Tag: triathlonistka

PODCAST #2 Kobieta w Sporcie #LivCommitted – Ewelina Wołos, fizjoterapeutka, trenerka i triathlonistka.

PODCAST

PODCAST #2 Kobieta w Sporcie #LivCommitted – Ewelina Wołos, fizjoterapeutka, trenerka i triathlonistka.

W dzisiejszym odcinku moim gościem jest Ewelina Wołos – fizjoterapeutka, trenerka i aktywna triathlonistka.

Razem z Eweliną poruszymy podstawy dlaczego warto trenować? jak się za to zabrać i od czego zacząć aktywność fizyczną ? Co jest takiego fajnego w tym sporcie? Jakie super moce mają kobiety ? Jak łączyc trenowanie i prace jako fizjoterapeutka ? Poza tym Ewelina zabierze nas również na Hawaje na Mistrzostwa Świata w triathlonie na dystansie IRONMAN! 

Miłego słuchania !

Listen to „Kobieta w Sporcie – #LivCommitted” on Spreaker.
Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON WYJAZDY

Obóz triathlonowy z i-Sport na Cyprze

Bardzo się cieszę, że w końcu mogę się z Wami tym podzielić.

Obóz triathlonowy dla Was na Cyprze to moje marzenie od wielu lat, ale zawsze było coś ważniejszego. Dzieci, ciąże, praca… Tym razem wymówki odkładamy na bok i kilka tygodni przygotowań pozwoliło, że w końcu mogę napisać.

NA NASZ PIERWSZY ZAGRANICZNY OBÓZ TRIATHLONOWY, Zabieramy was na cypr !

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres ola.korulczyk@i-sport.pl lub bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

Dlaczego Cypr ? 

W wieku 12 lat wyprowadziłam się wraz z rodzicami na Cypr. Mieszkałam tam, chodziłam do szkoły, potem pracowałam w przerwach pomiędzy semestrami na studiach, a teraz od ponad 5 lat wraz z mężem jeździmy tam 2 razy do roku w celach treningowych. Znamy tą wyspę wzdłuż i wszerz, a co za tym idzie możemy pokazać ją Wam od iście lokalnej strony !

Nasz pierwszy zagraniczny obóz triathlonowy odbędzie w mieście Limassol, które leży u podnóża gór Troodos (najwyższy szczyt Olimp 1952 m. n.p.m.). Dzięki temu jest idealnym miejscem wypadowym na rower. Zaledwie 5 kilometrów od naszego hotelu zaczynają się malownicze, nieuczęszczane wielokilometrowe podjazdy. Teren wokół Limassol jest zróżnicowany, dzięki czemu trasy rowerowe łatwo jest dostosować do potrzeb naszych zawodników. Tuż obok naszego hotelu mamy do dyspozycji odkryty, podgrzewany basen 50 metrowy i łatwy dostęp do akwenu na treningi open water. Ponadto hotel mieście się w publicznym parku z dostępem do alejek i promenady do biegania.

Obóz jest dla KAŻDEGO, niezależnie od Waszego zaawansowania treningowego. Jedziemy w małej kameralnej grupie liczącej maksymalnie 20 osób. Zadania treningowe będą dostosowywane do zawodników, tak samo jak grupy rowerowe i biegowe.

Poza głównym trenerem – Adamem Ogłoblinem, który będzie odpowiadał za część sportową wyjazdu, uczestnicy będą pod opieką moją i mojego męża. Odkąd zamieszkałam w Polsce na stałe, dwa razy do roku wraz z Rafałem wyjeżdżajmy w celach treningowych właśnie na Cypr. Wyspę w siodle rowerowym przejechaliśmy w szerz i wzdłuż i to właśnie pod naszym okiem będą planowane trasy rowerowe. Dzięki naszemu doświadczeniu i znajomości sieci dróg, będziecie mogli dotrzeć w takie zakamarki Cypru w jakie inni Was nie zabiorą. Trasy będą mało uczęszczane przez samochody, a widoki zapierające dech w piersiach. Napijecie się Cypryjskiej kawy w klimatycznych wioskach i poznacie Cypr od lokalnej strony, będziecie mieli też okazję poznać wyjątkowe smaki nie zawsze dostępne dla masowego turysty. W sytuacjach awaryjnych nasza pomoc również może okazać się niezastąpiona.

Dla kogo jest ten wyjazd?

Dla każdego!

Na obóz zapraszamy wszystkich chętnych triathlonistów, nie tylko zawodników i-Sport, niezależnie od Waszego poziomu zaawansowania. Przewidujemy kameralna grupę do 20 osób, dzięki czemu łatwiej będzie spersonalizować zadania treningowe.

Cel zgrupowania?

Ze względu na rewelacyjne warunki kolarskie, będziemy kładli nacisk na treningi rowerowe. Będzie dużo jazdy po górach, ale nie zabraknie też luźnych treningów typu „coffee ride”. Nauczymy się zasad poruszania w peletonie, techniki zjazdu i efektywnego pokonywania podjazdów. Będą mocne akcenty w treningach biegowych i biegowe zwiedzanie miasta. Przewidujemy co najmniej 2 treningi pływackie na basenie 50 m i 2 treningi open water. Celem są duże objętości treningowe, odpoczynek od szarej rzeczywistości i sprzyjająca atmosfera która pomoże Wam wspiąć się na kolejny poziom trenowania.

Każdy z uczestników będzie miał również okazję wziąć udział w 2 wykładach, jeden o tematyce triathlonowej, jeden o tematyce dietetycznej. Podczas zajęć uzupełniających przedstawimy Wam podstawy rollowania i stretchingu, tak abyście dbali również o Waszą regenerację.

Ponadto wiemy jak fajnie jest przywieźć do domu nie tylko wspomnienia, ale też fajne zdjęcia. Dlatego przewidujemy jeden "dzień z fotografem" który, uchwyci Wasze zmęczone ale szczęśliwe twarze, a Wy zabierzecie wysokiej rozdzielczości zdjęcia ze sobą do kraju.

Gdzie będziemy mieszkali?

W Park Beach Hotel***. Hotel usytuowany jest w parku, zaledwie kilka metrów od brzegu morza i piaszczystej plaży. Z hotelu jest łatwy dostęp do sklepów i restauracji. Oddalony jest około 4 kilometry od starego miasta i „Limassol Promenade”. Do naszej dyspozycji jest siłownia, sauna i basen hotelowy z ogrodem, oraz restauracja i bar. Ponadto hotel dysponuje bezpiecznym miejscem do przechowywania rowerów.

Koszty obejmują:

  • Zakwaterowanie w Hotelu Park Beach ***
  • Wyżywienie w formie HB, śniadania oraz obiadokolacja w formie bufetu (pokoje 2-osobowe)
  • Opiekę trenerską i przewodnika
  • Plan treningowy
  • 2 wejścia treningowe na otwarty basen 50 metrowy
  • Transfer grupowy lotnisko – hotel – lotnisko (wraz z rowerem)
  • Wyjątkowy upominek od organizatora
  • Pakiet zdjęć z treningów
  • Wykład dietetyczny, wykład o tematyce triathlonowej
  • Wstęp na siłownię, basen i saunę na terenie hotelu
  • Obowiązkowe ubezpieczenie sportowe (szczegóły: https://cutt.ly/QeV0idK)

Koszty nie obejmują:

  • Biletu lotniczego (cena około 730 zł z bagażem rejestrowanym/lub rowerem)
  • Transferu w innym terminie niż podany (cena do uzgodnienia)

Inne:

  • Możliwość wypożyczenia roweru na miejscu (od 20 EUR/dzień), wymagana wcześniejszą rezerwacja
  • Dopłata do pokoju 1 – osobowego (ok 20 EUR/dzień)
  • Możliwość przyjazdu z osobami towarzyszącymi oraz dziećmi (cena ustalana indywidualnie)

Transfer grupowy oraz noclegi organizujemy pod kątem lotów liniami LOT z Warszawy. 

LOT oferuje nam doskonałe połączenie, abyśmy mogli mieć 9 dni treningowych przy tylko 5 dniach Waszego cennego urlopu. Ponadto w liniach lotniczych LOT istnieje opcja zamiany bagażu rejestrowanego na rower bez dodatkowej opłaty, jeżeli ten nie przekracza 23 kg.

Terminy

10 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 23.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 o 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot pon 23.03.2020 o 03.50 – przylot 23.03.2020 o 06.25

7 DNI 

WYLOT 13.03.2020 – POWRÓT 20.03.2020
Warszawa Chopin – Larnaca – wylot piątek 13.03.2020 22.35 – przylot 14.03.2020 o 03.05
Larnaca – Warszawa Chopin – wylot piątek 20.03.2020 03.50 – przylot 20.03.2020 o 06.25

Cena:

REZERWACJA DO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2599 PLN
10 dni (9 dni treningowych) – 3049 PLN

REZERWACJA PO 15.12.2019:

7 dni (6 dni treningowych) – 2799 PLN
10 dni (9 dni treningowych) –  3349 PLN

CZEKAMY Z NIECIERPLIWOŚCIĄ NA WAS!

Taki obóz to nie tylko ciężka praca, ale masa zabawy, odpoczynku od szarej zimowej rzeczywistości, nowych znajomości i niezastąpionego kontaktu 1 na 1 z trenerem ! 
To też wiadro motywacji, które wznosi każdego nawet najmniej zmotywowanego na kolejny poziom trenowania ! 

BO W GRUPIE ŁATWIEJ !!!

ZAPISY:https://forms.gle/Bo7SMvqG9Ju3r7v79. Pamiętajcie, że liczba miejsc jest ograniczona do 20 osób i obowiązuje kolejność zgłoszeń.

W razie pytań organizacyjnych piszcie proszę na adres

ola.korulczyk@i-sport.pl lub

bezpośrednio pod numerem tel 507 713 998.

<3 <3 <3 Dołączcie do nas w marcu <3 <3 <3

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

TRIATHLON

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

ZŁOTA FALA i weekend pełen emocji za mną, a właściwie za nami. Bo był to mocno kobiecy weekend. o samej idei złotej fali myślę, że powinnam skleić osobny post, ale przez to że mój start był pełen ZŁOTO FALOWYCH emocji to tu tez coś o niej usłyszycie.

Swoją przygodę z i-sport, Złotą falą i Super League Triathlonem w Poznaniu, zaczęłam rok temu, kiedy to byłam ambasadorką tej imprezy. Jeśli chcecie więcej poczytać i idei, moich początkach w byciu ambasadorką, czy starcie w zeszłym roku to zapraszam:

tu —–> ZŁOTA FALA -IDEA

——–> START W POZNANIU – ZŁOTA FALA

Ten rok był jednak inny. Inny, bo na starcie stawałam nie tylko jako kobieta wspierająca projekt, ambasadorka, ale też kobieta która zaangażowała się w ten projekt. Emocje były więc potrójne, spotkanie z naszymi ambasadorkami jeszcze bardziej ekscytujące i cała impreza podwójnie ważna.

