i ewentualne plusy, bo przecież o to nam chodzi. Stwierdziłam, że osobą która odpowie nam na wszelkie pytania dotyczące właśnie roztrenowanie będzie Marcin Fabiszewski, mój trener, założyciel klubu TRIWAWA i wybitny zawodnik sam w sobie.

Dlaczego warto robić roztrenowanie ? Co to w ogóle jest i jakie są jego cele? Co ma ciąża do roztrenowania, bo tak, super płynnie zaczęliśmy rozmawiać o ciąży. Jak sobie nie zrobić krzywdy wchodząc z powrotem w obciążenia treningowe ? Czy zawodnicy mogą pić alkohol i kiedy jest ten moment na zluzowanie ? Co warto robić podczas roztrenowania ? No i przede wszystkim czy polecamy czy odradzamy.

Na te i masę innych pytań, oraz zagwostek odpowie Marcin w tym odcinku. Słuchajcie uważnie i do końca 🙂

Rozmowa pełna śmiechu i merytorycznej wiedzy prosto z kuchni u Marcina, czeka na Was do odsłuchu !

Listen to „Kobieta w Sporcie – #LivCommitted” on Spreaker.

ZAPRASZAMY!

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

POLECANE SPORT TRIATHLON

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

Nie wiem czy uda mi się przelać te emocje na papier, ale postaram się.

Malbork, co prawda do samego końca nie wierzyłam, że się odbędzie. Przez te wszystkie restrykcje COVID-owe, myślałam że, za duża impreza, za dużo ludzi zapisanych. A tu LABOSPORT, Mistrzowie tegorocznego ogarniania zawodów z COVID-em na plecach, jak zwykle sobie poradzili.

Musze przyznać, że należą im się ogromne gratulację za organizację imprez w tak trudnym czasie. Nie tylko w ogóle to robili, ale też robili to z głową, zachowując, SERIO, wszystkie ważne obostrzenia, wychodząc na przeciw nowej rzeczywistości. ( no dobra dali tylko ciała z tym pływaniem bez pianek w zimnym Olsztynie 😉 hahah)

Malbork nie wiem czy miał być moim numer 1 startem. Nigdy nie patrze się ta na swoje starty według tej kategorii. Zawsze robie kalendarz gdzie startujemy i każdy jest dla mnie prawie równie ważny. Tym razem Malbork miał być miejscem, gdzie się odkuję po okropnym sezonie, który od początku szedł nie tak. Na pierwszych zawodach KOLKA i brak mocy na rowerze, drugie zawody to szlif i wypadek, 3-ie to ulatniające się powietrze ze mnie na każdym kroku. A przecież wiedziałam, że fizycznie jestem dobrze przygotowana, ba nawet lepiej niż kiedykolwiek w życiu, ale coś nie grało. Zawsze było coś nie tak. W głównej mierze razem z trenerem doszliśmy do wniosku, że to głowa płata mi figle.

Jest to pewnie temat na kolejny post ale tak na szybko analizując. Od zawsze byłam ambitna, czasami za bardzo może, ale też dokładnie wiem gdzie jest moje miejsce w szeregu i nie próbuje gór przenosić czy łamać czasów które nie są w zasięgu mojej ręki. Mam jednak taką przypadłość, że obciążam się, obarczam jakimś niewiadomo skąd ciężarem ( może z instagrama :p, pól żartem pól serio) że coś muszę. Że jeśli nie czas to miejsce muszę takie mieć, że nie może mi pójść źle, bo cóż ja Wam napiszę ?! I choć teraz pisząc to, wydaje mi się to głupie, błache i bezsensowne to jest coś, jakaś presja która nakładam na siebie przed każdymi zawodami.

Na szczęście wpadłam w dobre ręce trenerskie, które znają takie przypadki jak ja, które umieją poradzić sobie z takim przypadkiem jak ja i które wiedza co powiedzieć, jak i gdzie, żeby taki przypadek jak ja był opieprzony kiedy trzeba, a pogłaskany kiedy potrzebuje. Oprócz merytorycznego przygotowania, ma niesamowite podejście psychologiczne. Takim trenerem jest Marcin Fabiszewski – mój trener, założyciel klubu TRIWAWA.

Jeśli chcielibyście z nim podjąć współpracę to teraz jest dobry moment by się do niego odezwać. Możecie się powołać na mnie :) 
Marcina znajdziecie na FACEBOOKU i INSTAGRAMIE.
Nagralismy też wspólnie podcast który możecie odsłuchać TUTAJ.
Marcin prowadzi tez grupowe zajęcia na basenie w Wilanowie w Warszawie ;) 

I to właśnie chyba jego esej-wiadomość w przed dzień startu rozluzowała to wszystko, co na mnie siedziało. Jego słowa pozwoliły cieszyć się tym startem. Pozwoliły wejść bez presji do wody, wyjść z niej z jeszcze większą radością i emanować nią na rowerze i biegu. Jeśli to czytasz – DZIĘKUJĘ !

Castle Triathlon Malbrork 2020 – start życia.

Skoro już wiecie co się ze mną działo przed to zaoszczędze Wam historii dotyczącej wprowadzania roweru do strefy zmian, szykowania się i innych tego typu historii które już pewnie nie raz słyszeliście, czy o nich u mnie czytaliście. Wszystko poszło płynnie bez większych problemów. Ponieważ byliśmy dosyć wcześnie przed startem, udało się też porządnie rozgrzać. Fajnie też, że Zosia pojechała z nami. Uwielbiam jak dzieciaki są na naszych startach. Zawsze robi mi się tak cieplutko i przyjemnie w serduchu.

STRATUJEMY – Castle triathlon Malbork 2020 <3

Ustawiamy się na starcie. Na szczęście Rafał zdobył mi butelkę zimnej wody żeby przelać sobie buzie, bo byłabym lekko zdziwiona wpadając do tej lodowatej wody w Nogacie. Startuję z Moniką Chodyną i Karolną Jahnz, obydwie dziewczyny dobrze znam wiem na jakim są poziomie i szczerze mówiąc raczej czuję się wolniejsza od nich więc grzecznie staję chwilkę za nimi na pływaniu. Z Karoliną pływamy podobnie, Monika odstaje w wodzie. Jednak nie po to tu przyjechałam, cały czas magluje wiadomość od trenera z dnia przed, w mojej głowie. WDZIĘCZNOŚĆ, RADOŚĆ. I z takim nastawieniem wpadam do wody chwilkę za najlepszymi.

Płynie mi się super. Przełomowy trening odbyłam dwa dni przed startem. Nie ukrywam, że pływanie w piance miałam mocno spaczone moją wcześniejszą pianką. Długo nie mogłam się przestawić, że w piance mogę mieć nieograniczone ruchy, że pianka może być miękka i przyjemna.

OBECNIE PŁYWAM W PIANCE TYR POLSKA - HURRICANE C5. Po za tym dla wszystkich którzy mnie obserwują, słuchają czy czytają mam też kod rabatowy na wszystko w TYRze ----> KOD: BIOMAMA15 do zrealizowania na www.tyrpolska.pl

Dwa dni przed zawodami w jeziorze z Rafałem coś kliknęło. Zamiast się męczyć jak zwykle, pomyślałam sobie: „HEJ pomyśl ze jesteś w basenie i płyń dokładnie tak jak to robisz tam”. I nagle kliknęło, zaczęłam odpływać od Rafał, tak nagle, bez wkładania jakiejkolwiek większej siły. To samo mówiłam do siebie w wodzie, płynąc w Malborku. Poszło. Płynęło mi się jak w basenie, wygodnie, swobodnie, szybko i z uśmiechem na buzi. Cieszyłam się promieniami słońca, które odbijały się na wodzie, cieszyłam się widokiem zamku Krzyżackiego i tak bujając w obłokach przepływam obok ostatniej bojki i widzę już wyjście z wody !

Co ? Z taką swobodą? EKSTRA LECIMY DALEJ Z TYM MALBORKIEM!

Wychodząc z wody zobaczyłam Karolinę chwileczkę przede mną biegnącą do strefy. Strefy mam szybkie to się nie zmienia. Łapie kask, rower (tego cudownego LIV-a z którym jeszcze nie udało mi się zrobić tego o czym marzyłam, czyli rozwalić system) biegnę do belki…. jak fajnie jest być na zawodach na których wiesz gdzie co jest. Gdzie jest belka, jak mniej więcej biegnie trasa rowerowa itp. Wsiadam na LIV-ka i jazda.

No może nie tak od początku jazda, bo mam nowe buty rowerowe w których nigdy nie startowałam, wiec motam się żeby je założyć. Kibicki obok puszczają żarciki do mnie (na prawdę mnie rozbawiły dziewczyny) i „w końcu się udaje” 😉 Nogi w butach, można jechać. O dziwo, dzięki temu że tak motałam się z butami tętno jest już normalne, co prawda nie mam HR-u, ale czuję jak nie jest przyspieszone, więc zaczynam rozpędzać maszynę.

Tego dnia mocno wiało, nie liczyłam więc na jakieś kosmiczne cyferki na rowerze, marzyło mi się jechać na luźnej nodze, poczuć siłę i moc i wtedy nie ważna jest cała reszta. Jestem w ścisłej czołówce, 2 dziewczyny przede mną czekam na tych facetów za mną, aż zaczną wyprzedzać.

ALE…… ALE ……

Pędzę ! Jakie ja mam silne nogi ! Same jadą, są luźne i jest po prostu bosko ! Patrzę na Garmina, no SERIO pędzę, cały czas licznik pokazuje ponad 42 km/h. Myślę „ok jest z wiatrem”, czyli tak jak rok temu z powrotem będę zdychać. Ale nogi jadą, zasuwają nie bolą, nie ciągną, są takie o jakich marzyłam cały sezon. No to nie oszczędzam się tylko pędzę ile wlezie, żeby na powrocie móc w razie co trochę odpuścić. Jade ciesząc się jak dziecko, emocje wybuchają co chwilę we mnie i aż mini łezki chcą lecieć. TO SIĘ NIE DZIEJE!!!! TYLE CZASU CZEKAŁAM NA TO UCZUCIE ! TYLE TRENINGÓW WYPRACOWANYCH TYLE GODZIN NA ROWERZE I W KOŃCU TO SIE DZIEJE !!!!

Powiem Wam, że gdyby nie żele, ( na zawodach zabrakło mi żeli UNIT-a, które jako jedyne bardzo szybko potrafię zjeść i są na prawdę ekstra. mam natomiast Agisko, które okej dają kopa ale zaklejają okropnie) to myślę, że jeszcze dużo równiej i szybciej bym pojechała. No ale co tu mówić, na drodze powrotnej faktycznie zaczyna mocno wiać, ale skupiam się na pozycji na aerodynamice i LECĘ DALEJ !!!! Karolina jest w zasięgu wzroku i wcale się nie oddala na co liczyłam, tylko przybliża! Żaden facet mnie jeszcze nie wyprzedził! O CO CHODZI ??!!?? Monia też na nawrotce nie jest kosmicznie daleko ode mnie. ALE CZAD! znowu wybuch emocji, radość i uśmiech. Z powrotem lecimy pod mocny wiatr, miota mną pomiędzy drzewami na lewo głównie, bo wiatr mamy w twarz i z boku. Ja na wysokim stożku z przodu, czyli mocno reaguje na wiatr, jest ciężko ale nie jest źle. Patrzę na prędkość, ale ta nie spada ani razu poniżej 32 km/h, a głównie utrzymuję się w okolicach 35 km/h. CO ??? POD WIATR ?

W tym roku rower ma 2 kółka, zamiast jednego więc lecimy 2 razy tą samą pętlę. W sumie dobrze bo fajnie wszystkich widać i widać odległości między nami. W końcu też wiadomo że każdy dystans nawraca w tym samym miejscu !

Jedziemy drugie kółko, a ja praktycznie jestem już na Karoliny plecach. Nie wierzę, nie wiem co się stało. Zastanawiam się czy wyprzedzać, bo przecież jest mocniejsza ode mnie, ale ewidentnie musze się hamować za nią, więc odpalam rakietę i lecę dalej. W zasięgu wzroku pokazuje się juz Monika. Przecież Monia ma mega mocny rower, nie chce mi się wierzyć ale nogi same jadą SERIO !!!

Gdy tylko zaczęły mi wchodzić do głowy pomysły że może coś muszę, to wróciłam głową do wiadomości trenera. RADOCHA! WDZIĘCZNOŚĆ!

I TAK NA TOTALNEJ EUFORII, RADOŚCI i Z MEGA MOCNĄ NOGą PRZELECIAŁAM CAŁY ROWER. Zeszłam dosłownie chwilkę za Monią, wyprzedziłam Karolinę na tyle mocno że nie widziałam jej już w strefie zmian. Ponadto na całej trasie wyprzedziło mnie na rowerze TYLKO 2 FACETÓW, a przecież była ich tam cała masa !!!! NIE WIEM DO DZIŚ CO TAM SIĘ WYDARZYŁO NA TYM ROWERZE. Pojechałam go ze średnią ponad 37 km/h !!!!! poprawiłam życiówkę z roweru o ponad 3 minuty !!!! Wpadłam do strefy zmian i …..

CIEKAWOSTKA: Po zawodach, bo na nich nie spojrzałam się ani razu na WATT-y na zegarku, jak wracaliśmy do domu czyli jakieś 12 h po starcie, weszłam z ciekawości na Garmina żeby zobaczyć jakie WATTY pojechałam na rowerze. Szczerze miałam nadzieję, że fajne bo w sumie tam mocno dobrze jechało mi się rower. Szczerze ? spadłam z krzesła prawie !!! Pojechałam całość na średnich wattach 204, co jest ponad 10 więcej watt niż moje NIBY FTP !!!!! Takie czegoś nigdy nie odwaliłam !

TEN BIEG>>>>>>> co to będzie ??

