Tag: trimama

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

TRIATHLON

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

ZŁOTA FALA i weekend pełen emocji za mną, a właściwie za nami. Bo był to mocno kobiecy weekend. o samej idei złotej fali myślę, że powinnam skleić osobny post, ale przez to że mój start był pełen ZŁOTO FALOWYCH emocji to tu tez coś o niej usłyszycie.

Swoją przygodę z i-sport, Złotą falą i Super League Triathlonem w Poznaniu, zaczęłam rok temu, kiedy to byłam ambasadorką tej imprezy. Jeśli chcecie więcej poczytać i idei, moich początkach w byciu ambasadorką, czy starcie w zeszłym roku to zapraszam:

tu —–> ZŁOTA FALA -IDEA

——–> START W POZNANIU – ZŁOTA FALA

Ten rok był jednak inny. Inny, bo na starcie stawałam nie tylko jako kobieta wspierająca projekt, ambasadorka, ale też kobieta która zaangażowała się w ten projekt. Emocje były więc potrójne, spotkanie z naszymi ambasadorkami jeszcze bardziej ekscytujące i cała impreza podwójnie ważna.

Po pierwsze trzeba powiedzieć, że babska rywalizacji jest na innym poziomie, jest czystsza, zawiera więcej uśmiechu i życzliwości i chociaż na prawdę się ścigamy, to robimy to z uśmiechem i słowem wsparcia.  Złota fala to start tylko dla kobiet, starujemy w fali przed facetami, co za tym idzie zero pralki w wodzie, same kobiety na linii startu, cisza i spokój w strefie i tak przez większość część trasy. Na bieganiu spotykamy się już z Panami, cześć kobiet spotyka się już na rowerze, ale myślę, że panowie na trasie rowerowej lub biegowej tylko mobilizują, sprawiają że więcej się dzieje i czas szybciej leci.

No ale złota fala to nie tylko start, przynajmniej nie dla nas. To tez spotkania z niesamowitymi kobietami, dziewczynami. To czas poznawania cudownych osób, to czas wspólnych piątek, rozmów i wsparcia. W zeszłym roku było nas kilkanaście, w tym roku podobnie, robi się więc nas coraz więcej. Tworzymy wspólnie swoją babską małą komitywę, w której jest dużo koloru, uśmiechu i wsparcia. Pisząc te zdania, nie da się w sumie opisać tych emocji. Jest ich dużo i są one przede wszystkim pozytywne. Weekend w poznaniu staje się weekendem po którym potrzeba sporego czasu żeby wrócić do normalnego funkcjonowania 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do mojego startu. Start był w sobotę w samo południe. Tzn o 11, ale przecież to prawie samo południe. Ciepło, totalna lampa, a ja z moja termoregulacją miałam największa rozkminę życia: Płynąć w piance, czy bez?

Wiem, że moje pływanie ostatnio słabo wypada i w sumie ma prawo bo od połowy kwietnia do tak na prawdę 2 tygodni przed poznaniem w wodzie byłam kilka razy. Sieraków, Okuninka, miesiąc od połowy maja miałam zawalone zatoki. Tym bardziej wiedziałam, że pianka na prawdę mi pomoże. Było jednak coś we mnie, co nie chciało jej założyć. Jakaś część mnie chciała poczuć luz, może to umieranie w Sierakowie, duszenie się w wodzie i ścisk sprawiło że nie chciałam jej zakładać. Co gorsza zarówno trener, jak i mądra głowa mąż nie chcieli słyszeć, ani zaakceptować opcji bez pianki. Z drugiej strony Fabisz namawiał do płynięcia bez. Nawet mieliśmy się zakładać, o jakieś głupoty, ale Fabisz długo nie chciał przystać na moje warunki. Dało mi to cudownego kopniaka jak wierzy w to że popłynę dobrze. Taka roztargniona stałam jeszcze i rozgrzewałam się w strefie startowej. Mózg mi już parował, bo wiedziałam że jaką decyzję bym nie podjęła, głowa będzie na nią narzekać. Jak popłynę w piance to będzie źle, bo za ciepło. Jak popłynę bez to będzie źle bo za wolno. Chwilę przed pomyślałam sobie, że jak Ula, faworytka dzisiejszego wyścigu popłynie bez to ja też. Co się wydarzyło? Ula przychodzi do strefy startowej bez pianki, a moja głowa już kipi nie wiedząc co robić.

Na 15 minut przed startem podjęłam decyzję, mądry trener wsparł i kazał wejść na chwilę do wody i się przepłynąć. Trach skok na główkę i przedzierałam się przez złote czepki i czarne pianki. Z wody wyskoczyłam już pewna swojej decyzji. To było to! Czułam luz w głowie i rękach, ciepłą wodę spływającą po ciele, ale nie gotowałam się, byłam wolna. Piankę szybciutko oddałam mężowi i poleciałam na linię startu. W zeszłym roku startowałam z pierwszej linii, w tym cofnęłam się o jedną, w końcu lecę bez pianki i nie w formie pływackiej.

 

START.

Kontrolowany, ale przede wszystkim z uśmiechem na buzi. Decyzja o zdjęciu pianki była chyba, najlepszą z możliwych tamtego dnia. Dało mi to jakiś niewyobrażalny luz psychiczny. Wskakujemy do wody, przez chwilkę zrobiło się gęsto dziewczyny pływają po sobie, ale w parę chwil wszystko się wyrównuje. Pewnie pierwsze 3-4 linie znalazły swoje miejsce i płyniemy juz każda swoim tempem. Oprócz pierwszych kilkudziesięciu- kilkuset metrów raczej nie byłam wyprzedzana, wszystko rozegrało się na początku. Wiedziałam, że płynę wolniej, płynęło mi się tez sporo ciężej niż w piance, to znaczy kosztowało mnie to więcej wysiłku, ciężej się nawigowało w szczególności że do pierwszej bojki płynęłyśmy pod falę. Niemniej jednak płynęło mi się cudownie, co prawda czas był o ponad 2 minuty gorszy z pływania niż w zeszłym roku. Ponadto z wody wyszłam jak na mnie wyjątkowo daleko, bo dopiero jako 7 kobieta, ale to jak bardzo się delektowałam tym pływaniem bez pianki i tą wolnością, było warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Wychodzę z wody, ktoś mi krzyczy jak zawsze która jestem, nie powiem, że się zdziwiłam ( oczywiście  myślałam że jednak jestem choć troszkę bliżej czołówki) Widzę moja rodzinkę i przyjaciół, leci wiec pierwszy potężny uśmiech. Szybciutko pędzę do strefy zmian, która cholera znowu jest pod górkę. Za mną bliziutko biegną dwie dziewczyny, jedna to niejaka Małgorzata, która wyprzedziła umierającą mnie na biegu, druga to Iga, wiem że mocno biega więc muszę uciekać.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Strefa bez pianki zajęła mi kilka sekund, czepek i okularki wrzuciłam do koszyka i w tej samej chwili założyłam kask i złapałam rower. Ze strefy wybiegam już piąta. Powiem szczerze, że byłam pewna że z wody byłam też piąta, ale sts-inaczej pokazuje, może to tylko czas 7-my a wyszłyśmy wszystkie przy sobie. Nie wiem, ciągnąc dalej wsiadam na rower i zaczynam jechać. Pomimo, że wiem że jest przede mną kilka dziewczyn jakoś się tym nie przejmuję. Jadę swoje i wiem, że będę je gonić.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Dzień wcześniej zasypiając już w łóżku słuchałam Ewel i Rafała jak rozmawiali o przygodach na trasach na poprzednich startach. Było ich mnóstwo, opowiadali jak to gubili bidony, jak ktoś się wracał po numer startowy, jak ktoś po bidon, jak któreś źle pojechało albo źle wybiegło. Leżę sobie i myślę, jak to możliwe mieć tyle przygód, „Ja NIGDY takich nie miałam”. Moje przygody ograniczają się do tych z zegarkiem, no ale to zrozumiałe w moim wykonaniu, bo jest mi on chyba po prostu troszkę zbędny na zawodach. No ale zdanie to wypowiedziane w głowie, napędziło tą turbinę ze wszechświata która uruchomiła: mówisz, że nigdy to będziesz miała swój pierwszy raz. Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja kiedy wymówię te słowa na głos, to dzieją się rzeczy dziwne i wszystko sprowadza się do tego żeby mi udowodnić, że to NIGDY właśnie się skończy.

W ten oto sposób mój rower był jedną wielką przygodą. Co prawdą zaczął się pięknie bo w tamta stronę moja predkość zały czas pokazywała ponad 40 km/h, nie chciało mi się wieżyć bo nogi nawet dobrze nie piekły, ale jechałam. Po jakiś pięciu kilometrach wielkie napisy na drodze, SLOW DOWN ! ! ! , NAWRÓT ! ! ! i jaskrawe strzałki pokazujące nawrotkę. No to hej przygodo,  nie widzę totalnie nikogo dookoła, śmierdzi mi to ale, jak byk jest napisane, że nawrotka, więc zawracam. Za chwilę po drugiej stronie ulicy wybiega do mnie jakiś strażak krzyczący nieprzyjemnie że co ja ******* robię ?!? Karze jechać prosto, kolejna nawrotka więc i wracam na trasę, kurna, zła jak osa jestem, mówiłaś że nie masz przygód, a tu proszę się zaczęło. W tym momencie wyprzedza mnie Ula, nawet nie byłam na to zła, bo wiedziałam, że na rowerze jest mocniejsza i i tak zrobiłaby to prędzej czy później. Pewnie, że wolałabym później, ale jest prędzej. Jadę dalej. Prawdziwa nawrotka była jeszcze ponad 5 kolejnych kilometrów dalej. Stało tam faktycznie sporo ludzi i chyba nawet jacyś sędziowie, a napisy najprawdopodobniej były pozostałością z trasy enduro, która startowała rano.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Jadę dalej, na nawrotce widziałam, jak zbliżam się do dziewczyn z przodu. Były w sumie 4, więc teraz dopiero jestem 5-ta. Było widać też dziewczyny za mną, trzymały się dosyć blisko, a może po prostu przybliżyły się przez moje gapiostwo ?? Nie ważne, po nawrotce poczułam, dlaczego jechało mi się tak dobrze. Wiatr walnął w twarz i prędkość pod górkę spadała nawet czasem poniżej 30 km/h. Wiedziałam, że tu muszę wycisnąć z siebie więcej, tak żeby zrobić sobie przewagę. W końcu te za mną są lepsze biegaczki.

1-wsza dziewczynę przede mną dogoniłam stosunkowo szybko. Wyprzedziłam ją, na nawrotce na drugie kółko, gdzie trasa zrobiła się techniczna i nie było mowy o ściganiu, odcięłam się tez od Pań, które jechały za mną, a 3-cią dziewuchę miałam już w zasięgu wzroku. Wiedziałam, że to kwestia czasu. Ale żeby nie było nudno, zaczęło mnie okropnie mdlić, zjedzony żel był prawie spowrotem w gardle, wiedziałam, że tak się dzieje jak jeżdżę z HR-em, który wpijając mi się pod stanikiem w przeponę stymuluje żołądek. I tak w połowie drugiego kółka zaczęłam się motać z HR-em, Najpierw nie mogłam go zsunąć na brzuch, potem odpadł mi czujnik, w końcu rozpięłam cały strój, który mi się zablokował i nie mogłam go zasunąć z powrotem, zerwałam cały pasek, wypadł mi czujnik i jechałam świecąc cyckami przez resztę trasy.

Z tego powodu sporo dłużej zajęło mi dogonienie 3-ciej dziewczyny, ale dopadłam ją wyprzedziłam i do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta. Karolina którą, wyprzedziłam na rowerze w zeszłym roku, nie biegała szybciej. W tym jednak mnie zaskoczyła i już na pierwszym kółku biegowy mnie dogoniła, wyprzedziła i mocno leciała przede mną. Próbowałam się trzymać, ale czułam że jest mocniejsza więc odpuściłam. Wiedziałam, że mam 2 biegaczki za sobą, które mogą jeszcze namieszać, a wolałam mieć siłę do końca niż wyrwać na początku a potem umierać.

Na nawrotce na pierwszej pętli, zobaczyłam jak owe biegaczki mają całkiem spory dystans do mnie, dzielił nas ponad kilometr, a co za tym idzie z 4 minuty różnicy w czasie. Takie endorfiny mnie dopadły, że przez kilometr leciałam na 4:30 🙂

Bieganie raczej było kontrolowane, z uśmiechem. podobno wyglądałam jakbym się w ogólne nie męczyła, ale co wycisnęłam z siebie to moje. Jeszcze dużo mi brakuje żeby nauczyć się biegać tak mocno jak to możliwe. Bieganie u mnie zawsze jest asekuracyjne i nigdy nie umiem doprowadzić się do sponiewierania. Nie umiem wycisnąć z siebie tego więcej, zawsze jestem w swoim komforcie. Jeszcze trochę czasu przede mną więc może kiedyś nauczę się tego.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Na metę wpadłam jako 4 OPEN, z czasem 2:24:57, najpierw myślałam, że urwałam minutkę od zeszłorocznego czasu, ale kiedy zorientowałam się że były to 3, świat stał się na prawdę piękny 🙂

Wpadłam szczęśliwa, że wybroniłam wysokie miejsce OPEN, że pomimo tych perypetii zdrowotnych na początku sezonu, wszystko się wyklarowało, czułam jakąkolwiek moc i siłę i brnęłam do przodu. Wpadłam szczęśliwa, przede wszystkim bo ten start sprawił mi na prawdę ogromną przyjemność, a o to mi najbardziej chodziło.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl
fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

NOWA ŻYCIÓWKA, całkiem niezłe bieganie, MASA PRZYJACIÓŁ, ZNAJOMYCH, KIBICÓW na mecie i na trasie dodawała energii i radości.

 

To był na prawdę udany start. I kiedy tak na spokojnie po wszystkim usiadłam z mężem i gadaliśmy o zawodach, zapytał: ” I co nie żałujesz, że nie założyłaś pianki, pewnie byłabyś 3-cia, bo popłynęłabyś te 2 minuty szybciej?”

Na mecie nie przeszło mi to nawet przez myśl. A dziś zrobiłabym dokładnie to samo, jeśli te 2 minuty miały mi dać tyle radości i swobody jaką czułam, to były warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

 

Do zobaczenia na kolejnych startach.

 

Bio Mama.

 

 

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

Sieraków jest bezlitosny, ale jest też wciągający. Nadal nie rozumiem jak można się tak upodlić na starcie i chcieć więcej. Chyba jest coś w tym, że mam ochotę sprawdzić czy za rok będzie tak samo bolało. Oczywiście nadzieja jest, że nie, ale wiadomo jak to bywa z nadziejami 🙂

Cały wypad był w ogóle bardzo pomysłowy i sam wsobie niezłą przygodą, bo oczywiście miejsc w domkach w OSiR-rze już nie było, a wszyscy znajomi byli zalogowani właśnie tam. Trzeba było więc coś wykombinować. Od razu wpadł mi do głowy pomysł – kamper. Zaprawieni w bojach przyczepowo-półwyspowych jesteśmy więc logistycznie nie było to dla nas żadną nowością. Ba myślę, że było to nawet sporo łatwiejsze logistycznie niż pakowanie naszego samochodu, rozpakowywanie go na miejscu i znowu to samo w drodze powrotnej. Wszystko co potrzebowaliśmy mieliśmy w nowym czterokołowców.

Nie zdradzę wam przy okazji tutaj tajemnicy że właścicielami starego pięknego Volkswagena kampera jesteśmy już od wielu lat, ale za młodu nie było czasu na jego od-restaurowanie, a potem jak rodzinka się powiększyła to nie było już sensu, gdyż byłby on dla nas po prostu za mały.

(oferty kupna można składać pod postem, bo ów kamper stoi i marnieje na polskiej wsi)

Kampera wypożyczyliśmy niedaleko od domu, o jego istnieniu dowiedzieliśmy się całkiem przypadkiem, naprawiając autko w pobliskim serwisie. Ale, że ludzie prowadzący to są super to z miłą chęcią ich pod-reklamuję na blogu.

Chętnych z okolic świętokrzyskiego na wynajem kamperka zapraszam do mercedes-autocentrum w Makoszynie -----> < http://mercedesautocentrum.pl >

 

Kamperka odebralismy w czwartek wieczorem, plan był żeby się zapakować i ruszyć rano, ale skoro całkiem sprawnie sie zapakowaliśmy, a kamper stał pod domkiem to zdecydowaliśmy się że przejedziemy chociaż te 100 kilometrów co by być bliżej naszej destynacji. Do Sierakowa mamy sporo kilometrów i troche nas ta ilość zaskoczyła, kiedy w końcu kilka dni przed wyjazdem spojrzeliśmy się na mapy googlowskie.