Po pierwsze trzeba powiedzieć, że babska rywalizacji jest na innym poziomie, jest czystsza, zawiera więcej uśmiechu i życzliwości i chociaż na prawdę się ścigamy, to robimy to z uśmiechem i słowem wsparcia.  Złota fala to start tylko dla kobiet, starujemy w fali przed facetami, co za tym idzie zero pralki w wodzie, same kobiety na linii startu, cisza i spokój w strefie i tak przez większość część trasy. Na bieganiu spotykamy się już z Panami, cześć kobiet spotyka się już na rowerze, ale myślę, że panowie na trasie rowerowej lub biegowej tylko mobilizują, sprawiają że więcej się dzieje i czas szybciej leci.

No ale złota fala to nie tylko start, przynajmniej nie dla nas. To tez spotkania z niesamowitymi kobietami, dziewczynami. To czas poznawania cudownych osób, to czas wspólnych piątek, rozmów i wsparcia. W zeszłym roku było nas kilkanaście, w tym roku podobnie, robi się więc nas coraz więcej. Tworzymy wspólnie swoją babską małą komitywę, w której jest dużo koloru, uśmiechu i wsparcia. Pisząc te zdania, nie da się w sumie opisać tych emocji. Jest ich dużo i są one przede wszystkim pozytywne. Weekend w poznaniu staje się weekendem po którym potrzeba sporego czasu żeby wrócić do normalnego funkcjonowania 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do mojego startu. Start był w sobotę w samo południe. Tzn o 11, ale przecież to prawie samo południe. Ciepło, totalna lampa, a ja z moja termoregulacją miałam największa rozkminę życia: Płynąć w piance, czy bez?

Wiem, że moje pływanie ostatnio słabo wypada i w sumie ma prawo bo od połowy kwietnia do tak na prawdę 2 tygodni przed poznaniem w wodzie byłam kilka razy. Sieraków, Okuninka, miesiąc od połowy maja miałam zawalone zatoki. Tym bardziej wiedziałam, że pianka na prawdę mi pomoże. Było jednak coś we mnie, co nie chciało jej założyć. Jakaś część mnie chciała poczuć luz, może to umieranie w Sierakowie, duszenie się w wodzie i ścisk sprawiło że nie chciałam jej zakładać. Co gorsza zarówno trener, jak i mądra głowa mąż nie chcieli słyszeć, ani zaakceptować opcji bez pianki. Z drugiej strony Fabisz namawiał do płynięcia bez. Nawet mieliśmy się zakładać, o jakieś głupoty, ale Fabisz długo nie chciał przystać na moje warunki. Dało mi to cudownego kopniaka jak wierzy w to że popłynę dobrze. Taka roztargniona stałam jeszcze i rozgrzewałam się w strefie startowej. Mózg mi już parował, bo wiedziałam że jaką decyzję bym nie podjęła, głowa będzie na nią narzekać. Jak popłynę w piance to będzie źle, bo za ciepło. Jak popłynę bez to będzie źle bo za wolno. Chwilę przed pomyślałam sobie, że jak Ula, faworytka dzisiejszego wyścigu popłynie bez to ja też. Co się wydarzyło? Ula przychodzi do strefy startowej bez pianki, a moja głowa już kipi nie wiedząc co robić.

Na 15 minut przed startem podjęłam decyzję, mądry trener wsparł i kazał wejść na chwilę do wody i się przepłynąć. Trach skok na główkę i przedzierałam się przez złote czepki i czarne pianki. Z wody wyskoczyłam już pewna swojej decyzji. To było to! Czułam luz w głowie i rękach, ciepłą wodę spływającą po ciele, ale nie gotowałam się, byłam wolna. Piankę szybciutko oddałam mężowi i poleciałam na linię startu. W zeszłym roku startowałam z pierwszej linii, w tym cofnęłam się o jedną, w końcu lecę bez pianki i nie w formie pływackiej.

 

START.

Kontrolowany, ale przede wszystkim z uśmiechem na buzi. Decyzja o zdjęciu pianki była chyba, najlepszą z możliwych tamtego dnia. Dało mi to jakiś niewyobrażalny luz psychiczny. Wskakujemy do wody, przez chwilkę zrobiło się gęsto dziewczyny pływają po sobie, ale w parę chwil wszystko się wyrównuje. Pewnie pierwsze 3-4 linie znalazły swoje miejsce i płyniemy juz każda swoim tempem. Oprócz pierwszych kilkudziesięciu- kilkuset metrów raczej nie byłam wyprzedzana, wszystko rozegrało się na początku. Wiedziałam, że płynę wolniej, płynęło mi się tez sporo ciężej niż w piance, to znaczy kosztowało mnie to więcej wysiłku, ciężej się nawigowało w szczególności że do pierwszej bojki płynęłyśmy pod falę. Niemniej jednak płynęło mi się cudownie, co prawda czas był o ponad 2 minuty gorszy z pływania niż w zeszłym roku. Ponadto z wody wyszłam jak na mnie wyjątkowo daleko, bo dopiero jako 7 kobieta, ale to jak bardzo się delektowałam tym pływaniem bez pianki i tą wolnością, było warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Wychodzę z wody, ktoś mi krzyczy jak zawsze która jestem, nie powiem, że się zdziwiłam ( oczywiście  myślałam że jednak jestem choć troszkę bliżej czołówki) Widzę moja rodzinkę i przyjaciół, leci wiec pierwszy potężny uśmiech. Szybciutko pędzę do strefy zmian, która cholera znowu jest pod górkę. Za mną bliziutko biegną dwie dziewczyny, jedna to niejaka Małgorzata, która wyprzedziła umierającą mnie na biegu, druga to Iga, wiem że mocno biega więc muszę uciekać.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Strefa bez pianki zajęła mi kilka sekund, czepek i okularki wrzuciłam do koszyka i w tej samej chwili założyłam kask i złapałam rower. Ze strefy wybiegam już piąta. Powiem szczerze, że byłam pewna że z wody byłam też piąta, ale sts-inaczej pokazuje, może to tylko czas 7-my a wyszłyśmy wszystkie przy sobie. Nie wiem, ciągnąc dalej wsiadam na rower i zaczynam jechać. Pomimo, że wiem że jest przede mną kilka dziewczyn jakoś się tym nie przejmuję. Jadę swoje i wiem, że będę je gonić.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Dzień wcześniej zasypiając już w łóżku słuchałam Ewel i Rafała jak rozmawiali o przygodach na trasach na poprzednich startach. Było ich mnóstwo, opowiadali jak to gubili bidony, jak ktoś się wracał po numer startowy, jak ktoś po bidon, jak któreś źle pojechało albo źle wybiegło. Leżę sobie i myślę, jak to możliwe mieć tyle przygód, „Ja NIGDY takich nie miałam”. Moje przygody ograniczają się do tych z zegarkiem, no ale to zrozumiałe w moim wykonaniu, bo jest mi on chyba po prostu troszkę zbędny na zawodach. No ale zdanie to wypowiedziane w głowie, napędziło tą turbinę ze wszechświata która uruchomiła: mówisz, że nigdy to będziesz miała swój pierwszy raz. Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja kiedy wymówię te słowa na głos, to dzieją się rzeczy dziwne i wszystko sprowadza się do tego żeby mi udowodnić, że to NIGDY właśnie się skończy.

W ten oto sposób mój rower był jedną wielką przygodą. Co prawdą zaczął się pięknie bo w tamta stronę moja predkość zały czas pokazywała ponad 40 km/h, nie chciało mi się wieżyć bo nogi nawet dobrze nie piekły, ale jechałam. Po jakiś pięciu kilometrach wielkie napisy na drodze, SLOW DOWN ! ! ! , NAWRÓT ! ! ! i jaskrawe strzałki pokazujące nawrotkę. No to hej przygodo,  nie widzę totalnie nikogo dookoła, śmierdzi mi to ale, jak byk jest napisane, że nawrotka, więc zawracam. Za chwilę po drugiej stronie ulicy wybiega do mnie jakiś strażak krzyczący nieprzyjemnie że co ja ******* robię ?!? Karze jechać prosto, kolejna nawrotka więc i wracam na trasę, kurna, zła jak osa jestem, mówiłaś że nie masz przygód, a tu proszę się zaczęło. W tym momencie wyprzedza mnie Ula, nawet nie byłam na to zła, bo wiedziałam, że na rowerze jest mocniejsza i i tak zrobiłaby to prędzej czy później. Pewnie, że wolałabym później, ale jest prędzej. Jadę dalej. Prawdziwa nawrotka była jeszcze ponad 5 kolejnych kilometrów dalej. Stało tam faktycznie sporo ludzi i chyba nawet jacyś sędziowie, a napisy najprawdopodobniej były pozostałością z trasy enduro, która startowała rano.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Jadę dalej, na nawrotce widziałam, jak zbliżam się do dziewczyn z przodu. Były w sumie 4, więc teraz dopiero jestem 5-ta. Było widać też dziewczyny za mną, trzymały się dosyć blisko, a może po prostu przybliżyły się przez moje gapiostwo ?? Nie ważne, po nawrotce poczułam, dlaczego jechało mi się tak dobrze. Wiatr walnął w twarz i prędkość pod górkę spadała nawet czasem poniżej 30 km/h. Wiedziałam, że tu muszę wycisnąć z siebie więcej, tak żeby zrobić sobie przewagę. W końcu te za mną są lepsze biegaczki.

1-wsza dziewczynę przede mną dogoniłam stosunkowo szybko. Wyprzedziłam ją, na nawrotce na drugie kółko, gdzie trasa zrobiła się techniczna i nie było mowy o ściganiu, odcięłam się tez od Pań, które jechały za mną, a 3-cią dziewuchę miałam już w zasięgu wzroku. Wiedziałam, że to kwestia czasu. Ale żeby nie było nudno, zaczęło mnie okropnie mdlić, zjedzony żel był prawie spowrotem w gardle, wiedziałam, że tak się dzieje jak jeżdżę z HR-em, który wpijając mi się pod stanikiem w przeponę stymuluje żołądek. I tak w połowie drugiego kółka zaczęłam się motać z HR-em, Najpierw nie mogłam go zsunąć na brzuch, potem odpadł mi czujnik, w końcu rozpięłam cały strój, który mi się zablokował i nie mogłam go zasunąć z powrotem, zerwałam cały pasek, wypadł mi czujnik i jechałam świecąc cyckami przez resztę trasy.

Z tego powodu sporo dłużej zajęło mi dogonienie 3-ciej dziewczyny, ale dopadłam ją wyprzedziłam i do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta. Karolina którą, wyprzedziłam na rowerze w zeszłym roku, nie biegała szybciej. W tym jednak mnie zaskoczyła i już na pierwszym kółku biegowy mnie dogoniła, wyprzedziła i mocno leciała przede mną. Próbowałam się trzymać, ale czułam że jest mocniejsza więc odpuściłam. Wiedziałam, że mam 2 biegaczki za sobą, które mogą jeszcze namieszać, a wolałam mieć siłę do końca niż wyrwać na początku a potem umierać.

