Tag: wazne

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

POLECANE SPORT TRIATHLON

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

Nie wiem czy uda mi się przelać te emocje na papier, ale postaram się.

Malbork, co prawda do samego końca nie wierzyłam, że się odbędzie. Przez te wszystkie restrykcje COVID-owe, myślałam że, za duża impreza, za dużo ludzi zapisanych. A tu LABOSPORT, Mistrzowie tegorocznego ogarniania zawodów z COVID-em na plecach, jak zwykle sobie poradzili.

Musze przyznać, że należą im się ogromne gratulację za organizację imprez w tak trudnym czasie. Nie tylko w ogóle to robili, ale też robili to z głową, zachowując, SERIO, wszystkie ważne obostrzenia, wychodząc na przeciw nowej rzeczywistości. ( no dobra dali tylko ciała z tym pływaniem bez pianek w zimnym Olsztynie 😉 hahah)

Malbork nie wiem czy miał być moim numer 1 startem. Nigdy nie patrze się ta na swoje starty według tej kategorii. Zawsze robie kalendarz gdzie startujemy i każdy jest dla mnie prawie równie ważny. Tym razem Malbork miał być miejscem, gdzie się odkuję po okropnym sezonie, który od początku szedł nie tak. Na pierwszych zawodach KOLKA i brak mocy na rowerze, drugie zawody to szlif i wypadek, 3-ie to ulatniające się powietrze ze mnie na każdym kroku. A przecież wiedziałam, że fizycznie jestem dobrze przygotowana, ba nawet lepiej niż kiedykolwiek w życiu, ale coś nie grało. Zawsze było coś nie tak. W głównej mierze razem z trenerem doszliśmy do wniosku, że to głowa płata mi figle.

Jest to pewnie temat na kolejny post ale tak na szybko analizując. Od zawsze byłam ambitna, czasami za bardzo może, ale też dokładnie wiem gdzie jest moje miejsce w szeregu i nie próbuje gór przenosić czy łamać czasów które nie są w zasięgu mojej ręki. Mam jednak taką przypadłość, że obciążam się, obarczam jakimś niewiadomo skąd ciężarem ( może z instagrama :p, pól żartem pól serio) że coś muszę. Że jeśli nie czas to miejsce muszę takie mieć, że nie może mi pójść źle, bo cóż ja Wam napiszę ?! I choć teraz pisząc to, wydaje mi się to głupie, błache i bezsensowne to jest coś, jakaś presja która nakładam na siebie przed każdymi zawodami.

Na szczęście wpadłam w dobre ręce trenerskie, które znają takie przypadki jak ja, które umieją poradzić sobie z takim przypadkiem jak ja i które wiedza co powiedzieć, jak i gdzie, żeby taki przypadek jak ja był opieprzony kiedy trzeba, a pogłaskany kiedy potrzebuje. Oprócz merytorycznego przygotowania, ma niesamowite podejście psychologiczne. Takim trenerem jest Marcin Fabiszewski – mój trener, założyciel klubu TRIWAWA.

Jeśli chcielibyście z nim podjąć współpracę to teraz jest dobry moment by się do niego odezwać. Możecie się powołać na mnie :) 
Marcina znajdziecie na FACEBOOKU i INSTAGRAMIE.
Nagralismy też wspólnie podcast który możecie odsłuchać TUTAJ.
Marcin prowadzi tez grupowe zajęcia na basenie w Wilanowie w Warszawie ;) 

I to właśnie chyba jego esej-wiadomość w przed dzień startu rozluzowała to wszystko, co na mnie siedziało. Jego słowa pozwoliły cieszyć się tym startem. Pozwoliły wejść bez presji do wody, wyjść z niej z jeszcze większą radością i emanować nią na rowerze i biegu. Jeśli to czytasz – DZIĘKUJĘ !

Castle Triathlon Malbrork 2020 – start życia.

Skoro już wiecie co się ze mną działo przed to zaoszczędze Wam historii dotyczącej wprowadzania roweru do strefy zmian, szykowania się i innych tego typu historii które już pewnie nie raz słyszeliście, czy o nich u mnie czytaliście. Wszystko poszło płynnie bez większych problemów. Ponieważ byliśmy dosyć wcześnie przed startem, udało się też porządnie rozgrzać. Fajnie też, że Zosia pojechała z nami. Uwielbiam jak dzieciaki są na naszych startach. Zawsze robi mi się tak cieplutko i przyjemnie w serduchu.

STRATUJEMY – Castle triathlon Malbork 2020 <3

Ustawiamy się na starcie. Na szczęście Rafał zdobył mi butelkę zimnej wody żeby przelać sobie buzie, bo byłabym lekko zdziwiona wpadając do tej lodowatej wody w Nogacie. Startuję z Moniką Chodyną i Karolną Jahnz, obydwie dziewczyny dobrze znam wiem na jakim są poziomie i szczerze mówiąc raczej czuję się wolniejsza od nich więc grzecznie staję chwilkę za nimi na pływaniu. Z Karoliną pływamy podobnie, Monika odstaje w wodzie. Jednak nie po to tu przyjechałam, cały czas magluje wiadomość od trenera z dnia przed, w mojej głowie. WDZIĘCZNOŚĆ, RADOŚĆ. I z takim nastawieniem wpadam do wody chwilkę za najlepszymi.

Płynie mi się super. Przełomowy trening odbyłam dwa dni przed startem. Nie ukrywam, że pływanie w piance miałam mocno spaczone moją wcześniejszą pianką. Długo nie mogłam się przestawić, że w piance mogę mieć nieograniczone ruchy, że pianka może być miękka i przyjemna.