Mówiłam Wam że mam szybkie strefy ? No mam, bo dzięki strefie zmian na wybiegu byłam już tylko 50 metrów za Moniką Chodyną. Łzy chciały mi same lecieć, czułam się dobrze, nie zajechana po takim cudownym rowerze.

W między czasie, Rafik z moim trenerem stali gdzieś na biegu dyskutując. Mój biedny mąż denerwował się że po takim rowerze już nic nie nabiegam, ale Fabisz powiedział "Spokojnie, pobiegnie" i tak właśnie się stało.

Monika biega podobnie jak ja. I przepraszam jeśli to czytasz Monia, ale miałam nikczemny plan na Ciebie. Monikę poznałam, tzn zobaczyłam ją po raz pierwszy, 2 lata temu w Bełchatowie na zawodach Triathlon Energy. Wydała mi się taka PRO, tak daleko miałam do niej. Pamietam jak jechała na dysku, na mega pieknym rowerze czasowym, z PRO kaskiem, wyglądając jak mega PROS-ka! Zrobiła wtedy czas ode mnie o 10 minut lepszy i była, przytoczę tu angielskie stwierdzenie, taka „out of my league” 🙂 Więc biec za Monią, kilkadziesiąt metrów było mega napędzające. Monia biega podobnie ja ja. Mamy ta samo przypadłość bycia nie-biegaczkami, względem pływania. Zaplanowałam sobie, że jeśli zabraknie mi sił na biegu to obiecałam sobie że umrę jej na plecach, ale dolecę na jej plecach do mety. A że wystartowałam chwilę za nią w starcie falowym to na mecie, może się okazać że jednak będę przed nią. MONIA SORRY, ale to wiesz jak dobiec, czy wygrać z taką idolka z młodzieńczych lat 🙂 ha ha ha

Biegnę więc za Monia, biegniemy dobrze koło 4:30, ale boje się że za szybko więc nie przyspieszam. Wpadamy do parku i tak sobie wspólnie lecimy, ale mój dystans do niej cały czas się zbliża. Trochę nie chcę wyprzedzać bo jak spuchnę to bez sensu wyprzedzać, ale biegnie mi się dobrze wiec nie ma co się oszczędzać to tylko 10 km !!! Za nawrotką w parku, na podbiegu, wyprzedzam Monikę. Próbuję spojrzeć gdzie jest Karolina, ale jej nie widać. Karolina bardzo mocno biega, wiem że mnie dojdzie, to tylko kwestia czasu. Biegniemy pierwszą piątkę mocnym tempem całość koło 4:35 wyszła. Fajnie że jest taka rywalizacja między nami. Czuję Monie na plecach i to że musze lecieć przynajmniej tak mocno żeby utrzymać pozycję. Za punktem odżywczym słyszę TRIWAWĘ wiem, że tam na mnie czekają. Zbiegamy do fosy, Karoliny nadal nie widzę, więc wiem że jestem pierwsza i wiem że BĘDĄ SZALEĆ JAK TO ZOBACZĄ, bo do tamtąd utrzymam ta pozycję.

Ale fajnie było zbiegać z powrotem do parku przy swoich kibicach drących się JAK DZIKCY, cudownie było zobaczyć Zośkę, krzyczącą mama, Rafała który serio był zajarany moja dyspozycją, Fabisza dumnego że tak lecę, Ewel która klepała po tyłeczku i emanowała radością! Oczywiście (sorry za słowo) miałam się KURWA cieszyć tym startem to się tak cieszyłam że kolejne łzy poleciały mi i EMOCJE WYSTRZELIŁY ! 🙂 Nie wiem ile razy na trasie wybuchłam płaczem ze szczęścia! Nie liczyłam, ale było to cudowne!

I tak takim mocny tempem doleciałam praktycznie do końca. Trochę odpuściłam na 6 kilometrze, kiedy zobaczyłam, że nie mam nikogo na plecach, że Monia się oddala zamiast przybliżać. Jednak ni stąd ni z owąd, zaatakowała mnie Karolina. Jej tempo nie pozwoliło, żebym chciała się z nią ścigać, wiedziałam że nie dam po prostu rady, ale cieszyłam się jak głupia, że wyprzedza mnie dopiero tak późno, w połowie drugiego kółka, co znaczy, że serio daje CZADU DZISIAJ !!!

Karolina zmotywowała mnie by znowu troszkę jednak przyspieszyć. Pomyślałam sobie, że muszę lecieć tyle ile sił w nogach, bo przecież jest jeszcze druga fala, gdzie nie wiadomo ile lasek startuje i jak mocne są i czy nie złoją mi tyłka! W fosie znowu ryczałam, ale to już prze-milknę, bo przecież moi kibice tak świrowali, że nie wiedziałam jak opanować radość.

I jest BRAMA do ZAMKU!!! WPADAM PRZEZ NIĄ, umieram na szybko na ostatnim zakręcie, bo myślałam że meta jest tuż za bramą, a tu psikus niestety nie 🙂 Jeszcze mała nawrotka i dopiero ……

META!

ZDOBYWAM ZAMEK W TAKIEJ EUFORII I RADOŚCI, TAK ZAJARNA, ŻE NIE UMIE WAM TEGO OPISAĆ!

ODWRACAM SIĘ NA ZEGAR A TAM DO TEGO jeszcze jakiś kosmiczny czas, którego w ogóle nie byłam świadoma!! 2:20 !!!!!!

To był start życia, serio. Zwieńczenie każdej minuty spędzonej na treningu. Start w gazie, takim o którym marzyłam od marca. Start w takiej radości i euforii której nigdy nie przeżyłam. I nawet pisząc to wszystko teraz, radość przepływa przeze mnie takimi mocnymi uderzeniami, że znowu oczy robią się szklane.

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM KTÓRZY MNIE WPSIARAJĄ, którzy do mnie tamtego dnia krzyknęli dawaj ! którzy pomyśleli sobie o mnie w domu, w pracy, na spacerze z dziećmi, którzy szczerze mi życzą sukcesów!

Tych najważniejszych nie muszę tu wymieniać, bo oni sami wiedzą jak ważni są i powiedziałam im to osobiście !

Dziękuję niezmiennie markom które za mną stoją i pozwalają cieszyć się tym sportem:

ZDOBYŁAM ZAMEK, tak jak zawsze marzyłam!

Mam nadzieję, że chociaż w minimalnym stopniu udzieliły się Wam te emocje!

Ola Korulczyk – Biegajaca Bio Mama

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Bez kategorii SPORT TRIATHLON

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Nie lubię pisać relacji z zawodów, które nie idą. Mam wrażenie, że świat nie ma czasu czytać o rzeczach które nie są fajerwerkami, nie motywują, nie są czymś wyjątkowym.

Ale niestety TAK było. Już od samego początku. Do końca wierzyliśmy, może bardziej mieliśmy nadzieję, że jak się bardzo nie chce to pójdzie dobrze. Bo tak czasami się zdarza. Tym razem tak bardzo się nam nie chciało, że aż nie poszło. Piszę nam, bo takie same emocje i odczucia dokładnie miał mój Rafał.

Ale zaczynając od początku.

Dlaczego Elemetal Tri Olsztyn to nie był nasz start ?

Zacznę od tego, że w ogóle nie mieliśmy tam startować. Byliśmy zapisani na zawody w Brodnicy, która usytuowana jest niedaleko wiejskiego domku moich rodziców na Kociewiu, w Borach Tucholskich. Mieliśmy połączyć fajne wakacje ze startami. Ponieważ nie do końca czujemy się komfortowo podróżując w czasach PADNEMII, to zdecydowaliśmy że w te wakacje ograniczymy swoje podróże do odwiedzin znajomych, dziadków, czy domu moich rodziców właśnie na wsi na Kociewiu.

W Brodnicy podczas Garmin Iron Triathlon mieliśmy startować w niedzielę 23 sierpnia. Na 7 dni przed dowiedzieliśmy się, że start jest odwołany i jeśli chcemy gdziekolwiek startować to możemy się przepisać na Olsztyn lub Nieporęt tydzień później. Byliśmy z dzieciakami, więc trzeba było szukać nagle noclegu dla nas, dzieci i dziadków, bo startowaliśmy wyjątkowo na tym samym dystansie. Nic przyjemnego na ostatnią chwilę na Mazurach oczywiście nie było, ostatecznie więc przepisaliśmy się i zdecydowaliśmy że obrócimy te prawie 200 km w jedną stronę w jeden dzień sami, żeby już nie obciążać dzieciaków masą kilometrów.

Olsztyn odbywał się w sobotę, a nie niedzielę jak pierwotny start był zaplanowany. musieliśmy więc o 1 dzień skrócić wakacje nad morzem u znajomych, żeby w miarę się ogarnąć i o 5 rano wstać i wyjechać już do Olsztyna na start.

Zmęczeni, rano bez entuzjazmu wstaliśmy i pojechaliśmy. Wyjątkowo na zawodach nie było naszych przyjaciół, rodziny, dzieci, czy też jakieś znajomej większej bandy. Tym ciężej było wejść w mode „ścigania i fajnej zabawy”. No ale jak już wyruszyliśmy i pojechaliśmy to trzeba wystartować.

PIERWSZE ZŁE WIEŚCI – Tri Olsztyn

Dojechaliśmy w miarę na czas i bez przeszkód, pomimo że pobudka była o 5-tej, a wyjazd chwilę później. Duży ukłon też w stronę LABOSPORT, że przy takich akcjach jak odwołane zawody brak karty zawodnika wydrukowanej i kombinacji co robić dalej, wszyscy bardzo przychylnie podeszli do sprawy. Praktycznie dośrody mogliśmy odwołać jeszcze nasze przepisanie się na Olsztyn (3 dni przed imprezą) i dostalibyśmy voucher na wykorzystanie za rok na innych imprezach Garmin Iron Triathlon. Pomogli nam też z kartami zawodnika, których na wsi zupełnie nie mieliśmy gdzie wydrukować. Więc na prawdę, w tej sytuacji bardzo przychylnie się wszyscy zachowali 🙂 Dziękujemy.

No ale pierwsza zła nowina została ogłoszona juz jak staliśmy w kolejce do strefy zmian. Wszystko poszło w miarę sprawnie jak na dezynfekcję, maseczki w strefie i inne korona-wirusowe-obostrzenia. Stojąc jednak w kolejce dowiedzieliśmy się, że pływanie odbywa się

….. BEZ PIANEK …..

Szczerze, zazwyczaj ucieszyłabym się z tego. Ale odkąd mam nową piankę (Hurricane C5 od TYR Polska) i nie słodzę tu dlatego, że podjęłam z nimi wspólpracę. Podjęłam z nimi współpracę, bo najpierw przetestowałam piankę i się zakochałam. Wracając do tematu, odkąd mam właśnie tą piankę to uwielbiam pływać w piance. Jest mi serio łatwej i do tego mega wygodnie, więc pływanie w piance w końcu jest przyjemnością, a nie jakąś katorgą (pomimo że wcześniej miałam najwyższy model HUUB-a ale to jest zupełnie inna liga, bajka, czy jak to określić). Rafałowi też kupiliśmy po-testowego TYR-a na kilka dni przed zawodami, tym bardziej był on załamany.

Poza tym, mnie się zdarzało już pływać bez pianki. Sama nawet kilka razy zdecydowałam, że popłynę bez, pomimo że były dozwolone, bo takie ograniczenia dawała mi pianka, że wolałam pływać w zeszłym sezonie bez niej. Jemu nie. Tym gorzej na to zareagował, bo jest słabszym pływakiem niż ja. Ja natomiast miałam po raz pierwszy na sobie swój nowy strój triathlonowy, który nie wiedziałam jak się będzie zachowywał w wodzie, ale znając jego krój i uszycie wiedziałam, że będą kłopoty. Jest bardzo wycięty na szyi, a dodając do tego mój biust wiedziałam że nie będzie łatwo. Gdybym chociaż pomyślała o tym, że pływanie może być bez pianek, wzięłabym ze sobą zwykły strój pływacki i założyła na strój tri tak żeby obciskał mnie tam gdzie potrzeba. Stroju jednak nie miałam, a popłynąć musiałam.

Wodę przekreśliłam na samym początku, zestresowana, ale ze śmiechem, bo już nic innego mi nie pozostało stałam na starcie. Strój powciągałam tam gdzie się dało w sportowy stanik żeby jak najmniejszy balon robił się pod wodą. Nie na długo to wystarczyło, w połowie pierwszego kółka poczułam jak balon robi mi się na brzuchu, chwilę później strój się rozpiął do pasa i tak walczyłam do wyjścia z wody. Na przebiegu przez plażę do następnego okrążenia pływackiego starałam się powciskać z powrotem tu i ówdzie strój startowy, zapięłam zamek, ale niestety nie na długo to starczyło i z takim rozpiętym do połowy, łykającym masę wody strojem błagałam żeby jak najszybciej znaleźć się na wyjściu z wody. Płynęłam obok MKON-a co w innych przypadkach napawało by mnie optymizmem, ale w wodzie wiedziałam, że powinnam być znacznie przed nim.

Słaba woda, ale za to szybka strefa i wyleciałam na rower. Byłam 3 dziewczyną w strefie, wybiegając z wody razem z Gosią, z którą nie raz walczyłam na zawodach.

Dla ciekawości Gosia produkuje fajne ciuszki sportowo-outdorowe, więc serdecznie zapraszam Was na jej stronę ---> AYOLA SPORTSWEAR, gdzie znajdziecie nową kolekcję JOGOWO-TRENINGOWĄ. Z kodem: OLA15 macie na nią 15% zniżki. 

Gosia zawsze klepała mi tyłek, ale miałam nadzieję, że chociaż na rowerze mi go nie z klepie znacznie. Rower trudny, trasa mocno kręta 4 nawrotki na każdym kółku, 4 kółka, czyli w sumie 16 nawrotek. Do tego podjazd na każdym kółku, co prawda ani nie sztywny i długi, ale na tyle wymagający że sporo prędkości się na nim wytracało.