Na nawrotce na pierwszej pętli, zobaczyłam jak owe biegaczki mają całkiem spory dystans do mnie, dzielił nas ponad kilometr, a co za tym idzie z 4 minuty różnicy w czasie. Takie endorfiny mnie dopadły, że przez kilometr leciałam na 4:30 🙂

Bieganie raczej było kontrolowane, z uśmiechem. podobno wyglądałam jakbym się w ogólne nie męczyła, ale co wycisnęłam z siebie to moje. Jeszcze dużo mi brakuje żeby nauczyć się biegać tak mocno jak to możliwe. Bieganie u mnie zawsze jest asekuracyjne i nigdy nie umiem doprowadzić się do sponiewierania. Nie umiem wycisnąć z siebie tego więcej, zawsze jestem w swoim komforcie. Jeszcze trochę czasu przede mną więc może kiedyś nauczę się tego.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Na metę wpadłam jako 4 OPEN, z czasem 2:24:57, najpierw myślałam, że urwałam minutkę od zeszłorocznego czasu, ale kiedy zorientowałam się że były to 3, świat stał się na prawdę piękny 🙂

Wpadłam szczęśliwa, że wybroniłam wysokie miejsce OPEN, że pomimo tych perypetii zdrowotnych na początku sezonu, wszystko się wyklarowało, czułam jakąkolwiek moc i siłę i brnęłam do przodu. Wpadłam szczęśliwa, przede wszystkim bo ten start sprawił mi na prawdę ogromną przyjemność, a o to mi najbardziej chodziło.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

NOWA ŻYCIÓWKA, całkiem niezłe bieganie, MASA PRZYJACIÓŁ, ZNAJOMYCH, KIBICÓW na mecie i na trasie dodawała energii i radości.

 

To był na prawdę udany start. I kiedy tak na spokojnie po wszystkim usiadłam z mężem i gadaliśmy o zawodach, zapytał: ” I co nie żałujesz, że nie założyłaś pianki, pewnie byłabyś 3-cia, bo popłynęłabyś te 2 minuty szybciej?”

Na mecie nie przeszło mi to nawet przez myśl. A dziś zrobiłabym dokładnie to samo, jeśli te 2 minuty miały mi dać tyle radości i swobody jaką czułam, to były warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

 

Do zobaczenia na kolejnych startach.

 

Bio Mama.

 

 

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

Sieraków jest bezlitosny, ale jest też wciągający. Nadal nie rozumiem jak można się tak upodlić na starcie i chcieć więcej. Chyba jest coś w tym, że mam ochotę sprawdzić czy za rok będzie tak samo bolało. Oczywiście nadzieja jest, że nie, ale wiadomo jak to bywa z nadziejami 🙂

Cały wypad był w ogóle bardzo pomysłowy i sam wsobie niezłą przygodą, bo oczywiście miejsc w domkach w OSiR-rze już nie było, a wszyscy znajomi byli zalogowani właśnie tam. Trzeba było więc coś wykombinować. Od razu wpadł mi do głowy pomysł – kamper. Zaprawieni w bojach przyczepowo-półwyspowych jesteśmy więc logistycznie nie było to dla nas żadną nowością. Ba myślę, że było to nawet sporo łatwiejsze logistycznie niż pakowanie naszego samochodu, rozpakowywanie go na miejscu i znowu to samo w drodze powrotnej. Wszystko co potrzebowaliśmy mieliśmy w nowym czterokołowców.

Nie zdradzę wam przy okazji tutaj tajemnicy że właścicielami starego pięknego Volkswagena kampera jesteśmy już od wielu lat, ale za młodu nie było czasu na jego od-restaurowanie, a potem jak rodzinka się powiększyła to nie było już sensu, gdyż byłby on dla nas po prostu za mały.

(oferty kupna można składać pod postem, bo ów kamper stoi i marnieje na polskiej wsi)

Kampera wypożyczyliśmy niedaleko od domu, o jego istnieniu dowiedzieliśmy się całkiem przypadkiem, naprawiając autko w pobliskim serwisie. Ale, że ludzie prowadzący to są super to z miłą chęcią ich pod-reklamuję na blogu.

Chętnych z okolic świętokrzyskiego na wynajem kamperka zapraszam do mercedes-autocentrum w Makoszynie -----> < http://mercedesautocentrum.pl >

 

Kamperka odebralismy w czwartek wieczorem, plan był żeby się zapakować i ruszyć rano, ale skoro całkiem sprawnie sie zapakowaliśmy, a kamper stał pod domkiem to zdecydowaliśmy się że przejedziemy chociaż te 100 kilometrów co by być bliżej naszej destynacji. Do Sierakowa mamy sporo kilometrów i troche nas ta ilość zaskoczyła, kiedy w końcu kilka dni przed wyjazdem spojrzeliśmy się na mapy googlowskie.

Wyruszyliśmy po 21 z domu, nocleg po drodze znaleźliśmy pod Łodzią, trochę dalej niż 100-wka ale było blisko autostrady i w miejscu specjalnym dla kamperów, więc jakoś tak przyjemniej było się tam zatrzymać. I tu znowu podrzucę Wam miejsce bo jest raczej mało znane i możecie je wyszukać dopiero gdzieś tam mocno szukając —- spaliśmy w Moskuliki 46, jest to parking przy prywatnym domu pewnego Pana, który udostępnia to miejsce za darmo dla podróżujących kamperami ludzi. Nie macie tam żadnych udogodnień typu woda, łazienki itp, ale jest piaskownica, huśtawka i dużo zieleni, a właściciele przemili bo mieliśmy okazję z nimi porozmawiać przez telefon. Bardzo przyjemne miejsce, a oprócz tego stoi tam pełno kamperów !

 

 

 

 

 

 

 

W piątek ruszyliśmy zaraz po śniadanku i dojechaliśmy na miejsce koło południa.  Na miejscu okazało się, że niestety pole namiotowe dla kamperów jest spory kawałek od domków naszej ekipy i ekipy TriWawy. Po wielu kombinacjach, rozmowach z panem prezesem, na nie-legalu, ale pod kontrolą, stanęliśmy w końcu przy samym domku prezesa i jego ekipy, czytaj TRIWAWY.

I tu się zaczęło 🙂

Całe trzy dni były mega pozytywne, spędzone w meeega towarzystwie. Zaraz obok domku prezesa był cały i-Sport czyli nasza ekipa trenerska. Sam Sieraków na kilka dni stał się miasteczkiem triathlonowym. Roiło się od samochodów zapakowanych w rowery, od triathlonistów biegających zbierających swoje rzeczy, chodzących z piankami żeby zrobić pierwsze Open Water w tym roku. Gdzie się nie spojrzałeś stali sportowcy, ich kibice i rodziny. Z każdej strony nadjeżdżały rowery, różne, przeróżne, te odpicowane całe oreo, z dyskami i idealnie dobranymi kolorystycznie dodatkami, albo te zwykłe na których każdy z nas zaczynał. Na wszystkie dystanse było zapisanych ponad 2400 osób. Możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedy przez 3 dni w promieniu jednego kilometra przewijała się taka ilość osób, plus ich kibice !

Było bosko. Mój R od razu pomyślał o Hawajach i o Konie, na której takie miasteczko powstaje na tydzień przed startem i zrzesza sporo większa ilość osób startujących plus ich kibice. Już rozumiemy jak można mieć KONA-BLUESA po powrocie z hawajskiej wyspy.

Niemniej jednak przyjechaliśmy tam dla startu, a raczej dla startów, bo każdy oprócz najmłodszego gdzieś startował. Zosia pierwsza zdobywała medal, na biegu dla dzieci.

To był chyba jej taki pierwszy najważniejszy bieg, z chipem na nodze, porządnie wyznaczoną trasą i prawdziwym pakietem startowym. tutaj chylę czoła organizatorom którzy spisali się na medal.  Dzieciaki dostawały swoje naklejki na rowery i kask, numery startowe i chipa. Ponatno dostały mały upominek od JBL w postaci słuchawek i w miarę zdrowe smakołyki, nie wspomnę już o gadżetach które dzieci lubią najbardziej typu plecak, smyczki, rękawy do kibicowania itp.

Bieg poszedł świetnie, widać było małe zdenerwowanie na jej twarzy ale dzielnie całość poleciała sama. Dzieci startowały falowo, nie było więc przepychanek i maluszki startowały z maluszkami a starszaki ze starszakami. Dźwięk gwizdka i w nogi po wyznaczonej trasie. Ja biegłam wzdłuż niej aby pokazać w razie co gdzie ma skręcić, byłam tak wzruszona że nie zrobiłam jej na trasie ani jednego zdjęcia.

Na każdej twarzy widać emocje i zdenerwowanie <3

I tutaj drodzy rodzice jest pole do popisu dla Was. Nie jest trudno zniechęcić dzieci do takich startów. Jest natomiast całkiem trudno nauczyć ich przegrywać, nauczyć ich, że nie muszą być pierwsi, że to ma być zabawa i frajda dla nich. To są jeszcze nasze maluchy jak pójdą w sport wyczynowy będą miały dużo okazji do wygrywania i prawdziwego ścigania. Dajmy im teraz trochę luzu i jak chcą biec wolno, niech biegną wolno, jak chcą skakać do mety niech skaczą, jak chcą lecieć ile sił w nogach niech też to robią, ale nie po to żeby wygrać. Mają jeszcze całe życie na wygrywanie, walczenie, przepychanie się i wyróżnianie z tłumu. Nie odbierajmy im tej dziecięcej beztroski :) 
Dla nich sam start jest tak ogromnym przeżyciem, takim wiadrem emocji, że na prawdę nie ma tam miejsca już na wygrywanie i pierwsze miejsca. Jak się uda super, ale niech to będzie przy okazji :)

Zosia miała tłumaczone przez kilka dni przed startem że nie biegnie żeby wygrać, że biegnie po medal, że ten medal jest najfajniejszą pamiątką jaką może zdobyć. Że to jest zabawa i nauka, bo jak dorośnie będzie umiała startować w zawodach tak jak my. Smutno mi było patrzeć jak takie 5 latki wpadały na metę zapłakane że nie były pierwsze. 

Nasza młoda natomiast po powiedziała, że musi dużo trenować żeby być taką triathlonistka jak my <3 <3 <3

Moje ZŁOTO na mecie <3

 

 

Zosia zdobyła swój medal, czas teraz na nas. Warto wspomnieć o koniu którego wyhodowałam w domu. Mój R wylądował na mecie połówki z czasem 4:35, co jest dla mnie totalnym kosmosem, na czele z rowerem który zrobił w 2:13 ! ! ! Ci co startują wiedzą jaka to wychodzi średnia na 90 kilometrach, Ci co nie startują doinformuję. Chłopak przejechał 90 kilometrów ze średnią 39 km/h. Już teraz rozumiecie dlaczego tak rzadko robimy wspólnie treningi rowerowe :p

Sobota zatem była kolejnym dniem kibica. Tym razem rodzinnie kibicowaliśmy mojemu mężowi, oczywiście nie sami tylko z psycho-fanami TRIWAWĄ. To ile emocji wywołują pośród zawodników jest niezastąpione ! Fajnie jest być częścią tej zgrai. Także sobota była dla ludzi, na mecie cierpliwie czekaliśmy na Fabisza, prezesa psychofanów, Ewel, kobietę którą ciężko dogonić na trasie, mojego R i trenera Adama. Wszyscy z uśmiechem na buzi wlecieli po dobre czasy. Resztę wsparliśmy porządnie na trasie rowerowej i biegowej tworząc własna strefę kibica ! No i rachu ciachu sobota nam minęła.

 

 

UFFFF….

Na szczęście na objazd trasy zebraliśmy się w piątek popołudniu i jeśli ktoś w Sierakowie nie startował a planuje objazd trasy jest absolutnym MUST HAVE tych zawodów. Jeśli nie chcecie się zaskoczyć na zawodach oczywiście. JA dziękowałam mojemu aniołowi, który mnie popchnął żeby po raz pierwszy przejechać trasę. Oj byłabym mocno zdziwiona. Patrząc przez pryzmat opowieści, Sieraków super prosta trasa po ładnym asfalcie, byłabym mocno zawiedziona.