OBECNIE PŁYWAM W PIANCE TYR POLSKA - HURRICANE C5. Po za tym dla wszystkich którzy mnie obserwują, słuchają czy czytają mam też kod rabatowy na wszystko w TYRze ----> KOD: BIOMAMA15 do zrealizowania na www.tyrpolska.pl

Dwa dni przed zawodami w jeziorze z Rafałem coś kliknęło. Zamiast się męczyć jak zwykle, pomyślałam sobie: „HEJ pomyśl ze jesteś w basenie i płyń dokładnie tak jak to robisz tam”. I nagle kliknęło, zaczęłam odpływać od Rafał, tak nagle, bez wkładania jakiejkolwiek większej siły. To samo mówiłam do siebie w wodzie, płynąc w Malborku. Poszło. Płynęło mi się jak w basenie, wygodnie, swobodnie, szybko i z uśmiechem na buzi. Cieszyłam się promieniami słońca, które odbijały się na wodzie, cieszyłam się widokiem zamku Krzyżackiego i tak bujając w obłokach przepływam obok ostatniej bojki i widzę już wyjście z wody !

Co ? Z taką swobodą? EKSTRA LECIMY DALEJ Z TYM MALBORKIEM!

Wychodząc z wody zobaczyłam Karolinę chwileczkę przede mną biegnącą do strefy. Strefy mam szybkie to się nie zmienia. Łapie kask, rower (tego cudownego LIV-a z którym jeszcze nie udało mi się zrobić tego o czym marzyłam, czyli rozwalić system) biegnę do belki…. jak fajnie jest być na zawodach na których wiesz gdzie co jest. Gdzie jest belka, jak mniej więcej biegnie trasa rowerowa itp. Wsiadam na LIV-ka i jazda.

No może nie tak od początku jazda, bo mam nowe buty rowerowe w których nigdy nie startowałam, wiec motam się żeby je założyć. Kibicki obok puszczają żarciki do mnie (na prawdę mnie rozbawiły dziewczyny) i „w końcu się udaje” 😉 Nogi w butach, można jechać. O dziwo, dzięki temu że tak motałam się z butami tętno jest już normalne, co prawda nie mam HR-u, ale czuję jak nie jest przyspieszone, więc zaczynam rozpędzać maszynę.

Tego dnia mocno wiało, nie liczyłam więc na jakieś kosmiczne cyferki na rowerze, marzyło mi się jechać na luźnej nodze, poczuć siłę i moc i wtedy nie ważna jest cała reszta. Jestem w ścisłej czołówce, 2 dziewczyny przede mną czekam na tych facetów za mną, aż zaczną wyprzedzać.

ALE…… ALE ……

Pędzę ! Jakie ja mam silne nogi ! Same jadą, są luźne i jest po prostu bosko ! Patrzę na Garmina, no SERIO pędzę, cały czas licznik pokazuje ponad 42 km/h. Myślę „ok jest z wiatrem”, czyli tak jak rok temu z powrotem będę zdychać. Ale nogi jadą, zasuwają nie bolą, nie ciągną, są takie o jakich marzyłam cały sezon. No to nie oszczędzam się tylko pędzę ile wlezie, żeby na powrocie móc w razie co trochę odpuścić. Jade ciesząc się jak dziecko, emocje wybuchają co chwilę we mnie i aż mini łezki chcą lecieć. TO SIĘ NIE DZIEJE!!!! TYLE CZASU CZEKAŁAM NA TO UCZUCIE ! TYLE TRENINGÓW WYPRACOWANYCH TYLE GODZIN NA ROWERZE I W KOŃCU TO SIE DZIEJE !!!!

Powiem Wam, że gdyby nie żele, ( na zawodach zabrakło mi żeli UNIT-a, które jako jedyne bardzo szybko potrafię zjeść i są na prawdę ekstra. mam natomiast Agisko, które okej dają kopa ale zaklejają okropnie) to myślę, że jeszcze dużo równiej i szybciej bym pojechała. No ale co tu mówić, na drodze powrotnej faktycznie zaczyna mocno wiać, ale skupiam się na pozycji na aerodynamice i LECĘ DALEJ !!!! Karolina jest w zasięgu wzroku i wcale się nie oddala na co liczyłam, tylko przybliża! Żaden facet mnie jeszcze nie wyprzedził! O CO CHODZI ??!!?? Monia też na nawrotce nie jest kosmicznie daleko ode mnie. ALE CZAD! znowu wybuch emocji, radość i uśmiech. Z powrotem lecimy pod mocny wiatr, miota mną pomiędzy drzewami na lewo głównie, bo wiatr mamy w twarz i z boku. Ja na wysokim stożku z przodu, czyli mocno reaguje na wiatr, jest ciężko ale nie jest źle. Patrzę na prędkość, ale ta nie spada ani razu poniżej 32 km/h, a głównie utrzymuję się w okolicach 35 km/h. CO ??? POD WIATR ?

W tym roku rower ma 2 kółka, zamiast jednego więc lecimy 2 razy tą samą pętlę. W sumie dobrze bo fajnie wszystkich widać i widać odległości między nami. W końcu też wiadomo że każdy dystans nawraca w tym samym miejscu !

Jedziemy drugie kółko, a ja praktycznie jestem już na Karoliny plecach. Nie wierzę, nie wiem co się stało. Zastanawiam się czy wyprzedzać, bo przecież jest mocniejsza ode mnie, ale ewidentnie musze się hamować za nią, więc odpalam rakietę i lecę dalej. W zasięgu wzroku pokazuje się juz Monika. Przecież Monia ma mega mocny rower, nie chce mi się wierzyć ale nogi same jadą SERIO !!!

Gdy tylko zaczęły mi wchodzić do głowy pomysły że może coś muszę, to wróciłam głową do wiadomości trenera. RADOCHA! WDZIĘCZNOŚĆ!