Rower poszedł całkiem ok, jak na taki rwany mocno etap. Poza tym już na rowerze czułam że nie mam tej mocy, jechało się ok bez szału w jedną ani w druga stronę, ale czułam cały czas jak bardzo chce mi się napić IZO, które wsadziłam w bidon na siodłem, ale którego nienawidzę wyciągać, bo praktycznie muszę złapać kierownicę, przestać pedałować i się z nim troszkę pomajtać żeby go zdobyć. Szkoda mi było czasu, prędkości itp. Piłam więc wodę z przedniego bidonu i jadłam żele. Z roweru zeszłyśmy z Gosią praktycznie jedna po drugiej. Na ostatniej prostej troszkę mnie odstawiła, bo miotałam się z ostatnim żelem. Do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta, słysząc że zaraz za mną jest jeszcze jedna dziewczyna, Ola. No cóż biegaczką nie jestem, więc skreśliłam swoje szanse na 3 miejsce, dosłownie na wlocie do strefy. A na wylocie modliłam się żeby nie było jak w Sierakowie i żeby kolejne kobiety nie łykały mnie jak sarenki ;p

OCZYWIŚCIE TAK BYŁO …….

Na biegu praktycznie od pierwszego kółka czułam niemoc. Wyciskałam z siebie wszystkie soki jak cytrynę. Miałam zjazd, za zjazdem. Chciało mi się jeść pić, czegoś słodkiego, jadłam po raz pierwszy cokolwiek na biegu. Marzyłam o żelu który dałby mi jakiegokolwiek kopa. Jadłam natomiast glukozę, którą Rafał dał mi w razie co do spróbowania. Mówił, że nie ma po niej zjazdu i że mega łatwo się ją wciąga, a jemu wierzyłam w tych tematach. Czułam się jak w Gdyni na połówce, którą robiłam w głębokiej anemii. I powiem szczerze już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie żeby zrobić badania, bo przecież czułam nie raz nie dwa niemoc. Ale przez korona-wirusam, to że trzeba się umawiać w diagnostyce na godziny i nie wiadomo czy bezpiecznie czy nie, odkładałam ten temat na lepszy czas. Do mety biegałam marząc w niej, bardziej niż kiedykolwiek. Powietrze schodziło ze mnie z każdym metrem, już nawet nie kilometrem. Na trzecim kółku dorwała mnie Pani Małgorzata, która miała flow tamtego dnia i leciała jak burza, więc 5 miejsce było moje. Doczłapałam się ostatecznie na 6 tym miejscu OPEN. Gdzie dosłownie na ostatnich 200 metrach doszła mnie kolejna sarna, i przeleciała koło mnie takim tempem że włosy złapały tylko wiatr za nią. Okazało się że pobiegła 41 minut na tej wymagającej trasie, ale kto wie gdybym wiedziała że goni przyspieszyłabym pewnie te naście sekund o które mnie wyprzedziła. Nie mniej jednak Olsztyn to taki drugi Sieraków, może nie ma serpentyny, ale są 3 podbiegi na każdej pętli. NA biegu, na olimpijce, znowu pętli jest 4, więc na dystansie całym mamy 12 podbiegów. Jakby tego było mało, po najdłuższym podbiegu, który wbrew pozorom nie był taki zły, zaraz za nawijką 180 stopni, był ostry prawie pionowy zbieg, który mama wrażenie robił więcej złego niż ten cholerny podbieg.

Co czułam na mecie ?

Chciałam jechać do domu jak najszybciej! Tak, tak mieliśmy dość, na dodatek Rafik też na mecie jakiś przygnębiony, mówił że nie miał żadnej motywacji, nie chciało mu się i też go bieg upodlił. Poczekaliśmy więc na dekorację. Bo jak się okazało 2 dziewczyny ode mnie wskoczyły na podium open i stanęłam w końcu 1-wsza w kategorii. Wyżej wymieniona Gosia, nie tylko utrzymała 2 gie miejsce, ale złapała Monikę Chodynę na biegu i wleciała na metę jako 1 wsza kobieta.

Dziwny to był strat. Teraz już pisząc ta relację, jakoś emocje opadły, wpadło kilka dobrych treningów po i mam wrażenie, że po prostu to był taki dzień. Niemniej jednak bo takich emocjach ciężko nam będzie wrócić do Olsztyna :p

Jakby się ktoś pytał, czemu w ogóle nie zesżłam z trasy ? Bo wtedy byłabym jeszcze bardziej wściekła na siebie. Tak wiem, że dałam tyle co miałam. Nie mój dzień, nie mój start, nie moja trasa, nie moje NIC praktycznie. Tym bardziej szkoda że startów w tym sezonie jak na lekarstwo, większość nieplanowana, bo wszystkie nasze pierwotne zostały odwołane. Ale byłam, zrobiłam i trzeba iść dalej.

Oczywiście po zawodach w poniedziałek pierwsze co pojechałam na badania. TRACH, bardzo niska ferrytyna, ale na szczęście jeszcze bez anemii, więc coś w tym czuciu moim mogło być. Jednak w tym tygodniu treningi weszły ładnie i na luzie ( chyba superkompensacja była, tylko dlaczego znowu na treningach, a nie zawodach ?!?!) więc liczę, że nie tak źle z tym moim organizmem.

W ten weekend czeka nas Malbork, zresztą z też nie najłatwiejszym bieganiem, ale trasę przynajmniej znam i wiem czego się spodziewać. Szczerze mówiąc mam ogromną nadzieję, że wszystko tym razem kliknie. Że pasmo kolek, wypadków na zawodach, szlifów i niemocy już ywkorzystałam i chociaż jeden start będzie taki w pełni sił, bo tak na rpawdę tylko na tym mi teraz zależy. Olewam miejsce, konkurencję i inne aspekty. Chce żeby zagrało i żeby była radość a nie umieranie na tarsie.

Trzymajcie kciuki. W czwartek wpada dla Was przepis !!! A w weekend kolejny odcinek podcastu !

Do przeczytania!

Ola – Bio Mama.

FOT. Tomasz Seweryn

P.S. Po naszych teraźniejszych wakacjach szykuję dla Was kilka niespodzianek. Dietetyczne tematy wejdą tutaj na poważnie, pokażą się eBooki i konsultacje. Zostańcie ze mną i podzielcie się tym dalej!

Dziękuję, że tu jesteście, czytacie i się odzywacie od czasu do czasu 🙂

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

SPORT TRIATHLON

Triathlon SOKOŁA 2020- czyli ścigamy się po pandemii.

Ta strona ostatnimi czasy nabrała trochę innej odsłony. Więcej jest tu dla Was informacji niż informacji o mnie, bo ileż można czytać o kimś, co nie ? W związku z tym zastanawiałam się czy takie relacje z zawodów Was interesują? Czy interesują Was moje zmagania, czy wolicie słuchać o imprezie, jej organizacji, trasach i o miejscu na przykład gdzie się zatrzymaliśmy na noc jadąc na taki triathlon ? Jeśli podzielicie się ze mną tym co Was interesuje w komentarzu będzie mi się o wiele łatwiej pisało kolejne relacje, o ile w ogóle chcecie

Tymczasem napiszę Wam troszkę o wszystkim 🙂

Triathlon Sokoła 2020

Triathlon SOKOŁA – ściganie po padnemii – ORGANIZACJA

Zawsze zadziwiają mnie te małe imprezy. Nie dość, że zazwyczaj są na prawdę dobrze zorganizowane, mają bogatsze pakiety startowe, wartościowe nagrody, w których skład często wchodzą też małe upominki od lokalnych firm, to jeszcze każdy z obsługi i organizatorów jest miły, uśmiechniety i pomocny. Takie odczucia zawsze mielismy po triathlonie w Okunince „Żelazny Triathlon”, takie odczucia mamy zawsze po Kraśniku „Triathlon Kraśnik”, takie mamy też właśnie po tym.

Nie wiedzieliśmy o jego istnieniu, nie znaliśmy tam nikogo, tras i tego kto to organizuje. Ale szybko poznaliśmy bo PROSWIM Team pięknie oznaczony klubowymi koszulkami od razu dał się poznać. Każdy wiedział do kogo zgłosić się z pytaniem, wszyscy przemili i uprzejmi, z chęcią tez pożartowali z nami. Małe imprezy mają też tą cudowną aurę bez zadęcia, której ja osobiście w triathlonie bardzo nie lubię. Tam tak nie było, było rodzinie, wesoło i na prawdę organizacyjnie dopięte na ostatni guzik.

Bardzo podobał mi się fakt, jak organizatorzy zareagowali na mały mankament strefy zmian. W sobotę widać było że zawodnicy wbiegając do strefy zmian muszą przenieść rower przez krawężnik, co nie dla każdego w tym amoku było łatwe i widoczne, niektórym rower nawet upadł bo nie zauważyli krawężnika. W niedzielę, na krawężniku leżała już mata i jakieś podkładki tak że rower spokojnie po nim przejeżdżał. 

Jak to się stało że Triathlon Sokoła trwał 2 dni ?? Ano po prostu dlatego, że na sobotnia imprezę pakiety rozeszły się jak świeże bułeczki, organizatorzy szybciutko podjęli decyzję, że skoro jest takie zainteresowanie robimy też imprezę 2-giego dnia, czyli w niedzielę ! 🙂

Nam udało się zapisać na niedzielę. Pierwotnie Rafał miał startować w sobotę, ale nie było juz pakietów i tu od samego początku super kontakt z organizatorami którzy starali się pomóc zorganizować nam jakiś pakiet startowy od zawodników którzy jednak nie dotrą na zawody. Znaleźliśmy jednak opiekę do dzieciaków na niedzielę, bo ciocia zgodziła się na wspólny wypad z nami, więc na szczęście nie musieliśmy korzystać z serdeczności tylko oboje wystartowaliśmy w niedzielę.

PAKIETY ekstra. Bogate. Były w nich standardowo koszulki, izo i baton, fajny czepek, ale dostaliśmy też ręczniki szybkoschnące z logiem triathlonu i miód z lokalnej pasieki. Jak dla mnie bomba, w szczególności że start kosztował tylko 160 zł !

Nagrody były rzeczowe, tematyczne bo za pierwsze 3 miejsca open były BONY do decathlonu, mi się udało wygrać BON o wartości 250 zł. Poza tym ja za 2 miejsce dostałam jeszcze SMARTBAND-a, ekstra upominek od lokalnej firmy LAVARE, produkującej różne kobiece niesamowitości z lawendy. Nagrody lepsze, większe i fajniejsze niż na niektórych dużych cyklach imprez. Nie wspomnę już o pucharze i fajnych medalach 🙂

Organizacyjnie wszystko dopięte. Pływanie mega, start falowy, puszczali co 5 sek pojedynczo (myślę, że to kwestia ograniczeń), bojki duże dobrze widoczne trasa domierzona. Woda brudna ale kto patrzy na kolor wody podczas startu ;p ? Strefa zmian najszybsza w jakiej kiedykolwiek byłam, co nie oznacza że my bylismy szybcy <ha ha>. Ledwo co wybiegając z wody było się juz przy rowerze więc ani czasu na zdjęcie czepka nie było, ani na rozpięcie pianki. Wszyscy nieźle zamotani że tak szybko trzeba się rozbierać, widać to było kiedy kibicowaliśmy w sobotę. Fajna strefa kibica z leżaczkami, lodami dla dzieciaków, jedzonkiem i piwkiem dla spragnionych. Na rowerze trasa mega dobrze oznaczona, co prawda jechałam nią dzień wcześniej ale tam każde skrzyżowanie zakręt zmiana przebiegu trasy obstawiona nie jednym człowiekiem a kilkoma. NAwrotka trudna technicznie, ale dobrze oznaczona. Już na 200m metrów przed duże znaki na palikach były przy drodze. Pan z flagą w szachownicę przed belką do strefy zmian, czyli z daleka było widać że czas wypiąć buty. Bieganie trudne technicznie, aczkolwiek spodziewałam się jeszcze trudniejszego, ale bardzo dobrze oznaczone. Bieg po leśnych drogach w 2 miejscach na 5 km woda, na każdym zakręcie kilka osób z obsługi. Nie dało się zgubić. Meta na dobitkę bo ostatnie 15 metrów po piachu, ale przy tych emocjach już nie przeszkadzało 🙂 Strefa finiszera z wodą owocami i ciepłym jedzonkiem, jak to na tych lokalnych mniejszych imprezach zazwyczaj bywa.

Ja daje 5+ i na pewno wracamy tam za rok !

Triathlon Sokoła 2020 – objazd trasy

Triathlon Sokoła – ściganie po pandemii, czyli moje zmagania .

Nie mam za wiele tu do powiedzenia. Odnosze wrażenie, że każdy z nas tak czeka na te starty po pandemii. Widać że większość ludzi solidnie przepracowała okres LOCK DOWN-u w Polsce i cały świat triathlonowy poszedł mocno do przodu. Widać to u facetów, u mojego Rafała w kategorii, gdzie czasy i tempa niegdyś na podium open dzisiaj dają miejsce w pierwszej 10-tce w kategorii, widać to też u kobiet. No poza mną, nie za wiele pokazałam z mojego przepracowania. Niemniej jednak jesteśmy spragnieni startów. A co za tym idzie u mnie to stres. Od kąd stałam sie osobą obserwowaną ( nawet w tak małym stopniu w jakim ja jestem) to nakładam na siebie nie potrzebną presję. POnadto nałożyłam ją teraz na siebie podwójnie, chcąc dać z siebie serio wszystko. Bo przecież cyferki na treningach ruszyły, bieganie jest szybsze rower kreci w końcu większe WATT-y. A tu proszę przyszedł Pan stres i zjadł wszystko to co wypracowałam i dodał jeszcze niedosyt i trochę wściekłości na siebie. Poza tym, że były to pierwsze zawody po rocznej przerwie, to jeszcze były to zawody na których stawiałam się po raz pierwszy w nowych barwach od stóp do głów. Nowy trener, nowy rower, nowa pianka, nowe buty, nowe izotoniki i żele, nowe wszystko poza strojem który jeszcze NOWY do mnie nie dotarł. Myślę, że to dorzuciło mi potrójną presję i stres którego nie umiałam już ogarnąć.