Wyruszyliśmy po 21 z domu, nocleg po drodze znaleźliśmy pod Łodzią, trochę dalej niż 100-wka ale było blisko autostrady i w miejscu specjalnym dla kamperów, więc jakoś tak przyjemniej było się tam zatrzymać. I tu znowu podrzucę Wam miejsce bo jest raczej mało znane i możecie je wyszukać dopiero gdzieś tam mocno szukając —- spaliśmy w Moskuliki 46, jest to parking przy prywatnym domu pewnego Pana, który udostępnia to miejsce za darmo dla podróżujących kamperami ludzi. Nie macie tam żadnych udogodnień typu woda, łazienki itp, ale jest piaskownica, huśtawka i dużo zieleni, a właściciele przemili bo mieliśmy okazję z nimi porozmawiać przez telefon. Bardzo przyjemne miejsce, a oprócz tego stoi tam pełno kamperów !

 

 

 

 

 

 

 

W piątek ruszyliśmy zaraz po śniadanku i dojechaliśmy na miejsce koło południa.  Na miejscu okazało się, że niestety pole namiotowe dla kamperów jest spory kawałek od domków naszej ekipy i ekipy TriWawy. Po wielu kombinacjach, rozmowach z panem prezesem, na nie-legalu, ale pod kontrolą, stanęliśmy w końcu przy samym domku prezesa i jego ekipy, czytaj TRIWAWY.

I tu się zaczęło 🙂

Całe trzy dni były mega pozytywne, spędzone w meeega towarzystwie. Zaraz obok domku prezesa był cały i-Sport czyli nasza ekipa trenerska. Sam Sieraków na kilka dni stał się miasteczkiem triathlonowym. Roiło się od samochodów zapakowanych w rowery, od triathlonistów biegających zbierających swoje rzeczy, chodzących z piankami żeby zrobić pierwsze Open Water w tym roku. Gdzie się nie spojrzałeś stali sportowcy, ich kibice i rodziny. Z każdej strony nadjeżdżały rowery, różne, przeróżne, te odpicowane całe oreo, z dyskami i idealnie dobranymi kolorystycznie dodatkami, albo te zwykłe na których każdy z nas zaczynał. Na wszystkie dystanse było zapisanych ponad 2400 osób. Możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedy przez 3 dni w promieniu jednego kilometra przewijała się taka ilość osób, plus ich kibice !

Było bosko. Mój R od razu pomyślał o Hawajach i o Konie, na której takie miasteczko powstaje na tydzień przed startem i zrzesza sporo większa ilość osób startujących plus ich kibice. Już rozumiemy jak można mieć KONA-BLUESA po powrocie z hawajskiej wyspy.

Niemniej jednak przyjechaliśmy tam dla startu, a raczej dla startów, bo każdy oprócz najmłodszego gdzieś startował. Zosia pierwsza zdobywała medal, na biegu dla dzieci.

To był chyba jej taki pierwszy najważniejszy bieg, z chipem na nodze, porządnie wyznaczoną trasą i prawdziwym pakietem startowym. tutaj chylę czoła organizatorom którzy spisali się na medal.  Dzieciaki dostawały swoje naklejki na rowery i kask, numery startowe i chipa. Ponatno dostały mały upominek od JBL w postaci słuchawek i w miarę zdrowe smakołyki, nie wspomnę już o gadżetach które dzieci lubią najbardziej typu plecak, smyczki, rękawy do kibicowania itp.

Bieg poszedł świetnie, widać było małe zdenerwowanie na jej twarzy ale dzielnie całość poleciała sama. Dzieci startowały falowo, nie było więc przepychanek i maluszki startowały z maluszkami a starszaki ze starszakami. Dźwięk gwizdka i w nogi po wyznaczonej trasie. Ja biegłam wzdłuż niej aby pokazać w razie co gdzie ma skręcić, byłam tak wzruszona że nie zrobiłam jej na trasie ani jednego zdjęcia.

Na każdej twarzy widać emocje i zdenerwowanie <3
I tutaj drodzy rodzice jest pole do popisu dla Was. Nie jest trudno zniechęcić dzieci do takich startów. Jest natomiast całkiem trudno nauczyć ich przegrywać, nauczyć ich, że nie muszą być pierwsi, że to ma być zabawa i frajda dla nich. To są jeszcze nasze maluchy jak pójdą w sport wyczynowy będą miały dużo okazji do wygrywania i prawdziwego ścigania. Dajmy im teraz trochę luzu i jak chcą biec wolno, niech biegną wolno, jak chcą skakać do mety niech skaczą, jak chcą lecieć ile sił w nogach niech też to robią, ale nie po to żeby wygrać. Mają jeszcze całe życie na wygrywanie, walczenie, przepychanie się i wyróżnianie z tłumu. Nie odbierajmy im tej dziecięcej beztroski :) 
Dla nich sam start jest tak ogromnym przeżyciem, takim wiadrem emocji, że na prawdę nie ma tam miejsca już na wygrywanie i pierwsze miejsca. Jak się uda super, ale niech to będzie przy okazji :)

Zosia miała tłumaczone przez kilka dni przed startem że nie biegnie żeby wygrać, że biegnie po medal, że ten medal jest najfajniejszą pamiątką jaką może zdobyć. Że to jest zabawa i nauka, bo jak dorośnie będzie umiała startować w zawodach tak jak my. Smutno mi było patrzeć jak takie 5 latki wpadały na metę zapłakane że nie były pierwsze. 

Nasza młoda natomiast po powiedziała, że musi dużo trenować żeby być taką triathlonistka jak my <3 <3 <3
Moje ZŁOTO na mecie <3

 

 

Zosia zdobyła swój medal, czas teraz na nas. Warto wspomnieć o koniu którego wyhodowałam w domu. Mój R wylądował na mecie połówki z czasem 4:35, co jest dla mnie totalnym kosmosem, na czele z rowerem który zrobił w 2:13 ! ! ! Ci co startują wiedzą jaka to wychodzi średnia na 90 kilometrach, Ci co nie startują doinformuję. Chłopak przejechał 90 kilometrów ze średnią 39 km/h. Już teraz rozumiecie dlaczego tak rzadko robimy wspólnie treningi rowerowe :p

Sobota zatem była kolejnym dniem kibica. Tym razem rodzinnie kibicowaliśmy mojemu mężowi, oczywiście nie sami tylko z psycho-fanami TRIWAWĄ. To ile emocji wywołują pośród zawodników jest niezastąpione ! Fajnie jest być częścią tej zgrai. Także sobota była dla ludzi, na mecie cierpliwie czekaliśmy na Fabisza, prezesa psychofanów, Ewel, kobietę którą ciężko dogonić na trasie, mojego R i trenera Adama. Wszyscy z uśmiechem na buzi wlecieli po dobre czasy. Resztę wsparliśmy porządnie na trasie rowerowej i biegowej tworząc własna strefę kibica ! No i rachu ciachu sobota nam minęła.

 

 

UFFFF….

Na szczęście na objazd trasy zebraliśmy się w piątek popołudniu i jeśli ktoś w Sierakowie nie startował a planuje objazd trasy jest absolutnym MUST HAVE tych zawodów. Jeśli nie chcecie się zaskoczyć na zawodach oczywiście. JA dziękowałam mojemu aniołowi, który mnie popchnął żeby po raz pierwszy przejechać trasę. Oj byłabym mocno zdziwiona. Patrząc przez pryzmat opowieści, Sieraków super prosta trasa po ładnym asfalcie, byłabym mocno zawiedziona.

Nie trasa rowerowa nie jest prosta. Nie trasa rowerowa nie jest tylko po pięknym asfalcie (choć w dużej mierze tak). Nie trasa rowerowa NIE JEST ŁATWA! Ale to właśnie dzięki temu jest mega ciekawa i  bardzo satysfakcjonująca.

Po sobotnim starcie nie wiele było czasu dla siebie. Było go jednak na tyle dużo, że na spokojnie okleiłam sobie rower, większość rzeczy dotyczącą trasy i stref zmian wiedziałam kibicując długiemu dystansowi, niby wszystko wiedziałam ale jakiś niepokój siedział we mnie cały wieczór. Sobota się kończy wszyscy świętują, winko się leję, a ja po totalnie nieprzespanej wcześniejszej nocy (dziękuję synu 🙂 ) padam przed północą. Pewnie wiele ciekawych rzeczy mnie ominęło, ale sen był równie cudowny. Wyspana, dalej kaszląca i z zatkanym nosem wstałam, ogarnęłam śniadanko dla dzieci. Sama po kryjomu zjadłam białą bułę z dżemem, napiłam się kawki i ruszyłam do strefy zostawić rower.

 

„SIERAKÓW WITA TRIATHLONISTÓW”

 

Oj duża ta strefa, duża, trafiło mi się fajne miejsce na zewnętrznych wieszakach więc łatwo było zapamiętać. Rowerek gotowy, koła napompowane już wcześniej przez mojego najlepszego serwisanta na świecie, bidony na miejscu nic tylko pocałować ta różową ramę co by grzecznie czekała i wrócić do ludzi. Kamperek stał jakieś 5 minutek drogi od strefy zmian, nie wiele mieliśmy więc do chodzenia. Wróciłam do dzieciaków i Rafała ubrałam się w strój startowy, pianę i ruszyłam nad wodę. Tam szybka rozgrzewka z trenerem, buziaki od dzieciaków i R i jazda na start.

 

Pisząc w skrócie relacje z samego wyścigu mogłabym napisać tak: Na pływaniu umarłam, nie wiem jak nie wiem skąd, na rowerze zmartwychwstałam po to aby podwójnie umrzeć na biegu. I o tyle, takie słowa w sumie idealnie opisywały by mój Sieraków, ale jeśli chcecie więcej i nie macie już dość powiem kilka słów więcej.

START. 

W wodzie na prawdę umarłam, nigdy nie przeżyłam takiego czegoś. Ok może przeżyłam, za młodych lat jak na bardzo ważnych zawodach potrafiło mnie przytkać ze stresu. Ale tu była to jakaś podwójna siła, która nie pozwalała normalnie funkcjonować w wodzie. Woda zimna, ok zatkało mnie na wejściu i to bym rozumiała gdyby nie to że to zatkanie trzymało mnie do ostatniej bojki, powiedziałabym wręcz że do samego końca.

Ja weteranka pływania rzadko kiedy pływam open water na 2 oddechy, zazwyczaj swobodnie oddycham co 3, na zawodach również,  tu miałam ochotę uskutecznić metodę na co 1 oddech. TO co przezyłam to moje, myslałam, że młucę przez tą wodę jak topielec, wszyscy mnie wyprzedzali, a ja totalnie nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Pomiędzy 2 a 3 bojką, regularnie przechodziłam do żabki aby uspokoic oddech, ale to nic nie dawało. Całość przepłynęłam oddychając co 2 i kiedy raz spróbowałam zrobic oddech co 3 myślałam, że się utopię. Rozumiem już tych których w wodzie zatyka ze stresu przed potworami i rezygnują z dalszego płynięcia. Moja głowa też mi raz podpowiedziała, że może jednak lepiej wyść z wody, ale zdrowy rozsądek wiedział że to stres i mam nadzieję chociaż w minimalnym stopniu zimno. Bo inaczej wole sobie tego nie tłumaczyć.

Woda dłużyła się okropnie, z każdym oddechem miałam wrażenie, że utonę, ale zaczęłam się skupiać na jeszcze jednym wdechu, jeszcze jednym wdechu i tak dobrnęłam do końca. Nigdy nie czułam takiej ulgi wychodząc na ląd.

Tam czekał na mnie 700 metrowy podbieg, oj Sieraków lubi te górki i podbiegi. Nie spinałam się na nim zbyt mocno, lekko, powolutku poleciałam po rower. Szybkie ruchy w strefie i kilka chwil później wybiegam do belki rowerowej. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie była tak bliziutko jakby się chciało. Biegliśmy po krawężnikach, przez kawałek lasku żeby przez jeszcze sto metrów lecieć po asfalcie do głównej drogi.

Jest belka. Wsiadam na ROWER. 

Tutaj wiedziałam czego się spodziewać, tutaj tez chciałam wyciągnąć z siebie maksimum. Na rower wsiadłam jako 4 ta kobieta, na pierwszej pętli dociągnęłam do 3 -ciej zawodniczki. Dosyć szybko i sprawnie ją wyprzedziłam, wyprzedzałam też niektórych panów, z niektórymi co chwilę się wymijałam, tak to jest kiedy zawody są bez draftu a każdy próbuje utrzymać swoje.

Jechało mi się cudownie, nie był to dzień konia, ale było ekstra. Na górkach dociągałam do górnych Wattów, na zjazdach pedałowałam tak by zyskać jak najwięcej. Rower był mega dynamiczny, cały czas się coś działo. Pierwsze kilka kilometrów, jest dosyć krętę, na początku czeka na ans tez chyba najdłuższy, najstromszy podjazd. Jednak nie na tyle stromy i długi by zrzucać się z blatu, ale na tyle stromy i długi że na drugim kółku musiałam podnieść dupsko z siodełka żeby nie utracić swojej kadencji. Jechałam i jechałam, żadnej dziewczyny nie widziałam ani przed sobą ani za sobą. Po kilku kilometrach wpadamy faktycznie na cudowny nowiutki asfalt, który tak na prawdę jedziemy dalej resztę kółka. Całą trasa jest pagórkowata, raz w górę raz dół. Trzeba jechać na tyle mocno w dół, żeby potem było jak najłatwiej w górę. Obok moich PSYCHOFANÓW przejeżdżam ponad 40 km/h, oj tak co by myśleli że całość pędzę tak mocno 🙂

W drugiej połowie drugiego kółka dogania mnie Ula, dziewczyna która wygrała Super League w Poznaniu w zeszłym roku. Jest prędka, ale nie aż tak prędka żeby zniknąć mi z oczu w sumie do końca trasy rowerowej. Wpadam chwilę za nia do strefy zmian, a mój R krzyczy, że mam tylko minute starty do pierwszej babki. WOW

WOW.

Na prawdę byłam z siebie dumna. na takiej imprezie polecieć tak rower to było coś. Co prawda w ogóle nie interesowało mnie jaką mam stratę do pierwszej dziewczyny bo wiedziałam że na tym biegu jej nie dogonię, no chyba że by mnie ktoś podwiózł na rowerze 😉 Ale miło było usłyszeć, że i trener i on mają wrażenie, że jeszcze mogę coś tu ugrać <3 Dzięki chłopaki !

BIEG. Może być krótko ?? Umarłam dwa razy. Pierwsze dwa kilometry leciałam, w dobrym tempie, czekając na te podbiegi. Nawet mi ten szutr i piach tak nie przeszkadzały. Potem nagle zaczął się podbieg, najpierw taki przedsmak malutki króciutki w piachu ale stromy. Na 4-tym kilometrze dotarłam do wisienki na torcie. Najpierw stromy podbieg, żeby później zobaczyć że jest jeszcze stromszy podbieg. Można by go porównać do serpentyn w Alpach po których wspina się na rowerze. Takie coś pomniejszone do skali biegania i człowiek zamiast roweru. Sierakowska umieralania, no chyba że się jest biegaczem górskim to możecie to sobie nazwać inaczej, ja tam umarłam. DWA RAZY.

Zleciał ten bieg szybko, ale w bólu, na drugim kółku miałam ochotę się już tam zatrzymać. Nie dość , że boli to jeszcze co jakiś czas na dobitkę wyprzedzają mnie damskie nogi. Czy one są tak wytrenowane na górkach ? Czy ja nie mam siły, bo jestem cienias ?! Deprymujące jest spadanie na kolejne to pozycje dół w tak krótkim czasie, ale musiałam to zagryźć i lecieć do końca.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Z 4 miejsca spadłam na 9-te i nie, nie jestem zadowolona z siebie, ale wybrzydzać tez nie będę.  Może te ambicje są gdzieś za wysokie i nie ma co stawiać sobie poprzeczki tak wysoko? Z drugiej strony jak mam nie stawiać jak jestem sportowcem z krwi i kości !?

Szczęśliwie udało mi się utrzymać 3 msc w swojej kategorii. Na metę doleciałam z czasem 2:30…. Dumna z roweru, załamana pływaniem i zdeprymowana bieganiem. Niemniej jednak start był udany, dostałam w tyłek tak jak nigdy, a jednak chcę więcej i wracam tam za rok !

 

A ty ?!

Dobrnąłeś do końca i lecisz ze mną do Sierakowa za rok ?! 🙂

Agnieszko dziękuję za zawieszenie medalu, taki smakuje podwójnie.