I TAK NA TOTALNEJ EUFORII, RADOŚCI i Z MEGA MOCNĄ NOGą PRZELECIAŁAM CAŁY ROWER. Zeszłam dosłownie chwilkę za Monią, wyprzedziłam Karolinę na tyle mocno że nie widziałam jej już w strefie zmian. Ponadto na całej trasie wyprzedziło mnie na rowerze TYLKO 2 FACETÓW, a przecież była ich tam cała masa !!!! NIE WIEM DO DZIŚ CO TAM SIĘ WYDARZYŁO NA TYM ROWERZE. Pojechałam go ze średnią ponad 37 km/h !!!!! poprawiłam życiówkę z roweru o ponad 3 minuty !!!! Wpadłam do strefy zmian i …..

CIEKAWOSTKA: Po zawodach, bo na nich nie spojrzałam się ani razu na WATT-y na zegarku, jak wracaliśmy do domu czyli jakieś 12 h po starcie, weszłam z ciekawości na Garmina żeby zobaczyć jakie WATTY pojechałam na rowerze. Szczerze miałam nadzieję, że fajne bo w sumie tam mocno dobrze jechało mi się rower. Szczerze ? spadłam z krzesła prawie !!! Pojechałam całość na średnich wattach 204, co jest ponad 10 więcej watt niż moje NIBY FTP !!!!! Takie czegoś nigdy nie odwaliłam !

TEN BIEG>>>>>>> co to będzie ??

Mówiłam Wam że mam szybkie strefy ? No mam, bo dzięki strefie zmian na wybiegu byłam już tylko 50 metrów za Moniką Chodyną. Łzy chciały mi same lecieć, czułam się dobrze, nie zajechana po takim cudownym rowerze.

W między czasie, Rafik z moim trenerem stali gdzieś na biegu dyskutując. Mój biedny mąż denerwował się że po takim rowerze już nic nie nabiegam, ale Fabisz powiedział "Spokojnie, pobiegnie" i tak właśnie się stało.

Monika biega podobnie jak ja. I przepraszam jeśli to czytasz Monia, ale miałam nikczemny plan na Ciebie. Monikę poznałam, tzn zobaczyłam ją po raz pierwszy, 2 lata temu w Bełchatowie na zawodach Triathlon Energy. Wydała mi się taka PRO, tak daleko miałam do niej. Pamietam jak jechała na dysku, na mega pieknym rowerze czasowym, z PRO kaskiem, wyglądając jak mega PROS-ka! Zrobiła wtedy czas ode mnie o 10 minut lepszy i była, przytoczę tu angielskie stwierdzenie, taka „out of my league” 🙂 Więc biec za Monią, kilkadziesiąt metrów było mega napędzające. Monia biega podobnie ja ja. Mamy ta samo przypadłość bycia nie-biegaczkami, względem pływania. Zaplanowałam sobie, że jeśli zabraknie mi sił na biegu to obiecałam sobie że umrę jej na plecach, ale dolecę na jej plecach do mety. A że wystartowałam chwilę za nią w starcie falowym to na mecie, może się okazać że jednak będę przed nią. MONIA SORRY, ale to wiesz jak dobiec, czy wygrać z taką idolka z młodzieńczych lat 🙂 ha ha ha

Biegnę więc za Monia, biegniemy dobrze koło 4:30, ale boje się że za szybko więc nie przyspieszam. Wpadamy do parku i tak sobie wspólnie lecimy, ale mój dystans do niej cały czas się zbliża. Trochę nie chcę wyprzedzać bo jak spuchnę to bez sensu wyprzedzać, ale biegnie mi się dobrze wiec nie ma co się oszczędzać to tylko 10 km !!! Za nawrotką w parku, na podbiegu, wyprzedzam Monikę. Próbuję spojrzeć gdzie jest Karolina, ale jej nie widać. Karolina bardzo mocno biega, wiem że mnie dojdzie, to tylko kwestia czasu. Biegniemy pierwszą piątkę mocnym tempem całość koło 4:35 wyszła. Fajnie że jest taka rywalizacja między nami. Czuję Monie na plecach i to że musze lecieć przynajmniej tak mocno żeby utrzymać pozycję. Za punktem odżywczym słyszę TRIWAWĘ wiem, że tam na mnie czekają. Zbiegamy do fosy, Karoliny nadal nie widzę, więc wiem że jestem pierwsza i wiem że BĘDĄ SZALEĆ JAK TO ZOBACZĄ, bo do tamtąd utrzymam ta pozycję.

Ale fajnie było zbiegać z powrotem do parku przy swoich kibicach drących się JAK DZIKCY, cudownie było zobaczyć Zośkę, krzyczącą mama, Rafała który serio był zajarany moja dyspozycją, Fabisza dumnego że tak lecę, Ewel która klepała po tyłeczku i emanowała radością! Oczywiście (sorry za słowo) miałam się KURWA cieszyć tym startem to się tak cieszyłam że kolejne łzy poleciały mi i EMOCJE WYSTRZELIŁY ! 🙂 Nie wiem ile razy na trasie wybuchłam płaczem ze szczęścia! Nie liczyłam, ale było to cudowne!

I tak takim mocny tempem doleciałam praktycznie do końca. Trochę odpuściłam na 6 kilometrze, kiedy zobaczyłam, że nie mam nikogo na plecach, że Monia się oddala zamiast przybliżać. Jednak ni stąd ni z owąd, zaatakowała mnie Karolina. Jej tempo nie pozwoliło, żebym chciała się z nią ścigać, wiedziałam że nie dam po prostu rady, ale cieszyłam się jak głupia, że wyprzedza mnie dopiero tak późno, w połowie drugiego kółka, co znaczy, że serio daje CZADU DZISIAJ !!!