Nie trasa rowerowa nie jest prosta. Nie trasa rowerowa nie jest tylko po pięknym asfalcie (choć w dużej mierze tak). Nie trasa rowerowa NIE JEST ŁATWA! Ale to właśnie dzięki temu jest mega ciekawa i  bardzo satysfakcjonująca.

Po sobotnim starcie nie wiele było czasu dla siebie. Było go jednak na tyle dużo, że na spokojnie okleiłam sobie rower, większość rzeczy dotyczącą trasy i stref zmian wiedziałam kibicując długiemu dystansowi, niby wszystko wiedziałam ale jakiś niepokój siedział we mnie cały wieczór. Sobota się kończy wszyscy świętują, winko się leję, a ja po totalnie nieprzespanej wcześniejszej nocy (dziękuję synu 🙂 ) padam przed północą. Pewnie wiele ciekawych rzeczy mnie ominęło, ale sen był równie cudowny. Wyspana, dalej kaszląca i z zatkanym nosem wstałam, ogarnęłam śniadanko dla dzieci. Sama po kryjomu zjadłam białą bułę z dżemem, napiłam się kawki i ruszyłam do strefy zostawić rower.

 

„SIERAKÓW WITA TRIATHLONISTÓW”

 

Oj duża ta strefa, duża, trafiło mi się fajne miejsce na zewnętrznych wieszakach więc łatwo było zapamiętać. Rowerek gotowy, koła napompowane już wcześniej przez mojego najlepszego serwisanta na świecie, bidony na miejscu nic tylko pocałować ta różową ramę co by grzecznie czekała i wrócić do ludzi. Kamperek stał jakieś 5 minutek drogi od strefy zmian, nie wiele mieliśmy więc do chodzenia. Wróciłam do dzieciaków i Rafała ubrałam się w strój startowy, pianę i ruszyłam nad wodę. Tam szybka rozgrzewka z trenerem, buziaki od dzieciaków i R i jazda na start.

 

Pisząc w skrócie relacje z samego wyścigu mogłabym napisać tak: Na pływaniu umarłam, nie wiem jak nie wiem skąd, na rowerze zmartwychwstałam po to aby podwójnie umrzeć na biegu. I o tyle, takie słowa w sumie idealnie opisywały by mój Sieraków, ale jeśli chcecie więcej i nie macie już dość powiem kilka słów więcej.

START. 

W wodzie na prawdę umarłam, nigdy nie przeżyłam takiego czegoś. Ok może przeżyłam, za młodych lat jak na bardzo ważnych zawodach potrafiło mnie przytkać ze stresu. Ale tu była to jakaś podwójna siła, która nie pozwalała normalnie funkcjonować w wodzie. Woda zimna, ok zatkało mnie na wejściu i to bym rozumiała gdyby nie to że to zatkanie trzymało mnie do ostatniej bojki, powiedziałabym wręcz że do samego końca.

Ja weteranka pływania rzadko kiedy pływam open water na 2 oddechy, zazwyczaj swobodnie oddycham co 3, na zawodach również,  tu miałam ochotę uskutecznić metodę na co 1 oddech. TO co przezyłam to moje, myslałam, że młucę przez tą wodę jak topielec, wszyscy mnie wyprzedzali, a ja totalnie nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Pomiędzy 2 a 3 bojką, regularnie przechodziłam do żabki aby uspokoic oddech, ale to nic nie dawało. Całość przepłynęłam oddychając co 2 i kiedy raz spróbowałam zrobic oddech co 3 myślałam, że się utopię. Rozumiem już tych których w wodzie zatyka ze stresu przed potworami i rezygnują z dalszego płynięcia. Moja głowa też mi raz podpowiedziała, że może jednak lepiej wyść z wody, ale zdrowy rozsądek wiedział że to stres i mam nadzieję chociaż w minimalnym stopniu zimno. Bo inaczej wole sobie tego nie tłumaczyć.

Woda dłużyła się okropnie, z każdym oddechem miałam wrażenie, że utonę, ale zaczęłam się skupiać na jeszcze jednym wdechu, jeszcze jednym wdechu i tak dobrnęłam do końca. Nigdy nie czułam takiej ulgi wychodząc na ląd.

Tam czekał na mnie 700 metrowy podbieg, oj Sieraków lubi te górki i podbiegi. Nie spinałam się na nim zbyt mocno, lekko, powolutku poleciałam po rower. Szybkie ruchy w strefie i kilka chwil później wybiegam do belki rowerowej. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie była tak bliziutko jakby się chciało. Biegliśmy po krawężnikach, przez kawałek lasku żeby przez jeszcze sto metrów lecieć po asfalcie do głównej drogi.

Jest belka. Wsiadam na ROWER. 

Tutaj wiedziałam czego się spodziewać, tutaj tez chciałam wyciągnąć z siebie maksimum. Na rower wsiadłam jako 4 ta kobieta, na pierwszej pętli dociągnęłam do 3 -ciej zawodniczki. Dosyć szybko i sprawnie ją wyprzedziłam, wyprzedzałam też niektórych panów, z niektórymi co chwilę się wymijałam, tak to jest kiedy zawody są bez draftu a każdy próbuje utrzymać swoje.

Jechało mi się cudownie, nie był to dzień konia, ale było ekstra. Na górkach dociągałam do górnych Wattów, na zjazdach pedałowałam tak by zyskać jak najwięcej. Rower był mega dynamiczny, cały czas się coś działo. Pierwsze kilka kilometrów, jest dosyć krętę, na początku czeka na ans tez chyba najdłuższy, najstromszy podjazd. Jednak nie na tyle stromy i długi by zrzucać się z blatu, ale na tyle stromy i długi że na drugim kółku musiałam podnieść dupsko z siodełka żeby nie utracić swojej kadencji. Jechałam i jechałam, żadnej dziewczyny nie widziałam ani przed sobą ani za sobą. Po kilku kilometrach wpadamy faktycznie na cudowny nowiutki asfalt, który tak na prawdę jedziemy dalej resztę kółka. Całą trasa jest pagórkowata, raz w górę raz dół. Trzeba jechać na tyle mocno w dół, żeby potem było jak najłatwiej w górę. Obok moich PSYCHOFANÓW przejeżdżam ponad 40 km/h, oj tak co by myśleli że całość pędzę tak mocno 🙂

W drugiej połowie drugiego kółka dogania mnie Ula, dziewczyna która wygrała Super League w Poznaniu w zeszłym roku. Jest prędka, ale nie aż tak prędka żeby zniknąć mi z oczu w sumie do końca trasy rowerowej. Wpadam chwilę za nia do strefy zmian, a mój R krzyczy, że mam tylko minute starty do pierwszej babki. WOW

WOW.

Na prawdę byłam z siebie dumna. na takiej imprezie polecieć tak rower to było coś. Co prawda w ogóle nie interesowało mnie jaką mam stratę do pierwszej dziewczyny bo wiedziałam że na tym biegu jej nie dogonię, no chyba że by mnie ktoś podwiózł na rowerze 😉 Ale miło było usłyszeć, że i trener i on mają wrażenie, że jeszcze mogę coś tu ugrać <3 Dzięki chłopaki !

BIEG. Może być krótko ?? Umarłam dwa razy. Pierwsze dwa kilometry leciałam, w dobrym tempie, czekając na te podbiegi. Nawet mi ten szutr i piach tak nie przeszkadzały. Potem nagle zaczął się podbieg, najpierw taki przedsmak malutki króciutki w piachu ale stromy. Na 4-tym kilometrze dotarłam do wisienki na torcie. Najpierw stromy podbieg, żeby później zobaczyć że jest jeszcze stromszy podbieg. Można by go porównać do serpentyn w Alpach po których wspina się na rowerze. Takie coś pomniejszone do skali biegania i człowiek zamiast roweru. Sierakowska umieralania, no chyba że się jest biegaczem górskim to możecie to sobie nazwać inaczej, ja tam umarłam. DWA RAZY.

Zleciał ten bieg szybko, ale w bólu, na drugim kółku miałam ochotę się już tam zatrzymać. Nie dość , że boli to jeszcze co jakiś czas na dobitkę wyprzedzają mnie damskie nogi. Czy one są tak wytrenowane na górkach ? Czy ja nie mam siły, bo jestem cienias ?! Deprymujące jest spadanie na kolejne to pozycje dół w tak krótkim czasie, ale musiałam to zagryźć i lecieć do końca.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Z 4 miejsca spadłam na 9-te i nie, nie jestem zadowolona z siebie, ale wybrzydzać tez nie będę.  Może te ambicje są gdzieś za wysokie i nie ma co stawiać sobie poprzeczki tak wysoko? Z drugiej strony jak mam nie stawiać jak jestem sportowcem z krwi i kości !?

Szczęśliwie udało mi się utrzymać 3 msc w swojej kategorii. Na metę doleciałam z czasem 2:30…. Dumna z roweru, załamana pływaniem i zdeprymowana bieganiem. Niemniej jednak start był udany, dostałam w tyłek tak jak nigdy, a jednak chcę więcej i wracam tam za rok !

 

A ty ?!

Dobrnąłeś do końca i lecisz ze mną do Sierakowa za rok ?! 🙂

Agnieszko dziękuję za zawieszenie medalu, taki smakuje podwójnie.

Dziękuje firmom, które mnie wspierają:

i-Sport platformie treningowej <3

On Running Polska za buty w których biegam najszybciej jak umiem :)

CEP Polska za pomoc w regeneracji i dbanie o moje nogi

Eko Farmie Świętokrzyskiej za dbanie o mój brzuch i brzuch mojej rodziny <3 

I Wam wszystkim którzy nie raz wykrzyczeli moje imię na trasie dodając otuchy i powera dzięki któremu urywałam kolejne sekundy. TO w dużej mierze wy się przyczyniliście do tego wyniku :) 
Niestety nie umywacie się do buziaków i piątek od moich dzieci, ale te są niezastąpione <3 <3 ;) ;)

Do następnego razu.

 

Bio Mama.

 

 

 

Jestem MAMĄ i będę o tym pisać.

Bez kategorii

Jestem MAMĄ i będę o tym pisać.

Oj dawno mnie tu nie było. I tak na prawdę sama nie wiem od czego zacząć. Nie wiem kto tu jeszcze jest, kto już dawno temu uciekł i dla kogo mam pisać.  Co Was interesuje na tym etapie, w czym mogę pomóc czy doradzić.

Myślę, że należą się z mojej strony przeprosiny, a z Waszej szczypta zrozumienia. Ostatni rok był intensywny, dużo się działo, jak coś zaczynaliśmy robić to na 100 procent. Potem doszły ciągłe wyjazdy, rozjazdy, wypady. Na koniec wpadliśmy w wir pracy i tak do prawie teraz w nim ugrzęźliśmy.

Ale czas płynie dalej, zima się kończy i powrót do systematyczności będzie o wiele łatwiejszy, mam nadzieję że do systematyczności tu również.