Dziękuje firmom, które mnie wspierają:

i-Sport platformie treningowej <3

On Running Polska za buty w których biegam najszybciej jak umiem :)

CEP Polska za pomoc w regeneracji i dbanie o moje nogi

Eko Farmie Świętokrzyskiej za dbanie o mój brzuch i brzuch mojej rodziny <3 

I Wam wszystkim którzy nie raz wykrzyczeli moje imię na trasie dodając otuchy i powera dzięki któremu urywałam kolejne sekundy. TO w dużej mierze wy się przyczyniliście do tego wyniku :) 
Niestety nie umywacie się do buziaków i piątek od moich dzieci, ale te są niezastąpione <3 <3 ;) ;)

Do następnego razu.

 

Bio Mama.

 

 

 

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

TRIATHLON

MALBORK 2018, 1 KOBIETA NA MECIE ! ! !

Malbork.

No i TRACH…

 

Tak to się robi!

Jedzie się na spontanie z luźną głową, uśmiechem na buzi i bez spiny na jakikolwiek wynik czy miejsce i wszystko kończy się TAK !

41378795_1168593513287702_1575633998355365888_o

Jestem sportowcem, więc starty aby wystartować nie istnieją.  Zawsze ambicje przejmą pałeczkę i dorzucą ściganie się do każdego wystąpienia. Jak już jestem na linii startu, to ogarniam to moje całe ciało i próbuję wycisnąć z niego tyle co w danym momencie jestem w stanie.

Do Malborka nie planowałam przyjechać jako zawodniczka, ale około 2 tygodnie przed odkupiłam pakiet startowy od przyszłej mamy (powodzenia !) Pakiet można było bez problemu przepisać i w ten oto sposób Malbork stał się kolejnym celem sportowym w tym roku.

Na szczęście mam już nad sobą trenera,a właściwie trenerkę <i-Sport> która bardzo szybciutko po przestawiała moje treningi tak żeby podtrzymać formę i wystartować jeszcze w gazie. Wiadomo że od Poznania który poszedł mi dokładnie tak jak chciałam zawsze jest ta nutka która krzyczy więcej, jeszcze, szybciej. Chciałam pojechać rower troszkę mocniej pobiec podobnie a na pływaniu w ogóle się nie skupiałam, bo pomimo formy życia na basenie, na zawodach jakoś mi to szło jak zawsze. Dobrze ale bez szału. Wypad do Malborka bez dzieci. Już tu, zaczęło być to mega frajdą. Drugi mój start w życiu gdzie nie ogarniałam strefy zmian z dzieciakami pod pachą i pierwszy w życiu odkąd zostaliśmy rodzicami tylko z mężem!

Czuliśmy się jak na pierwszej randce, ogromna ekscytacja. Wszystko było na spokojnie, ja z totalnie luźna głową, bo przecież tylko siebie mam do ogarnięcia. Czuliśmy się jak na wakacjach, jak studenci za starych bezdzietnych czasów. Dzieciaki zostawiliśmy z babcią. Zazwyczaj lubię ich brać ze sobą, ale raz na jakiś czas odmiana nam też się przyda. Poza tym pbudka była o 5 rano, wyjazd chwilę po. Do Malborka musieliśmy dojechać na 7, bo odbiór pakietów był do 7.30, na zamku. Szkoda było mi ich targać o tak wczesnych porach żeby koczowali z nami od rana do wieczora. Dotarliśmy do Malborka, szybka akcja z odebraniem pakietu, szybki skok do strefy zmian a tam… masa znajomych, znajomych buzi i fajna atmosfera.

ZACZĘŁA SIĘ ZABAWA.

 

Po Kraśniku miałam mocny tydzień treningowy. Natomiast kolejny był małym odpuszczeniem które kończyło się właśnie zawodami w Malborku. Mocny tydzień dał w kość, ale że podczas tygodnia odpoczynku głównie „wakacjowaliśmy” to raczej skupiłam się na byciu mamą, niż triathlonistką. Wpadł jakiś tam rower, jakieś tam delikatne bieganko, ale o pływaniu prawie zapomniałam. Nie miałam pojęcia, więc w jakiej dyspozycji jestem, w co celować i na co się nastawiać.

Poza tym bez dzieci wszystko było jakieś takie spokojniejsze. Myślałam o sobie nie o nich, nie stresowałam się, tylko już przed startem dobrze się bawiłam. Korzystałam z chwili, cieszyłam się że tam jestem. Zrobiłam rozgrzewkę, założyłam piankę, dostałam odwiecznego przedstartowego buziaka od męża kibica i poszłam na start.

malbork0173

PŁYWANIE.

Rolling start, zdarzyło mi się startować z tobą tylko dwa razy, ale kocham Cię od pierwszego spotkania. Nie lubię pływać w pralce, chyba nikt nie lubi, ale ja mam traumę z dzieciństwa i podwójnie wkurzają mnie ręce ocierające się o moje nogi. Pamiętam jak na treningach zawsze wkurzaliśmy się na tych co zamiast ruszyć dupę i wyprzedzić pływali i „lizali” po stopach, czekając aż ktoś się zatrzyma i ich przepuści. Nie rozumiałam tego za tamtych czasów i nie rozumiem tego do dziś. Rozumiem że pływają inni w nogach, rozumiem że niektórym ciężko się nawiguje i wpadną na mnie od czasu do czasu, ale NIENAWIDZĘ jak ktoś bezczelnie płynie w moich nogach i zamiast wyprzedzić napływa na mnie i jedzie rękoma już od prawie łydek czekając nie wiem na co, wybijając z rytmu i ciągnąc mnie prawie do tyłu. JA TEGO NIE ROBIĘ.

Niemniej jednak ROLLING START W Malborku to był strzał w dziesiątkę. A pływanie jakimś totalnym kosmosem, na które czekałam cały sezon. Po raz pierwszy skupiłam się nie na szybko i mocno, tylko na technice. Wiedziałam, że przez cały sezon spinając się na lepsze pływanie nic nie ugrałam, więc teraz też byłam pewna, że z tego nic nie wyjdzie. Odciągając głowę skupiłam się na technice, dobre pociągnięcie i radość, która towarzyszyła już od samego wejścia do wody. Wszyscy zawodnicy bardzo kulturalnie wskakiwali do wody, nie było przepychanek, każdy po kolei przebiegał przez belkę i siup do Nogatu. Piękne widoki, tłum ludzi stojących na kładce i obserwujących czy ich zawodnik już wskoczył czy jeszcze nie 🙂 Wpadłam do wody gdzieś z przodu, widziałam koło mnie na starcie tylko jedną dziewuchę, reszta ustawiła się gdzieś z tyłu. Zastanawiałam się żeby wejść do wody trochę bardziej z tyłu strefy żeby dziewczyny mieć przy bliżej siebie i mieć jakieś odniesienie gdzie są one a gdzie ja. Dość szybko wybiłam to sobie z głowy. Olałam dziewczyny i konkurencję i stwierdziłam, że lepiej płynąć tam gdzie moje tempo niż przepychać się z tyłu przez wszystkich.

41509722_1170411893105864_5596491860139835392_o

Wpadam do wody, wysyłam ponętny uśmiech do męża stojącego na kładce, widzę że mnie widzi i robię swoje. Bez pośpiechu swoim tempem, a jednak wyprzedzam. Widzę damską głowę która koło mnie gdzieś startowała, spokojnym tempem ją wyprzedzam, zresztą jak wiele innych osób, ale nie skupiam się zbytnio na tym. Próbuje porządnie nawigować, i płynę spokojnie swoje. Wiem że dobieg do strefy zmian który ma z 200 metrów wliczony jest w pływanie. Próbuje zapamiętać, żeby wyłączyć zegarek zaraz po wyjściu z wody tak aby w końcu jakoś miarodajnie zobaczyć jak szybko, lub jak wolno pływam. Pierwszy zakręt i lecimy prosto na zamek, drugi zakręt, pusto na bojce w końcu mogę to robić kraulem, a nie po swojemu żabą i prawie pod bojką. Płyniemy z powrotem do wyjścia, po prawej stronie widać czerwone mury największego zamku na Świecie. Rzeka, zamek i cała rycerska otoczka na prawdę robią wrażenie.

Pogoda jest raczej chłodna niż gorąca nie skupiam się na moczeniu głowy w Nogacie przed wyjściem z wody. Wyjście jest wąskie i z bardzo głębokiego dosyć szybko robi się płyciutko więc szkoda mi czasu i kombinowania z zamaczaniem głowy, wybiegam więc w czepku na głowie i okularkach, które zrywam zaraz po wyjściu z wody. PYK przełączam zegarek i chyba po raz pierwszy w życiu udaje mi się go prze-klikać zaraz po wyjściu z wody a nie gdzieś w połowie strefy zmian. PAMIĘTAŁAM!

Garmin pokazał mi ciutkę ponad 1000 metrów na pływaniu, które pokonałam w 15:05 minut, co dało mi średnią 1:29 min / 100 m !!! Jeszcze nigdy nie popłynęłam tak szybko na zawodach. Długo nie chciałam uwierzyć w to co widziałam na Stravie, czy garminconnect, ale wszystko jest tam wypisane jak byk. Powoli zaczynam wierzyć w te cyfry.

Gdzieś przy strefie słyszę Rafała dopingującego. Krzyczy żebym pamiętała o kasku i o jego zapięciu. Wiedział że miałam kare w poznaniu za to i wolał przypomnieć. Szybka strefa rachu ciachu i już mam rower w ręku, kask na głowie i biegnę do belki. Razem ze mną wybiega jakaś dziewczyna, oczywiście nie mam zielonego pojęcia skąd się tak szybko wzięła koło mnie, bo gdy ja byłam przy rowerze, „ONA” dopiero wybiegała z wody  i pomimo że robiła to w jakimś kosmicznym tempie sprinterskim, to i tak miałam wrażenie że ktoś przewinął do przodu jej strefę zmian o dobrą minutę.

 

ROWER.

malbork0776

Rower to była niespodziewajka. Założeń na rower nie miałam żadnych,  to znaczy miałam. Miało być MOCNO, ale bez patrzenia na watty. Pomimo, że oszukiwałam i delikatnie kontrolowałam to co na rowerze się dzieję z wattami <przepraszam Pani trener jeśli to czytasz> ale za to miałam luźną głowę i wattów na przekór tego jak się czuję, kurczowo nie trzymałam. Trasa rowerowa była płaściutka jak lustro, nawet w Poznaniu wydaje mi się że było więcej wzniesień niż tu. Liczyłam więc na fajną średnią z roweru, ale….

Tu się zaczyna. Trasa super, ale wiodąca przez puste pola, a co za tym idzie wietrznie. Wiatr wiał od początku roweru, ale w mieście nie wydawał się taki silny. Na rozległych polach, przez które prowadziła trasa kolarska czuć było go dosyć mocno, a jak nie czułam go na buzi, to widziałam go na liczniku, na wattach i przy prędkości. Dziewczyna która na rower wypadła równo ze mną, trzymała mocne tempo. Usiadłam jakieś 20-30 metrów za nią i próbowałam nie powiększać jej przewagi. Jechaliśmy i jechaliśmy, w tamtą stronę przekręciłam nogą o dobre 10 Watt więcej, niż założenia na poprzednich zawodach. Pomimo to średnią ledwo co utrzymywałam w granicach 33 km/h. Wiedziałam, że jest pod wiatr, ale trochę nie chciało mi się wierzyć, że aż tak. Jechałam swoje i nie pozwalałam sprinterce ze strefy się ode mnie oddalić. Chwile przed nawrotką koło 20 kilometra, widziałam że ewidentnie zbliżam się do dziewczyny przede mną. Nie lubię na zawodach bez draftu wyprzedzać się na zmianę z kimś, utrzymując oczywiście dozwolone metry. Ale tak czy siak czuję się wtedy jak niektórzy kierowcy jadący po autostradzie i wyprzedzający samochód który od czasu do czasu zwolni o 1 km/h. Jeśli rozumiecie o co chodzi. Chciałam zaoszczędzić nam tego wymijania.

Jej tempo jednak mocno spada, a mi watty lecą w dół, decyduję się więc na wyprzedzanie. Byłam ciekawa czy to taktyczne zagranie, czy raczej zbyt mocny początek. Wymijając ją zapytałam czy puchnie, czy próbuje mnie taktycznie zajechać. Na co ona z uśmiechem odpowiedziała, że jest ze sztafety i się ze mną nie ściga. Teraz wszytsko kliknęło. Nagle było zrozumiałe dlaczego tak szybko ze strefy zmian wystrzeliła ONA, a tamta ONA takim sprintem leciała do strefy zmian. ( a już się bałam że to jakaś turbo biegaczka której nawet potu nie zdążyłabym powąchać jakby mnie wyprzedzała na biegu)malbork0239

 

Kamień z serca, że to nie jakieś taktyczne zagrywki których ja nie znam i z których nie umiem się wybronić. Jadę dalej swoje, nawet bez odwracania się czy jest gdzieś blisko mnie czy nie. Po nawrotce WATTY, nagle mocno spadły a ja nagle leciałam co najmniej 38 km/h. Na prawdę wiało. Rower pojechałam dobrze, pewnie z powrotem mogłam mocniej, ale chyba zawsze mam wrażenie, że mogłam trochę mocniej. Powrót był przyjemny bo, nie czułam zmęczenia, powiedziałabym nawet że fajnie się jechało tak szybko i tak luźno. Dobijałam do średniej 35 km/h, która jest już dla mnie przyzwoitą średnią i jak tam dobiłam to byłam już szczęśliwa. Rower wyszedł mi podobnie jak w Poznaniu 1:17.

 

Schodząc z roweru pojawiła się koło mnie kolejna kobieta, co było znowu jakąś nierealną sytuacją, ale ja ostatni często mam takie więc zupełnie na niej się nie skupiałam tylko leciałam swoje. Schodząc z rower ktoś mi krzyknął że jestem druga. Na wybiegu z T2, ktoś krzyknął, że jestem 3. A ja śmiejąc się dodałam, chyba pierwsza.

41516677_2133754550219132_4342544117616607232_o

BIEGANIE.

 

Wybiegając z T2 nie znalazłam mojego wiecznego kibica, stali natomiast chłopaki z TRIATHLON KRAŚNIK TEAM, filmujący i dopingujący mnie z mega uśmiechami. Ponieważ znamy się nie rok nie dwa, znowu totalnie wyluzowałam się i wbiegłam na trasę biegową z uśmiechem i bez spiny. Dzięki !

Po przebiegnięciu przez kładkę, stali kolejni #psychofani, czyli cała TRIWAWA i mój mąż. Darli się, komplementowali i kazali nie patrzeć na zegarek tylko biec swoje. Trochę posłuchałam, trochę nie. Na zegarek patrzyłam, ale biegłam swoje. Biegło mi się cudownie. Traska w cieniu przez park, trochę byłam zaskoczona nawierzchnią, bo biegliśmy po mocno utwardzonym szutrze, ale nie przeszkadzało żeby trzymać tempo. Miałam nadzieję, że trasa wiedzie tam i spowrotem, bo nie ukrywam, że start na spontanie i trasie biegowej na mapie nie przypatrywałam się za bardzo. Pierwsza nawrotka malutki, ale stromy podbieg i lecimy dalej. Tutaj szur miejscami był troszkę bardziej piaszczysty, ale nadal nie przeszkadzało mi to w trzymaniu tempa. PIerwsze 3 kilometry leciałam na 4:45 min/km i może udało by mi się to utrzymać gdyby nie zaczęła się trasa widokowa i kocie łby. Wypadamy z parku biegniemy trochę po chodniku, po prawej stronie cały czas widać zamek.

Wbiegamy gdzieś w jedna z jego części, robimy nawrotkę, przebiegamy po drewnianym mostku, potem trasa leci w głąb zamku przez bramę, na drugą stronę.

malbork1150

Totalnie nie mam pojęcia już po której stronie jestem, ale gdzieś tam znowu mamy nawrotkę i zbiegamy tym razem do fosy. Tam nawierzchnią jest trawa i kamienna droga, znowu wypadam z rytmu i tempo jest urywane. Siła w nogach jest, ale ja, leszcz begowy nie bardzo sobię radzę tymi cienkimi stópkami na kamieniach i kocich łbach. Nie biegam po tego typu trasach i nie umiem po takim czymś biegać. Tempo więc troszkę spada, mija mi już ponad 6 kilometrów,a ja dopiero na nowo wypadam w okolice moich psychofanów. Wiem, że trasa będzie ciut dłuższa i nastawiam się na to bo bieganie dla mnie zawsze jest trudne i wolę się mile zaskoczyć, że będzie krócej niż płakać na koniec, że to jeszcze nie koniec. Dobiegam do Rafała, on w swoich japonkach człapie pare metrów przy mnie i mówi że jestem pierwsza i że nie wiedza jak daleko jest następna dziewczyna, ale na pewno daleko. Ja mówię że rolling, strat i że jeszcze na mecie mogą mnie dobiec, a on że kolejna jest za 10 minut i nie ma takiej opcji. Biegnę uśmiechnięta, ale trasa mnie męczy i bieganie nie jest już na totalnej świeżości i luzie. Niemneij jednak wiem, że zostało tylko 5 kilometrów, a z tym sobie dam radę.