Karolina zmotywowała mnie by znowu troszkę jednak przyspieszyć. Pomyślałam sobie, że muszę lecieć tyle ile sił w nogach, bo przecież jest jeszcze druga fala, gdzie nie wiadomo ile lasek startuje i jak mocne są i czy nie złoją mi tyłka! W fosie znowu ryczałam, ale to już prze-milknę, bo przecież moi kibice tak świrowali, że nie wiedziałam jak opanować radość.

I jest BRAMA do ZAMKU!!! WPADAM PRZEZ NIĄ, umieram na szybko na ostatnim zakręcie, bo myślałam że meta jest tuż za bramą, a tu psikus niestety nie 🙂 Jeszcze mała nawrotka i dopiero ……

META!

ZDOBYWAM ZAMEK W TAKIEJ EUFORII I RADOŚCI, TAK ZAJARNA, ŻE NIE UMIE WAM TEGO OPISAĆ!

ODWRACAM SIĘ NA ZEGAR A TAM DO TEGO jeszcze jakiś kosmiczny czas, którego w ogóle nie byłam świadoma!! 2:20 !!!!!!

To był start życia, serio. Zwieńczenie każdej minuty spędzonej na treningu. Start w gazie, takim o którym marzyłam od marca. Start w takiej radości i euforii której nigdy nie przeżyłam. I nawet pisząc to wszystko teraz, radość przepływa przeze mnie takimi mocnymi uderzeniami, że znowu oczy robią się szklane.

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM KTÓRZY MNIE WPSIARAJĄ, którzy do mnie tamtego dnia krzyknęli dawaj ! którzy pomyśleli sobie o mnie w domu, w pracy, na spacerze z dziećmi, którzy szczerze mi życzą sukcesów!

Tych najważniejszych nie muszę tu wymieniać, bo oni sami wiedzą jak ważni są i powiedziałam im to osobiście !

Dziękuję niezmiennie markom które za mną stoją i pozwalają cieszyć się tym sportem:

ZDOBYŁAM ZAMEK, tak jak zawsze marzyłam!

Mam nadzieję, że chociaż w minimalnym stopniu udzieliły się Wam te emocje!

Ola Korulczyk – Biegajaca Bio Mama

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Bez kategorii SPORT TRIATHLON

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Nie lubię pisać relacji z zawodów, które nie idą. Mam wrażenie, że świat nie ma czasu czytać o rzeczach które nie są fajerwerkami, nie motywują, nie są czymś wyjątkowym.

Ale niestety TAK było. Już od samego początku. Do końca wierzyliśmy, może bardziej mieliśmy nadzieję, że jak się bardzo nie chce to pójdzie dobrze. Bo tak czasami się zdarza. Tym razem tak bardzo się nam nie chciało, że aż nie poszło. Piszę nam, bo takie same emocje i odczucia dokładnie miał mój Rafał.

Ale zaczynając od początku.

Dlaczego Elemetal Tri Olsztyn to nie był nasz start ?

Zacznę od tego, że w ogóle nie mieliśmy tam startować. Byliśmy zapisani na zawody w Brodnicy, która usytuowana jest niedaleko wiejskiego domku moich rodziców na Kociewiu, w Borach Tucholskich. Mieliśmy połączyć fajne wakacje ze startami. Ponieważ nie do końca czujemy się komfortowo podróżując w czasach PADNEMII, to zdecydowaliśmy że w te wakacje ograniczymy swoje podróże do odwiedzin znajomych, dziadków, czy domu moich rodziców właśnie na wsi na Kociewiu.

W Brodnicy podczas Garmin Iron Triathlon mieliśmy startować w niedzielę 23 sierpnia. Na 7 dni przed dowiedzieliśmy się, że start jest odwołany i jeśli chcemy gdziekolwiek startować to możemy się przepisać na Olsztyn lub Nieporęt tydzień później. Byliśmy z dzieciakami, więc trzeba było szukać nagle noclegu dla nas, dzieci i dziadków, bo startowaliśmy wyjątkowo na tym samym dystansie. Nic przyjemnego na ostatnią chwilę na Mazurach oczywiście nie było, ostatecznie więc przepisaliśmy się i zdecydowaliśmy że obrócimy te prawie 200 km w jedną stronę w jeden dzień sami, żeby już nie obciążać dzieciaków masą kilometrów.

Olsztyn odbywał się w sobotę, a nie niedzielę jak pierwotny start był zaplanowany. musieliśmy więc o 1 dzień skrócić wakacje nad morzem u znajomych, żeby w miarę się ogarnąć i o 5 rano wstać i wyjechać już do Olsztyna na start.

Zmęczeni, rano bez entuzjazmu wstaliśmy i pojechaliśmy. Wyjątkowo na zawodach nie było naszych przyjaciół, rodziny, dzieci, czy też jakieś znajomej większej bandy. Tym ciężej było wejść w mode „ścigania i fajnej zabawy”. No ale jak już wyruszyliśmy i pojechaliśmy to trzeba wystartować.

PIERWSZE ZŁE WIEŚCI – Tri Olsztyn

Dojechaliśmy w miarę na czas i bez przeszkód, pomimo że pobudka była o 5-tej, a wyjazd chwilę później. Duży ukłon też w stronę LABOSPORT, że przy takich akcjach jak odwołane zawody brak karty zawodnika wydrukowanej i kombinacji co robić dalej, wszyscy bardzo przychylnie podeszli do sprawy. Praktycznie dośrody mogliśmy odwołać jeszcze nasze przepisanie się na Olsztyn (3 dni przed imprezą) i dostalibyśmy voucher na wykorzystanie za rok na innych imprezach Garmin Iron Triathlon. Pomogli nam też z kartami zawodnika, których na wsi zupełnie nie mieliśmy gdzie wydrukować. Więc na prawdę, w tej sytuacji bardzo przychylnie się wszyscy zachowali 🙂 Dziękujemy.