Triathlon Sokoła – przed startem

Woda o dziwo!, jej się bałam najbardziej, bo skoro czułam stres to zazwyczaj pokutuje za niego w wodzie. Tym razem było inaczej. Może to też efekt PIANKI która po prostu jest tak boska i tak cudownie się w niej pływa i która podbudowała mnie mega setkami w tempie na 1:23, bez pływania mocno w basenie, że po prostu poleciałam na haju. Pływanie najszybsze w życiu. Popłynęłam 11 minut z małym hakiem, co jak na domierzoną trasę jest ekstra !

ROWER, ah ten rower. Z moim nowym LIV-kiem mamy trudną miłość, bo wymagam od niego bardzo dużo, zresztą tak jak od mojej nogi która nagle nie zmieniła swojej objętości mięśniowej ( o ile można tak coś nazwać :p) Rower pojechałam w 33 minuty, czyli średnia około 36 km/h, ale …. no co chciałam lepiej i tutaj zaczyna się praca z głową. Myślę, że tak szczerze pisząc stres i ogromne oczekiwania zburzyły mi cały FUN. Zamiast się cieszyc, że mam taką piekną maszynę i pedąłować ile sił to cały czas było, no kurna nie dajesz rady takich WATTów jechać? Ostatnio na trenigu kręciłaś większe… i tak przez 20 km. No dobra może przez 10, bo druga połowę trasy jechało mi się fajnie, tętno stresowe było zbite, oddech normalny i spokojny i pedałowałam w końcu tak jak chciałam. No ale szybko się skończyło. Wpadłam z gracja baletnicy do strefy szybciutko, ząłożyłam butki i wyleciałam na trasę biegową.

Trasa rowerowa szybka, ale wymagająca, cały czas góra dól. Kilka mocnych zakrętów. Nie łatwa, nie prosta, ale za to ciekawa. Nawrotka trudna technicznie, bo bardzo wąsko, zaraz po zjeździe, ale wystarczyło dobrze się zrzucić na biegach, wyhamować i mieć taki rower jak mój żeby poszło gładko. Na LIV-ie, pomimo mocniejszej pozycji dużo łatwiej mi robie nawrotki 180. Zaraz po nawrotce podjazd dość długi jak na taką szybką trasę, trzymał aż się sama zdziwiłam. Powrót dla mnie przyjemniejszy, szybszy, ale to bardzo subiektywna opinia. Trasa dobrze oznaczona.  

Tutaj największą zagwostką były buty, TRAILOWE, czy STARTOWE ? Skończyło się na startowych, bo trener tak doradził. Jak się okazało słusznie, gdyż większość trasy i tak było po utwardzonych leśnych ścieżkach i Vaporfly-ie leciały na nich bez problemu. Przynajmniej w tym tempie co biegłam, a nie było ono zawrotne. Tak na prawdę tylko jeden kilometr byl na prawdę trudny, góra dół, pełno piachu i wąska ścieżka, ale minął mi tak szybko, że nawet go nie pamiętam. Z biegiem niestety od samego prawie początku było nie tak jak powinno. Kolka odezwała się juz na pierwszej prostej, ale miałam nadzieję, że to tylko taki mały psikus który zaraz przejdzie. Niestety nie przechodził, a na 3 kilometrze brzuch zamienił się w taki kamień, że nie było jak biec i przeszłam na chwilę do marszu. Szybko jednak zawalczyłam z głową i wróciłam do truchtu. I tak od tego momentu z tętnem jak na wybieganiu, luźnym oddechem, luźnymi nogami i brzuchem jak kamień truchtałam sobie do mety. Z jednej strony wściekła z drugiej sama nie wiem co. Cieszyłam się jednak, że jestem chociaż pierwsza.

Pierwsze 2 km to utwardzona leśna ścieżka. Szeroka, szutr, trochę kamieni. Na samym początku bufet z wodą.  Na 3 kilometrze ostra nawijka i wbiegamy pod górkę w głęboki las wąska leśną ścieżką. Potem droga przez kilometr wiedzie góra dół, po piachu i wąskich singlach, aż na około 4 kilometrze wylatujemy znowu na dużą leśną utwardzoną drogę. Po której biegniemy z powrotem do zbiornika Turza, gdzie pływaliśmy i prosto na metę. Przed samym balonem mety, mamy na dobitkę trochę piachu, ale jeśli nie musicie się ścigać ze swoim rywalem to w ogóle nie przeszkadza. 

KOLKA to chyba najbardziej nie zbadane zagadnienie sportowe. Nie wiadomo tak na prawdę skąd się bierze i jaka jest jej przyczyna. Jest masa domniemań i pomysłów na jej pochodzenie. Ja stawiam na stres, który sprawił, że mój brzuch przepona i inne mięśnie nie były w takiej relaksacji w jakiej powinny od samego rana. Już na rozgrzewce czułam jak sztywnieje mi brzuch i zamiast gamoń rozgrzać się lepiej, to wolałam przestać.

Jak się czuję po Triathlonie Sokoła, moim pierwszym ściganiu po pandemii?

Mam ogromny niedosyt i takie poczucie, że przecież tak fajnie mi szło na treningach, tak fajnie przepracowałam ten ostatni czas, nigdy tak solidnie nie trenowałam i MASZ BABO PLACEK ! 🙂 Za bardzo się spięłam, za dużo od siebie wymagałam i za dużo oczekiwałam i zamiast polecieć na nieświadomce i w radości jak to zazwyczaj robię to leciałam jak przejechana przez walec :p Wisienką na trocie było, gdy wchodząc na podium dowiedziałam się, że jestem ….. DRUGA. A na wynikach jeszcze kilkanaście minut po przybiegnięciu drugiej dziewczyny na metę cały czas widniałam online jako pierwsza 🙁

Także podium dorzuciło trochę ognia do pieca i SPALIŁ SIĘ TEN PLACEK.

Teraz już z uśmiechem na twarzy to wszystko piszę, zresztą cały czas był uśmiech bo jak się nie uśmiechać jak dzieciaki stoją na mecie, cieszą się jak mama wchodzi na podium i jedzą ze mną arbuzy w strefie finiszera. Ale gdzieś tam głęboko w środku był wielki niedosyt i takie dziwne uczucie które długo nie chciało się ze mną rozstać.

Czas trochę przekierować głowę, nie nakładać na siebie presji na wynik, na cele, na podium. Czas czerpać radość, a jak wyniki przyjdą same to będzie ekstra.

Tylko ……. dlaczego mam się tyle męczyć na treningach żeby czerpać tylko radość ???????? 🙂

Do Sokołowa Małopolskiego na pewno wrócimy, bo impreza była mega fajnie zorganizowana, niedaleko domu, fajna trasa rowerowa i biegowa wbrew pozorom

Triathlon Sokoła od podszewki – ściganie po pandemii.

NA triathlon pojechalismy juz w Sobotę. Co prawda mamy tylko 200 km niecałe do Sokołowa, ale jadąc z dzieciakami i kiedy oboje startujemy łatwiej i lżej psychicznie jest kiedy pojedzie się na taką imprezę dzień wcześniej. Jedyna agroturystyka jaką znalazłam obok. Spaliśmy u „Wakacje u Babci Krysi” przemiła Pani, ciekawy design, jak to mój Rafał mówił wczesne roco-coco, ale mega szyściutko, pachnąco i miło. Ugotowaliśmy sobie sami jedzonko, bo restauracji jako tako nie wyszukałam żadnych ciekawych. Wypad jak zwykle udany. Nie wiele do zoabczenia w okolicahc, bo do samego Sokołowa w sumie nie wjeżdżaliśmy a dookoła tylko okoliczne wioski i domy przy dordze, ale nic nam nie brakowało. Dzieciaki miały huśtawkę, hamak i konia do dyspozycji. Wszędzie pachniało słomą i sianem, takie typowe wiejskie wakacje.

Jeśli ktoś lubi takie klimaty to polecamy. Jedyne co to łóżka były raczej na mniejsze osoby mój Rafał 191 cm wzrostu niestety się na swoim nie mieścił 🙂 Ale dużo śmiechu przez to było!

Mam nadzieję, że dobrnęliście do końca, było o wszystkim o czym chcieliście przeczytać. Na Triathlon Sokoła na pewno wrócimy za rok !

Do przeczytania !

Ola – Biegająca Bio Mama

PODCAST Kobieta w Sporcie #LivCommitted – #1 Kim jestem? Co robię?

PODCAST

PODCAST Kobieta w Sporcie #LivCommitted – #1 Kim jestem? Co robię?

Cześć !

Stworzyłam dla Was podcast „Kobieta w Sporcie #LivCommitted”. Patronem mojego podcastu jest marka LIV, światowa marka produkująca rowery dedykowane tylko dla kobiet.

Jeżeli interesują Cię tematy związane z treningiem, dietetyką, fizjoterapią, psychologią sportu, wszelkie korzyści i ewentualne problemy z jakimi możemy borykać się, my kobiety podczas regularnej aktywności fizycznej, to ten podcast jest właśnie dla Ciebie! Poruszymy tu też tematy dotyczące doboru sprzętu dla kobiet i tego na co musimy zwrócić uwagę i z czym musimy się zmierzyć będąc sportowcami.

Listen to „Kobieta w Sporcie – #LivCommitted” on Spreaker.
Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

BIEGANIE POLECANE TESTY

Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

Sport w czasach PANDEMII, chyba raczej tak powinnam zatytuować ten wpis. Wiem, że ostatnio bieżnia mechaniczna to temat tabu u sportowców amatorów i pro, chociaż Ci drudzy w większości od dawna są już jej posiadaczami.

Skoro obostrzenia brzmią coraz bardziej niejasno i coraz bardziej restrykcyjnie. Nie wiemy czy biegać, czy nie. Czy wychylać nosa, dokąd najdalej możemy i na ile faktycznie jest to niebezpieczne dla naszego zdrowia ( mówię tu o możliwości zarażenia się wirusem podczas treningu ). Są Ci którzy mimo wszystko będą tupać nogą i próbować do końca postawić na swoje. Są tez tacy którzy akceptują sytuację i szukają z niej jakiegoś wyjścia i Ci piszą do mnie w wiadomościach pytania o bieżnię.

Bieżnia u nas była na tapecie od 2 lat. Głównie chcieliśmy ją zakupić, bo w zimę bardzo cieżko u nas z treningami biegowymi, taką mamy sezonową prace i zima to szczyt naszego sezonu. Możemy biegać albo o świcie albo bardzo późno wieczorem, co w moim przypadku jest niemożliwe bo nie biegam nocą po lasach 🙁 Jednak zawsze podchodziliśmy troszkę sceptycznie do treningów na niej, no i jak u wszystkich zawsze były „lepsze” wydatki. Kiedy zamknęli granice, a my wracaliśmy do kraju ostatnim rejsowym samolotem, prawie uciekając z Cypru zanim PANDEMIA zacznie się na dobre. Wiedzieliśmy, że będziemy na obowiązkowej 14 dniowej kwarantannie. Wracając po ponad 2 tygodniach mocnych treningów na Cyprze na obozach, głównie rowerowych, było nam bardzo szkoda formy i pracy, żeby zaprzestać bieganiu zupełnie na 2 tygodnie. Zaczęły się rozmowy o bieżni, takie na poważnie.

NO I STAŁO SIĘ… Przylecieliśmy w weekend a w środę bieżnia była już u nas w domu. Niemniej jednak zanim trafiła do nas, mój Rafał przeczytał chyba wszystkie dostępne artykuły dotyczące jej wyboru, rozmawiał z każdym kto jest w posiadaniu bieżni i to jemu możecie podziękować za powstanie tego tekstu. Ja tylko korzystam on ma wiedzę i chce się z Wami nią podzielić.

Szczególne podziękowania tu dla dwójki krasnoludków, którzy tą bieżnię przywieźli nam pod drzwi prosto z Warszawy wiedząc, że nawet nie napiją się z nami kawy i nie wejdą na minutkę do środka. Jak się okazuje bieżnie chociażby te z decathlonu, są dostarczane przez kuriera, ale niestety kurierzy tych produktów nie dostarczają do drzwi tylko trzeba odbierać je z magazynów ( są za ciężkie). Trzeba więc po nie podjechać autem nie do sklepu, ale do magazynu regionalnego dla kurierów, pomimo, że na stronie napisane jest dostawa kurierem.
Naszych dwóch krasnalów odebrało dla nas tą bieżnię i przywiozło do domu. 
Tacy prawdziwi pomocnicy ludzi w potrzebie, trenujący oczywiście i czujący klimat <3
DZIĘKUJEMY ! ! !