41537168_2133754556885798_3301690924081348608_o

Trochę zwiedzam trochę obserwuje innych, trochę się uśmiecham, trochę boli. Turyści ze słuchawkami na uszach dopingują w rożnych językach. Zakręt za zakrętem, brama, kolejny zakręt i zbiegam do fosy. Przebiegam przez fosę słyszę, jakiś doping, głos spikera i mikrofon i cieszę się że to już. Zegarek pokazuje już ponad 10,5 kilometrów. Meta jest jeszcze za kilkaset metrów, trasa więc była dłuższa, tak jak mi się wydawało. Dobieg na metę biegnie wzdłuż murów zamkowych, wolontariusz wskazuje drogę na metę.

JESTEM.

 

JA.

 

PIERWSZA KOBIETA.

malbork1787

 

ZWYCIĘŻCZYNI NA 1/4 IRONMANA W MALBORKU !!!

 

cof

Wyłania się META i ta biała taśma, o której zawsze marzyłam żeby ją złapać i podnieść nad głowę jako zwyciężczyni ! Nie myślałam, że to zdarzy się dziś, nie myślałam że jestem na tym poziomie. Cały sezon utrzymywałam się w pierwszej 4 OPEN, ale nie przeszło mi przez myśl (ok, no przeszło że fajnie by było,ale …), że w tym sezonie uda mi się wygrać i to na takiej dużej i popularnej imprezie w Polsce.

Wbiegam na metę, po raz pierwszy od wielu wielu startów na prawdę się wzruszyłam. Poczułam, że to wszystko zmierza w dobrym kierunku i choć moja konkurencja startowała kolejnego dnia na 1/2, to i tak czułam się jak prawdziwa zwyciężczyni!

Na mecie wszyscy mnie wyściskali, przybili piątki, zaraz wzięli mnie do mikrofonu, potem na wywiad do internetu. Potem jedno radio, drugie radio, jakaś lokalna telewizja i tak dalej. Przez dobre 15 minut czułam się jak Daniela Ryf, w polskim wydaniu. Super emocje, super impreza, mega pozytywna i bardzo zachęcająca do kolejnych startów.

cof

Pomijam już fakt, że triathlon w Malborku jest magiczny choćby przez samo miejsce w jakim rozgrywają się zawody, ale ludzie robią klimat. I tak jak Triathlon w Kraśniku rozkochał mnie w sobie, tak samo Malbork będę wspominać bardzo pozytywnie przez jeszcze baaardzo długi czas.

malbork1845

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

MAM TO ! Pierwsza wygrana w triathlonie. Nie wiem czy życiówka, ale jak nie życiówka, to czas zbliżony do czasu w Poznaniu, czyli 1/4 Ironmana i 2:27. Kolejna życiówka wybiegana na 10 kilometrów, pomimo tak trudnej trasy i końcowych cyfr na bieganiu, które pokazało mi ostatecznie około 10 km i 800 metrów.

 

fbt

A na mecie, zaczepił mnie taki triathlonista. Mega pozytywna postać, niesamowity człowiek i oprócz tego że super gotuje, całkiem niezły triathlonista. Jeszcze trochę musi potrenować, żeby mi skopać tyłek, ale drepcze po piętach więc może być z siebie dumny! 

Brawo Karol masz u mnie kolejną porcję ciacha! :)

 

ZAPRASZAM WAS DO MALBORKA!

Jak to organizatorzy piszą, żeby posmakować jak smakuje Polski triathlon trzeba wystartować w Malborku. A pogoda była idealnie triathlonowa, więc chyba zamienili się famą z Kraśnikiem 🙂

KONIEC SEZONU Z PIERDOLNIĘCIEM ! A CO !?

malbork3169

Biegająca Bio Mama.

 

 

Triathlon Energy, triathlon wygrywa się bieganiem, a może głową ?!

POLECANE TRIATHLON

Triathlon Energy, triathlon wygrywa się bieganiem, a może głową ?!

Triathlon wygrywa się bieganiem.

Nie raz słyszałam ten cytat, jednak nigdy nie udało mi się do niego ustosunkować. Ja triathlony wygrywam pływaniem i rowerem, a bieganiem tylko utrzymuje pozycje, albo próbuje bardzo na nim nie spaść.

 

Dzisiaj mogę napisać, TRIATHLON WYGRYWA SIĘ BIEGANIEM, a może głową ?!

 

37701981_2023354024647674_5299313963303960576_o

No właśnie.

Moja głowa od początku nie była dobrze nastawiona na ten start. Trochę przez naciągane papier, nożyce , kamień, trochę przez to że nie miałam dobrych treningów przed. Trochę przez to że po górach z dzieciakami nie odpoczęłam i wpadłam w wir pracy od razu po powrocie do domu. Nie dosypianie, słabe treningi, brak mocy, wszystko sprawiło że nie czułam się mocna i gotowa do walki. Ale to ja zostałam wytypowana do reprezentacji rodziny więc trzeba było się zmierzyć z celem.

Super start na początku lipca w Poznaniu myślę, że też postawił poprzeczkę dużo wyżej. Kosmiczny bieg w moim wykonaniu, mocny rower i świetne pływanie, pokazały że stać mnie na naprawdę wiele. Cały czas żyje tym startem, cały czas o nim myślę. Niestety też cały czas mam wrażenie że powinnam się polepszać i każdy kolejny start chcę zrobić lepiej. Poznań podniósł poprzeczkę bardzo wysoko, wczoraj nie byłam w stanie temu dorównać. Nie te trasy, nie ten asfalt, nie to bieganie, ale walczyłam jak lew do KOŃCA!

 ****

RODZINNY WYPAD

Nie wiem jak macie Wy, kiedy jeździcie na imprezy sportowe. Nie wiem czy wolicie samemu, z dzieciakami, czy tylko z mężem, lub żoną. My zazwyczaj robimy z tego rodzinny wypad do nowego miejsca. Na parę dni przed jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie będziemy spać, kto startuje, bo pakiety mieliśmy obydwoje kupione i czy w ogóle pojedziemy. Rafał liczył na pomoc siostry, ale one uciekła nam do Włoch, ja miałam nadzieję że ktoś z naszych bliskich znajomych zapakuje się z nami i też wystartuje, ale tam podziały się turbulencje. Zostaliśmy więc sami.  Zdecydowaliśmy, że szkoda tracić dwa pakiety, niech chociaż jedno wystartuje. Naciągane papier nożyce kamień wytypowało mnie do reprezentowania rodziny. W środę zapadła decyzja, że jedziemy. Moja zdeterminowana osobowość po piątym telefonie do hotelu, załatwiła nam pokój za 209 zł, z obiadokolacją w dniu przyjazdu, śniadaniem w dniu wyjazdu i nielimitowanym dostępem do basenów dla całej naszej 4-rki, a baseny wygladaly na prawde przyzwoicie na zdjęciach !!!!

Nie mogło być nie fajnie.

Bełchatów sam w sobie mnie zaskoczył. Ładny rynek/deptak z przyjemnymi knajpkami, na którym była strefa zmian i meta wyścigu. Okolice natomiast mocno wiejsko-przemysłowe, z hotelem WODNIK nad gorącym jeziorem, akwenem pływackim Słok. To był właśnie nasz hotel. Stary, z zabarwiona już czasem elewacją. Zamiast aqua parku który sobie wyobrażaliśmy, 25-metrowym basen do trenowania, i ogromny brodzik, płytki basen z ciepłą wodą dla dzieci, paroma biczami i króciutką ślizgawką. Idealnie głęboki, taki żeby dzieci mogły pływać ale też stanąć i czuć się swobodnie w wodzie. Obok prawie 100 metrowa rura czyli frajda dla wszystkich. Niby nic, a mam wrażenie że dało to moim dzieciom tyle radochy niż niejednej idealny park wodny!

Hotel położony jest nad samą wodą, zaraz obok jeziorka i w środku lasu, zza którego wystają było tylko buchające gorącą parą, ogromne kominy Bełchatowskiej elektrowni. To nie była klimatyczna agroturystyka, z wege jedzeniem, własnym winem i leśnym SPA. Hotel moloch, trochę jak człowiek orkiestra, bo wiele się działo ale nie do końca wiedzieliśmy o co dokładnie w tej całej infrastrukturze chodzi, ale z tak przesympatyczną obsługą, skierowany na klienta, że dla samych ludzi i miłej atmosfery chce się tam wrócić. Nic nie było problemem: baseny po godzinach, pies bez zapowiedzi, dzieci bez dopłaty z dostawką czy bez. Czułam się tam jak prawdziwy gość hotelowy, a nie intruz, co ostatnio dało nam się odczuć w Okunince.

****

ALE DO STARTU…

 

Start o fajnej godzinie, 10.30. Nie trzeba zrywać się na nogi z samego rana. Można spokojnie zjeść śniadanie, wypić kawę i przetransportować się do strefy zmian. Jak to zwykle na imprezach Triathlon Energy bywa, tym razem też strefy były 2 strefy i worki. Te worki nie do końca mi leżą, bo są zdecydowanie dłuższymi strefami zmian, ale są do ogarnięcia więc bez większego stresu zapakowałam je na miejscu.

Worek w T2 zostawiłam dzień wcześniej, zaraz po tym jak odebraliśmy pakiety. Strefa T2 była w centru Bełchatowa, start i T1 jakieś 14 kilometrów dalej. A właściwie bliżej nas, bo przy samym hotelu. Dlatego T1 zostawiłam sobie na dzień startu. Drugą strefa zmian z dzieciakami nie była możliwa do ogarnięcia w niedzielę.

Śniadanko zjedliśmy wspólnie, chwile później ja uciekłam do strefy zmian zostawić rower, tak żeby mieć jeszcze na spokojnie czas się rozgrzać, wrócić po przedstartowego buziaka i odziać w czarny kombinezon, zwany pianką. No i zaczęło się. Moja głowa od początku była nastawiona na NIE, a takie historie NIE pomagają. Pompując koło, tak o wypada mi … wentylek. Całe powietrze schodzi z koła i … po prostu nie wiem co dalej. Czy trzeba zmieniać dętke? Jak mam to zrobić to na pewno nie ja sama przed startem. Gdzie jest mój mąż ??!?!?!?! Wentylek wkręciłam, ale powietrze przy pompowaniu schodzi. Szukam wzrokiem jakiegoś ogarniętego Pana, jeden jest zaraz obok ale nakłada piankę. Delikatnie więc podpytuje, co dalej. Pan na prawdę próbuje pomóc, ale ma za chwilę start i potrzeba by ten wentylek dobrze dokręcić. Niestety kombinerek w aucie brak, stoję w takim miejscu że nie wiele obok nas samochodów. Telefon do przyjaciela i decyduje się że wstawiam szybko rower i jadę po wsparcie techniczne w postaci męża. On coś zaradzi. Idąc do strefy na szczęście widzę wielkiego busa AIRBIKE, podchodzę do chłopaków czy pomogą. Szybka akcja. Jak się okazuje pierdoła, narobiła mi szumu w uszach, a wystarczyło dokręcić wentylek kluczem do …. wentylów. Chwilę później mam już rower gotowy do startu, napompowany i ogarnięty.

 

UFFF…..

cof
cof

Rower wstawiony, worki ogarnięte, wracam do rodzinki i wszyscy razem lecimy na start. Głowa nadal nie ta. Nie wiem czego się spodziewać, czy faktycznie te dwa tygodnie byle jakiego treningu sprawiły że jestem wypoczęta, czy jestem zajechana życiowymi potyczkami, pracą i wypadem w góry z dzieciakami.

W odróżnieniu do Poznania nie miałam klapek na oczach i wymarzonych cyferek. Chciałam, ale coś mi podpowiadało że chyba się nie uda, że nogi bolą, że to nie mój dzień. Nie mogłam w żaden sposób przełączyć się na tryb triatlonowy. Zawody, start, ściganie jakoś nie leżało to mi dzisiaj zupełnie.

****

IMG-20180722-WA0004-01

Niemniej jednak stoje na starcie.

I już tego nie zmienię. Odziana w czarny kombinezon, zwany pianką, w którym robi mi się upalnie, bo pogoda nie rozpieszcza. Jest totalna lampa, 30 stopni i niebieściutkie niebo! Pogoda idealna na leniuchowanie na plaży, a nie na zawody. Oszczędzę Wam moich procedur przedstartowych, przelewania wody, rozpływania itd. Moja rodzinka kibicuje z pierwszego rzędu. Miło się na nich patrzy z daleka.

Stoimy, a właściwie próbujemy unosić się na wodzie przez parę minut między bojkami, start z wody to kolejny rytuał organizatorów Triathlon Energy. Lubię go, bo nie muszę wbiegać do tej okropnej wody, przepychać się łokciami z testosteronem i ostatecznie przez pierwsze kilkaset metrów walczyć z własnym oddechem.

Płyniemy. Płynie mi się dobrze, zresztą prawie jak zawsze, a przynajmniej dobrze psychicznie. Nigdy nie wiem jakim tempem pływam podczas startu, ale tym razem czułam że nie płynę na maksa. Nawet nie do końca czułam czy płynę mocno. Przez 950 metrów rozmyślałam, że nie męczę się nigdy w tej wodzie tak jak powinnam, że czas może zacząć pływać trochę szybciej, mocniej, tak żeby wyjść z wody porządnie zmęczona?!

Z drugiej strony zawsze się zastanawiam, czy jest to gra warta świeczki. Czy to mocne pływanie coś da. Czy nie odbije się to na moim rowerze, czy bieganiu. Pływanie tak czy siak mam przyzwoite, pewnie że zawsze może być lepiej ale myślę że zamiast katować się w basenie żeby urwać parę sekund na setce na pływaniu lepiej się skupić na mocnym bieganiu, czy szlifowaniu roweru.

Mijam ostatnia bojkę lewym abrkiem ipłynę do wyjścia. Na pływaniu cały czas wyprzedzałam, zazwyczaj rozkręcam się w miarę dystansu. Wyjście z wody jest przyjemne, ale strome więc cieżko mi zamoczyć głowę. Już nie raz pisałam że to mój rytuał po wyjściu z wody, a właściwie na samym wyjściu z wody. Zawsze zamaczam włosy tak żeby lepiej wchodziły pod kask, żeby były dobrze ułożone i nie przeszkadzały i żebym była schłodzona. Nurkuje jak słonica pod wodę, szybciutko się wynurzam już na bardzo płytkim i wybiegam z wody. Słyszę, że jestem 3-cią dziewczyną. Powiem szczerze, że mocno mnie to zdziwiło, dziewuchy zaczynają szybko pływać. Biegnę do strefy łapie worek, zrzucam piankę, okularki i czepek do niego i wrzucam co go strefy zrzutu. Kask i buty mam przy rowerze więc z worka nie biorę nic. Wrzucając worek widzę, że jest cały w krwi. Szybko patrzę po sobie ale nie widzę zbytnio przyczyny krwawienia.

Ostatecznie wyszłam z wody po 16 minutach, jako 10 OPEN.

****

NIC Lecę do roweru…

 

Cały czas analizuje skąd było tyle krwi na worku. okazało sie, że rozcięłam sobie palec który nie wiem jakim sposobem krwawił tak mocno, że zanim dobiegłam do roweru całą rękę miałam we krwi. Oczywiście kask i rower też był brudny, ale przynajmniej znalazłam przyczynę. Wsiadam na rower i uciskam palec tak aby zaprzestać krwawieniu. Ale…. uciskam i uciskam kilometr za kilometrem mija a z palca jak leciało tak leci. Nogi w buty wsadziłam, ale nie mogę zapiąć bo próbuje to coś zatamować. Jadę tak prze PARĘ kilometrów, nie wierząc że małe rozcięcie z palca może tyle krwawić. Nie chce zapinać butów dopóki tego nie zatamuję, żeby na nowo nie trzeba było uciskać. Przejeżdżam całą trasę dojazdową przez las do głównej drogi na której są pętelki naszego wyścigu. Ten badziew dopiero ustał, buty dopiero zapięłam, dopiero przerzuciłam się na duży blat i dopiero się zaczynam rozpędzać… Mówiłam że to nie mój dzień.