No ale pierwsza zła nowina została ogłoszona juz jak staliśmy w kolejce do strefy zmian. Wszystko poszło w miarę sprawnie jak na dezynfekcję, maseczki w strefie i inne korona-wirusowe-obostrzenia. Stojąc jednak w kolejce dowiedzieliśmy się, że pływanie odbywa się

….. BEZ PIANEK …..

Szczerze, zazwyczaj ucieszyłabym się z tego. Ale odkąd mam nową piankę (Hurricane C5 od TYR Polska) i nie słodzę tu dlatego, że podjęłam z nimi wspólpracę. Podjęłam z nimi współpracę, bo najpierw przetestowałam piankę i się zakochałam. Wracając do tematu, odkąd mam właśnie tą piankę to uwielbiam pływać w piance. Jest mi serio łatwej i do tego mega wygodnie, więc pływanie w piance w końcu jest przyjemnością, a nie jakąś katorgą (pomimo że wcześniej miałam najwyższy model HUUB-a ale to jest zupełnie inna liga, bajka, czy jak to określić). Rafałowi też kupiliśmy po-testowego TYR-a na kilka dni przed zawodami, tym bardziej był on załamany.

Poza tym, mnie się zdarzało już pływać bez pianki. Sama nawet kilka razy zdecydowałam, że popłynę bez, pomimo że były dozwolone, bo takie ograniczenia dawała mi pianka, że wolałam pływać w zeszłym sezonie bez niej. Jemu nie. Tym gorzej na to zareagował, bo jest słabszym pływakiem niż ja. Ja natomiast miałam po raz pierwszy na sobie swój nowy strój triathlonowy, który nie wiedziałam jak się będzie zachowywał w wodzie, ale znając jego krój i uszycie wiedziałam, że będą kłopoty. Jest bardzo wycięty na szyi, a dodając do tego mój biust wiedziałam że nie będzie łatwo. Gdybym chociaż pomyślała o tym, że pływanie może być bez pianek, wzięłabym ze sobą zwykły strój pływacki i założyła na strój tri tak żeby obciskał mnie tam gdzie potrzeba. Stroju jednak nie miałam, a popłynąć musiałam.

Wodę przekreśliłam na samym początku, zestresowana, ale ze śmiechem, bo już nic innego mi nie pozostało stałam na starcie. Strój powciągałam tam gdzie się dało w sportowy stanik żeby jak najmniejszy balon robił się pod wodą. Nie na długo to wystarczyło, w połowie pierwszego kółka poczułam jak balon robi mi się na brzuchu, chwilę później strój się rozpiął do pasa i tak walczyłam do wyjścia z wody. Na przebiegu przez plażę do następnego okrążenia pływackiego starałam się powciskać z powrotem tu i ówdzie strój startowy, zapięłam zamek, ale niestety nie na długo to starczyło i z takim rozpiętym do połowy, łykającym masę wody strojem błagałam żeby jak najszybciej znaleźć się na wyjściu z wody. Płynęłam obok MKON-a co w innych przypadkach napawało by mnie optymizmem, ale w wodzie wiedziałam, że powinnam być znacznie przed nim.

Słaba woda, ale za to szybka strefa i wyleciałam na rower. Byłam 3 dziewczyną w strefie, wybiegając z wody razem z Gosią, z którą nie raz walczyłam na zawodach.

Dla ciekawości Gosia produkuje fajne ciuszki sportowo-outdorowe, więc serdecznie zapraszam Was na jej stronę ---> AYOLA SPORTSWEAR, gdzie znajdziecie nową kolekcję JOGOWO-TRENINGOWĄ. Z kodem: OLA15 macie na nią 15% zniżki. 

Gosia zawsze klepała mi tyłek, ale miałam nadzieję, że chociaż na rowerze mi go nie z klepie znacznie. Rower trudny, trasa mocno kręta 4 nawrotki na każdym kółku, 4 kółka, czyli w sumie 16 nawrotek. Do tego podjazd na każdym kółku, co prawda ani nie sztywny i długi, ale na tyle wymagający że sporo prędkości się na nim wytracało.

Rower poszedł całkiem ok, jak na taki rwany mocno etap. Poza tym już na rowerze czułam że nie mam tej mocy, jechało się ok bez szału w jedną ani w druga stronę, ale czułam cały czas jak bardzo chce mi się napić IZO, które wsadziłam w bidon na siodłem, ale którego nienawidzę wyciągać, bo praktycznie muszę złapać kierownicę, przestać pedałować i się z nim troszkę pomajtać żeby go zdobyć. Szkoda mi było czasu, prędkości itp. Piłam więc wodę z przedniego bidonu i jadłam żele. Z roweru zeszłyśmy z Gosią praktycznie jedna po drugiej. Na ostatniej prostej troszkę mnie odstawiła, bo miotałam się z ostatnim żelem. Do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta, słysząc że zaraz za mną jest jeszcze jedna dziewczyna, Ola. No cóż biegaczką nie jestem, więc skreśliłam swoje szanse na 3 miejsce, dosłownie na wlocie do strefy. A na wylocie modliłam się żeby nie było jak w Sierakowie i żeby kolejne kobiety nie łykały mnie jak sarenki ;p

OCZYWIŚCIE TAK BYŁO …….