Zakładając tego bloga chciałam żeby tu było mocno treningowo, sportowo, poradnikowo. Bycie aktywną w ciąży było na topie, treningi i powroty do formy również, startowanie w triathlonach też jest ciekawe, ale tak na prawdę bycie mamą to główna rzecz którą dzisiaj robię.

I choć czasem mam wrażenie, że odkąd zostałam mamą robię dużo więcej rzeczy niż zanim się nią stałam. Trenuje triathlon, podróżuję po całym świecie, odnalazłam siebie w górach gdzie ciągnie mnie najmocniej, nie boję się marzyć i żyję pełnią życia. Pisać tylko o treningach już nie umiem. Zresztą nie lubię powielać wiedzy, której w internecie jest już w ilości niekończącej się.

Dlatego będzie tu więcej mnie. Mojej drogi do celu, obierania nowych celów, szukania siebie i dzielenia się uśmiechem i motywacją.

Będzie tu więcej mojej kuchni, mojej codzienności i moich patentów.

Ale Ci co są tu dla treningu i triathlonu, nie zostawię Was na lodzie. Nadal będzie treningowo, sportowo i w rozjazdach, bo takie jest moje życie i takie życie szczerze polecam. Spróbuję stworzyć dla Was serię treningowych postów razem ze swoim trenerem, ale oprócz tego podrzucę swoje patenty i moje spostrzeżenia.

To co, mogę na Was dalej liczyć jesteście tu jeszcze ?

A jeśli jest jakiś temat który szczególnie Cię interesuje i chciałbyś go poruszyć, to czekam na komentarze. Będziemy szli po kolei 🙂

 

Wasza BBMama.

 

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

TRIATHLON

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

Malbork.

No i TRACH…

 

Tak to się robi!

Jedzie się na spontanie z luźną głową, uśmiechem na buzi i bez spiny na jakikolwiek wynik czy miejsce i wszystko kończy się TAK !

41378795_1168593513287702_1575633998355365888_o

Jestem sportowcem, więc starty aby wystartować nie istnieją.  Zawsze ambicje przejmą pałeczkę i dorzucą ściganie się do każdego wystąpienia. Jak już jestem na linii startu, to ogarniam to moje całe ciało i próbuję wycisnąć z niego tyle co w danym momencie jestem w stanie.

Do Malborka nie planowałam przyjechać jako zawodniczka, ale około 2 tygodnie przed odkupiłam pakiet startowy od przyszłej mamy (powodzenia !) Pakiet można było bez problemu przepisać i w ten oto sposób Malbork stał się kolejnym celem sportowym w tym roku.

Na szczęście mam już nad sobą trenera,a właściwie trenerkę <i-Sport> która bardzo szybciutko po przestawiała moje treningi tak żeby podtrzymać formę i wystartować jeszcze w gazie. Wiadomo że od Poznania który poszedł mi dokładnie tak jak chciałam zawsze jest ta nutka która krzyczy więcej, jeszcze, szybciej. Chciałam pojechać rower troszkę mocniej pobiec podobnie a na pływaniu w ogóle się nie skupiałam, bo pomimo formy życia na basenie, na zawodach jakoś mi to szło jak zawsze. Dobrze ale bez szału. Wypad do Malborka bez dzieci. Już tu, zaczęło być to mega frajdą. Drugi mój start w życiu gdzie nie ogarniałam strefy zmian z dzieciakami pod pachą i pierwszy w życiu odkąd zostaliśmy rodzicami tylko z mężem!

Czuliśmy się jak na pierwszej randce, ogromna ekscytacja. Wszystko było na spokojnie, ja z totalnie luźna głową, bo przecież tylko siebie mam do ogarnięcia. Czuliśmy się jak na wakacjach, jak studenci za starych bezdzietnych czasów. Dzieciaki zostawiliśmy z babcią. Zazwyczaj lubię ich brać ze sobą, ale raz na jakiś czas odmiana nam też się przyda. Poza tym pbudka była o 5 rano, wyjazd chwilę po. Do Malborka musieliśmy dojechać na 7, bo odbiór pakietów był do 7.30, na zamku. Szkoda było mi ich targać o tak wczesnych porach żeby koczowali z nami od rana do wieczora. Dotarliśmy do Malborka, szybka akcja z odebraniem pakietu, szybki skok do strefy zmian a tam… masa znajomych, znajomych buzi i fajna atmosfera.

ZACZĘŁA SIĘ ZABAWA.

 

Po Kraśniku miałam mocny tydzień treningowy. Natomiast kolejny był małym odpuszczeniem które kończyło się właśnie zawodami w Malborku. Mocny tydzień dał w kość, ale że podczas tygodnia odpoczynku głównie „wakacjowaliśmy” to raczej skupiłam się na byciu mamą, niż triathlonistką. Wpadł jakiś tam rower, jakieś tam delikatne bieganko, ale o pływaniu prawie zapomniałam. Nie miałam pojęcia, więc w jakiej dyspozycji jestem, w co celować i na co się nastawiać.

Poza tym bez dzieci wszystko było jakieś takie spokojniejsze. Myślałam o sobie nie o nich, nie stresowałam się, tylko już przed startem dobrze się bawiłam. Korzystałam z chwili, cieszyłam się że tam jestem. Zrobiłam rozgrzewkę, założyłam piankę, dostałam odwiecznego przedstartowego buziaka od męża kibica i poszłam na start.

malbork0173

PŁYWANIE.

Rolling start, zdarzyło mi się startować z tobą tylko dwa razy, ale kocham Cię od pierwszego spotkania. Nie lubię pływać w pralce, chyba nikt nie lubi, ale ja mam traumę z dzieciństwa i podwójnie wkurzają mnie ręce ocierające się o moje nogi. Pamiętam jak na treningach zawsze wkurzaliśmy się na tych co zamiast ruszyć dupę i wyprzedzić pływali i „lizali” po stopach, czekając aż ktoś się zatrzyma i ich przepuści. Nie rozumiałam tego za tamtych czasów i nie rozumiem tego do dziś. Rozumiem że pływają inni w nogach, rozumiem że niektórym ciężko się nawiguje i wpadną na mnie od czasu do czasu, ale NIENAWIDZĘ jak ktoś bezczelnie płynie w moich nogach i zamiast wyprzedzić napływa na mnie i jedzie rękoma już od prawie łydek czekając nie wiem na co, wybijając z rytmu i ciągnąc mnie prawie do tyłu. JA TEGO NIE ROBIĘ.

Niemniej jednak ROLLING START W Malborku to był strzał w dziesiątkę. A pływanie jakimś totalnym kosmosem, na które czekałam cały sezon. Po raz pierwszy skupiłam się nie na szybko i mocno, tylko na technice. Wiedziałam, że przez cały sezon spinając się na lepsze pływanie nic nie ugrałam, więc teraz też byłam pewna, że z tego nic nie wyjdzie. Odciągając głowę skupiłam się na technice, dobre pociągnięcie i radość, która towarzyszyła już od samego wejścia do wody. Wszyscy zawodnicy bardzo kulturalnie wskakiwali do wody, nie było przepychanek, każdy po kolei przebiegał przez belkę i siup do Nogatu. Piękne widoki, tłum ludzi stojących na kładce i obserwujących czy ich zawodnik już wskoczył czy jeszcze nie 🙂 Wpadłam do wody gdzieś z przodu, widziałam koło mnie na starcie tylko jedną dziewuchę, reszta ustawiła się gdzieś z tyłu. Zastanawiałam się żeby wejść do wody trochę bardziej z tyłu strefy żeby dziewczyny mieć przy bliżej siebie i mieć jakieś odniesienie gdzie są one a gdzie ja. Dość szybko wybiłam to sobie z głowy. Olałam dziewczyny i konkurencję i stwierdziłam, że lepiej płynąć tam gdzie moje tempo niż przepychać się z tyłu przez wszystkich.

41509722_1170411893105864_5596491860139835392_o

Wpadam do wody, wysyłam ponętny uśmiech do męża stojącego na kładce, widzę że mnie widzi i robię swoje. Bez pośpiechu swoim tempem, a jednak wyprzedzam. Widzę damską głowę która koło mnie gdzieś startowała, spokojnym tempem ją wyprzedzam, zresztą jak wiele innych osób, ale nie skupiam się zbytnio na tym. Próbuje porządnie nawigować, i płynę spokojnie swoje. Wiem że dobieg do strefy zmian który ma z 200 metrów wliczony jest w pływanie. Próbuje zapamiętać, żeby wyłączyć zegarek zaraz po wyjściu z wody tak aby w końcu jakoś miarodajnie zobaczyć jak szybko, lub jak wolno pływam. Pierwszy zakręt i lecimy prosto na zamek, drugi zakręt, pusto na bojce w końcu mogę to robić kraulem, a nie po swojemu żabą i prawie pod bojką. Płyniemy z powrotem do wyjścia, po prawej stronie widać czerwone mury największego zamku na Świecie. Rzeka, zamek i cała rycerska otoczka na prawdę robią wrażenie.

Pogoda jest raczej chłodna niż gorąca nie skupiam się na moczeniu głowy w Nogacie przed wyjściem z wody. Wyjście jest wąskie i z bardzo głębokiego dosyć szybko robi się płyciutko więc szkoda mi czasu i kombinowania z zamaczaniem głowy, wybiegam więc w czepku na głowie i okularkach, które zrywam zaraz po wyjściu z wody. PYK przełączam zegarek i chyba po raz pierwszy w życiu udaje mi się go prze-klikać zaraz po wyjściu z wody a nie gdzieś w połowie strefy zmian. PAMIĘTAŁAM!

Garmin pokazał mi ciutkę ponad 1000 metrów na pływaniu, które pokonałam w 15:05 minut, co dało mi średnią 1:29 min / 100 m !!! Jeszcze nigdy nie popłynęłam tak szybko na zawodach. Długo nie chciałam uwierzyć w to co widziałam na Stravie, czy garminconnect, ale wszystko jest tam wypisane jak byk. Powoli zaczynam wierzyć w te cyfry.

Gdzieś przy strefie słyszę Rafała dopingującego. Krzyczy żebym pamiętała o kasku i o jego zapięciu. Wiedział że miałam kare w poznaniu za to i wolał przypomnieć. Szybka strefa rachu ciachu i już mam rower w ręku, kask na głowie i biegnę do belki. Razem ze mną wybiega jakaś dziewczyna, oczywiście nie mam zielonego pojęcia skąd się tak szybko wzięła koło mnie, bo gdy ja byłam przy rowerze, „ONA” dopiero wybiegała z wody  i pomimo że robiła to w jakimś kosmicznym tempie sprinterskim, to i tak miałam wrażenie że ktoś przewinął do przodu jej strefę zmian o dobrą minutę.

 

ROWER.

malbork0776

Rower to była niespodziewajka. Założeń na rower nie miałam żadnych,  to znaczy miałam. Miało być MOCNO, ale bez patrzenia na watty. Pomimo, że oszukiwałam i delikatnie kontrolowałam to co na rowerze się dzieję z wattami <przepraszam Pani trener jeśli to czytasz> ale za to miałam luźną głowę i wattów na przekór tego jak się czuję, kurczowo nie trzymałam. Trasa rowerowa była płaściutka jak lustro, nawet w Poznaniu wydaje mi się że było więcej wzniesień niż tu. Liczyłam więc na fajną średnią z roweru, ale….