SUP184_4795_2018

 

Jechałam tak i jechałam, chciałam utrzymać założone watt-y, ale coś nie szło. Może brak motywacji, brak jakiegokolwiek kopniaka wewnętrznego, ale jechałam. Traska była płaska, szybka, asfalt niestety troszkę kiepski, łatany przez lata. Każda łata i dziura wybijała trochę z rytmu, dokładała cegiełkę do źle nastawionej głowy. Poszło troszkę poniżej założeń, ale poszło. Poznań postawił poprzeczkę wysoko, chciałam temu dorównać, ale nie dorównałam. Jechałam cały czas trzecia, przynajmniej tak mi się wydawało. Niewiele osób mnie wyprzedzało. Fajne jest to uczucie, że na tym rowerze jeżdżę już na tyle szybko, że wyprzedzają mnie już tylko te konie, których ramy rowerów ociekają testosteronem, a nogi wyglądają jakby jechały tour de France. Na którymś z ostatnich kilometrów pętelki, wyprzedzam jakąś dziewczynę. Nie jest na pewno pierwsza i nie jest też druga. Wydaje mi się że jest hen za mną, ale jedzie dziwnie szybko jak na pozycje hen za mną. Wyprzedzam, chwilę później jest nawrotka, an której myślę, że ona będzie zawracać, a ja już zjeżdżam do strefy zmian. Parę kilometrów przez Bełchatów, widzę raczej tylko facetów z fioletowymi numerami połówki koło mnie. Pędzę jak struś ulicami miasta, raz w prawo, raz w lewo. Nie wiem ile zakrętów zrobiliśmy zanim pokazał się rynek i strefa, nie lubię tego uczucia kiedy nie wiesz kiedy belka pojawi się przed tobą i za którym zakrętem.

37782645_1725237010926624_5735418113541799936_o

 

Wpadam do strefy, biegnę z rowerem zupełnie nie wiem gdzie jest mój stojak, ale oczy szybko wertują numery i wiem mniej więcej gdzie mam biec. Sprzeczam się z wolontariuszką która każe mi odwiesić rower w druga stronę. T2 było w innym miejscu niz T1, a matka polka nie pomyślała, żeby sprawdzić gdzie ma rower odwiesić! Tylko te worki były w mojej głowie <haha> dzień przed.

Biegnę do worka i ku mojemu ogromnemu zdziwieniu widzę dziewczynę którą wyprzedziłam na ostatnich kilometrach pętli. CO JEST GRANE ?? JAK TO MOŻLIWE ?!

Nic mi nie pasuje, ale coś czuje że…

****

Wszystko rozegra się na biegu. 

Rower ostatecznie pojechałam w 1:18, czyli raptem minutę wolniej niż w Poznaniu, ale średnia wyszła 34,9 co już w mojej głowie było za słabo …. ha ha ha

Wypadam ze strefy, w sumie wypadamy równocześnie, ja i ona. Bo od teraz cała opowieść będzie o mnie i o niej :p

Wiem, że trasa biegowa będzie trudna, jest mnóstwo nawrotów, zakrętów, podbiegów i zbiegów. Wiem że tempo z Poznania będzie za mocne, ale próbuje.

Ona wyprzedza mnie już na pierwszych metrach. Ja pilnuje swojego tempa. Ona ucieka dosyć szybko. Ja lecę na 4.50 min/km, jej tempo może być z 10 sekund szybsze. Nie gonie, bo wiem że to nie moje tempo, lecę swoje. Głowa w coraz gorszym stanie. Jak to się stało?! Czemu tych wattów nie dokręciłaś?! Nie chciało Ci się, nie miałaś samozaparcia!? Czemu ten rower tak słabo pojechałaś itd itd. Kobiety wiedzą co robiłam przez parę kilometrów w swojej głowie, mężczyźni ….  nie mają takiej wyobraźni 🙂

Przez trzy kilometry czarny strój uciekał mi powolutku, ale konsekwentnie. Wściekłość moja nie znała granic. Wiedziałam, że gdybym ten cały rower rozegrała trochę inaczej a nie na odwal to miałabym ten czas na bieganiu! Biegłam tak i biegłam przytłaczając się z kilometra na kilometr swoimi własnymi myślami. Na czwartym kilometrze, miałam już prawie łzy w oczach. Wściekłam chciałam stanąć, pieprznąć to wszystko i zejść z trasy, bo dzisiaj ewidentnie ten triathlon nie sprawiał mi frajdy. A przecież nie o to tu chodzi…

Ale halo, halo…. jakiś drugi głosik zaczął bardzo głośno i dosadnie mówić w mojej głowie. Nie po to przecież tu przyjechałaś ,nie po to Rafał zrezygnował ze startu i nie zawsze musi być tak jak byś chciała. Leć dalej swoje i skup się na sobie!!!

 

Tak zrobiłam. Pilnowałam tempa, rozkręcałam tempo, które na 4 tym kilometrze spadło mi do 5.05 min/km. Upał nie pomagał, zmiana nawierzchni i ciągłe zakręty i nawrotki sprawiały, że ciężko było trzymać równe tempo. Plan był żeby przyspieszać chociaż parę sekund na kilometrze, ale konsekwentnie do mety. Wiedziałam, że będzie boleć, ale trzeba było spróbować. Pętla biegowa była 5 kilometrowa, a trasa wyglądała jak ośmiornica z pięcioma nogami.

Na piątym kilometrze w końcu pokazała się moja drużyna. Dzieciaki w przyczepce, Rafał w japonkach, ale biegną koło mnie. Lecą równo ze mną, chwalą, dopingują, aż serce mi mięknie i wiem że chyba jednak jestem w dobrym miejscu, w dobrym czasie. Okrzyki Zosi, wsparcie jego to było teraz najcenniejsze. Wszystko wiedział. która jestem, ile mam straty do czarnej dziewczyny przede mną, kazał zebrać siły i gonić.

Biegnę, dalej powoli zaczynam się uśmiechać w sobie, bo na twarzy ewidentnie widać grymas bólu, i zmęczenia. Zaczyna się drugie kółko, czarna dziewczyna słabnie i widzę, że zamiast się oddalać trzyma równy dystans. Patrzę na zegarek tempo, jest w granicach 5.00 min/km, wiem że mogę szybciej. Powolutku poprawiam sylwetkę, myślę o technice, skupiam się żeby to nogi mnie niosły a nie siła woli. Zbliżam się, czuję jak zaczynam się przybliżać. Mam jeszcze sporo kilometrów. Nadzieja i walka pojawia się więc we mnie jak lew po drzemce. Z kilometra na kilometr byłam coraz bliżej. Na nawrotce przy wodzie jestem już zupełnie za nią. Nie chcę wyprzedzać, bo nie umiem biegać taktycznie, tym bardziej sprint-ować na mecie, albo przyznając się bez bicia, sprint-ować w ogóle. Chcę się utrzymać na plecach, ale niestety ona się zatrzymuje żeby złapać kubek wody, nie chce tracić rytmu biegnę więc dalej. Czuję jej oddech i nogi drepczące tuż za mną i równo z moimi. Zwalniam, chcę żeby wyprzedziła, ale nie wyprzedza.

Biegnie krok w krok za mną. Blisko, za blisko, ąz nieprzyjemnie blisko. Biegnę, ale wolniej niż biegłam doganiając ją, próbuję złapać trochę sił, boje się że zaraz wystrzeli i wyprzedzi mnie przed metą. W końcu walczymy o 3 miejsce OPEN!

Tak jak pisałam nie umiem biegać szybko, tym bardziej nie umiem załatwić kogoś sprintem na mecie. Dobega Rafał mówi, że super mi idzie. Zosia nie przestaje wiwatować w przczpce, nawet młody próbuje wykrzyczeć coś w stylu maaaaa-maaaaa. Nie biegną zbyt długo ze mną, ale wystarczyło parę słów od niego żebym nie poddała się. W połowie 9 tego kilometra decyduję się przyspieszyć i konsekwentnie dolecieć mocno do mety. Wiem że mam siły, na ten ostatni kilometr. Słysze, głos z tylu który mówi że nie wyprzedzi, że nie ma siły i że cieszy się że ją motywuje na szybsze bieganie. Nie wierzę do końca. Wolę mieć to pod kontrolą.

Zaczynam przyspieszać, powolutku oddalając się od niej. Ona dzielnie goni. Ostatkiem sił wpadam na metę jako 3 kobieta OPEN,z czasem 2:30:03. Prze szczęśliwa i na maksa dumna ze swojej silnej woli i wytrwałości.

****

IMG-20180722-WA0007-01

 

 

IMG-20180722-WA0006-01

Ten start kosztował mnie dużo. Nie wiem czy nie najwięcej ze wszystkich startów. Przy tej pogodzie, przy tej trasie, na biegu wycisnęłam z siebie chyba wszystko. Jeszcze przez parę dni po sama byłam zdumiona ileż ja mam silnej woli w sobie, jak waleczna jestem i jak ciężko mi odpuścić. Pomimo wielu ale, wielu źle rozegranych momentów, odpuszczenia i totalnego kryzysu udało się.

Takie starty przesuwają te niewidzialne granice, pokazują nam siłę jaka drzemie w nas, uczą nas pokory i wytrwałości.

Po Cudownym starcie w Poznaniu, Bełchatów wycisnął ze mnie ostatki sił.

Pokazał, że do wszystkiego dochodzi się cieżką pracą, na którą jestem gotowa jak nigdy.

 

Biegająca Bio Mama.

Dziękuje mojemu rodzinnemu wsparciu, platformie i-Sport za przygotowanie treningowe i mojej ukochanej „Farmie Świętokrzyskiej” za wsparcie jedzeniowe 🙂

Super League Triathlon Poznań, czyli ogromne emocje i Złota Fala ! ! !

POLECANE TRIATHLON

Super League Triathlon Poznań, czyli ogromne emocje i Złota Fala ! ! !

I-Sporcie co ty ze mną zrobiłeś ?! ?! ?!

JESTEM NA WAGĘ ZŁOTA!

36537350_1724570200988908_1379305623006478336_o

Czy macie czasami tak że wymarzycie sobie jakieś cyferki i po skończonym triathlonie, kiedy emocje już opadną, spojrzycie ponownie na zegarek i zapisane cyferki wyglądają dokładnie tak jak sobie wymarzyliście ?!

Mi rzadko kiedy się tak zdarza. Mogłabym napisać, że chyba nigdy, ale dzisiaj parę godzin po starcie, kiedy spojrzałam się swojego Garmina to zobaczyłam dokładnie to co sobie wymarzyłam. To był naprawdę dobry start!

Już na trasie to czułam, ale odkąd trenuje z trenerem nie ma co ukrywać, że te cyfry zaczynają mi się podobać i zaczynają dla mnie coś znaczyć. A po dobrze wykonanej robocie, cieszą jeszcze bardziej.

Co to był za weekend ! Co to były za emocje!

36471643_1724570304322231_1973407296348225536_n

Nie wiem od czego zacząć, tak na prawdę. Czy od podziękowań, czy od emocji czy od samego startu. Wszystko co się w ten weekend wydarzyło było jakimś KOSMOSEM.

 

dav

STARTUJEMY

Złota fala czyli start tylko kobiet to niezapomniane przeżycie. To zarazem niesamowite i dziwne uczucie. Stojąc na pomoście w pierwszej linii wskakują do wody na główkę i czułam się jak prawdziwa PRO- ska. To był mój pierwszy start w którym miałam okazję co to znaczy rolling start, a do tego z pomostu ze skokiem do wody. Samo pływanie wyszło tak jak miało wyjść. Sunęłam swoim tempem druga przez całą trasę. Pływanie wpław na Malcie w Poznaniu to też niezwykłe przeżycie bo pływa się wśród miliona małych bojek wyznaczający tory dla naszych kajakarzy i wioślarzy. Czasem pomagają w nawigacji z czasem troszkę przeszkadzają, ale płynęłam w totalnie spokojnej wodzie i bardziej czułam się jakbym robiła Open Water w samotności w jeziorze, niż startowała w zawodach. Tempo może byłoby lepsze gdybym miała się ścigać, ale w wodzie nigdy nie mam aspiracji na ściganie. Płynę swoje na tyle mocno żeby dobrze popłynąć i na tyle na luzie żeby wyjść swieżutka z wody.

Kolejnym niesamowity uczuciem w tym całym wodospadzie emocjonalnym, było wyjście jako druga z wody, wśród na prawdę wiwatujący kibiców i dobieg do roweru który czekał na mnie w strefie zmian pośród kilkuset innych! Na tak dużej imprezie nie zdzarzyło mi się nigdy biec w tak pełnej strefie 🙂

 

Strefy zmian mam szybkie, ale nie myślałam że aż tak szybkie. Wybiegam ze strefy, za nią mam do zrobienia dosyć mocny podbieg, cały czas z rowerem w ręku, na szczycie którego mam ochotę zwymiotować. Ale zamiast tego, wsiadam szybciutko na rower i zaczynam jechać. Po jakiś paru sekundach wyjeżdża przede mnie motor wyznaczający trasę, a ja jak na totalną amatorkę przystało krzyczę że nie jestem pierwsza! Tutaj przydałaby się jakaś dłuższa anegdota o Bożenach Triathlonu, ale nie mam żadnej w rękawie, więc musi się obejść bez. Długo nie mogłam zrozumieć, że jadę pierwsza, tym bardziej że przez ponad 20 kilometrów nie widziałam żadnej laski za mną!

36479528_2093336560987317_2899327495755005952_o

Nadal nie wiem jak to się stało że wybiegłam ze strefy pierwsza, odstawiając ogon dosyć mocno na rowerze. I tu czas na kolejne niesamowite, ale prze-dziwne uczucie, które wzbudza zarazem olbrzymie emocje że jest się liderką i prowadzi się całą grupę, a z drugiej strony czuję totalną pustkę i nie umiem się ustosunkować co i jak.

FB_IMG_1530611323939-01

Nie wiem gdzie są inne dziewczyny, jak szybko jadą, jak bardzo mnie doganiają. Jadę 20 kilometrów, do pierwszej nawrotki na dwupasmowej drodze zupełnie zamkniętej dla ruchu, sama za motorem wyznaczającym trasę, nie widząc ani jednej żwej duszy na rowerze! Na nawrotce czyli mniej więcej gdzieś w połowie dystansu dopadła mnie jedna dziewczyna, która ewidentnie miała dużo mocniejszy rower. (jak się okazało na wynikach tylko ona miała mocniejszy rower ode mnie) Wyprzedzając rzuciła uśmiechem i słowem: „Ale dziwnie bez tych facetów!”

Po nawrotce w końcu zaczęły pokazywać się inne dziewczyny, nawet poczułam delikatny dreszczyk emocji bo pokazało się ich całkiem sporo i myślałam że zaraz wszystkie mnie dojadą. Zacisnęłam delikatnie zęby i zaczęłam dokręcać watt-y które trenerzy kazali mi jechać.
Powrót był pod wiatr i o dziwo wyciągnęłam z niego więcej niż w stronę z wiatrem, jeśli chodzi o prędkość. Pierwsze dwadzieścia kilometrów musiało być troszkę pod górkę, bo tam średnia prędkość sięgała mi 33 km/h, a po nawrotce zaczęłam przyspieszać. Poczułam zbliżającą się do mnie masę dziewczyn i zaczęłam bardziej się starać. Widać więc różnice w jeździe w grupie i solo. Pilnowałam wattów, których pewnie nigdy w życiu bym tak nie dokręciła gdyby nie założenia trenerskie i goniące dziewczyny. Droga powrotna była pod wiatr. Miałam nowy kask więc w głowie siedziały tylko słowa męża jak mam ustawić głowę w tym kasku na wietrze. Próbowałam utrzymywać tą pozycję przez cały czas. Od czasu do czasu przestawiało mnie na rowerze na drugi pas. Na ochłodę też dostaliśmy niezły szkwał deszczu, który aż bolał kiedy padał na gołe ciało. Na kolejnej nawrotce, która trafiła się na około 40 km znowu długo, długo nie było nikogo. Tylko dziewczyna przede mną i ja, a potem spora przerwa. Bez szarpania, spokojnie zjechałem więc do strefy zmian, utrzymując drugą pozycję i ostatecznie wyciskając średnią z całej trasy kolarskiej 35 km/h, kończąc ja z czasem 1:17. Trasa była domierzona więc cyferki tym bardziej cieszą. Było to moje najszybsze 45 kilometrów w życiu, pomimo okropnego wiatru i kilku minutowej ulewy.