Na biegu praktycznie od pierwszego kółka czułam niemoc. Wyciskałam z siebie wszystkie soki jak cytrynę. Miałam zjazd, za zjazdem. Chciało mi się jeść pić, czegoś słodkiego, jadłam po raz pierwszy cokolwiek na biegu. Marzyłam o żelu który dałby mi jakiegokolwiek kopa. Jadłam natomiast glukozę, którą Rafał dał mi w razie co do spróbowania. Mówił, że nie ma po niej zjazdu i że mega łatwo się ją wciąga, a jemu wierzyłam w tych tematach. Czułam się jak w Gdyni na połówce, którą robiłam w głębokiej anemii. I powiem szczerze już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie żeby zrobić badania, bo przecież czułam nie raz nie dwa niemoc. Ale przez korona-wirusam, to że trzeba się umawiać w diagnostyce na godziny i nie wiadomo czy bezpiecznie czy nie, odkładałam ten temat na lepszy czas. Do mety biegałam marząc w niej, bardziej niż kiedykolwiek. Powietrze schodziło ze mnie z każdym metrem, już nawet nie kilometrem. Na trzecim kółku dorwała mnie Pani Małgorzata, która miała flow tamtego dnia i leciała jak burza, więc 5 miejsce było moje. Doczłapałam się ostatecznie na 6 tym miejscu OPEN. Gdzie dosłownie na ostatnich 200 metrach doszła mnie kolejna sarna, i przeleciała koło mnie takim tempem że włosy złapały tylko wiatr za nią. Okazało się że pobiegła 41 minut na tej wymagającej trasie, ale kto wie gdybym wiedziała że goni przyspieszyłabym pewnie te naście sekund o które mnie wyprzedziła. Nie mniej jednak Olsztyn to taki drugi Sieraków, może nie ma serpentyny, ale są 3 podbiegi na każdej pętli. NA biegu, na olimpijce, znowu pętli jest 4, więc na dystansie całym mamy 12 podbiegów. Jakby tego było mało, po najdłuższym podbiegu, który wbrew pozorom nie był taki zły, zaraz za nawijką 180 stopni, był ostry prawie pionowy zbieg, który mama wrażenie robił więcej złego niż ten cholerny podbieg.

Co czułam na mecie ?

Chciałam jechać do domu jak najszybciej! Tak, tak mieliśmy dość, na dodatek Rafik też na mecie jakiś przygnębiony, mówił że nie miał żadnej motywacji, nie chciało mu się i też go bieg upodlił. Poczekaliśmy więc na dekorację. Bo jak się okazało 2 dziewczyny ode mnie wskoczyły na podium open i stanęłam w końcu 1-wsza w kategorii. Wyżej wymieniona Gosia, nie tylko utrzymała 2 gie miejsce, ale złapała Monikę Chodynę na biegu i wleciała na metę jako 1 wsza kobieta.

Dziwny to był strat. Teraz już pisząc ta relację, jakoś emocje opadły, wpadło kilka dobrych treningów po i mam wrażenie, że po prostu to był taki dzień. Niemniej jednak bo takich emocjach ciężko nam będzie wrócić do Olsztyna :p

Jakby się ktoś pytał, czemu w ogóle nie zesżłam z trasy ? Bo wtedy byłabym jeszcze bardziej wściekła na siebie. Tak wiem, że dałam tyle co miałam. Nie mój dzień, nie mój start, nie moja trasa, nie moje NIC praktycznie. Tym bardziej szkoda że startów w tym sezonie jak na lekarstwo, większość nieplanowana, bo wszystkie nasze pierwotne zostały odwołane. Ale byłam, zrobiłam i trzeba iść dalej.

Oczywiście po zawodach w poniedziałek pierwsze co pojechałam na badania. TRACH, bardzo niska ferrytyna, ale na szczęście jeszcze bez anemii, więc coś w tym czuciu moim mogło być. Jednak w tym tygodniu treningi weszły ładnie i na luzie ( chyba superkompensacja była, tylko dlaczego znowu na treningach, a nie zawodach ?!?!) więc liczę, że nie tak źle z tym moim organizmem.

W ten weekend czeka nas Malbork, zresztą z też nie najłatwiejszym bieganiem, ale trasę przynajmniej znam i wiem czego się spodziewać. Szczerze mówiąc mam ogromną nadzieję, że wszystko tym razem kliknie. Że pasmo kolek, wypadków na zawodach, szlifów i niemocy już ywkorzystałam i chociaż jeden start będzie taki w pełni sił, bo tak na rpawdę tylko na tym mi teraz zależy. Olewam miejsce, konkurencję i inne aspekty. Chce żeby zagrało i żeby była radość a nie umieranie na tarsie.

Trzymajcie kciuki. W czwartek wpada dla Was przepis !!! A w weekend kolejny odcinek podcastu !

Do przeczytania!

Ola – Bio Mama.

FOT. Tomasz Seweryn

P.S. Po naszych teraźniejszych wakacjach szykuję dla Was kilka niespodzianek. Dietetyczne tematy wejdą tutaj na poważnie, pokażą się eBooki i konsultacje. Zostańcie ze mną i podzielcie się tym dalej!

Dziękuję, że tu jesteście, czytacie i się odzywacie od czasu do czasu 🙂

Wegańskie lody truskawkowe – tylko 3 składniki

DIETA POLECANE PRZEPISY

Wegańskie lody truskawkowe – tylko 3 składniki

Wiem, że już wieczór i tego przepisu od razu nie skosztujecie, ale wierząc na moje słowo i moich łakomczuchów są PYCHA !

Jestem lodożercą i choć pewnie wielu z Was nie uwierzy, to tak, uwielbiam zajadać się lodami. Jest to jedna z niewielu słodyczy które kupuje na mieście, jednak rzadko kiedy sięgam po lody z zamrażalki w sklepach spożywczych (aczkolwiek policzyłabym na placach jednej reki ile razy w te wakacje mi się to zdażyło). Jednak nie ma to jak lody w wafelku, najlepiej rzemieślnicze nakładane łopatką a nie łyżką do lodów, zrobione tylko z naturalnych składników.