 

NA CO ZWRÓCIĆ UWAGE PRZY WYBOŻE BIEŻNI: 

  • Przede wszystkim na dużą moc silnika. Zakładam, że większa ilość osób które to czytają to aktywni biegacze lub triathloniści, zatem nie jesteście osobami które uprawiają jogging, a chcecie bieżnie wykorzystać do wykonywania wszystkich jednostek treningowych. My mamy  moc 2 KM, która jest wystarczająca dla większości amatorów, szybko zmienia tempo i nachylenie.
  • Prędkość powyżej 20 km/h. Jeżeli chcecie robić treningi interwałowe i móc robić na nich przebieżki to większość z Was pewnie osiąga taką prędkość podczas interwałów. Ważne jest żeby bieżnia miała prędkość troszkę większą niż wasze planowane tempo interwałów. Żeby nie zajechać bieżni, nie powinniśmy biegać z maksymalna prędkością długich odcinków, musi być spory zapas.
  • Duży pas po którym biegamy.  Tak na prawdę im dłuższy pas, tym bardziej komfortowo się biega. Przy moim wzroście, lub kobiecych gabarytach może to nie być aż tak istotne, ale przy wzroście mojego Rafała 192 cm, już tak. Na mniejszym pasie, możecie mieć wrażenie, że zaraz Wam się pas skończy i spadniecie, przez co będziecie czuli dyskomfort przy bieganiu. Nasz pas jest długości 150 cm i ma szerokość 51 cm, jest to raczej jeden z większych pasów dostępnych na rynku, równocześnie daje duży komfortowy biegu. Nawet mój Rafał z noga o długości ponad metra biega w komforcie.
  • Czy bieżnia ma ograniczenia godzinowe jeśli chodzi o jej pracę. Niektóre bieżnie na prywatne potrzeby mają napisane w opisie że nie powinny być używane więcej niż np 8h/tygodniowo. Warto na to zwrócić uwagę gdyż przy ewentualnych defektach, lub chęci skorzystania z gwarancji, możecie jej nie mieć po prostu uznanej, lub bieżnia szybko się zużyje.

NASZA BIEŻNIA:

Nasza bieżnia to bieżnia z DECATHLONU, marki DOMYOS INTENSE RUN  —-> PODRZUCAM WAM LINKA DO NIEJ JEŚLI CHCECIE ZOBACZYĆ WSZYSTKIE JEJ SPECYFIKACJE.

 

Poniżej jednak skrócę jej zalety i wymienię ewentualne wady: 

DOMYOS INTENSE RUN ZALETY:

  • Gwarancja i bezsporne korzystanie z tej gwarancji
  • Bieżnia jest składana więc po każdy treningu można ją złożyć i zajmuje połowę miejsca.
  • Duży PAS biegowy, dobry silnik i duża prędkość do 22 km/h (tempo 3.00 min/km to 20 km/h) Przyjmuje się, że biegiem ciągłym można biec około 2 km/h mniej niż prędkość maksymalna. Zatem nasza bieżnia posłuży każdemu kto chce biegać nawet biegiem ciągłym na 3:00 min/km .
  • Łatwy w obsłudze panel, duże widoczne cyfry i wszystko to co powinno być na widoku: czas, dystans, prędkość, spalone kcal.
  • Bieżnia jest na stronie Decathlonu z kategoryzowana jako do intensywnego użytkowania.
  • Można ją dosyć łatwo przesuwać dzięki rolkom zamontowanym na dole.
  • Posiada pasek piersiowy do HR.
  • Decathlon mówi że bieżnia jest cicha. My niestety nie mamy porównania do innych bieżni. Mieszkamy w domu i na dole bieżni w ogóle nie słychać. Ale to są bardzo subiektywne opinie.
  • Wentylator całkiem fajnie działający, ma 3 stopniową regulację i na najmocniejszej na prawdę fajnie działa, chłodzi. Powietrze jest zimne, ale wieję troszkę na klatkę i gardło i czasami robi się nawet za zimno.
  • Wbudowane głośniki które dedykowanym kablem możecie podłączyć do telefonu lub tabletu. Macie też dedykowany stojak na tablet telefon na pulpice co jest fajnym gadżetem.
  • Dwa miejsca na bidon i ewentualne żele i inne przybory.
  • Komunikację BLUETOOTH, ale tylko do dedykowanej aplikacji DOMYOS. Jeśli jednak ściągniecie sobie ta aplikację to możecie kontrolować prędkość i nachylenie przez nią. Ponadto jest dużo fajnych programów treningowych dla początkujących.
  • Bezprzewodowy PILOT na bluetootha, który pozwala regulować prędkość (co 1 km/h) i nachylenie ( co 1%) ułatwiając szybką zmianę prędkości i nachylenia podczas interwałówbez dotykania wyświetlacza. WIELKI PLUS I POMOCNIK.
  • Szybka zmiana tempa, bez problemu można wykonać np 15-20 sekundowe przyspieszenia, ze zmianą prędkości o nawet 10 km/h .
  • Jest stabilna, ale jest też dość lekką bieżnią. W porównaniu do komercyjnych bieżni w klubach, jest mniej stabilna, ale tamte ważą ponad 200 kilo i bardzo ciężko jest je złożyć samemu w domu. Przy wysokich prędkościach, wadze i gabarytach Rafała bieżnia troszkę się rusza. Przy moich gabarytach i prędkościach z jakich ja korzystam bieżnia wydaje się bardzo stabilna.

WADY:

  • Nie stwierdzono 🙂 Pewnie jesteśmy tak szczęśliwi że możemy robić treningi biegowe będąc zamknięci w domu, więc wady wyjdą dopiero po zakończonej pandemii.

 

Ok no dobra, skoro temat jest mocno na topie to może napiszemy też jakie są w ogóle plusy biegania na bieżni mechanicznej. Bo skoro nie możemy teraz biegać na dworze to trzeba znaleźć plusy biegania w środku.

 

Zalety biegania na bieżni mechanicznej :

  • Bieganie w każdą pogodę! Nie ma wymówek „wieczorem, psy, gwałciciele, dzikie zwierzęta ” jak to mój Rafał napisał, czy inne dziwadła.
  • Dokładna kontrola tempa oraz kadencji (bieżnie pokazują km/h i musimy się nauczyć przeliczać jakim tempem biegamy. Zwift (darmowy dla biegaczy) pokazuje tempo, prędkość w km/h, tętno, dystans, kadencję, więc można biegać ze zwiftem włączony na tablecie lub komputerze obok, tak aby monitorować chociażby tempo biegu.
  • Łatwiej wykonać zakładki-szybciej przechodzimy z roweru na bieg. Możemy łatwo wykonywać treningi zakładkowe łączone: rower-bieg-rower lub bieg-rower itd
  • Nauka jedzenia i picia w czasie treningu (łatwiej jest pić i jeść w czasie treningów na bieżni, przyzwyczajać układ trawienia na długie dystanse (Rafał nie byłem przyzwyczajony do picia i jedzenia w czasie treningów biegowych, zresztą ja też, i teraz wykorzystujemy bieżnię do tego i czuje ze z treningu na trening lepiej mi się biega z pełnym żołądkiem)

MINUSY:

  • Ja nie mam czujnika biegania na buta i niestety zegarek bardzo przekłamuje mi dane tempa biegu. Mam jednak tabelkę z przeliczeniem prędkości na tempo i wszystkie treningi rozpisuję sobie w zakresach km/h wtedy wiem jakich wartości się trzymać.
  • Nie wychodzimy z domu, nie dotleniamy się. Jednak w obecnych czasach pandemii nie wiadomo czy to minus czy plus 😉

TRICKI I TRICZKI ŻEBY WAM SIĘ DOBRZE BIEGAŁO:

  • Trzeba pamiętać o otwieraniu okien, żeby zmniejszyć do minimum stężenie dwutlenku węgla w pokoju i pamiętać o wentylatorze. My mamy na pilota duży wentylator i możemy go włączać po rozgrzewce i wyłączać przy schłodzeniu na koniec treningu żeby się nie wychładzać.
  • Bez problemu, co ciekawe, można wykonać treningi typu podbiegi i przebieżki. Zanim wykonamy mocne, szybkie treningi koniecznie zrób kilka łatwych biegów żeby zobaczyć jak reaguje bieżnia oraz twój błędnik. Zakończ każdy trening wolnym biegiem i marszem. Po zejściu z bieżni z wysokiej prędkości błędnik czasami wariuje.
  • W czasie treningu mocniej się pocimy—> wygodnym sposobem jest buff na czoło albo w pogotowiu ręcznik.
  • Na bieżni biega się trochę łatwiej ( nie mi 😉 ) niż na zewnątrz, aby wyrównać te różnice ustawiamy nachylenie pasa bieżni na 1%. Większość bieżni mechanicznych ma bardzo dobra amortyzację-przez to mniej kontuzji.
  • Zwift w wersji biegowej —> Co potrzebne ? Komputer lub tablet z zainstalowana aplikacją zwift, RunPod czyli czujnik kadencji zakładany na buta (decathlon, garmin, adidac itp) czujnik tętna, i czujnik ANT+ do komputera. Wersja biegowa Zwift jest narazie bezpłatna, nie ma potrzeby podpinam karty kredytowej. W aplikacji oprócz naszego awatara który gdzieś sobie biegnie wśród innych biegaczy oraz kolarzy widzimy dokładnie wszystkie parametry (tempo, prędkość, tętno, kadencję, czas treningu, dystans) są w aplikacji gotowe plany treningowe z których możemy kozystac. Jest sporo tras do wyboru:watopia,richmond,londyn czy Nowy Jork która po synchronizacji aplikacji ze strava i garminem umożliwia przesłanie aktywności do tych platform.
  • Ponadto jak można sobie umilić fajnie czas biegając. Po pierwsze filmy na tablecie, netflix-ie podpiętym bezpośrednio pod głośniki z bieżni, lub podcasty.
  • Fajnie tez ustawić sobie bieżnie z widokiem na ….. coś co lubicie 🙂 my mamy ustawioną ją pod oknem skierowaną centralnie na nasz przydomowy lasek, czyli biegamy prawie jak na dworze ! 🙂
  • My ten model sami wnieśliśmy na piętro u ans w domu, nie wspomnę, że prawie zginęłam przy tym śmiercią tragiczna, a bieżnie rozwaliłaby schody, ale udało nam się. Waży ponad 100 kilo więc warto mieć dwie w miarę silne ( albo jedną bardzo silną i jedną przeciętną jak u nas ;p ) osoby żeby taką bieżnię złożyć. Polecam nie rozśmieszanie osób noszących bieżnie po schodach 🙂
  • Bieżnie oczywiście trzeba złożyć samemu w domu nam to zajęło niecałą godzinkę, instrukcja była czytelna, może nie IKEA, ale wszystko było jasne.

Tak ogólnie pisząc czy warto. Każda moja myśl mówi TAK !

Jestem zwolenniczką biegania na dworze, biegam w każdych temperaturach, uwielbiam mróz, gorzej znoszę ciepło. Nienawidzę trenowania w domu, ale są dni, momenty w życiu kiedy po prostu wyjście na dwór jest niemożliwe. Np trening z dzieckiem w domu, bieganie późnym wieczorem u nas na wsi, lub pandemia która zamyka nas w domach na kilka tygodni, a może nawet i miesięcy.

Bieżnia jest super sposobem na trenowanie zawsze i bez wymówek, nie wiem na ile będziemy ją używać kiedy życie wróci do normy, ale wiem że nie będzie już szukania wymówek żeby na trening biegowy nie wyjść.

W obecnej sytuacji jak nie musimy nie wychodzimy i praktycznie od 3 tygodni biegamy tylko na bieżni. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej którą kupiliśmy i nie przeszło mi ani razu przez myśl żeby zrezygnować z treningu biegowego w tym czasie, pod pretekstem że bieżnia jest „nudna”.

 

POLECAMY KAŻDEMU.

DZIECIAKI TEŻ JĄ UWIELBIAJĄ <3

Wielkie podziękowania dla mojego Rafała, bez którego wiedzy ten tekst by nie powstał ! Dziękuje ! <3
Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON WYJAZDY

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

Bardzo się cieszę, że w końcu mogę się z Wami tym podzielić.

Obóz triathlonowy dla Was na Cyprze to moje marzenie od wielu lat, ale zawsze było coś ważniejszego. Dzieci, ciąże, praca… Tym razem wymówki odkładamy na bok i kilka tygodni przygotowań pozwoliło, że w końcu mogę napisać.

NA NASZ PIERWSZY ZAGRANICZNY OBÓZ TRIATHLONOWY, Zabieramy was na cypr !

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres ola.korulczyk@i-sport.pl lub bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

Dlaczego Cypr ? 

W wieku 12 lat wyprowadziłam się wraz z rodzicami na Cypr. Mieszkałam tam, chodziłam do szkoły, potem pracowałam w przerwach pomiędzy semestrami na studiach, a teraz od ponad 5 lat wraz z mężem jeździmy tam 2 razy do roku w celach treningowych. Znamy tą wyspę wzdłuż i wszerz, a co za tym idzie możemy pokazać ją Wam od iście lokalnej strony !

Nasz pierwszy zagraniczny obóz triathlonowy odbędzie w mieście Limassol, które leży u podnóża gór Troodos (najwyższy szczyt Olimp 1952 m. n.p.m.). Dzięki temu jest idealnym miejscem wypadowym na rower. Zaledwie 5 kilometrów od naszego hotelu zaczynają się malownicze, nieuczęszczane wielokilometrowe podjazdy. Teren wokół Limassol jest zróżnicowany, dzięki czemu trasy rowerowe łatwo jest dostosować do potrzeb naszych zawodników. Tuż obok naszego hotelu mamy do dyspozycji odkryty, podgrzewany basen 50 metrowy i łatwy dostęp do akwenu na treningi open water. Ponadto hotel mieście się w publicznym parku z dostępem do alejek i promenady do biegania.

Obóz jest dla KAŻDEGO, niezależnie od Waszego zaawansowania treningowego. Jedziemy w małej kameralnej grupie liczącej maksymalnie 20 osób. Zadania treningowe będą dostosowywane do zawodników, tak samo jak grupy rowerowe i biegowe.

Poza głównym trenerem – Adamem Ogłoblinem, który będzie odpowiadał za część sportową wyjazdu, uczestnicy będą pod opieką moją i mojego męża. Odkąd zamieszkałam w Polsce na stałe, dwa razy do roku wraz z Rafałem wyjeżdżajmy w celach treningowych właśnie na Cypr. Wyspę w siodle rowerowym przejechaliśmy w szerz i wzdłuż i to właśnie pod naszym okiem będą planowane trasy rowerowe. Dzięki naszemu doświadczeniu i znajomości sieci dróg, będziecie mogli dotrzeć w takie zakamarki Cypru w jakie inni Was nie zabiorą. Trasy będą mało uczęszczane przez samochody, a widoki zapierające dech w piersiach. Napijecie się Cypryjskiej kawy w klimatycznych wioskach i poznacie Cypr od lokalnej strony, będziecie mieli też okazję poznać wyjątkowe smaki nie zawsze dostępne dla masowego turysty. W sytuacjach awaryjnych nasza pomoc również może okazać się niezastąpiona.