 

BIEGANIE, MOJA ZMORA.

Został już tylko bieg, nie liczyłam że ta druga pozycja będzie moja, albo że w ogóle uda mi się uplasować na podium, bo znam swoje bieganie. Korciło mnie bardzo żeby pobiec poniżej 5:00, ale na dychę ostatni raz biegałam poniżej 50 minut przed ciążą z Zosią, czyli jakieś 4 lata temu. Od tamtej pory bieganie w interwałach z dwoma ciążami i po porodowymi okresami, nie pomagało w budowaniu formy biegowej. Ale marzenia są po to by je spełniać, więc od samego początku niestety nie posłuchałam się trenerki i poleciałam trochę szybciej niż zaplanowała. Teraz ciesze się z tego bo mogłabym nie być w stanie wejść w mocniejsze tempo gdybym tak nie zaczęła. Wybiegając ze strefy leciałam w tempie 4:11, co mnie przeraziło bo bałam się że zaraz się zakwaszę. Bardzo szybciutko musiałam to zmienić. Ostatecznie ustabilizowałam tempo w granicach 4:45 min/km, przez pierwszy kilometr. Potem zwolniłam do 4:50 min/km i planowała tam zostać choćby mieli mnie reanimować na mecie!

Gdzieś w połowie pierwszego kółka doleciała do mnie kolejna zawodniczka, która w tempie Strusia Pędziwiatra minęła mnie szybciutko, a chwilę później wyprzedziła dziewczynę która prowadziła dotychczas Złotą Falę.

36480475_1724570090988919_3744289709115834368_o

Trzecie miejsce na razie było moje na nawrotce, pokazały się kolejne dziewczyny. Ich tempo nie wyglądało na mocno odbiegające od mojego, a dystans do mnie był bezpieczny. Dobiegając do mety, po której prawej stronie była nawrotka na drugą pętlę, stała cała zgraja i-Sportowa, najlepszy i najgłośniejszy doping jaki kiedykolwiek miałam. Krzyczeli, dawali rady, kazali przyspieszać i nie pozwolili się poddać. Poniekąd też dla nich chciałam biec tak mocno i utrzymać tą pozycję. Pomyślałam sobie że jak nie teraz to kiedy tyle ludzi, część z nich w ogóle nie znających mnie, mnie wspiera więc nie mogę odpuścić. Moja głowa szybciutko przestawiła się na już tylko jedno kółeczko i już tylko dwie ostatnie proste. Nogi musiały współpracować, trzymając założone tempo. Chwilę po nawrotce stała cała banda TriWawy. Za kolejne paręset metrów stoi Fabisz który nie pozwolił odpuścić, kazał zacisnąć zęby i dotrzymać to do końca.

36458653_1724570427655552_206411648594870272_o

Widziałam, że dziewczyny za mną biegną mniej więcej w moim tempie, ale wiedziałam też że tutaj liczy się czas netto i na pewno skoczyły do wody chwilę po mnie, musiałam zachować więc dosyć dużą odległość żeby nawet netto nie dogoniły.

received_1708792829157975-01
Dobiegłem do mety na trzeciej pozycji, robiąc życiówkę od 4 lat na 10 km, i utrzymując średnie tempo 4,50 minut na kilometr. To wszystko w ZŁOTEJ FALI gdzie startowały 104 dziewczyny ! ! ! Ostatecznie byłam 3 OPEN i 1-wsza w swojej kategorii wiekowej K30.

Jestem z siebie naprawdę dumna! Po raz pierwszy mogę powiedzieć że dałam z siebie wszystko.

 

Cieszę się też, że w tak ważnej imprezie której zostałam ambasadorką i w której miałam szansę pokazać że i-sport to naprawdę niezwykła platforma treningowa, dzięki której zrobiłam duże postępy i utrzymałam się na tak wysokiej pozycji.

Gratuluję też wszystkim dziewczynom swoim życiówek, swoich debiutów i tego uśmiechu, radości i życzliwości jaka była na trasie. Życzę wszystkim panom żeby uczyli się od nas, że można rywalizować z uśmiechem na buzi wspierając się, a nie tłukąc w wodzie i rozpychając łokciami.
Dziewczyny jesteście niesamowite i ten start naprawdę był jak ZŁOTA FALA, balon pełen emocji.

36476348_10156631379156474_5758444833374994432_n

Teamie i-Sport gdyby nie wy to w życiu nie zrobiłabym tego co mi się udało, każdy z Was dołożył małą cegiełkę do mojego startu. Dziewczyny: Ada, Marta i Renata wsparciem przez 2 dni i meeeeeeeeega dopingiem! Gdyby nie moja trenerka, Sylwia i jej okropnie treningi które bolały mnie chyba najbardziej psychicznie, że trzeba taką ciężką robotę wykonać to na pewno nie utrzymała bym tego tempa I nie uwierzyłabym w siebie! Dziękuję Ci za całe przygotowanie i wsparcie na trasie. Gdyby nie Janek to nie stanęła bym nigdy w pierwszej linii na starcie i nie poczuła bym tego co poczułam wskakują do wody jako jedna z pierwszych dziewczyn. Adam ty i twoje cyferki na prawdę się sprawdzają i robią robotę! Dziękuję za podzielenie się swoimi taktykami i za założenia na start.

Dla teamu i sport należą się wielkie gratulacje za stworzenie tak cudownego eventu i mam nadzieję, że inne duże imprezy to podłapią i od teraz nie raz będziemy mogły wystartować jeszcze w złotej fali i ścigać się ze sobą!

 

Weekend kończę w samochodzie wracając do moich dzieci do Trójmiasta. Pierwsza duża impreza z takim wynikiem, pierwszy start bez mojego rodzinnego wsparcia, pierwszy weekend bez dzieci, pierwsza dycha w takim tempie, pierwsze 45 kilometrów z taką prędkością i mocą. Dużo tych pierwszych razy, oby zdarzały się częściej 🙂

 

Biegajaca Bio Mama

36473988_1724570520988876_8799737387858001920_o

 

 

P.S. Dla organizatorów Super League Triathlon, fajnie by było zobaczyć kategorię OPEN w takich dużych zawodach, bo nie ma co ukrywać przyjemniej się stoi na 3 stopniu podium OPEN, niż 1-wszym w kategorii. <3 <3 <3

 

ZŁOT FALA i kobieca Strona Sportu.

CODZIENNOŚĆ POLECANE TRIATHLON

ZŁOT FALA i kobieca Strona Sportu.

Kobiety dla kobiet i kobiety z kobietami, ZŁOTA FALA.

29351903_570343743315298_7481476671226139663_o

Ostatnio coraz częściej dziewczyny łączą siły żeby stworzyć coś naprawdę pięknego. Złota fala to idea która ma pokazać że jesteśmy naprawdę na wagę złota. Potrafimy być mamami,  żonami, często też w tym samym czasie szefowymi. Umiemy łaczyć wiele obowiązków, przyjmować wiele ról, a co najpiękniejsze czerpać ogromną przyjemność zarówno z każdej z nich z osobna jak i ze wszystkich razem.

IMG_20180429_210120_672 36281916_1716780555101206_9209971726006353920_o IMG_20180429_205759_863

Jesteśmy kobietami na wagę złota, które znalazły pasję do sportu, do zdrowego trybu życia, a te automatycznie łączy się ze zdrową dietą. Chcemy aby nasze maluchy też poznały i poczuły co to znaczy „Żyć z Pasją”. Złota fala to wszystkie złote kobiety które chcą pokazać innym złotym kobietom, że drzemie w nas ogromna siła i motywacja. Chcemy pokazać że triathlon to nie tylko muskuły, silni mężczyźni ociekających testosteronem, ale to też uśmiech, kobiecość, lekkość i dużo różu.

Kobiety pokazują, że triathlon jest dla wszystkich dla każdej Pani, Dziewczyny, Kobiety, a nawet Babci która chodzi po tym świecie.

21167574_1422403447872253_1527103668674852910_o

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jakieś 2 miesiące temu, z ramienia firmy Semilac, zostałam ambasadorką Super League Triathlon Poznań, pierwszego w Polsce triathlonu który robi osobny start właśnie dla złotych kobiet. Złota fala to start na dystansie 1/4 Ironman, startujemy przed wszystkimi po to żeby pokazać że jest nas dużo, że sport to uśmiech i pasja i że może nas być jeszcze więcej.

Od paru lat na tym blogu Pragnę was zmotywować i pokazać że można wpleść bycie triathlonistką i trenowanie do codziennego życia i bycie mamą dwójki dzieci. Dlatego kiedy zaprosili mnie do bycia ambasadorką czułam się niezmiernie dumna i szczęśliwa że mogę być częścią tak ważnego wydarzenia w naszym kraju.

29066251_561606984188974_5963997617359683584_o
Oprócz tego bycie ambasadorką pozwoliło mi podjąć współpracę z i-Sport czyli platformą treningową która zajęła się moimi przygotowaniami właśnie do startu w Poznaniu. Po raz pierwszy od paru dobrych lat, po raz pierwszy od kiedy trenuje triathlon, jestem pod opieką trenerską. Dzięki niej przełamała wiele różnych barier w swojej głowie, w nogach i w nastawieniu. Nigdy też treningi nie bolały mnie tak bardzo psychicznie i fizycznie. Poczułam co to znaczy trenować, a nie wychodzić na treningi. W malutkim stopniu przypomniały mi się moje dziecięce lata kiedy trenowałam pływanie i kiedy nie było wymówek od treningu, kiedy zawsze wiedziałam co trenować i w jakim stopniu.

Bycie ambasadorką super League Triathlon Poznań sprawiło że tak naprawdę rzuciłam wszystko, zostawiłam dwójkę dzieci z babcią, męża na drugim końcu Polski, który startuje na swojej imprezie a ja po raz pierwszy zapakowałam sama rower i udałam się do Poznania poznać masę ciekawych kobiet które mają jedną wspólną pasję jaką jest triathlon. Każda z nas jest inna, każda musiała zrezygnować z innych rzeczy żeby móc trenować i każda ma inny cel. Jednak wszystkie nas łączy taka sama miłość do triathlonu i każdej z nas triathlon sprawia taką samą ogromną radość. Po raz pierwszy też będę miała okazję zmierzyć się z taką ilością kobiet na starcie, bo w całym super League Triathlon jest nas ponad 340 dziewczyn, z czego 104 startuje właśnie w ZŁOTEJ FALI.

 

IMG_20180612_010033_050 IMG_20180514_114535_459

Sama szykuje dla was też mały projekt niespodziankę która mam nadzieję ujrzy światło dzienne niebawem i która ma właśnie pomóc nam wspólnie trenować, wspierać się i motywować do ściągania i coraz to lepszych wyników w triathlonie.

 

Trzymajcie kciuki za mój start który będzie w niedzielę 1 lipca o godzinie 10:00.

Wpadajcie na mojego Facebooka oraz Instagram bo spróbuję, będąc po raz pierwszy bez dzieci podrzucić wam fajną relacje.

To co Malujemy pazury na złoto i krzyczymy głośno „Girls Just wanna Have Fun” ?!

images-2
Wasza biegająca bio mama.

Żelazny triathlon, nazwa zobowiązuje !

TRIATHLON

Żelazny triathlon, nazwa zobowiązuje !

To nie będzie długa relacja, ale za to będzie przepełniona szaleńczym szczęściem, niewyobrażalna siłą i pełnią optymizmu.

Ten start to było jakieś istne szaleństwo. Czasy i tempa o których nieśmiało powiem, że nie śmiałam marzyć. Pewnie że pragnęłam w końcu na rowerze utrzymać 34 km/h, i marzyłam o biegu w granicach 4.50 min/km ale żeby szybciej?

NIE! 

TO BYŁO NIE DO POMYŚLENIA!!

A JEDNAK…

 

***

Okuninka to miejsce do którego nasi przyjaciele jeżdżą od kilku. Tak naprawdę niewiele wiedzieliśmy o starcie, o trasach, gdzie biegną i jak to wszystko wygląda. Jechaliśmy bo chcieliśmy spędzić wspólny triathlonowy weekend. Moja rodzina była najmniej przygotowana. Jechaliśmy tam trochę pod jednym wielkim znakiem zapytania. Mieliśmy psa którego nie mogliśmy zabrać do Hotelu, Stasia którego nie zgłosiliśmy do Hotelu i nie wiedzieliśmy zupełnie nic o samym starcie. Nawet dwa dni przed, będąc już w Lublinie u kolejnych bliskich nam osób i zajadając się najlepszą na świecie przedstartową pizzą na drewnianym tarasie, zastanawiałam się czy aby na pewno opłaciłam pakiety. Jechaliśmy tam na długi weekend ze znajomymi. Dlatego pozytywnie nastawieni, wiedzieliśmy że resztę da się ogarnąć już na miejscu. Najważniejsze było spakować porządnie torby triathlonowe i ogarnąć dzieciaki na wyjazd.

Nawet 2 dni przed, kiedy w Lublinie u kolejnych bliskich nam osób zajadaliśmy najlepsze pizze na świecie, na drewnianym tarasie,  zastanawiałam się czy aby na pewno opłaciłam pakiety.

Start o 13.30 ? Bardzo zniechęciło mnie to do całej imprezy. Kto na litość boską wymyśla start o tej porze, do tego prognozy pokazują jakieś okropne upały. Nastawiamy się więc na najgorsze.  Za to kocham Cypr, tam zawsze startujemy rano i nieważne czy jest to dłuższy dystans, olimpijka czy sprint. W taki sposób po starcie, mamy jeszcze cały dzień na celebrację i spędzenie wspólnie czasu.

Start o 13:30 jest nawet trudny logistycznie jeśli chodzi o jedzenie. Śniadanie to za mało. Obiadu nie zjemy bo za dużo, Więc co jeść pomiędzy?! Bałam się trochę tego, że albo będę miała w brzuchu za dużo, albo za mało. Dlatego skoro biała buła działa zrobiłam sobie kolejną na wynos.

Dojeżdżamy na miejsce Okuninka okazuje się małym Władysławowem. Pełno kolorowych budek, restauracji serwujących smażoną rybę i disco polo. Na szczęście nasz Hotel jest kawałek za tym całym turystycznym firtlem, w spokojniejszej części. Dojeżdżamy do Hotelu, nasi już są. Machają z balkonów jak nienormlani!

 

I TU SIĘ CHYBA WSZYSTKO ZACZĘŁO! ENERGIA, RADOŚĆ I MOJE NASTAWIENIE.

Wpadamy do pokoju a tam serwują już Prosecco, zapraszają na zachód słońca nad jezioro. Nikt nie mówi o żadnym starcie. Ogólnie chyba każą dobrze się bawić.

Na szybko wnosimy to co trzeba. Parę kursów do auta, ostatecznie hotel zgadza się na psa (za co kasuje nas potem 100 zł) ale próbujemy nie psuć sobie humorów takimi pierdołami. Nasz pies wazy jakieś 2 kilo, ma włosy zamiast sierści, więc nie bardzo rozumiem te opłaty za nią, ale… .

Zabieramy z dziewczynmi butelke bąbelków i idziemy na kocyk nad wodę.

Ah jak dobrze być wśród swoich.

***

PRZED GODZINĄ ZERO.

Śniadanie przedstartowe było wyjątkowe, trwało chyba z półtorej godziny, zawierało dwie kawy białą bułę z dżemem i jakieś pszenne „chciałybyśmy być zdrowe” rogaliki. Od czasu Cypru i Larnaki w dniu startu z bólem serca zamieniam moje zdrowe przed startowe śniadania, na zwykłą białą bułę! Czuje się po niej lekko i pełna energii. Zajęło mi to, 4 lata startowania i jedno przypadkowe śniadanie na Cyprze kiedy zabrakło mojej owsianki, a w domu była tylko biała buła kupiona przez R na przed-startowe śniadanie. Ale lepiej późno niż wcale 🙂

Start o 13:30 jest nawet trudny logistycznie jeśli chodzi o jedzenie. Śniadanie to za mało. Obiadu nie zjemy bo za dużo, więc co jeść pomiędzy?! Bałam się trochę tego, że albo będę miała w brzuchu za dużo, albo za mało. Dlatego skoro biała buła działa zrobiłam sobie kolejną na wynos. Lepsze to niż żele, które mój organizm na samą myśl odrzuca!