Skoro cała moja rodzina wie, że uwielbiam lody i sama bardzo często robie je w domu. Zazwyczaj idę na łatwiznę i robie lody na bazie mrożonych bananów, ale te „śmietanowe” zawsze wygrają. Odkąd dostaliśmy od moich rodziców, na jakąś świąteczno-urodzinową okazję, maszynę do lodów, to zaczęła się produkcja też i takich. A ponieważ ograniczamy nabiał, krowi przede wszystkim, w naszej diecie to szukałam nie raz nie dwa razy alternatywy na tą zwykła słodką śmietankę.

I chyba w końcu znalazłam <3

Chcecie przepis ? 🙂

LODY WEGAŃSKIE TRUSKAWKOWE – 3 proste składniki.

Składniki:

  • świeże truskawki (to zależy od Was jak bardzo truskawkowe chcecie lody, my daliśmy 2 garście)
  • erytrol 3-4 łyżki ( jak posmakujecie na surowo powinno być fajnie słodkie, kiedy lody się zamrożą to będą mniej słodkie)
  • mleczko kokosowe pełnotłuste z puszki – 1 szt
  • kilka kropel ekstraktu z wanilii (opcjonalnie)

Erytrol, można zamienić na ksylitol ( będzie bardziej kaloryczne ale równie zdrowe) miksujemy z truskawkami w blenderze przez niecałą minutę tak aby wszystko dobrze się zmiksowało. Dodajemy mleczko kokosowe i wanilię (opcjonalnie). Wszystko wlewamy do maszyny do lodów. My używamy ZULE, ale nie wiem czy ją polecam szczerze mówiąc. Najwięszkym plusem jest jej kolor -> JEST RÓŻOWA <3

Największym jej minusem jest wielkość. Lody robią się około 2-3h ale starcza ich na po 1 gałce na 4 domowników. Więc jeśli jest Was więcej to szukajcie czegoś większego.

Jak serwujemy takie wegańskie lody truskawkowe, z 3 prostych składników ?

Ja uwielbiam WAFLE do lodów, ale te rzadko kiedy można znaleźć z dobrym składem. Dlatego taka wersja rzadko u nas ma miejsce. Zazwyczaj serwujemy je w miseczkach posypane np wiórkami kokosowymi. Ja uwielbiam. Ale nie ma co ukrywać lody najlepiej smakują w wafelku kiedy rozpuszczone spływają po ręce, kiedy brudzimy nos, przekręcając głowę, by oblizać roztopione boki, kiedy wafelek zaczyna się rozmiękczać pod wpływem delikatnie roztopionych lodów.

CZY NIE MAM RACJI ?

Poza tym nie radość dzieciaków na widok LODA w WAFELKU jest znacznie większa, niż na widok miseczki więc raz na jakiś czas polecam takie właśnie lody. Z niezdrowym waflem z LIDL-a <3

Koniecznie dajcie znać jak smakuje Was wegańska wersja lodów truskawkowych. I czy te 3 składniki są wystarczające ? Przyjmę też polecone firmy z waflami z dobrym składem.

Tymczasem polecam Wam tą poezję smaków pod postacią zimnej lekko tłustej słodkiej truskawki.

SMACZNEGO !

Ola – Bio Mama

NIKE VAPORFLY NEXT % – Czy te buty same biegają ?

POLECANE SPORT TESTY

NIKE VAPORFLY NEXT % – Czy te buty same biegają ?

Pewnie każdy choć raz słyszał o tych butach. Nike stworzył model o który nie tylko było głosno, ale który nie łatwy jest do zdobycia. Gdy tylko pokazuje sie na półkach w sklepie buty wyprzedają się jak świeże bułeczki. A wywadawło by się, że tak zaawansowany model, nie będzie smacznym kąskiem dla każdego.

Foto. Ola Graff Fotografia

No właśnie więc jak to jest z tymi VAPORFLY-ami NEXT %? Czy one same biegają ?

Zacznijmy może od początku. Co mają te buty w sobie czego nie mają inne modele?

Ano przede wszystkim węglową płytkę która umieszczona jest w podeszwie buta. Ta płytka sprawia, że but zaliczany jest obecnie do najbardziej dynamicznych butów na rynku. Płyta daje mocne wybicie i dynamikę, działa trochę na zasadzie sprężyny. Moje pierwsze odczucia biegania w nim mogłabym porównać do przyczepionych przepołowionych piłeczek tenisowych do podeszwy. Czuć niesamowitą sprężystość. Ale nie tylko płytka sprawia że but jest innowacyjny. Całość podeszwy oprócz płytki wykonana jest z pianki ZOOMX, bardzo lekkiej, bardzo miękkiej i z bardzo rezponsywnego materiału. Dlatego pomimo że but jest twardy, jeśli chcielibyśmy go zgiąć w pół jest to prawie niemożliwe bez uszkadzania podeszwy, a dokładniej płytki w niej zatopionej. To ten sam but zarazem jest też niesamowicie miękki, przez co jest bardzo wygodny i przyjemny do użytkowania. Poza tym cholewka i materiał VAPOURWEAVE z jakiej jest ona wykonana jest bardzo delikatny, cienki i lekki, co daje naszej stopie niesamowity komfort. But waży 174 g, i ma drop 8mm.

NIKE Vaporfly Next %

Ok, to wszystko dotyczy technicznych detali dotyczących tego modelu. Jednak po co nam ta technologia jeśli but nie byłby taki idealny do biegania?

VAPORFLY NEXT %, wizualnie.