Tu się zaczyna. Trasa super, ale wiodąca przez puste pola, a co za tym idzie wietrznie. Wiatr wiał od początku roweru, ale w mieście nie wydawał się taki silny. Na rozległych polach, przez które prowadziła trasa kolarska czuć było go dosyć mocno, a jak nie czułam go na buzi, to widziałam go na liczniku, na wattach i przy prędkości. Dziewczyna która na rower wypadła równo ze mną, trzymała mocne tempo. Usiadłam jakieś 20-30 metrów za nią i próbowałam nie powiększać jej przewagi. Jechaliśmy i jechaliśmy, w tamtą stronę przekręciłam nogą o dobre 10 Watt więcej, niż założenia na poprzednich zawodach. Pomimo to średnią ledwo co utrzymywałam w granicach 33 km/h. Wiedziałam, że jest pod wiatr, ale trochę nie chciało mi się wierzyć, że aż tak. Jechałam swoje i nie pozwalałam sprinterce ze strefy się ode mnie oddalić. Chwile przed nawrotką koło 20 kilometra, widziałam że ewidentnie zbliżam się do dziewczyny przede mną. Nie lubię na zawodach bez draftu wyprzedzać się na zmianę z kimś, utrzymując oczywiście dozwolone metry. Ale tak czy siak czuję się wtedy jak niektórzy kierowcy jadący po autostradzie i wyprzedzający samochód który od czasu do czasu zwolni o 1 km/h. Jeśli rozumiecie o co chodzi. Chciałam zaoszczędzić nam tego wymijania.

Jej tempo jednak mocno spada, a mi watty lecą w dół, decyduję się więc na wyprzedzanie. Byłam ciekawa czy to taktyczne zagranie, czy raczej zbyt mocny początek. Wymijając ją zapytałam czy puchnie, czy próbuje mnie taktycznie zajechać. Na co ona z uśmiechem odpowiedziała, że jest ze sztafety i się ze mną nie ściga. Teraz wszytsko kliknęło. Nagle było zrozumiałe dlaczego tak szybko ze strefy zmian wystrzeliła ONA, a tamta ONA takim sprintem leciała do strefy zmian. ( a już się bałam że to jakaś turbo biegaczka której nawet potu nie zdążyłabym powąchać jakby mnie wyprzedzała na biegu)malbork0239

 

Kamień z serca, że to nie jakieś taktyczne zagrywki których ja nie znam i z których nie umiem się wybronić. Jadę dalej swoje, nawet bez odwracania się czy jest gdzieś blisko mnie czy nie. Po nawrotce WATTY, nagle mocno spadły a ja nagle leciałam co najmniej 38 km/h. Na prawdę wiało. Rower pojechałam dobrze, pewnie z powrotem mogłam mocniej, ale chyba zawsze mam wrażenie, że mogłam trochę mocniej. Powrót był przyjemny bo, nie czułam zmęczenia, powiedziałabym nawet że fajnie się jechało tak szybko i tak luźno. Dobijałam do średniej 35 km/h, która jest już dla mnie przyzwoitą średnią i jak tam dobiłam to byłam już szczęśliwa. Rower wyszedł mi podobnie jak w Poznaniu 1:17.

 

Schodząc z roweru pojawiła się koło mnie kolejna kobieta, co było znowu jakąś nierealną sytuacją, ale ja ostatni często mam takie więc zupełnie na niej się nie skupiałam tylko leciałam swoje. Schodząc z rower ktoś mi krzyknął że jestem druga. Na wybiegu z T2, ktoś krzyknął, że jestem 3. A ja śmiejąc się dodałam, chyba pierwsza.

41516677_2133754550219132_4342544117616607232_o

BIEGANIE.

 

Wybiegając z T2 nie znalazłam mojego wiecznego kibica, stali natomiast chłopaki z TRIATHLON KRAŚNIK TEAM, filmujący i dopingujący mnie z mega uśmiechami. Ponieważ znamy się nie rok nie dwa, znowu totalnie wyluzowałam się i wbiegłam na trasę biegową z uśmiechem i bez spiny. Dzięki !

Po przebiegnięciu przez kładkę, stali kolejni #psychofani, czyli cała TRIWAWA i mój mąż. Darli się, komplementowali i kazali nie patrzeć na zegarek tylko biec swoje. Trochę posłuchałam, trochę nie. Na zegarek patrzyłam, ale biegłam swoje. Biegło mi się cudownie. Traska w cieniu przez park, trochę byłam zaskoczona nawierzchnią, bo biegliśmy po mocno utwardzonym szutrze, ale nie przeszkadzało żeby trzymać tempo. Miałam nadzieję, że trasa wiedzie tam i spowrotem, bo nie ukrywam, że start na spontanie i trasie biegowej na mapie nie przypatrywałam się za bardzo. Pierwsza nawrotka malutki, ale stromy podbieg i lecimy dalej. Tutaj szur miejscami był troszkę bardziej piaszczysty, ale nadal nie przeszkadzało mi to w trzymaniu tempa. PIerwsze 3 kilometry leciałam na 4:45 min/km i może udało by mi się to utrzymać gdyby nie zaczęła się trasa widokowa i kocie łby. Wypadamy z parku biegniemy trochę po chodniku, po prawej stronie cały czas widać zamek.

Wbiegamy gdzieś w jedna z jego części, robimy nawrotkę, przebiegamy po drewnianym mostku, potem trasa leci w głąb zamku przez bramę, na drugą stronę.

malbork1150

Totalnie nie mam pojęcia już po której stronie jestem, ale gdzieś tam znowu mamy nawrotkę i zbiegamy tym razem do fosy. Tam nawierzchnią jest trawa i kamienna droga, znowu wypadam z rytmu i tempo jest urywane. Siła w nogach jest, ale ja, leszcz begowy nie bardzo sobię radzę tymi cienkimi stópkami na kamieniach i kocich łbach. Nie biegam po tego typu trasach i nie umiem po takim czymś biegać. Tempo więc troszkę spada, mija mi już ponad 6 kilometrów,a ja dopiero na nowo wypadam w okolice moich psychofanów. Wiem, że trasa będzie ciut dłuższa i nastawiam się na to bo bieganie dla mnie zawsze jest trudne i wolę się mile zaskoczyć, że będzie krócej niż płakać na koniec, że to jeszcze nie koniec. Dobiegam do Rafała, on w swoich japonkach człapie pare metrów przy mnie i mówi że jestem pierwsza i że nie wiedza jak daleko jest następna dziewczyna, ale na pewno daleko. Ja mówię że rolling, strat i że jeszcze na mecie mogą mnie dobiec, a on że kolejna jest za 10 minut i nie ma takiej opcji. Biegnę uśmiechnięta, ale trasa mnie męczy i bieganie nie jest już na totalnej świeżości i luzie. Niemneij jednak wiem, że zostało tylko 5 kilometrów, a z tym sobie dam radę.

41537168_2133754556885798_3301690924081348608_o

Trochę zwiedzam trochę obserwuje innych, trochę się uśmiecham, trochę boli. Turyści ze słuchawkami na uszach dopingują w rożnych językach. Zakręt za zakrętem, brama, kolejny zakręt i zbiegam do fosy. Przebiegam przez fosę słyszę, jakiś doping, głos spikera i mikrofon i cieszę się że to już. Zegarek pokazuje już ponad 10,5 kilometrów. Meta jest jeszcze za kilkaset metrów, trasa więc była dłuższa, tak jak mi się wydawało. Dobieg na metę biegnie wzdłuż murów zamkowych, wolontariusz wskazuje drogę na metę.

JESTEM.

 

JA.

 

PIERWSZA KOBIETA.

malbork1787

 

ZWYCIĘŻCZYNI NA 1/4 IRONMANA W MALBORKU !!!

 

cof

Wyłania się META i ta biała taśma, o której zawsze marzyłam żeby ją złapać i podnieść nad głowę jako zwyciężczyni ! Nie myślałam, że to zdarzy się dziś, nie myślałam że jestem na tym poziomie. Cały sezon utrzymywałam się w pierwszej 4 OPEN, ale nie przeszło mi przez myśl (ok, no przeszło że fajnie by było,ale …), że w tym sezonie uda mi się wygrać i to na takiej dużej i popularnej imprezie w Polsce.

Wbiegam na metę, po raz pierwszy od wielu wielu startów na prawdę się wzruszyłam. Poczułam, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku i choć moja konkurencja startowała kolejnego dnia na 1/2, to i tak czułam się jak prawdziwa zwyciężczyni!

Na mecie wszyscy mnie wyściskali, przybili piątki, zaraz wzięli mnie do mikrofonu, potem na wywiad do internetu. Potem jedno radio, drugie radio, jakaś lokalna telewizja i tak dalej. Przez dobre 15 minut czułam się jak Daniela Ryf, w polskim wydaniu. Super emocje, super impreza, mega pozytywna i bardzo zachęcająca do kolejnych startów.

cof

Pomijam już fakt, że triathlon w Malborku jest magiczny choćby przez samo miejsce w jakim rozgrywają się zawody, ale ludzie robią klimat. I tak jak Triathlon w Kraśniku rozkochał mnie w sobie, tak samo Malbork będę wspominać bardzo pozytywnie przez jeszcze baaardzo długi czas.

malbork1845

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MAM TO ! Pierwsza wygrana w triathlonie. Nie wiem czy życiówka, ale jak nie życiówka, to czas zbliżony do czasu w Poznaniu, czyli 1/4 Ironmana i 2:27. Kolejna życiówka wybiegana na 10 kilometrów, pomimo tak trudnej trasy i końcowych cyfr na bieganiu, które pokazało mi ostatecznie około 10 km i 800 metrów.

 

fbt

A na mecie, zaczepił mnie taki triathlonista. Mega pozytywna postać, niesamowity człowiek i oprócz tego że super gotuje, całkiem niezły triathlonista. Jeszcze trochę musi potrenować, żeby mi skopać tyłek, ale drepcze po piętach więc może być z siebie dumny! 

Brawo Karol masz u mnie kolejną porcję ciacha! :)

 

ZAPRASZAM WAS DO MALBORKA!

Jak to organizatorzy piszą, żeby posmakować jak smakuje Polski triathlon trzeba wystartować w Malborku. A pogoda była idealnie triathlonowa, więc chyba zamienili się famą z Kraśnikiem 🙂

KONIEC SEZONU Z PIERDOLNIĘCIEM ! A CO !?

malbork3169

Biegająca Bio Mama.

 

 

Triathlon Limassol – wygrana w Cypryjskim stylu.

TRIATHLON

Triathlon Limassol – wygrana w Cypryjskim stylu.

 

TRIATHLON, CZY TO ABY NA PEWNO DOBRY POMYSŁ ??

17_A3215-2

Kobieta czołg, tak nazwali mnie moi rodzice kiedy po dwóch zupełnie nie przespanych nocach, kilku tygodniach walki z przeprowadzką i małą ilością treningów, stawałam na najwyższym podium Limassol Triathlon, w mieście w którym wychowałam się mieszkając na Cyprze.

Jedna z większych zmor naszych wyjazdów na Cypr są loty. Niestety nie są one o normalnych porach tak aby człowiek mógł wsiąść do samolotu w pełni sił i w takiej samej pełni sił wysiąść z niego. Dwa dni wczesniej wyruszaliśmy z kraju, oznaczało to kolejną nieprzespaną noc. Kolejną bo dzień wcześniej aby dograć wszystkie firmowe rzeczy przed wyjazdem człowiek widmo poszedł spać o 4 rano i wstał z dzieciakami w okolicach 7. Oznacząło to bardz mało snu, a następna noc nie miała być wcale łaskawsza.