Dla kogo jest ten wyjazd?

Dla każdego!

Na obóz zapraszamy wszystkich chętnych triathlonistów, nie tylko zawodników i-Sport, niezależnie od Waszego poziomu zaawansowania. Przewidujemy kameralna grupę do 20 osób, dzięki czemu łatwiej będzie spersonalizować zadania treningowe.

Cel zgrupowania?

Ze względu na rewelacyjne warunki kolarskie, będziemy kładli nacisk na treningi rowerowe. Będzie dużo jazdy po górach, ale nie zabraknie też luźnych treningów typu „coffee ride”. Nauczymy się zasad poruszania w peletonie, techniki zjazdu i efektywnego pokonywania podjazdów. Będą mocne akcenty w treningach biegowych i biegowe zwiedzanie miasta. Przewidujemy co najmniej 2 treningi pływackie na basenie 50 m i 2 treningi open water. Celem są duże objętości treningowe, odpoczynek od szarej rzeczywistości i sprzyjająca atmosfera która pomoże Wam wspiąć się na kolejny poziom trenowania.

Każdy z uczestników będzie miał również okazję wziąć udział w 2 wykładach, jeden o tematyce triathlonowej, jeden o tematyce dietetycznej. Podczas zajęć uzupełniających przedstawimy Wam podstawy rollowania i stretchingu, tak abyście dbali również o Waszą regenerację.

Ponadto wiemy jak fajnie jest przywieźć do domu nie tylko wspomnienia, ale też fajne zdjęcia. Dlatego przewidujemy jeden "dzień z fotografem" który, uchwyci Wasze zmęczone ale szczęśliwe twarze, a Wy zabierzecie wysokiej rozdzielczości zdjęcia ze sobą do kraju.

Gdzie będziemy mieszkali?

W Park Beach Hotel***. Hotel usytuowany jest w parku, zaledwie kilka metrów od brzegu morza i piaszczystej plaży. Z hotelu jest łatwy dostęp do sklepów i restauracji. Oddalony jest około 4 kilometry od starego miasta i „Limassol Promenade”. Do naszej dyspozycji jest siłownia, sauna i basen hotelowy z ogrodem, oraz restauracja i bar. Ponadto hotel dysponuje bezpiecznym miejscem do przechowywania rowerów.

Koszty obejmują:

  • Zakwaterowanie w Hotelu Park Beach ***
  • Wyżywienie w formie HB, śniadania oraz obiadokolacja w formie bufetu (pokoje 2-osobowe)
  • Opiekę trenerską i przewodnika
  • Plan treningowy
  • 2 wejścia treningowe na otwarty basen 50 metrowy
  • Transfer grupowy lotnisko – hotel – lotnisko (wraz z rowerem)
  • Wyjątkowy upominek od organizatora
  • Pakiet zdjęć z treningów
  • Wykład dietetyczny, wykład o tematyce triathlonowej
  • Wstęp na siłownię, basen i saunę na terenie hotelu
  • Obowiązkowe ubezpieczenie sportowe (szczegóły: https://cutt.ly/QeV0idK)

Koszty nie obejmują:

  • Biletu lotniczego (cena około 730 zł z bagażem rejestrowanym/lub rowerem)
  • Transferu w innym terminie niż podany (cena do uzgodnienia)

Inne:

  • Możliwość wypożyczenia roweru na miejscu (od 20 EUR/dzień), wymagana wcześniejszą rezerwacja
  • Dopłata do pokoju 1 – osobowego (ok 20 EUR/dzień)
  • Możliwość przyjazdu z osobami towarzyszącymi oraz dziećmi (cena ustalana indywidualnie)

Transfer grupowy oraz noclegi organizujemy pod kątem lotów liniami LOT z Warszawy. 

LOT oferuje nam doskonałe połączenie, abyśmy mogli mieć 9 dni treningowych przy tylko 5 dniach Waszego cennego urlopu. Ponadto w liniach lotniczych LOT istnieje opcja zamiany bagażu rejestrowanego na rower bez dodatkowej opłaty, jeżeli ten nie przekracza 23 kg.

Terminy

10 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 23.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 o 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot pon 23.03.2020 o 03.50 – przylot 23.03.2020 o 06.25

7 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 20.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot piątek 20.03.2020 03.50 – przylot 20.03.2020 o 06.25

Cena:

REZERWACJA DO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2599 PLN
10 dni (9 dni treningowych) – 3049 PLN

REZERWACJA PO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2799 PLN
10 dni (9 dni treningowych) –  3349 PLN

CZEKAMY Z NIECIERPLIWOŚCIĄ NA WAS!

Taki obóz to nie tylko ciężka praca, ale masa zabawy, odpoczynku od szarej zimowej rzeczywistości, nowych znajomości i niezastąpionego kontaktu 1 na 1 z trenerem ! 
To też wiadro motywacji, które wznosi każdego nawet najmniej zmotywowanego na kolejny poziom trenowania ! 

BO W GRUPIE ŁATWIEJ !!!

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres

ola.korulczyk@i-sport.pl lub

bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

<3 <3 <3 Dołączcie do nas w marcu <3 <3 <3

Wtórpol Triathlon, Triathlon Kraśnik i Castle Triathlon Malbork –

Bez kategorii TRIATHLON

Wtórpol Triathlon, Triathlon Kraśnik i Castle Triathlon Malbork –

ZAWSZE W NIEDOCZASIE.

 

Nie wiem czy z niecierpliwością po każdym starcie czekacie na relację, czy w ogólne Was one nie interesują. Wiem jednak, że coraz ciężej mi się je pisze, bo przecież ileż można pisać o tym jak mi poszło, jakie były moje odczucia, przeczucia. Po co tam jechałam, dla fun-u i zabawy, czy po pierwsze miejsce.

Tym cieżej mi się pisze kiedy to cały czas jesteśmy w rozjazdach, spędzamy czas z dzieciakami, albo wracamy do domu na chwilę, głównie po to żeby podlać kwiatki i się przepakować. To lato było na prawdę intensywne, jak nie starty i wyjazdy, to cały czas był ktoś u nas. Myślę, że zrobiliśmy więcej kilometrów niż kamperowcy, a wszystko to z dzieciakami pod pachą. Stąd moje zagubienie w sferze bloga.

Na prawdę ciągnąc kilka srok za ogon totalnie nie umiem sobie z priorytezować pisania. Mam momenty wahania czy w ogóle ktoś tu jeszcze jest. Potem wiem że jesteście, ale czy chcecie o tym akurat słyszeć. I tak w kółko czasu brak, a zaległości robią się tak duże, że po miesiącu czasami nie warto w ogóle wracać do tych chwil i przemyśleń. Bo przecież świat idzie dalej, a moje teksty zaczynają się i nigdy nie mają czasu się skończyć.

TRIATHLONY – STARTY

Każdy z tych startów był inny, towarzyszyły mu inne emocje, była inna pogoda, kto iny je organizował. Może, więc nie wypada wsadzać ich do jednego wora, ale chce o nich napisać, inaczej niż zwykle i zaoszczędzić Wam zbędnego czytania, bo pewnie tez zawsze jesteście w NIEDOCZASIE.

WTÓRPOL TRIATHLON – Skarżysko-Kamienna

 

 

To był jeden z niewielu triathlonów na który jechałam po coś konkretnego, po konkretne miejsce, po pierwszą trójkę i fajną nagrodę pieniężną.

Start był tydzień po Super League Triathlon w Poznaniu. Tydzień po jednym z najważniejszych startów w sezonie, nie liczyłam więc na jakiś magiczny wzrost formy, w szczególności, że w Poznaniu padła życiówka. Skarżyska w ogólne nie brałam pod uwagę planując sezon. Tym bardziej, że mój Rafik miał w planach start, a jak on startuje to ja pilnuje dzieci.

Tym razem było jednak inaczej. Zapisałam się 3 dni przed startem, uprzednio sprawdzając listy startowe. Maria Cześnik, nasz była olimpijka, i Petters Klaudia bodajże, nasza PRO-ska. Poza nimi jedna kobieta na podobnym poziomie co ja. Trochę wysiłku i jestem 3-cia, a co za tym idzie fajna kasa w kieszeni. W czwartek przed zawodami niestety na instagramie Monika Chodyna wrzuciła post, że zmierza na spontaniczny start. Moje przeczucia były prawidłowe, wiedziałam, że zobaczymy się na starcie, pewnie tak samo jak ja jechała po nagrodę, szkoda tylko, że zapisała się chwilę po mnie ! Ha ha.

Cały misterny plan legł w gruzach. Ostatecznie w ogólne nie chciało mi się startować. Aura nie pomagała, poranny deszcz, zimno, wróciły wspomnienia z Kraśnika z Mistrzostw Polski sprzed roku. Skoro jednak powiedziałam A, to powiem też B i C i D … Wystartowałam. Nie miałam szczęścia do pływania w tym roku, a to w Skarzysku tylko potwierdziło moją passę. Woda była przerażająca, po raz pierwszy zostałam wciągnieta pod wodę. Jakieś dziewczyna złapała mnie za ramię i ściągnęła za siebie. Najgorsze było to, że Ci ludzie wcale szybko nie płynęli, poniewierali mną, wpływali na mnie i łapali za każdą kończynę. A kiedy ja zaczęłam machać rękoma wyprzedzałam ich o długość ciała.

Uratował mnie Kola, nasz przyajciel, który dosłownie zatrzymał siebie i wszystkich za sobą i pozwolił mi zacząć normalnie płynąć. Po tych przeżyciach uciekłam zupełnie na prawą stronę trzymając dystans około 10 metrów od wszystkich pływaków. Byłam wściekła, rozumiałam te wszytskie osoby które łapią traumy w wodzie podczas startów. Nikomu nie życzę takich doświadczeń. Potem było juz z górki. Rower pojechałam zajebiście, 2-gi czas wśród kobiet, zaraz za Marią Cześnik. Wyprzedziłam Klaudię Petters, i zrobiłam lepszy czas niż Monika. Pomimo, że lał deszcz i wiał niemiłosiernie wiatr, rower bardzo mi się podobał. Były podjazdy zjazdy, cały czas się coś działo. Była też chwila grozy, kiedy straciłam panowanie nad rowerem. Podczas mocnego podmuchu na śliskiej jezdni rower zaczął mi myszkować,  a ja zobaczyłam siebie na pobliskim płocie, ale na szczęście wyciągnęłam się z tego i dotarłam prawie szczęśliwe do strefy. Prawie, bo na belce spadłam z roweru.  Przeceniłam swoją prędkość w tych warunkach i niestety rower został na belce a ja poleciałam do przodu. Nic się jednak nie stało, szybko wróciłam po rower i poleciałam dalej. Bieganie było wyjątkowe. Po pierwsze super mi się biegło. Przez pierwsze 5 kilometrów biegłam w niesamowitym komforcie, w całkiem dobrym tempie przez las. Po drugie na drugim kółku wyszłam totalnie poza swoją strefę komfortu, lecąc ostatnie 3 kilometry na 4:30 min/km, uciekając przed kobietą którą miałam na plecach. Najpierw oczywiście musiałam stoczyć walkę ze swoim mózgiem, ale po kilku mocnych słowach i przekleństwach w jego kierunku, nogi w bólu z każdym metrem przyspieszały.

Czy warto było ? JASNE ostatecznie byłam 1-wsza w swojej kategorii, wygrałam tylko i aż 600 zł, nie dostałam się na mocno obstawione podium OPEN, ale start był bardzo udany. Cóż więcej można chcieć niż dać z siebie wszystko i zgarnąć chociaż te kilka stówek 🙂

Strefa finiszera w Skarżysku, to był raj dla zmęczonego ciała i .... brzucha :) Nigdy nie widziałam tak pysznie i obficie obsadzonej strefy. Było wszystko to co wszędzie w nieograniczonej ilości, ale była też lemoniada naturalna, tort, ciasta, jagodzianki. Była kawa, dobre jedzenie, na które wyjątkowo mieliśmy ochotę. Było też słońce które ogrzewało nas podczas ceremonii wręczania nagród. Taka najsmaczniejsza z możliwych wisienka na torcie.
Ponadto wszystkie zdjęcia FREE, wszystkie dostępne z DATASPORT w dużej rozdzielczości. Fajne są takie małe gesty które, za które wiemy że płacimy <3

 

TRIATHLON KRAŚNIK 2019

 

To kolejny spontaniczny start. to też start do którego mam chyba największy sentyment. To mój pierwszy start w Polsce, mój pierwszy start po urodzeniu Zosi i Stasia. To super, rodzinna impreza, cudowna atmosfera i sami swoi. Jesteśmy tam co roku od 5 lat. I aż zal było mi pomysleć, że w tym roku mogłoby mnie nie być.

W tym roku było inaczej. Kraśnik słynie z tego, że zawody są rozgrywane w konwencji z draftem. W zeszłym roku były tam Mistrzostwa Polski na dystansie olimpijskim i rozgorzałe rozmowy doprowadziły do tego, że dozwolone były czasówki, ale zabroniony był drafting. W tym roku organizatorzy chcieli wrócić do korzeni, czyli rozegrać zawody w takiej konwencji w jakiej olimpijka powinna być rozgrywana, czyli z draftem. Internet jednak jest okrutny i polemiki jakie powstały wokół organizatorów, sprawiły, że została podjęta decyzja: „Zawody z draftem, ale bez czasówek”.