Zanim jeszcze przejdę do ich właściwości treningowych to wspomnę tylko o ich wyglądzie. Przede wszystkim Vaporfly-e to bardzo futurystyczne buty. Zaczynając od ich podeszwy która ma swoje uzasadnienia w technologi, po całą cholewkę i kolorystykę kończąc. Każdy model VAPORFLY-i który wychodzi do sprzedaży ma inny kolor. Zatem możecie dokładnie wiedzieć kiedy ktoś zakupił swoje buty 🙂 Poza tym że wyglądają, tak jakbyśmy mogli na nich dosłownie odlecieć, to ich technologia na pewno wygrywa w mojej opinii nad ich designem 🙂

NIKE Vaporfly Next %

Moje pierwsze odczucia w VAPORFLY NEXT %.

Przede wszystkim wygoda. But wydaje się tak delikatny, miękki i dopasowany, że jest w nim na prawdę wygodnie. Jest leciutki, ma fajny język i wiązanie, którego się nie czuje. Super rozwiązany został też zapiętek, który jest typowym rozwiązaniem w NIKE-ach, ale który idealnie sie sprawdza w tym bucie przy tak delikatnej cholewce. Cholewka jest z przewiewnego materiału przypominającego folię. Pięta jest wzmocniona.

No ale co z moimi odczuciami biegowymi ?

Juz Wam piszę. Moje zupełnie pierwsze odczucie podczas biegu w tych butach można by porównać do biegania w butach do których mamy przyczepione na podeszwie przedzielone na pół piłki tenisowe. Buty są niesamowicie dynamiczne, oddają masę energii. Jest to model którego ja osobiście na prawdę nie umiem porównać do innego modelu buta. Połączenie płytki węglowej i bardzo responsywnej pianki ZOOMX, naprawdę udało się marce NIKE. Buty są twarde, a zarazem tak miękkie, że zachowują się trochę jak sprężyna. Buty jak na taki typowo uliczny model, mają minimalny, ale już większy niż ich poprzednik, bieżnik na przedniej części podeszwy po to aby w trudnych warunkach pogodowych zachowywały się dużo lepiej niż ich poprzednik vapourfly 4%. But dobrze zachowuję się na wilgotnym asfalcie, radzi sobie też na utwardzonym terenie leśnym.

Fot. Aleksandra Graff Photogrpahy

Ja osobiście w tym modelu nie przebiegałam za dużo, ponieważ wydają mi się dosyć delikatne dlatego zostawiam je sobie na bardzo trudne jednostki biegowe i na starty. Ale w ramach testów przebiegałam każdy trening, od dłuższego wybiegania w luźnym tempie, po biegi ciągłe, tempówki i przebieżki.

Na długich luźnych wybieganiach buty są dynamiczne i po prostu mega wygodne. (Moje wybiegania to tempo około 5:25-5:35 min/km)

Na biegach ciągłych (okolice 4:40-4:50) czuć już dużo większa dynamikę. Buty nadal pozostają super wygodne dla stopy. Noga nie męczy się, a ilośc pianki ZOOMX sprawia że lądowanie jest bardzo komfortowe dla stopy.

Tempówki i przebieżki. Tutaj zaczyna się dopiero prawdziwy potencjał tego buta. Im szybsze tempo tym bardziej dynamiczny staje się but, tym więcej energi oddaje nam podczas biegu.

Zatem schodzimy do pytania —–>

Czy NIKE VAPORFLY NEXT % SAME BIEGAJA?

Niestety musze Wam trochę ostudzić tą hipotezę, bo ŻADNE buty same nie biegają. Jeżeli biegacie 10 km w 55 minut to nie przebiegniecie w nich 10 km w 45 min. Jeżeli jednak biegacie 10 km w 40 min, to jest duże prawdopodobieństwo że przebiegniecie 10 km w 38+ min w tych butach. Jest w tym modelu coś, co na pewno pomoże Wam biegać szybciej niż dotychczas. Podstawą jest jednak Wasze przygotowanie.

Ten model butów biegowych wymusza szybsze bieganie na biegaczu. Są one tak dynamiczne i responsywne, że nogi same przyspieszają. Z mojego punktu widzenia, prawdziwy potencjał tych butów widzę dopiero przy prędkościach w granicach 4:00 min/km . Im szybciej biegamy tym więcej dają nam te buty. Wymuszają one szybsze bieganie, dużo szybciej przetacza się but po asfalcie. Jeśli chodzi o ich użytkowanie i ich moce biegowe to nie mam co do nich żadnych uwag. Jednak nie biegają same, a to biegacz biega i tylko od nas zależy czy wyciągniemy z nich potencjał czy nie.

Jedynym minusem VAPORFLY NEXT % to ich cena. Nie są to buty na każdą kieszeń, jeśli jednak ich cena nie zraża Was do zakupu, to szczerze polecam. Czy są warte swojej ceny ?? To zależy. Jeśli masz nie jeść przez półmiesiąca wartościowych obiadów, a w zamian zajadał się bułkami to raczej nie. Jesli ich zakup nie obciąża w ogóle twojego portfela, albo zamiant dwóch wyjść rodzinnych do knajpy możesz zafundować sobie takie buty to polecam.

Na pewno wyciągną one z Ciebie twój potencjał biegowy. Będą wymuszać szybsze bieganie i moga przyczynić się do nowych życiówek. Jednak pamiętaj że ten but jest szybki i najlepiej sprawdzi się u szybkich biegaczy. To właśnie oni wyciągną z niego wszystko to co w sobie skrywa.

Butki możecie kupić oczywiście na stronie mojego partnera Sklep Biegacza, jednak jest to bardzo chodliwy model który dostępny jest w ograniczonych ilościach. Dlatego najlepiej zapiszcie się do newslettera, i śledźcie ich profile w social mediach FACEBOOK & INSTAGRAM jeśli chcecie upolować swoją parę !

Mam nadzieję, że pomogłam i rozwiałam troszkę mistyczność tego modelu ! Do przeczytania !

Ola – Bio Mama.