Lot na Cypr jest o 22.30 z Warszawy. Leci się około 4.5 godziny i laduje w Larnace koło 4 rano lokalnego czasu . Niestety z lotniska w Larnace do naszego miejsca na wyspie jest keszcze 50 kilometrów, trzeba więc doliczyć jeszcze dosyć szybką podróż samochodem. Tak więc chcąc nie-chcąc zasypiamy o tej godzinie o której normalni ludzie wstają. Tym razem żeby nie było za lekko podróżować po raz pierwszy z dwójka dzieci, rowerami, 3 walizkami i wózkiem w środku nocy nasz samolot dodatkowo był opóźniony. Nasza noc więc zaczęła się wraz ze wschodem słońca, o 6 rano. Kilka godzin snu, dzieci rozregulowane też nie za bardzo potrafiły odespać, więc pierwsza noc była ewidentnie krótka.

Następna noc miała być rekompensatą po podróży jednak nie do końca się to udało bo nasz najmłodszy ewidentnie nie chciał współpracować, co skończyło się wspólnym łyżkowaniem z częstymi elementami karmienia i pomimo że triathlon zaczynał się wyjątkowo późno jak na warunki cypryjskie, bo o 9 tej. To pakiety trzeba było odebrać pomiędzy 7-8, a na miejsce trzeba było jakoś dojechać. Pobudka była więc tak czy siak dosyć wcześnie.

Nie mniej jednak wstałam rano, zjadłam po raz pierwszy białe śniadanie. Po 10 minutach nerwowego szukania płatków owsianych w babcinych szafkach, poddałam się. Na gotowanie jaglanki było już za późno. Na mój przed triathlonowy talerz wjechał więc biały pszenny chlebek z dżemem!! Tu przydała by się emoticon-a z wielkimi oczami i otwartą buzią żeby podkreślić moje zdziwienie. Coś trzeba było zjeść, a R mówił, że na pewno nie zaszkodzi.

Już któryś raz z rzędu staje na starcie, bez werwy, triathlonowego podniecenia, podekscytowania. Niewyspana jadę na start samochodem, pick-upem co by było śmieszniej. Rower leży w otwartym bagażniku, obok wózka i małego plecaka do którego nie pomyślałabym że kiedykolwiek się zmieszczę z ekwipunkiem triathlonowym. Stasiu jedzie z nami, Zosia została z niewyspaną babcią i wyspanym dziadkiem, a jej dołączenie do imprezy stało pod znakiem zapytania. Czy dziadek sobie poradzi żeby ogarnąć ją samodzielnie rano, jeżeli babcia odmówi wstawania? Dla zainteresowanych napiszę, że poradził, lepiej niż niejedna babcia. Tylko fryzura okazała się wyzwaniem. Chwilę więc po gwizdku startera pojawili się na starcie, kibicując przez cały czas.

IMG_20171105_114014_895

Wracając do strefy zmian. Standardowa już w moim wykonaniu procedura. Stasiek w nosidło (wcześniej taka sama procedura była z Zosią więc zdążyłam się do tego już przyzwyczaić), idę po odbiór pakietów. R w między czasie dopompowuje mi koła, bierze rower i wózek i dołącza chwilę później do nas. Małe spóźnienie z naszej strony wprowadziło delikatną nerwówkę w moim brzuchu, ale tylko do czasu aż dotarłam do strefy zmian i bura zawodów. Tam atmosfera jak to na Cypr przystało. Wszyscy uśmiechnięci, zrelaksowani, nikomu się nie spieszy, bawią się sportem.

IMG_20171105_113842_936

Siateczka z numerem startowym i chipem jest już w moich rękach. Nie znam trasy, tzn same trasy jako tako kojarzę, ale nie mam zielonego pojęcia gdzie wbiegamy do strefy, gdzie wybiegamy. Wiem tylko że będzie milion kółek, 6 na rowerze, 4 na biegu. Przypominam że robię SPRINT, czyli 20 km roweru i 5 km biegu. Co oznacza totalny chaos na trasie. Rower oczywiście bez draftu, a ja śmieję się w środku jak jest to możliwe żeby stu kilkudziesięciu zawodników jeździło bez draftu na pętli która ma około 4 kilometrów, ku mojemu zdziwieniu nie widziałam żadnych pociągów.

STREFA ZMIAN.

17_B8147-2

Wszystko dzieje się na miejskim bulwarze, zaraz obok morza. Od wyjścia z wody jest bardzo bliziutko, do belki startowej też niedaleko, bieganie zaczyna się wręcz na wybiegu ze strefy. Znamy ten bulwar jak własna kieszeń, biegaliśmy tamtędy setki razy i to właśnie zdjęcia z tego miejsca sprawiły że skusiłam się na start. Kilka tygodni przed przylotem na Cypr, nie było czasu na trenowanie. Przeprowadzka z dwójką dzieci pod pachą i brakiem pomocy na stałe, kazała nam odpuścić sobie porządne trenowanie. Wsiadłam na rower parę razy, pobiegać też gdzieś czasami poszłam pobiegać, a od Kraśnika do startu na Cyprze byłam na basenie tylko raz. Kilka dni przed przylotem, rozruszać mięśnie. Wchodzę do strefy zmian kilkanaście dziewczyn obok mnie też rozpakowuje swoje manataki. Obok mojego miejsca rower wisi czasówka Carmen, PRO-ski która na Cyprze wygrywa każdy start. Z uśmiechem na buzi witam się z nią,bo nie raz widziałyśmy się na triathlonie. Zresztą mamy córeczki w podobnym wieku, bo ona też jest mamą i trenuję. Podpytuje szybciutko o to co gdzie jak, a ona z przyjemnością odpowiada. Poza nią nie było widać mocnych zawodniczek które zawsze widywałam na Cyprze. Nie było też przyjezdnych triathlonistów. W strefie zmian było rodzinnie. Kocham tą atmosferę, kocham to że każdy tu się uśmiecha, każdy coś podpowie, wszyscy się witają jakby byli jedną wielką triathlonową rodziną.

Humor do mnie wrócił, emocje które się pojawiły przez spóźnienie opadły i zaczęłam na prawdę bawić się tym startem. Wiedziałam że nie jestem przygotowana. Nie wiedziałam czego się spodziewać. Nie wiedziałam na ile będę w stanie pobiec, na ile pojechać. Ten start był totalnym spontanem. Po raz pierwszy od 2 lat miałam pojechać na mojej starej szosie, zamiast na ARGONIE (nie zabrałam go ze sobą, bałam się o transport)! Wszystko było tak surrealistyczne, że z uśmiechem od ucha do ucha stawałam na linii start.

PŁYWANIE, ROWER, BIEGANIE.

Nie będę pisać szczegółów, opisywać wybuchu startera, skupienia czy motyli w brzuchu. Opowiem Wam jednak że jako jedna z 3 osób stawałam w piance na starcie. Wyglądałam jak czarny plemnik, który nie pasował do reszty towarzystwa. Pianki były dopuszczone, ze względu na to że startowali początkujący 🙂 A ubrani w pianki byliśmy tylko ja i dwóch tak wyżyłowanych anglików, że trudno było ich nazwać początkującymi. Już chciałam zwątpić w piankę i nie robić z siebie głupka, ale R brnął do końca żeby piankę założyła, bo na pewno pomoże. Wiedziałam że moje pływackie zaplecze było ostatnio trochę zaniedbane, nie dyskutowałam więc.

17_B8174

Pływanie na Cyprze zawsze wydaje się szybkie, morska, słona woda, pomaga równie mocna jak pianka. A mając to i to na sobie, a wokół nie do końca dobrze pływających Cypryjczyków jak zwykle czułam się jak szybka błyskawica. Tempo 1:39 było fajnym tempem biorąc pod uwagę to ile poświeciłam na trening pływacki w ostatnim czasie. Wypadam z wody. Chyba jak pierwsza kobieta, ale nie jestem pewna, bo kilka osób przede mną jednak było. Carmen w ostatniej chwili spakowała swoje rzeczy i zrezygnowała ze startu, nie wiadomo czemu, dlatego wiedziałam że moglam być pierwsza.

IMG_20171022_142107_279

Rower, cóż mam powiedzieć. Moje BIANCHI jest równie piękne jak mój ARGON 18, ale jednak jazda na nim to jak jazda Matizem po Ferrari. Pozycję mam dobrze ustawioną prze Krystyna i „Mam Świetną Pozycję”, ale to nadal nie czasówka. Całą trasę szukam tego połóżenia co mam na ARGONIE. Zsuwam się z siodełka jak najbardziej do przodu bo chce biec na rowerze a nie jechać. Przyspieszeni szosówki po każdej nawrotce jest toporne. Rower rozpędza się powoli w porównaniu do Argona 18. Tęskie za moim PINK ARGON, ale i tak czerpie wielka frajdę z jazdy. Pomimo że nie czuję się przygotowana, wyprzedzam i to nie tylko początkujących ludzi na góralach,a le też całkiem dobrze wyglądających panów na całkiem dobrze wyglądających rowerach. Wyprzedzają mnie tylko wariaci na szumiących czasówkach, z nogami jak konie, ale na nich nie patrzę. Jadę średnio 33 km/h nie jest źle, jak na ten rower. Na nim jeszcze nigdy nie wyciągnęłam takiej średniej, jednak czuję że nogi pieką, że czasami puchną i po każdej nawrotce nie mają tyle samo siły do pedałowania jak na początku. Uśmiech nie schodzi z twarzy, śmieje się tylko w środku siebie jakie beznadziejne tempo czeka mnie na bieganiu, bo mocnym rowerze.

Pierwszy raz startowałam na takiej trasie na której przejeżdżało się koło kibiców milion razy podczas trasy rowerowej. Są jednak plusy 6 kółek na 20 kilometrach. Nawrotki nie były tez aż tak spowalniające bo przejeżdżaliśmy z jednej dwupasmówki na kolejną dwupasmówkę, co pozwalało na utrzymanie całkiem mocnego tempa na nawrotkach. Zosia w towarzystwie taty krzyczący: „Mama dawaj, mama dawaj!! ” dodawały fun-u. Dziadek chwalący co chwilę: „Dawaj córcia, jest super, jeszcze chwile!” też był mega motywujący. Pędziłam więc ile sił w nogach z uśmiechem na buzi.

6 kołko, zeskok z roweru i pędzę do strefy zmian. Dużo bardziej wolę wsiadanie i zsiadanie na szosie, zamiast czasówce. Bezpieczniej, szybciej, stabilniej. Odstawiam rower, zakłądam, skarpetki, niestety nie ma butów biegowych w których mogę biegać bez skarpetek, buty, chwytam daszek i siup wylatuję ze strefy. Zosia przewieszona przez płot wraz z dziadkiem cały czas dzielnie kibicuje, Stasiek złote dziecko wraz ze strzałem startera ponownie zasypia i wita mnie dopiero na mecie.