Mieliśmy tyle czasu, że nie do końca wiedzieliśmy co z nim robić. Na spokojnie zapakowałam dzieciaki. Do swojej TRI torby wolałam nie zaglądać. Spakowała ją 3 dni wcześniej, kiedy jechaliśmy do Lublina, a prosto stamtąd na start i wolałam nie wiedzieć czy aby na pewno czegoś nie zapomniałam. Wszystko robiliśmy w trybie slow. Dzieciaki niby ogarnięte, ale nam zawsze z nimi schodzi najdłużej dlatego oddzieliliśmy się od reszty i powoli zaczęliśmy iść w stronę stratu. Wolała,m być tam chwilę wcześniej niż mieć start o 13.30, a i tak lecieć na niego jakby był z samego rana. Wózek, hulajnoga, dwa rowery i plecaki dla każdego, tak mniej więcej wyglądają startujący rodzice dwójki dzieci w wielku do lat 4 idący na swój start 🙂

Niebo zaczęło nam się chmurzyć. Doszliśmy do biura, by odebrać pakiety, kiedy zaczęło kropić. Mnie, mamie dwójki dzieci udało się to bez kolejki. Panowie chyba patrząc na mnie z wózkiem i Zosią ciągnąca za spodnie, ulitowali się i wpuścili bez kolejki. Reszta dołączyła, chłopaki niestety musieli czekać na swoją kolej żeby odebrać pakiety. W między czasie zdążyło się rozpadać, a my wzrokiem dojrzeliśmy jakąś nadjeziorną knajpkę z czymś co przypominało duży, zamknięty plac zabaw. Uffff…. Szybko się tam prze-transportowaliśmy, żeby nie moknąć. Dziewczyny nasze poszły szaleć w kulki, a my na spokojnie obkleiliśmy się pod parasolami.

Stasiek od rana nie spał, przeciągaliśmy go tak aby spał jak najdłużej podczas naszego startu i przygotowań. Zajęło mi to chwilę zanim udało się go uśpić. Wyjątkowo opornie to szło. W końcu się udało i ciotki przejęły moje dzieci. Gdyby nie one to całe to przedsięwzięcie nie miało by racji bytu. WIĘC DZIĘKUJĘ!

sdr

 ***

STREFA I PRZYGOTOWANIA.

Strefa jak strefa, bez dzieci jest dużo szybsza i przyjemniejsza. Wszystko ustawione, trochę zastanawiamy się czy nie przykryć wszystkiego bo chmury nadchodzą granatowe i nie wiemy czy zaraz nie lunie. Ale są ważniejsze rzeczy więc zakładam buty biegowe i …

I TU WPADA HISTORIA O I-SPORT PLATFORMIE TRENINGOWEJ POD KTÓREJ SKRZYDŁAMI JESTEM OD DWÓCH TYGODNI. GDYBY NIE MOJA PANI TRENER, W ŻYCIU NIE POSZŁABYM SIĘ ROZGRZAĆ! PO RAZ PIERWSZY OD 4 LAT IDĘ SIĘ PRZEBIEC PRZED STARTEM. ROBIĘ TAK JAK BYŁO POWIEDZIANE, ROZGRZEWKĘ OKOŁO 1.5 KILOMETRA BIEGU Z PRZEBIEŻKAMI, DYNAMICZNE ROZCIĄGANIE I WYDAJE MI SIĘ, ŻE JESTEM GOTOWA.

W między czasie zaglądam do dziewczyn, czy młody śpi. Zosia wciąga kilka łyżek pomidorowej za MAMY PŁYWANIE, ROWER I BIEGANIE. ( i jak miało nie pójść jak dziecko takie rzeczy dla Ciebie robi ?! 🙂 ) Idę po piankę i kieruję się w stronę startu. Szukam mojego męża wzrokiem, bo buziak przed startem to buziak przed startem, więc nie może obyć się bez niego! Znajduje go na plaży, gadającego z kolejnymi kolegami z Białej. Wchodzimy do wody krótka rozgrzewka, parę żartów, bo chmury wyglądały jakby po naszym wyjściu miał przyjść jakiś Armageddon. Byłam pewna, że czeka nas spokojne pływanie, rower w białym szkwale, który zawsze przychodzi przed burzą, i bieganie w ulewie, ale tłumaczyłam sobie że wszyscy mamy tak samo więc nie ma co się martwić.

***

ŻELAZNY TRIATHLON I MAMA Z ŻELAZA.

Start był z wody. Cieszyłam się, bo wole na spokojnie rozpędzić się w wodzie, niż przeskakiwać jak nienormalna przez wodę. To zawsze sprawia, że ciężko mi wejść w rytm i stabilnie płynąć od początku. Tak w dwóch zdaniach ? Nigdy nie widziałam tak wielu, tak szybko płynących osób. Nie wiem czy to dystans zrobił tą robotę, czy ludzie zaczynają porządnie pływać, ale od początku było narzucone mocne tempo. Poczułam trochę jak to jest pływać w pralce. Nie miałam pojęcia jak leciała trasa wodna, pamiętałam tylko czerwone prawą ręką, żółte lewą. Żółtych boi nie widziałam, ale po nawrotce w miarę z dystansem zaczęły się pokazywać.

IMG-20180602-WA0007

 

Wybiegam z wody, nie wiem która, ale nie była to czołówka. Po przygodach w Larnace, najważniejszym elementem jest zerwać czepek, okularki i zamoczyć głowę w jeziorze zanim wybiegnę, na totalną płyciznę. Wbiegam na zielony dywan i słyszę, że jestem piątą dziewczyną. Rzadko wychodzę tak daleko z wody, ale patrząc na dziewczyny które ze mną startowały z przodu, to były to albo młode siksy z trenerami u boku, albo pływaczki ze stażem dłuższym niż ja. Wpadam do strefy, łapię rower, kask wchodzi płynnie, okulary na oczy i chwilę później jestem na belce.

Wsiadam na rower i się zaczyna ! Nogi wchodzą w buty w miarę płynnie, jak na Argona. Zaczynam pedałować, odpalam garmina na rowerze tak żeby widzieć prędkość i watty. Na to drugie patrze raczej z ciekawością, bo nie startowałam jeszcze z pomiarem, ale od czasu do czasu zerkam żeby widzieć w jakiej strefie pedałuje. Czuje moc, czuje że nogi dzisiaj mają dobry dzień. Pierwszy zakręt biorę łyk iso i …. GUBIĘ BIDON !!! Jak prawdziwa Grażyna wyścigu! Przy pierwszym łyku, wypada mi z ręki zanim uda mi się go włożyć z powrotem do koszyka.

Pisze to dziś oficjalnie, że po raz ostatni pokusiłam się o to aby na czasówce nie zamontować sobie bidonu na kierownicy! Ale przecież na sprint nie ma sensu, myślałam jeszcze chwilę przed startem. Montujcie bidony na kierownice na czasówkach. Jeśli macie to ZAWSZE! To jest zupełnie inny komfort jazdy!

Przez chwilę miałam myśl żeby po niego stanąć, ale na tym dystansie wydawało mi się, że za dużo stracę. Jadę dalej. Od czasu do czasu spoglądam na Garmin-a, a tam cały czas prędkość utrzymuje się w granicach 35-36 km/h. Trochę nie chciało mi się wierzyć, ale cyfr to cyfry.

Pierwsze kółko jadę w samotności, ale pędzę tak jak nigdy. Czuję moc i czuję jak to się przekłada na trasie. Wyprzedzam, dochodzę kolejne osoby. Wyprzedzam panów i w oczach widzę jak zbliżam się do dziewczyn przede mną. Na drugim kółku wyprzedza mnie mój mąż i tak długo to trwało jak na niego, Kola trzyma dystans i jest nadal za mną. Na drugim kółku wyprzedzam 4-tą dziewczynę. Robię to w takim tempie, że nie przeszło by jej przez myśl żeby siąść na koło. Bo drafting jest dozwolony. Na trzecim kółku dołącza do mnie jakiś zawodnik. Jedziemy idealnie tym samym tempem, raz on, raz ja. Mi pod wiatr jest łatwiej, bo rower. Jemu z wiatrem bo kilogramy. Zaczyna robi się trochę sucho w gardle, mam ochotę złapać czyjś bidon i wziąć chociaż małego łyczka. Proszę o dziewczyny, które stały na nawrotce żeby zorganizowały mi wodę. Nigdy nie łapałam wody na rowerze, ale gardło o nią tak prosi że spróbuje. W ostatniej chwili zobaczyłam Kasię z wodą i niestety nie złapałam. Ostatnie kółko, przydało by się łyknąć cokolwiek, bo na biegu wiem że tego nie zrobię. Będę bała się o kolkę i tego typu sprawy.

35053846_1102771699864256_4605756566967156736_o

Czwarte kólko, dojeżdzam 3 cią dziewczynę, czuję się jak jakiś pociąg, który wyprzedza każdego po kolei. Żałuję, że ten dystans jest taki krótki, chciałoby się jeszcze jechać i jechać ta dobrze się jedzie. Teraz ja jestem 3cią. Ciuchutko, tak żeby ja sama nie usłyszała, myślę sobie jak pięknie byłoby to utrzymać, ale wiem że bieganie to nie jest moja mocna strona, nie liczę więc na to.  Na ostatniej prostej przygotowuję się do zejścia z roweru. Odpinam buty dosyć mocno a w czasu, bo wiem że po skręcie belka może być blisko. Na zakręcie pokazuje się znowu ONA, z butelką wody, czeka i chce podawać. Krzyczę tylko że nie dam rady, patrze się w jej stronę. Odwracam głowę i widzę kogoś biegnącego do mnie i krzyczącego STOP!

Przejechałam belkę. Naciskam obydwa hamulce z całej siły rower staje na przednim kole, ja przelatuje przez kierownicę, ale cały czas trzyma ją z całych sił. Jakoś udaje mi się utrzymać na nogach, trzymając kierownicę między nogami i…. KARA. Stoi Pani 20 sekund.

Może i dobrze, że tak wyszło. Kasia dobiega z butelką wody, biorę łapczywie parę ogromnych łyków. Chwilę później słyszę komendę że mogę biec do strefy, więc w długą. W strefie jakiś zawodnik wjeżdża mi w tylne koło, rower mi się przewraca. Moja różowa kierownica spada na beton i się rysuje. Podnoszę rower lecę na swoje miejsce. Dawno nie straciłam tyle czasu, przez takie głupoty, a na tym dystansie każda chwila się liczy.

No nic. Moc jest, uśmiech jest przyklejony i jakoś te wszystkie zdarzenia w ogóle mnie nie wybijają z rytmu. Przez moją karę i ekscesy w strefie, ta sama zawodniczka którą chwilę temu wyprzedziłam, dosłownie na wybiegu ze strefy przebiega obok mnie. Ma mocniejsze tempo, widzę jak biegnie, wiem gdzie jest moje miejsce 🙂

Średnia na rowerze wyszła mi 35 km/h. Przy tylu kółkach i takich wąskich nawrotkach jestem z siebie na prawdę PRZE DUMNA !

BIEGANIE, AH BIEGANIE.

 

Założenie moje na bieganie było poniżej 5.00, tak cicho marzyłam żeby spokojnie utrzymać 4.50 min/km. Pierwsze paręset metrów nogi same niosą. Dosyć szybko wpadam w dobry rytm. Chce utrzymać mocne tempo, nogi więc od początku zmuszam do mocnego biegu. Biegnę, całkiem lekko, bez większego wysiłku. Chciałabym utrzymać ten stan ducha do końca, patrzę na zegarek a tam 4.40 min/km. Boję się tego tempa, ale jak sama trenerka powiedziała. Zaryzykuj, jeżeli zawsze czujesz że robisz to asekuracyjnie, spróbuj zrobić to mocna i zobaczysz co się wydarzy. Taki był plan. Stwierdziłam że zwolnić zawszę mogę, a wejść na wyższe obroty jest mi zawsze dużo ciężej.

received_10216140344970543

LECĘ. Nie myślę, nie analizuję. Skupiam się na oddechu, żeby nie złapać kolki, która znowu od ostatniego startu na Cyprze dawała mi się we znaki na każdym treningu! Pierwsze kółko za mną. mam jeszcze dwa. Krótkie kółka dają mi poczucie, że mam to bieganie pod kontrolą. Tempo nie sapda, siła i nastawienie również. Biegnę mocno, pełna sił, uśmiechnieta jak nigdy! W między czasi mija mnie gdzieś Kola, nasz przyjaciel mocny biegacz. Widzę jak nie ucieka mi tak jak zawsze. Duma i radość dają siłe na każdy kolejny kilometr. Widzę 5-ta dziewczynę Karolinę Zygo, wiem że dobrze biega, zawsze biegała dużo lepiej niż ja.. Pilnuje więc naszego odstępu, ale Karolino wcale się nie zbliża! Lecę na 4.40 cały czas, nie chce mi się wierzyć, to znowu jakiś kosmos.

Pierwszy raz czuję jakie to jest uczucie nie zdychać na biegu, w szczególności przy takim tempie. Mieć moc i siłę, motywację i takie tempo które pozwala Ci wyprzedzać ludzi, a nie być wyprzedzaną. Po raz pierwszy w mojej karierze, trzymam tempo poniżej 5.0 min/km na triathlonie! Na trzecim kółku dopada mnie kolka. Tak na prawdę dosłownie chwilę przed ostatnim kilometrem! Zazwyczaj zwolniłabym, ale ostatnio znalazłam zależność kolki i oddechu. Kiedy jest on nierównomierny i gdzieś go gubię, to zaczyna łapać mnie kolka. Dlatego wyszłam z założenia że albo powinnam zwolnić, albo ??
PRZYSPIESZYĆ! Widocznie mój oddech nie zgrał się chwilowo z moim tempem i nogami, dlatego tempo muszę zmienić. A że zwolnić nie planowałam choćby miał po mnie czołg przejechać, to zaczęłam powolutku przyspieszać! I HEJA!

received_10216143271603707

Ostatni kilometr przebiegłam w takiej euforii, że nawet kolka nie miała szans z moja głową! Coś tam trzymało mnie pod żebrami, ale głowa wiedziała że dobiegnie w takim tempie jakim chciała. Wleciałam na metę w euforii, naprawdę dumna z siebie i swojego wyniku!

IMG_20180602_234630_505
To zdjęcie POZOWANE, ale jedno z moich ULUBIONYCH <3

 

Przyleciałam na metę w 1:15:14, raptem parę minut po moim PRO-mężu i  po naszym PRO-biegaczu Koli ! Nie liczyłam, że będę tak blisko naszych Panów! Nie liczyłam, że nie uciekną mi zbyt wiele na biegu i nie liczyłam że będę tak pędzić na rowerze. Nie liczyłam na żadne podium, bo w Okunince zawsze była mocna czołówka, a tym bardziej nie liczyłam na ktegorię OPEN! Chyba lubię to czwarte miejsce! <3 <3 <3

received_10216140928225124-01

Może słownie i lepiej by brzmiało, PIERWSZA W SWOJEJ KATEGORII (20-34), niż IV OPEN, ale na pewno nie przyniosło by to prezentu w postaci 500+ :) Tego dnia mój Stasiek kończył właśnie roczek. To był jeden z tych dni który zapamiętam na długi czas. Zaraz po starcie, zaczęliśmy celebracje! Naszych życiówek, naszej mocy i pierwszych urodzin naszego Staśka!

IMG_20180602_221554_441

Zjedliśmy ogromny talerz smażonej ryby i poszliśmy nad wodę na niezdrowy URODZINOWY TORT na kocu! Chyba niejedno dziecko chciało by obchodzić roczek w takich okolicznościach. Piknik na kocu, bitwa na balony z wodą, bąbelki te dla dzieci i te dla dorosłych i dużo dużo śmiechu i radości!

sdr

Maluchu życzę Tobie żebyś zawsze miał takie piękne urodziny, właśnie nad jeziorem Białym, po Żelaznym Triathlonie na kocu, zajadając tort urodzinowy !

 

cof

***

Do dziś kiedy patrzę na tabliczkę za nagrodę pieniężną, gęba uśmiecha mi się od ucha do ucha. To było na prawdę piękne rozpoczęcie sezonu w Polsce. Zaczynam kochać to mocne tempo, zamiast tego dystansu. Co będzie dalej ?? Czy to Wasza zasługa i-Sport ??

 

 

Wasza Biegająca Bio Mama.

W roli kibica.

POLECANE TRIATHLON

W roli kibica.

Na wstępie powiem, że te starty emocjonalnie więcej mnie kosztują niż starty w moim wydaniu. Od łez szczęścia kiedy widzę go wbiegającego na metę, po przez łzy stresu i smutku kiedy widzę każdy grymas bólu, czy te okropne skurcze w nogach.