Tutaj zaczął się problem dla mnie. Moja szosa grzeje się od kilku lat na Cyprze. W Polsce mam tylko ARGONA, czyli czasówkę. Nie chciałam pożyczać roweru od bliskich mi osób, bo na zawodach nie dbam o sprzęt. Nie myślę o tym czy go porysuję, czy mi upadnie, ma być szybko i tyle. Start był coraz bliżej, moje chęci na udział w nim coraz większe więc zaczęłam działać.

Najpierw przeprowadziłam rozmowy z organizatorem czy ewentualnie im uda się cos dla mnie ogarnąć. Maja kilka zaprzyjaźnionych sklepów. W między czasie jednak napisałam do LIV Polska. Nie powiem, że taki LiV-ek nie byłby spełnieniem marzeń. Od wielu lat patrze się na te rowerki z zachwytem. Oczywiście żeby nie było za łatwo, osoba za to odpowiedzialna była na wakacjach. Rowerku żadnego testowego nie było. Ale rozmowy szybo przeistoczyły się w czyny. I w sumie z niecały tydzień doleciał do mnie nowiuteńki LIV, czarny, elegancki i zupełnie inny niż moje wszystkie rowery. Zakochałam się.

Czasu na jego ustawienie i złożenie nie mieliśmy za dużo. Na szczęście z pomącą przyszedł, mój mąż i nasz rowerowy kumpel Mati. Chłopaki spędzili pół nocy żeby rozgryźć jak złożyć przerzutki, ponaciągać linki, ustawić je tak żeby chodziły cichuteńko, szybko i idealnie. Na 2 dni przed startem zrobiłam sobie króciutki rozjazd, żeby jako tako ustawić rower. Nie powiem, że nie było to ciężkie zadanie, jeżdżąc przez ostatnie 4 miesiące tylko na czasówce, nie mogłam się oprzeć żeby wymusić w sobie pozycję jak najbardziej zbliżoną do tej jaką mam na rowerze czasowym.

Start sam w sobie był IDEALNY. Płynęło mi się niesamowicie, po prawie całym sezonie niekończącej się walki w wodzie, w Kraśniku wszystko to odpuściło. Najszybsza grupa odpłynęła, ja zostałam kawałek za nią i tam przez 1500 metrów płynęłam zupełnie sama, w swoim tempie, na luzie, z luźną głową. To było to. Rower, jak to na LIV-a przystało poszedł znakomicie. Wiało dość mocno, co na szosie można było bardzo mocno odczuć jadąc samej, na szczęście zawody były w konwencji z draftem, a co za tym idzie współpraca i pociągi. Pierwsze kółko zrobiłam praktycznie sama, tak to jest cholera jak się za szybko z wody wychodzi. Na drugim doleciała do mnie pociąg, chyba najszybszy pociąg na tych zawodach, z moim mężem na czele.

Chłopaki pozwolili się dołączyć i tak przez kolejne dwa kółka pędziłam razem z nimi. Ich tempo, zrywy po nawrotkach na prawdę były przeze mnie prawie nie osiągalne, a jednak trzymałam się i nie chciałam odpuścić. Zmusili mnie do pedałowania czasami nawet ponad 300 WATT, a średnie Watt-y jakie mi wyszły z całego startu dochodziły prawie pod 200, czyli były sporo wyższe niż kiedykolwiek na innych zawodach. Dostałam w dupę, ale tak pozytywnie, wyprzedziłam wszystkie możliwe kobiety, choć była tam tylko jedna szybsza pływaczka. Ostatnie kółko niestety intercity odjechało, moje nogi fizycznie były totalnie zajechane i nie dały rady utrzymać rwanego ostatniego kółka. I tak bardzo im dziękuję za mega współpracę, a satysfakcja, że wiekszą część wyścigu jechałam z mężem który zazwyczaj wyprzedza mnie jak pendolino, zostanie w e mnie na długo.

Biegani trzeba było utrzymać. Trzeba było więc utrzymałam. Nie było tam żadnych przypływów nadprzyrodzonych sił, raczej na 8-mym kilometrze totalnie mnie odcinało i chyba mocny rower dawał się we znaki, ale satysfakcja pozwoliło dobiec na metę mniej więcej tak jakie były założenia.

Kraśnik po enty był NIEZWYKŁY. Po raz drugi też stanęłam na pierwszym stopniu podium OPEN. Po raz drugi w swoim życiu, na mecie złapałam ta szarfę i podniosłam ja nad głowę. Te emocje są na prawdę warte każdej przepracowanej godziny na treningu. Oby więcej takich!

Muszę też niezmiernie podziękować firmie LIV Polska, bo bez nich ten start byłby NIEMOŻLIWY <3 Rower spisał się jak marzenie !

CASTLE TRIATHLON MALBORK 2019

 

Malbork był trochę jak takie wiadro zimnej wody. Ten sezon serio brałam z przymkniętymi oczami. Treningi były totalnie rozklepane, raz w totalnym reżimie, raz w totalnym chaosie. Oczywiście nie przez trenera, ale przez samą siebie. Tym bardziej dziękuję, że Adam z <platforma treningowa i-Sport> się nie poddał i nie kopnął mnie w tyłek. Taki miałam sezon takie podejście. Potrzebowałam tego luzu, nie chciałam wpadać w reżim treningowy, ale ambicje miałam.

Najszybciej pisząc i tak wystarczająco długo prześlizgiwałam się z fajnymi wynikami przez ten sezon. Co prawda padła tylko jedna życiówka, ale właśnie wtedy kiedy najbardziej jej chciałam. Dlatego Malbork pomimo udanego startu, prze cudownej atmosfery, bo jak wiecie starty w towarzystwie są zdecydowanie fajniejsze niż te solo, to dostałam w dupę psychicznie. Trochę, bo długo to nie trwało, ale szczęście na mecie musiałam sobie sama wcisnąć do głowy.

Start ogólnie bardzo pozytywny, mocna obsada, Gosia Otworowska i Ola z GVT, czyli nasze Polskie konie. Ponadto startowała też kolejna mocna zawodniczka, z którą nie raz spotkałam się w zeszłym roku. Wiedziałam, że na miejsce OPEN nie mam szans, a jednak ambicje miałam żeby zorbić to szybciej, mocniej niż w zesżłym roku. Woda fajna, szkoda że start falowy nie był do końca falowy tylko zrobione było wąskie gardło, bo przy wejściu do wody dostawało się łokciami od innych nadgorliwych zawodników. W wodzie jednak to wszystko sie rozmyło i płynęło się przyjemnie. Zresztą tak jak zawsze w Malborku. Wdech ZAMEK, wdech ZAMEK, takich widoków raczej nie znajdziecie nigdzie indziej!

Rower bajka, ale tylko w jedną stronę. Czułam taki GAZ, taką siłę, a Watty i prędkość tylko to potwierdzały. Niestety w policzek dostałam po nawrotce. Piękna średnia powyżej 37 km/h cały czas powolutku malała. Dostaliśmy wiatr w twarz i pomimo że przed startem wydawało się, że wiatru nie ma. Czaił się skubany gdzieś na trasie. Pomimo to, rower jak zwykle, 36km/h utrzymane, świeżość zachowana, ale mały niesmak że z powrotem tak ciężko i tak sporo wolniej niż w tamtą stronę. SERIO miałam wrażenie, że w końcu utrzymam tą prędkość powyżej 37. Ale jeszcze nie tym razem.

Bieganie, też niby było spoko. Pobiegłam szybciej niż w zeszłym roku, rower też pojechałam trochę mocniej. Pływanie było tylko wolniejsze ale to o pare sekund. Końcowy wynik jednak był wolniejszy o minutę. I weź tu teraz wytłumacz swojej głowie, że strefy zmian były sporo dłuższe, bo praktycznie 2 minuty więcej tam spędziłam. Że wcale nie było tak źle. Niestety w momencie przekraczania mety nie da się. Przynajmniej nie u mnie.

Teraz z perspektywy czasu, cieszę się, że takie wiadro zimnej wody wylało mi się na głowę. Cieszę się bo, choć emocji nie ma juz we mnie to wspomnienia o nich jak najbardziej TAK. A co za tym idzie, kiedy nie będzie mi się chciało, zrobic tych interwałów, tego treningu CORE przez zimę. Nie będzie mi się chciało siadać na ten trenażer, albo wychodzić na dwór pojeździć bo słaba pogoda. To wrócę sobie w mojej blond głowie do tego startu i jeszcze raz przemyślę i przewartościuję sobie to czego tak na prawdę chcę.

Jeżeli szukasz luzu, to daj go sobie też na mecie, a nie tylko na treningach. Jeżeli zależy ci jednak, na tych cyferkach, polepszaniu się i na kolejnych małych kroczkach w kierunku bycia silniejszym sportowcem to pokaż to też na treningach i nie odpuszczaj gdy jest ciężej, albo auro nie do końca sprzyja.

 

Teraz cieszę się, że nie przez cały sezon się tak łatwo prześlizgnęłam. Cieszę się, że były lepsze i gorsze momenty, bo to właśnie one dokładnie pokazały mi czego chcę, jakie mam wyniki przy danym zaangażowaniu i czy robie to wszystko wber sobie czy w zgodzie ze sobą.

Oby kolejny sezon był tak pozytywny jak ten.

Nie idealny.

Indywidualny, ale mój.

 

Bio Mama…..

P.S. Żeby nie było, pod koniec października startujemy jeszcze na Cyprze, ale tam SERIO SERIO muszę sobie głowę wyczyścić przed, bo ostatnio było mocno zdrowotnie w moim życiu, a nie treningowo :p

 

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

TRIATHLON

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

ZŁOTA FALA i weekend pełen emocji za mną, a właściwie za nami. Bo był to mocno kobiecy weekend. o samej idei złotej fali myślę, że powinnam skleić osobny post, ale przez to że mój start był pełen ZŁOTO FALOWYCH emocji to tu tez coś o niej usłyszycie.

Swoją przygodę z i-sport, Złotą falą i Super League Triathlonem w Poznaniu, zaczęłam rok temu, kiedy to byłam ambasadorką tej imprezy. Jeśli chcecie więcej poczytać i idei, moich początkach w byciu ambasadorką, czy starcie w zeszłym roku to zapraszam:

tu —–> ZŁOTA FALA -IDEA

——–> START W POZNANIU – ZŁOTA FALA

Ten rok był jednak inny. Inny, bo na starcie stawałam nie tylko jako kobieta wspierająca projekt, ambasadorka, ale też kobieta która zaangażowała się w ten projekt. Emocje były więc potrójne, spotkanie z naszymi ambasadorkami jeszcze bardziej ekscytujące i cała impreza podwójnie ważna.

Po pierwsze trzeba powiedzieć, że babska rywalizacji jest na innym poziomie, jest czystsza, zawiera więcej uśmiechu i życzliwości i chociaż na prawdę się ścigamy, to robimy to z uśmiechem i słowem wsparcia.  Złota fala to start tylko dla kobiet, starujemy w fali przed facetami, co za tym idzie zero pralki w wodzie, same kobiety na linii startu, cisza i spokój w strefie i tak przez większość część trasy. Na bieganiu spotykamy się już z Panami, cześć kobiet spotyka się już na rowerze, ale myślę, że panowie na trasie rowerowej lub biegowej tylko mobilizują, sprawiają że więcej się dzieje i czas szybciej leci.

No ale złota fala to nie tylko start, przynajmniej nie dla nas. To tez spotkania z niesamowitymi kobietami, dziewczynami. To czas poznawania cudownych osób, to czas wspólnych piątek, rozmów i wsparcia. W zeszłym roku było nas kilkanaście, w tym roku podobnie, robi się więc nas coraz więcej. Tworzymy wspólnie swoją babską małą komitywę, w której jest dużo koloru, uśmiechu i wsparcia. Pisząc te zdania, nie da się w sumie opisać tych emocji. Jest ich dużo i są one przede wszystkim pozytywne. Weekend w poznaniu staje się weekendem po którym potrzeba sporego czasu żeby wrócić do normalnego funkcjonowania 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do mojego startu. Start był w sobotę w samo południe. Tzn o 11, ale przecież to prawie samo południe. Ciepło, totalna lampa, a ja z moja termoregulacją miałam największa rozkminę życia: Płynąć w piance, czy bez?

Wiem, że moje pływanie ostatnio słabo wypada i w sumie ma prawo bo od połowy kwietnia do tak na prawdę 2 tygodni przed poznaniem w wodzie byłam kilka razy. Sieraków, Okuninka, miesiąc od połowy maja miałam zawalone zatoki. Tym bardziej wiedziałam, że pianka na prawdę mi pomoże. Było jednak coś we mnie, co nie chciało jej założyć. Jakaś część mnie chciała poczuć luz, może to umieranie w Sierakowie, duszenie się w wodzie i ścisk sprawiło że nie chciałam jej zakładać. Co gorsza zarówno trener, jak i mądra głowa mąż nie chcieli słyszeć, ani zaakceptować opcji bez pianki. Z drugiej strony Fabisz namawiał do płynięcia bez. Nawet mieliśmy się zakładać, o jakieś głupoty, ale Fabisz długo nie chciał przystać na moje warunki. Dało mi to cudownego kopniaka jak wierzy w to że popłynę dobrze. Taka roztargniona stałam jeszcze i rozgrzewałam się w strefie startowej. Mózg mi już parował, bo wiedziałam że jaką decyzję bym nie podjęła, głowa będzie na nią narzekać. Jak popłynę w piance to będzie źle, bo za ciepło. Jak popłynę bez to będzie źle bo za wolno. Chwilę przed pomyślałam sobie, że jak Ula, faworytka dzisiejszego wyścigu popłynie bez to ja też. Co się wydarzyło? Ula przychodzi do strefy startowej bez pianki, a moja głowa już kipi nie wiedząc co robić.