BIEGNĘ. hmmmm liczyłam na tempo 5:30 bez przygotowania, ale biegnę na 5:10 i czuję się komfortowo. Słysze w tyle głowy słowa Koli, pochyl się do przodu, nie spadaj tak na stopę, nie hamuj, tylko odbijaj się od nogi. Próbuje się ustosunkować do tego i lecę. Tempo cały czas trzymam szybkie jak na mnie i czekam tylko na moje ciało które za chwilę odmówi takiego tempa. Pierwsze kółko, przyspieszam. Drugie kółko, krzyczę do R że lecę na 5.00 i nie wiem czy przyspieszać, bo UWAGA, MOGĘ !!

17_B9118

3 kółko tempo cały czas mocne, widzę na nawrotce jakąc szczupłą dziewczynę mocno próbująca mnie dogonić, chwile za nią Cypryjkę w IRONMAN-owym stroju, która wydawał się trzymać bardzo mocne tempo. Nie wiem która jestem, na trasie jest chaos, sprint i super sprint pomieszał się zupełnie. Wiem że żadna kobieta nie wyprzedziła mnie od startu, nie wiem jednak czy nie ma nikogo przede mną. Chcę utrzymać tą pozycję kuszę się żeby przyspieszyć, chociaż kilka sekund na km. Czwarte kółko, po nawrotce R krzyczy przyspiesz. Mam wrażenie, że ktoś chce mnie dogonić. Próbuje przyspieszyć ale słabo mi to idzie. Na zegarku dobiłam do 4 kilometra, na kolejnej nawrotce nie widzę nikogo w zasięgu wzroku, biegnę więc swoje. Z ciekawości przyspieszam, tempo teraz pokazuje 4:45-4:50, nie chcę się zajechać, ale próbuję na co mnie stać. Zostało jakieś 500 metrów do końca, kolejna nawrotka i widzę że dziewczyny mnie goniące, cały czas trzymają takie same tempo jak ja. Bez ciśnienia lecę swoje i czekam na metę z ciekawością czy będzie czekała na mnie taśma, która po raz pierwszy będę mogła podnieść do góry jako wygrana. Wbiegam na metę, bez wiwatu i jakichkolwiek owacji oprócz mojej rodziny 🙂 Nie czuję się jak wygrana. Słyszę gdzieś po grecku słowa że chyba jest pierwsza ale nikt nic nie wie, bo tak się pomieszaliśmy.

17_A3319-kopia

PODIUM.

TAK TAK ! Po raz pierwszy w życiu wygrałam kategorię OPEN kobiet. Co prawda, Carmen, cypryjska PRO-ska uciekła z trasy, więc konkurencja była na moim poziomie, same amatorki. Nie mniej jednak ciesze się jak dziecko. Bez bezpośredniego przygotowania, po nieprzespanych nocach, podróżach i zajęciu się mocno życiem, a nie trenowanie w ostatnim czasie wygrałam swój pierwszy triathlon. Totalnie na luzie, ale w mocnym tempie. Tempie którego nie spodziewałam się, tempie które mnie pozytywnie zaskoczyło, ale które byłam w stanie spokojnie utrzymać na krótkim dystansie.

IMG_20171022_132757_865

Warto czasem zrezygnować z długich startów, żeby poczuć tę szybkość, lekkość nie zmęczenie. Godzina 12, ja z pucharem w ręku, reszta z milionem zdjęć i filmików z moich zmagań, jedziemy na zasłużone lody. SPRINT – dystans po którym chce się żyć. Po którym człowiek nie jest zajechany, tylko pobudzony. Chce więcej i więcej i z uśmiechem na twarzy funkcjonuje przez kolejne kilka dni.

KOCHAM CYPR, KOCHAM TRIATHLON i KOCHAM TO ŻE ROBIĘ TO CO KOCHAM. Nie zawsze idąc schematem, czasami wychodząc poza swój komfort zone. nie bojąc się spróbować.

17_B9517

Wam też życzę takich startów na spontanie, cieszcie się sportem, bawcie się nim. Warto wrzucić trochę na luz i ZABAWIĆ SIĘ w triathlon. Uwaga, mówi to ambitny sportowiec, który spędził większość życia wyczynowo trenując. I nie mowię żeby zawsze mieć takie podejścia, ale warto czasem zrobić #COŚNOWEGO i zaszaleć bez przygotowania w pięknym miejscu. ( pamiętajcie żeby skusić się na jakiś krótki dystans, a nie robić takie szaleństwa np na 1/2 Ironmana !)

 

 

 

O.

Kocham trenażer.

CIĄŻA POLECANE TRIATHLON

Kocham trenażer.

Kocham trenażer ?! Czy to na prawdę wychodzi z moich ust ?

IMG_20170307_210339_951

Ja – totalny „anty-trenażerowiec”, nagle przeprosiłam się z czterema ścianami, pedałowaniem w miejscu i gapieniem się przed siebie przez tyle czasu. Nie możliwe??

A jednak. 

Jak to kiedyś ktoś mądry powiedział: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. I teraz kiedy wiem, że latanie po drogach asfaltowych na moim różowym rumaku w butach spd, nie byłoby najrozsądniejszą rzeczą na świecie, nagle ten trenażer z dobrym filmem na desce do prasowania okazuję się nową miłością. Te godziny spędzone w sposób „zwierzęcy” bym powiedziała, tak siedzę jak ten chomik w kołowrotku i pedałuje nogami w miejscu, wydają się wyjątkowo piękne.

IMG_20170224_141220_311

Plusy trenażera? O dziwo tak owe też istnieją 🙂

  1. Masz znikome szanse się wywrócić. Bardzo ważny element jeśli chodzi o trening w ciąży 🙂 Myślę, że na prawdę trzeba by się nieźle postarać żeby położyć się razem z całym tym żelastwem na ziemię. Oczywiście nie śmiem twierdzić, że jest to niemożliwe, bo różne rzeczy człowiek potrafi zrobić, ale jest to wyjątkowo trudne zadanie.
  2. Trening to dobry powód na dobry film. Pomimo, że mój R ma ograniczoną ilość filmów na swoim komputerze a ja tak owych w ogólne nie posiadam, to i tak zawsze znalazłam coś co mnie zainteresowało wystarczająco, aby spędzić dobrą godzinę w siodle. Jeżeli macie ten przywilej, że Wasz partner ściągnie dla Was specjalnie jakiś film (oczywiście nie popieram piractwa 🙂 ), który wciągnie Was na dobre, nawet w ciąży będziecie w stanie popedałować o wiele dłużej niż Wam się wydaje 🙂 Z drugiej strony fajnie jest też zaliczyć dwie rzeczy na raz. Czyli obejrzeć film na który ostatnio w naszym życiu w ogólne nie ma czasu i zrobić trening. To takie małe przyjemne z przyjemno-porzytecznym :p ha ha ha.
  3. Trening trwa faktycznie tyle ile jeździmy. Jeżeli chodzi o treningi rowerowe na dworze nigdy nie zdarzyło mi że trwały one tyle ile chciałam pojeździć, czyli na przykład 1.5 h. Do treningów rowerowych na dworze trzeba doliczyć co najmniej 20-30 minut na całe przygotowanie. I nie mówię tu tylko o ubraniu się, które wbrew pozorom i tak zajmuje więcej czasu niż na trening domowy bo przecież nie tylko trzeba założyć więcej warstw, ale trzeba też wziąć kask, okulary, ewentualnie rękawki, klucze do domu. Zrobić bidony, wziąć coś do jedzenie jeżeli planujemy dłuższy trening. Wyjść z domu w jednych butach i przebrać je w garażu na spd ( ja po jednej wywrotce w swoich blokach nie chodzę już po schodach w spd). Zapomniałabym, trzeba ten rower też znieść, albo wyciągnąć z garażu czy piwnicy. Dodatkowo trzeba napompować koła, bo pomimo tego że ostatnio pompowaliśmy na szosę zawsze chcemy je mieć dopompowane na cacy. Często sąsiad nas zagada w tym że ważnym momencie i już dodajemy plus 10 minut do treningu. Kolejna rzecz to jeżeli nam się fajnie jeździ rzadko kiedy kończymy na tylu kilometrach ile sobie zaplanowaliśmy. No chyba że czas albo plan ułożony przez trenera, nas trzyma. A trenażer ? Hmmmm, błaha sprawa. Wyciągam żelastwo z za szafy i rozkładam je na spokojnie w jakąś dobrą minutę. Ściągam rower ze ściany i wpinam go w to całe żelastwo przez jakąś kolejną dobrą minutę. Zakładam gatki rowerowe, nie fatyguje się z koszulkami i innymi warstwami i tak je za chwilę ściągnę co trwa kolejną minutę. Rozkładam deskę do prasowania stawiam na niej kompa i butelkę wody i wpinam się w bloki. 3 minuty później pedałuje już uśmiechnięta leżąc na lemondce i wybierając mój dzisiejszy repertuar filmowy. PROSTE ? 🙂
  4. POGODA nie ma znaczenia !  A co lepsze im gorsza tym fajniej się jeździ w domu 🙂 Raz, że przy otwartych oknach czuć przyjemny powiew zimnego powietrza, a dwa że nie żałujesz że pedałujesz w miejscu a nie na dworze.
  5. Można go zrobić kiedy dziecko śpi w drugim pokoju! Kolejny ogromny plus trenażerowania 🙂 Dosyć często zdarzało mi się wskakiwać na rower kiedy Zosia smacznie spała w pokoju obok. Raz nawet udało nam się zrobic trening razem. ona bawiła się Play-Doh obok mnie a ja pedałowałam oglądając film i co chwilę otwierając kolejne pudełka z ciastoliną. Albo lepiąc kulki, kostki. Nie spodziewałam się że takie rzeczy są możliwe. Po raz kolejny mówię: A jednak !

IMG_20170227_103539_876#2

<iframe width=”560″ height=”315″ src=”https://www.youtube.com/embed/XnPLwyjwvn4″ frameborder=”0″ allowfullscreen></iframe>

Jeżeli ktoś mi w życiu powie że nasz pogląd na niektóre rzeczy nie jest zależny od tego w jakim miejscu i czasie w danym momencie się znajdujemy to już NIGDY NIE UWIERZĘ !

Kiedyś znienawidzony przeze mnie trenażer jest teraz jedna z fajniejszych form treningu. Nogi czują wycisk, nie obciążam stawów, a do tego mieszczę się w zakresach tętna dla ciężarnych. Mam nadzieję, że uda mi się naskrobać jeszcze parę bardziej merytorycznych słów o treningu rowerowym w ciąży wraz z fajną Panią Doktor, triathlonistką i mamą. Ale o tym niebawem.

IMG_20170320_121035_035 IMG_20170307_130519_965

 

 

 

 

 

 

 

 

IMG_20170224_122526_933

Do przeczytania!

O.

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

113 kilometrów z Anemią, czyli moja wersja Herbalife Ironman 70.3 Gdynia.

13920319_1011278902318045_1599768675083218885_o.jpg
fot. maratomania.pl

Powoli umiem wrócić myślami do Gdyni. Ciężko jest mi to wszystko poukładać w głowie. Łatwiej się piszę o zwycięstwie, o swoich triumfach. Nie tylko tych na podium, ale też tych w środku siebie. O realizacji celu i byciu z siebie dumnym. Tym razem jednak, poczułam niezadowolenie, niesmak i niedosyt. A nie powinnam, bo całe to 113 kilometrów morderczego wyścigu zrobiłam z towarzyszącą mi koleżanką ANEMIĄ.

Continue reading