DSC_0170

 

13433360_978895195556416_250233849391022164_o

Starogard Gdański i Triatlon Energy to był mój debiut na 1/2 IRONMAN-a, to były dla mnie łzy szczęścia, że jestem w końcu na mecie, bo bolało, i łzy szczęścia że zdobyłam tą metę, bo wydawała się naprawdę odległym marzeniem. Mój debiut zaserwował mi pięć i pół godziny triathlonowego szaleństwa i po nie wiedziałam czy chce tego więcej, czy mam ochotę krzyczeć już nigdy więcej ! Impreza była fajna, kameralna, z okropnie trudnym biegiem, taka też była w tym roku. I co mnie najbardziej zadziwiło że ten bieg sponiewierał każdego tak samo mocno jak mnie w zeszłym roku.

Relacje z tegorocznego triathlonu mogłabym zacząć podobnie jak do swojego startu, bo logistyki z dwójką maluchów było co najmniej tyle co przy pakowaniu triathlonowej torby. Pobudka miała być przed 7-mą, żeby zapakować cały majdan do auta, trójkę dzieci, wielkiego psa i dwie matki triathlonistki. Torba dla dzieci pękała w szwach od ciuchów na każdą pogodę, bo dzień zaczął się rześko, od 14 stopni, a miał skończyć się na 30 stopniowym upale i masy zdrowych podjadaczy, co by można było przez chwilę w spokoju pokibicować. Na 8.30 musiałyśmy dojechać na start oddalony jakieś 30 kilometrów od naszego wiejskiego raju. Jak to zazwyczaj przystało, ja oczywiście musiałam zaspać i wściekła jak osa wstałam o 7.20. Wpadłam do kuchni zrobić sobie i młodej śniadanie, zapakowałam wózek, gondole, chustę i milion rzeczy na w razie co dla dwulatki i dwu-tygodniwego towarzysza. Wciągnęłam śniadanie w ekspresowym tempie, po czym udałam się na góre ogarnąć najpierw męską pieluchę, a potem moje dwuletnie szczęście, które na całe szczęście zdecydowało się współpracować. Jeszcze tylko szybki cycek przed wyjściem i chwile po ósmej siedzieliśmy wszyscy pędząc przez słabe asfaltówki na start naszych mężów.

Na miejscu i w sumie przez cały dzień nie było mniej intensywnie. Zaraz po starcie panowie do ekwipunku wózek i „trójka plus pies” dorzucili nam dwie wielkie torby triathlonowe które musiałyśmy dotargać do samochodów jakiś kilometr od T1. Jestem więc pewna, że nie jedna osoba spojrzała się na nas z politowaniem 🙂 Niemniej jednak nie takie rzeczy razem z Justyną robiłyśmy, więc ten cały majdan wydawał nam się w miarę na porządku dziennym.

IMG_20170618_190410_541

Panowie na starcie dostali małe kopniaki w tyłek, co bym im dobrze poszło. Wiedziałyśmy, że będzie dużo emocji, bo są na bardzo podobnym poziomie i obydwoje mają duże ambicje. Pomimo szczerych koleżeńskich więzi, każdy chciał być przed tym drugim. A my? Pomimo że szczerze życzyłyśmy wszystkiego co najlepsze drugiemu, w głębi duszy kibicowałyśmy, każda swojej drugiej połówce.

DSC_0580

Emocje przed startem w roli kibica są równie mocne, śmiałabym powiedzieć, że nawet mocniejsze niż te kiedy sama staje na linii startu. W powietrzu czuć tą niesamowitą atmosferę, ciarki przechodzą mi po plecach, oczy napełniają się jakimiś dziwnymi łzami szczęścia za każdym razem kiedy słyszę 10, 9, 8, 7,…. 3, 2, 1 START ! ! ! Tego nie zdarza mi się czuć kiedy na starcie stoję we własnej osobie. Wtedy przez moje ciało emanuje skupienie i pełna koncentracja na wyścigu.

No i… RUSZYLI. Start na Triathlon Energy zawsze jest z wody. Dla mnie pływaczki to bardzo fajna opcja. Nie lubię tego chaosu, przepychanki biegowej i walącego serca od przebierania nogami przez płytką wodę. Taki start można by powiedzieć jest bardziej „stabilny” dla serducha i naszego tętna. Łatwiej jest złapać rytm w wodzie i nie ma aż takiej pralki.

IMG_20170628_220219_546

 

DSC_0610Dobre pół godziny na pomoście minęło nadzwyczaj szybko, trzeba było zrobić dwa razy siku, rozłożyć i złożyć mały piknik na pomoście i zanim się obejrzałyśmy trzeba było zakładać na plecy triathlonowe plecaki naszych panów i drałować na wyjście z wody. Mój mąż na dzień dobry, zaserwował mi niezłą dawkę emocji. Na wyjściu z wody wyglądał jak walczący ze swoimi nogami maratończyk. Grymas bólu na twarzy i skurcze które złapały go w nogach sprawiły że moje oczy napełniły się łzami przerażenia. Bałam się o niego teraz stokroć bardziej. Widziałam już jak schodzi z trasy i bolało mnie to okropnie, przecież tyle trenował! Czy aby na pewno te wszystkie nocne trenażery, nocne biegania, bo przez moją ciąże i nasze bardzo zabiegane i zapracowane życie w zimie właśnie o takich porach musiał trenować, pójdą w las? Cała zdenerwowana bacznie obserwowałam go jak wychodził z przebieralni i jak biegł pod górkę do roweru, czy puściło ? Dosyć często po pływaniu w piance mój R ma okropne skurcze mięśni, więc jeśli ktoś ma pomysł dlaczego tak się dzieje to czekamy na opinie ?!

DSC_0629 2

No nic polecieli na rower, mamy jakieś 2.5 godziny żeby dotrzeć do T2. Biorąc pod uwagę, że wszystkie drogi w okolicy T2 ą zamknięte, wiedziałam że to idealny czas operacyjny z naszym majdanem. Oczywiście próbowałyśmy złapać naszych księciów na swoich rumakach (czytaj rowerach) ale niestety minęłyśmy się z nimi, a że trasa była rozległa i robili tylko dwa kółka wolałyśmy nie ryzykować z czekaniem na trasie rowerowej.

DSC_0659
Wielkim podziwem na trasie był Rafał z Paulinką, dziewczynką z porażeniem mózgowym. Wspólnie zrobili najkrótszy dystans. Płynął z pontonem, jechali razem na rowerze i biegł z wózkiem. Nasz Mateusz dzielnie im towarzyszył na ostatnim etapie, biegnąc ze swoją Laurą w wózku. <Parę słów o Mateuszu —> SKOK W BOK: „Męska strona medalu…” >

Kolejne ponad dwie godziny mineły nam niesamowicie szybko. Parkowanie, szukanie T2, spotkanie z Mateuszem który dzielnie kibicował chłopakom na biegu, lody, karmienie, przewijanie, kolejne siku i ze Stasiem na ramieniu wyhaczyłam naszego triathlonistę jak zjeżdża do strefy zmian. Cała drżąca, nadal ze Stasiem na ramieniu, podbiegłam do strefy i czekałam aż wybiegnie na bieg. Chciałam usłyszeć tylko że wszystko jest OK.

 

Gdyby ktoś z organizatorów to kiedykolwiek przeczytał to: brakuje tabliczki, znaku, jakiejkolwiek informacji że linia na której trzeba zejść z roweru jest dosłownie zaraz za zakrętem! Przykro było patrzeć jak połowa zawodników ledwo co zdążała z wypięciem butów. Część wbiegała do strefy z jednym na nodze, cześć z piskiem opon musiała hamować i w stresie się wypinać, część wpadała do strefy jeszcze na rowerze i musiała zawracać. Rzadko kto wiedział co się święci.

DSC_0673

 

IMG-20160625-WA0000Bieg był tak samo trudny jak w zeszłym roku, ta sama trasa i zrobiło się tak samo upalnie. Wiedziałam co czują, pamiętając swoje mocno zwalniające tempo z zeszłego roku. Bieg liczył 4 pętle po ok 5 km. Na każdej z pętli były trzy krótkie, ale dające w kość podbiegi. Pamiętam jak przez pierwsze dwa kółka miałam siłę, kolejne dwa jednak wygrały ze mną. To samo widać było na twarzach tegorocznych zawodników. Ból i zmęczenie, z boku poniekąd mi się podobało. Ja nie biegaczka, bo za taką się uważam, podbudowałam się widokiem tych mocnych biegaczy, których ten półmaraton kosztował tyle co mnie w zeszłym roku. Bieganie jest moją najsłabszą dyscypliną w triathlonie i pomimo że je kocham, to sama miłość do niego nie sprawia że jestem w nim szybka i mocna. Podbudował mnie więc fakt, że nawet Ci urodzeni biegacze cierpieli równie mocno, jak ja w zeszłym roku. Może nie jest wcale aż tak źle ze mną ?! 🙂

 

DSC_0693 2

DSC_0691

 

Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. Logistyka dopracowana była do perfekcji, ferajna w postaci trójki dzieci, psa i dwóch mam kibiców została ogarnięta. Kibicowanie w chuście, podmienianie dzieci na drzemki w jednym wózku też się udało. Panowie mieli niezły doping który doprowadził ich do mety z życiówkami. Mój szalony mąż pomimo słabo wyglądającej swojej postaci zaraz po pływaniu, doleciał do mety w 4:50, z czego jestem bardzo dumna, a nasz kolega z którym się ścigał zaledwie o 2 minuty szybciej od niego. I pomimo, że obydwoje minęli się z podium zajmując 4-te i 5-te miejsce w kategorii to my żony JESTEŚMY Z WAS PRZE-DUMNE !
Fajnie było widzieć jak dajecie z siebie wszystko i jak walczycie ze sobą na wzajem.

Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !
Tak Stasiek w chuście smacznie sobie śpi !

 

Kocham te emocje i cieszę się że mogłam je poczuć na nowo, chociaż w roli kibica. To odliczanie do startu, ten bieg pomiędzy strefami zmian, żeby złapać jakąś fotkę, usłyszeć jak się czuje i czy coś mu potrzeba. Już nie mogę się doczekać swoich powrotów na te ścieżki. A różowy ARGON wiszący na ścianie, nie pomaga 🙂

Koniec sierpnia wkraczam ponownie do świata triathlonu na mojej ulubionej imprezie w sezonie! Triathlon Kraśnik i ukochana olimpijka! A może wcześniej skuszę się na jakiś krótki dystans ?? Macie coś do polecenia ??

Triathlon Energy Starogard wpisujemy do swojego kalendarza na następny rok.

 

IMG_20170618_190950_704

 

IMG_20170621_051503_629

O.

Kocham trenażer.

CIĄŻA POLECANE TRIATHLON

Kocham trenażer.

Kocham trenażer ?! Czy to na prawdę wychodzi z moich ust ?

IMG_20170307_210339_951

Ja – totalny „anty-trenażerowiec”, nagle przeprosiłam się z czterema ścianami, pedałowaniem w miejscu i gapieniem się przed siebie przez tyle czasu. Nie możliwe??

A jednak. 

Jak to kiedyś ktoś mądry powiedział: „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. I teraz kiedy wiem, że latanie po drogach asfaltowych na moim różowym rumaku w butach spd, nie byłoby najrozsądniejszą rzeczą na świecie, nagle ten trenażer z dobrym filmem na desce do prasowania okazuję się nową miłością. Te godziny spędzone w sposób „zwierzęcy” bym powiedziała, tak siedzę jak ten chomik w kołowrotku i pedałuje nogami w miejscu, wydają się wyjątkowo piękne.

IMG_20170224_141220_311

Plusy trenażera? O dziwo tak owe też istnieją 🙂

  1. Masz znikome szanse się wywrócić. Bardzo ważny element jeśli chodzi o trening w ciąży 🙂 Myślę, że na prawdę trzeba by się nieźle postarać żeby położyć się razem z całym tym żelastwem na ziemię. Oczywiście nie śmiem twierdzić, że jest to niemożliwe, bo różne rzeczy człowiek potrafi zrobić, ale jest to wyjątkowo trudne zadanie.
  2. Trening to dobry powód na dobry film. Pomimo, że mój R ma ograniczoną ilość filmów na swoim komputerze a ja tak owych w ogólne nie posiadam, to i tak zawsze znalazłam coś co mnie zainteresowało wystarczająco, aby spędzić dobrą godzinę w siodle. Jeżeli macie ten przywilej, że Wasz partner ściągnie dla Was specjalnie jakiś film (oczywiście nie popieram piractwa 🙂 ), który wciągnie Was na dobre, nawet w ciąży będziecie w stanie popedałować o wiele dłużej niż Wam się wydaje 🙂 Z drugiej strony fajnie jest też zaliczyć dwie rzeczy na raz. Czyli obejrzeć film na który ostatnio w naszym życiu w ogólne nie ma czasu i zrobić trening. To takie małe przyjemne z przyjemno-porzytecznym :p ha ha ha.
  3. Trening trwa faktycznie tyle ile jeździmy. Jeżeli chodzi o treningi rowerowe na dworze nigdy nie zdarzyło mi że trwały one tyle ile chciałam pojeździć, czyli na przykład 1.5 h. Do treningów rowerowych na dworze trzeba doliczyć co najmniej 20-30 minut na całe przygotowanie. I nie mówię tu tylko o ubraniu się, które wbrew pozorom i tak zajmuje więcej czasu niż na trening domowy bo przecież nie tylko trzeba założyć więcej warstw, ale trzeba też wziąć kask, okulary, ewentualnie rękawki, klucze do domu. Zrobić bidony, wziąć coś do jedzenie jeżeli planujemy dłuższy trening. Wyjść z domu w jednych butach i przebrać je w garażu na spd ( ja po jednej wywrotce w swoich blokach nie chodzę już po schodach w spd). Zapomniałabym, trzeba ten rower też znieść, albo wyciągnąć z garażu czy piwnicy. Dodatkowo trzeba napompować koła, bo pomimo tego że ostatnio pompowaliśmy na szosę zawsze chcemy je mieć dopompowane na cacy. Często sąsiad nas zagada w tym że ważnym momencie i już dodajemy plus 10 minut do treningu. Kolejna rzecz to jeżeli nam się fajnie jeździ rzadko kiedy kończymy na tylu kilometrach ile sobie zaplanowaliśmy. No chyba że czas albo plan ułożony przez trenera, nas trzyma. A trenażer ? Hmmmm, błaha sprawa. Wyciągam żelastwo z za szafy i rozkładam je na spokojnie w jakąś dobrą minutę. Ściągam rower ze ściany i wpinam go w to całe żelastwo przez jakąś kolejną dobrą minutę. Zakładam gatki rowerowe, nie fatyguje się z koszulkami i innymi warstwami i tak je za chwilę ściągnę co trwa kolejną minutę. Rozkładam deskę do prasowania stawiam na niej kompa i butelkę wody i wpinam się w bloki. 3 minuty później pedałuje już uśmiechnięta leżąc na lemondce i wybierając mój dzisiejszy repertuar filmowy. PROSTE ? 🙂
  4. POGODA nie ma znaczenia !  A co lepsze im gorsza tym fajniej się jeździ w domu 🙂 Raz, że przy otwartych oknach czuć przyjemny powiew zimnego powietrza, a dwa że nie żałujesz że pedałujesz w miejscu a nie na dworze.
  5. Można go zrobić kiedy dziecko śpi w drugim pokoju! Kolejny ogromny plus trenażerowania 🙂 Dosyć często zdarzało mi się wskakiwać na rower kiedy Zosia smacznie spała w pokoju obok. Raz nawet udało nam się zrobic trening razem. ona bawiła się Play-Doh obok mnie a ja pedałowałam oglądając film i co chwilę otwierając kolejne pudełka z ciastoliną. Albo lepiąc kulki, kostki. Nie spodziewałam się że takie rzeczy są możliwe. Po raz kolejny mówię: A jednak !

IMG_20170227_103539_876#2

<iframe width=”560″ height=”315″ src=”https://www.youtube.com/embed/XnPLwyjwvn4″ frameborder=”0″ allowfullscreen></iframe>

Jeżeli ktoś mi w życiu powie że nasz pogląd na niektóre rzeczy nie jest zależny od tego w jakim miejscu i czasie w danym momencie się znajdujemy to już NIGDY NIE UWIERZĘ !

Kiedyś znienawidzony przeze mnie trenażer jest teraz jedna z fajniejszych form treningu. Nogi czują wycisk, nie obciążam stawów, a do tego mieszczę się w zakresach tętna dla ciężarnych. Mam nadzieję, że uda mi się naskrobać jeszcze parę bardziej merytorycznych słów o treningu rowerowym w ciąży wraz z fajną Panią Doktor, triathlonistką i mamą. Ale o tym niebawem.

IMG_20170320_121035_035 IMG_20170307_130519_965

 

 

 

 

 

 

 

 

IMG_20170224_122526_933

Do przeczytania!

O.