Na 15 minut przed startem podjęłam decyzję, mądry trener wsparł i kazał wejść na chwilę do wody i się przepłynąć. Trach skok na główkę i przedzierałam się przez złote czepki i czarne pianki. Z wody wyskoczyłam już pewna swojej decyzji. To było to! Czułam luz w głowie i rękach, ciepłą wodę spływającą po ciele, ale nie gotowałam się, byłam wolna. Piankę szybciutko oddałam mężowi i poleciałam na linię startu. W zeszłym roku startowałam z pierwszej linii, w tym cofnęłam się o jedną, w końcu lecę bez pianki i nie w formie pływackiej.

 

START.

Kontrolowany, ale przede wszystkim z uśmiechem na buzi. Decyzja o zdjęciu pianki była chyba, najlepszą z możliwych tamtego dnia. Dało mi to jakiś niewyobrażalny luz psychiczny. Wskakujemy do wody, przez chwilkę zrobiło się gęsto dziewczyny pływają po sobie, ale w parę chwil wszystko się wyrównuje. Pewnie pierwsze 3-4 linie znalazły swoje miejsce i płyniemy juz każda swoim tempem. Oprócz pierwszych kilkudziesięciu- kilkuset metrów raczej nie byłam wyprzedzana, wszystko rozegrało się na początku. Wiedziałam, że płynę wolniej, płynęło mi się tez sporo ciężej niż w piance, to znaczy kosztowało mnie to więcej wysiłku, ciężej się nawigowało w szczególności że do pierwszej bojki płynęłyśmy pod falę. Niemniej jednak płynęło mi się cudownie, co prawda czas był o ponad 2 minuty gorszy z pływania niż w zeszłym roku. Ponadto z wody wyszłam jak na mnie wyjątkowo daleko, bo dopiero jako 7 kobieta, ale to jak bardzo się delektowałam tym pływaniem bez pianki i tą wolnością, było warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Wychodzę z wody, ktoś mi krzyczy jak zawsze która jestem, nie powiem, że się zdziwiłam ( oczywiście  myślałam że jednak jestem choć troszkę bliżej czołówki) Widzę moja rodzinkę i przyjaciół, leci wiec pierwszy potężny uśmiech. Szybciutko pędzę do strefy zmian, która cholera znowu jest pod górkę. Za mną bliziutko biegną dwie dziewczyny, jedna to niejaka Małgorzata, która wyprzedziła umierającą mnie na biegu, druga to Iga, wiem że mocno biega więc muszę uciekać.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Strefa bez pianki zajęła mi kilka sekund, czepek i okularki wrzuciłam do koszyka i w tej samej chwili założyłam kask i złapałam rower. Ze strefy wybiegam już piąta. Powiem szczerze, że byłam pewna że z wody byłam też piąta, ale sts-inaczej pokazuje, może to tylko czas 7-my a wyszłyśmy wszystkie przy sobie. Nie wiem, ciągnąc dalej wsiadam na rower i zaczynam jechać. Pomimo, że wiem że jest przede mną kilka dziewczyn jakoś się tym nie przejmuję. Jadę swoje i wiem, że będę je gonić.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Dzień wcześniej zasypiając już w łóżku słuchałam Ewel i Rafała jak rozmawiali o przygodach na trasach na poprzednich startach. Było ich mnóstwo, opowiadali jak to gubili bidony, jak ktoś się wracał po numer startowy, jak ktoś po bidon, jak któreś źle pojechało albo źle wybiegło. Leżę sobie i myślę, jak to możliwe mieć tyle przygód, „Ja NIGDY takich nie miałam”. Moje przygody ograniczają się do tych z zegarkiem, no ale to zrozumiałe w moim wykonaniu, bo jest mi on chyba po prostu troszkę zbędny na zawodach. No ale zdanie to wypowiedziane w głowie, napędziło tą turbinę ze wszechświata która uruchomiła: mówisz, że nigdy to będziesz miała swój pierwszy raz. Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja kiedy wymówię te słowa na głos, to dzieją się rzeczy dziwne i wszystko sprowadza się do tego żeby mi udowodnić, że to NIGDY właśnie się skończy.

W ten oto sposób mój rower był jedną wielką przygodą. Co prawdą zaczął się pięknie bo w tamta stronę moja predkość zały czas pokazywała ponad 40 km/h, nie chciało mi się wieżyć bo nogi nawet dobrze nie piekły, ale jechałam. Po jakiś pięciu kilometrach wielkie napisy na drodze, SLOW DOWN ! ! ! , NAWRÓT ! ! ! i jaskrawe strzałki pokazujące nawrotkę. No to hej przygodo,  nie widzę totalnie nikogo dookoła, śmierdzi mi to ale, jak byk jest napisane, że nawrotka, więc zawracam. Za chwilę po drugiej stronie ulicy wybiega do mnie jakiś strażak krzyczący nieprzyjemnie że co ja ******* robię ?!? Karze jechać prosto, kolejna nawrotka więc i wracam na trasę, kurna, zła jak osa jestem, mówiłaś że nie masz przygód, a tu proszę się zaczęło. W tym momencie wyprzedza mnie Ula, nawet nie byłam na to zła, bo wiedziałam, że na rowerze jest mocniejsza i i tak zrobiłaby to prędzej czy później. Pewnie, że wolałabym później, ale jest prędzej. Jadę dalej. Prawdziwa nawrotka była jeszcze ponad 5 kolejnych kilometrów dalej. Stało tam faktycznie sporo ludzi i chyba nawet jacyś sędziowie, a napisy najprawdopodobniej były pozostałością z trasy enduro, która startowała rano.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Jadę dalej, na nawrotce widziałam, jak zbliżam się do dziewczyn z przodu. Były w sumie 4, więc teraz dopiero jestem 5-ta. Było widać też dziewczyny za mną, trzymały się dosyć blisko, a może po prostu przybliżyły się przez moje gapiostwo ?? Nie ważne, po nawrotce poczułam, dlaczego jechało mi się tak dobrze. Wiatr walnął w twarz i prędkość pod górkę spadała nawet czasem poniżej 30 km/h. Wiedziałam, że tu muszę wycisnąć z siebie więcej, tak żeby zrobić sobie przewagę. W końcu te za mną są lepsze biegaczki.

1-wsza dziewczynę przede mną dogoniłam stosunkowo szybko. Wyprzedziłam ją, na nawrotce na drugie kółko, gdzie trasa zrobiła się techniczna i nie było mowy o ściganiu, odcięłam się tez od Pań, które jechały za mną, a 3-cią dziewuchę miałam już w zasięgu wzroku. Wiedziałam, że to kwestia czasu. Ale żeby nie było nudno, zaczęło mnie okropnie mdlić, zjedzony żel był prawie spowrotem w gardle, wiedziałam, że tak się dzieje jak jeżdżę z HR-em, który wpijając mi się pod stanikiem w przeponę stymuluje żołądek. I tak w połowie drugiego kółka zaczęłam się motać z HR-em, Najpierw nie mogłam go zsunąć na brzuch, potem odpadł mi czujnik, w końcu rozpięłam cały strój, który mi się zablokował i nie mogłam go zasunąć z powrotem, zerwałam cały pasek, wypadł mi czujnik i jechałam świecąc cyckami przez resztę trasy.

Z tego powodu sporo dłużej zajęło mi dogonienie 3-ciej dziewczyny, ale dopadłam ją wyprzedziłam i do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta. Karolina którą, wyprzedziłam na rowerze w zeszłym roku, nie biegała szybciej. W tym jednak mnie zaskoczyła i już na pierwszym kółku biegowy mnie dogoniła, wyprzedziła i mocno leciała przede mną. Próbowałam się trzymać, ale czułam że jest mocniejsza więc odpuściłam. Wiedziałam, że mam 2 biegaczki za sobą, które mogą jeszcze namieszać, a wolałam mieć siłę do końca niż wyrwać na początku a potem umierać.

Na nawrotce na pierwszej pętli, zobaczyłam jak owe biegaczki mają całkiem spory dystans do mnie, dzielił nas ponad kilometr, a co za tym idzie z 4 minuty różnicy w czasie. Takie endorfiny mnie dopadły, że przez kilometr leciałam na 4:30 🙂

Bieganie raczej było kontrolowane, z uśmiechem. podobno wyglądałam jakbym się w ogólne nie męczyła, ale co wycisnęłam z siebie to moje. Jeszcze dużo mi brakuje żeby nauczyć się biegać tak mocno jak to możliwe. Bieganie u mnie zawsze jest asekuracyjne i nigdy nie umiem doprowadzić się do sponiewierania. Nie umiem wycisnąć z siebie tego więcej, zawsze jestem w swoim komforcie. Jeszcze trochę czasu przede mną więc może kiedyś nauczę się tego.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Na metę wpadłam jako 4 OPEN, z czasem 2:24:57, najpierw myślałam, że urwałam minutkę od zeszłorocznego czasu, ale kiedy zorientowałam się że były to 3, świat stał się na prawdę piękny 🙂

Wpadłam szczęśliwa, że wybroniłam wysokie miejsce OPEN, że pomimo tych perypetii zdrowotnych na początku sezonu, wszystko się wyklarowało, czułam jakąkolwiek moc i siłę i brnęłam do przodu. Wpadłam szczęśliwa, przede wszystkim bo ten start sprawił mi na prawdę ogromną przyjemność, a o to mi najbardziej chodziło.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

NOWA ŻYCIÓWKA, całkiem niezłe bieganie, MASA PRZYJACIÓŁ, ZNAJOMYCH, KIBICÓW na mecie i na trasie dodawała energii i radości.

 

To był na prawdę udany start. I kiedy tak na spokojnie po wszystkim usiadłam z mężem i gadaliśmy o zawodach, zapytał: ” I co nie żałujesz, że nie założyłaś pianki, pewnie byłabyś 3-cia, bo popłynęłabyś te 2 minuty szybciej?”

Na mecie nie przeszło mi to nawet przez myśl. A dziś zrobiłabym dokładnie to samo, jeśli te 2 minuty miały mi dać tyle radości i swobody jaką czułam, to były warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

 

Do zobaczenia na kolejnych startach.

 

Bio Mama.

 

 

Ciężki początek sezonu.

Bez kategorii

Ciężki początek sezonu.

Sezon zaczyna mi się z przygodami i to wcale nie triathlonowymi, ale bardziej zdrowotnymi. Płata mi figle w głowie i tak na prawdę sama nie wiem czy wolałabym czasem wrócić do zimy i mocniej przycisnąć się treningowo, czy żeby sezon był już w pełni i ze startu na start czułabym te cudowne emocje.

Zeszły sezon był czymś wyjątkowym, czymś nie do przebicia wydaje mi się na moim poziomie triathlonowym. Na każdych zawodach plasowałam się w pierwszej 3 OPEN, oprócz 2 imprez na których byłam 4 (Mistrzostwa Polski). Mimo to kategorię zawsze wygrywałam. Ciężko jest się nastawić na nowe. Chciałoby się co najmniej tak jak w zeszłym roku, abo lepiej, bo w końcu ja też trenuję i trzymam ten rygor, a z drugiej strony coś mówi, że było tak super że ponownie tak się nie da.

I tak bujam się myślami jak to będzie. Chcę cofnąć czas do zimy i wyciskać więcej na treningach, być bardziej dokładna w wattach, robić siłowni tyle co trener przykazał. Z drugiej strony wiem, że zazwyczaj robiłam tyle na ile miałam siły i czasu. Więc pewnie takie wracanie nie wiele by zmieniło ( no może lepiej trzymałabym te watty na rowerze na trenażerze 😉 no ale jak to zrobić na tym trenażerze ?!).

A jak nie cofać to może brnąć naprzód ? Wiem, że w bieganiu poszłam do przodu, na basenie pływało mi się cudownie, zanim wyjechaliśmy na Cypr, a rower hmmmm… to chyba będzie zagadka sezonu dla mnie. Wiem też, że facebook i instagram huczy od kosmicznych treningów i nowych życiówek, wiem że nie tylko ja trenuję, i mam wrażenie że każdy to robi mocniej, lepiej, więcej.

Niemniej jednak sezon zaczęłam jak pisałam z przygodami. Najpierw był Cypr na którym zawsze czułam pewność siebie. Kilka dni przed startem leżałam z gorączką 2 dni w łóżku i niby zrobiłam swoje minimum na starcie to jednak była tam mała gromadka triathlonistek z bazy angielskiej które w liczbie 3 przyleciały ( bo tak szybko to zrobiły) na metę jeszcze przed moim Rafałem, dały poczucie że jest tu sporo mocniejszych kobiet niż ja.

Z drugiej strony jestem ciutkę szybsza niż w zeszłym roku. Pojechałam tak jak miałam, pobiegłam prawie idealnie, popłynęłam nie wiem jak bo niby byłam szybka, a jednak Rafał był tak samo szybki jak ja co mi się jeszcze nie zdarzyło, więc ciężko mi się ustosunkować. I pomimo, że do cholery jasnej stałam na 1 miejscu podium w swojej kategorii, a na metę wpadłam 5 OPEN, to nie był to mój dzień konia. Nie był to też dla mnie triumf, a raczej przegrana. Fajnie, że chociaż w kategorii, ale w kategorii już mnie nie satysfakcjonuje ?

Z choroby powolutku się wykaraskałam, chociaż do dzisiaj kaszlę. Za chwilę pojawia się Sieraków, a ja znowu bez treningów w rozsypce zdrowotnej. Tym razem zapalenie, zakażenie cholera wie czego w pachwinie. I choć na prawdę chciałabym myśleć pozytywnie i raczej jestem pewna że jakoś wystartuję to taki ciężki start sezonu nie napawa mnie mocno optymizmem.

W głowie mam tylko żeby to się już rozkręciło na dobre i zamiast myśleć żeby się działo. Może nie będzie tak źle jak sobie wyimaginowałam ?!

Powodzenia wszystkim na startach, a kibicom wytrwałości przy ich połówkach, bo to czasem cięższa praca niż sam start!

Znam dwie strony więc jestem z Wami.