Tag: ważne

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

POLECANE SPORT TRIATHLON

Castle Triathlon Malbork 2020 – zdobyłam zamek!

Nie wiem czy uda mi się przelać te emocje na papier, ale postaram się.

Malbork, co prawda do samego końca nie wierzyłam, że się odbędzie. Przez te wszystkie restrykcje COVID-owe, myślałam że, za duża impreza, za dużo ludzi zapisanych. A tu LABOSPORT, Mistrzowie tegorocznego ogarniania zawodów z COVID-em na plecach, jak zwykle sobie poradzili.

Musze przyznać, że należą im się ogromne gratulację za organizację imprez w tak trudnym czasie. Nie tylko w ogóle to robili, ale też robili to z głową, zachowując, SERIO, wszystkie ważne obostrzenia, wychodząc na przeciw nowej rzeczywistości. ( no dobra dali tylko ciała z tym pływaniem bez pianek w zimnym Olsztynie 😉 hahah)

Malbork nie wiem czy miał być moim numer 1 startem. Nigdy nie patrze się ta na swoje starty według tej kategorii. Zawsze robie kalendarz gdzie startujemy i każdy jest dla mnie prawie równie ważny. Tym razem Malbork miał być miejscem, gdzie się odkuję po okropnym sezonie, który od początku szedł nie tak. Na pierwszych zawodach KOLKA i brak mocy na rowerze, drugie zawody to szlif i wypadek, 3-ie to ulatniające się powietrze ze mnie na każdym kroku. A przecież wiedziałam, że fizycznie jestem dobrze przygotowana, ba nawet lepiej niż kiedykolwiek w życiu, ale coś nie grało. Zawsze było coś nie tak. W głównej mierze razem z trenerem doszliśmy do wniosku, że to głowa płata mi figle.

Jest to pewnie temat na kolejny post ale tak na szybko analizując. Od zawsze byłam ambitna, czasami za bardzo może, ale też dokładnie wiem gdzie jest moje miejsce w szeregu i nie próbuje gór przenosić czy łamać czasów które nie są w zasięgu mojej ręki. Mam jednak taką przypadłość, że obciążam się, obarczam jakimś niewiadomo skąd ciężarem ( może z instagrama :p, pól żartem pól serio) że coś muszę. Że jeśli nie czas to miejsce muszę takie mieć, że nie może mi pójść źle, bo cóż ja Wam napiszę ?! I choć teraz pisząc to, wydaje mi się to głupie, błache i bezsensowne to jest coś, jakaś presja która nakładam na siebie przed każdymi zawodami.

Na szczęście wpadłam w dobre ręce trenerskie, które znają takie przypadki jak ja, które umieją poradzić sobie z takim przypadkiem jak ja i które wiedza co powiedzieć, jak i gdzie, żeby taki przypadek jak ja był opieprzony kiedy trzeba, a pogłaskany kiedy potrzebuje. Oprócz merytorycznego przygotowania, ma niesamowite podejście psychologiczne. Takim trenerem jest Marcin Fabiszewski – mój trener, założyciel klubu TRIWAWA.

Jeśli chcielibyście z nim podjąć współpracę to teraz jest dobry moment by się do niego odezwać. Możecie się powołać na mnie :) 
Marcina znajdziecie na FACEBOOKU i INSTAGRAMIE.
Nagralismy też wspólnie podcast który możecie odsłuchać TUTAJ.
Marcin prowadzi tez grupowe zajęcia na basenie w Wilanowie w Warszawie ;) 

I to właśnie chyba jego esej-wiadomość w przed dzień startu rozluzowała to wszystko, co na mnie siedziało. Jego słowa pozwoliły cieszyć się tym startem. Pozwoliły wejść bez presji do wody, wyjść z niej z jeszcze większą radością i emanować nią na rowerze i biegu. Jeśli to czytasz – DZIĘKUJĘ !

Castle Triathlon Malbrork 2020 – start życia.

Skoro już wiecie co się ze mną działo przed to zaoszczędze Wam historii dotyczącej wprowadzania roweru do strefy zmian, szykowania się i innych tego typu historii które już pewnie nie raz słyszeliście, czy o nich u mnie czytaliście. Wszystko poszło płynnie bez większych problemów. Ponieważ byliśmy dosyć wcześnie przed startem, udało się też porządnie rozgrzać. Fajnie też, że Zosia pojechała z nami. Uwielbiam jak dzieciaki są na naszych startach. Zawsze robi mi się tak cieplutko i przyjemnie w serduchu.

STRATUJEMY – Castle triathlon Malbork 2020 <3

Ustawiamy się na starcie. Na szczęście Rafał zdobył mi butelkę zimnej wody żeby przelać sobie buzie, bo byłabym lekko zdziwiona wpadając do tej lodowatej wody w Nogacie. Startuję z Moniką Chodyną i Karolną Jahnz, obydwie dziewczyny dobrze znam wiem na jakim są poziomie i szczerze mówiąc raczej czuję się wolniejsza od nich więc grzecznie staję chwilkę za nimi na pływaniu. Z Karoliną pływamy podobnie, Monika odstaje w wodzie. Jednak nie po to tu przyjechałam, cały czas magluje wiadomość od trenera z dnia przed, w mojej głowie. WDZIĘCZNOŚĆ, RADOŚĆ. I z takim nastawieniem wpadam do wody chwilkę za najlepszymi.

Płynie mi się super. Przełomowy trening odbyłam dwa dni przed startem. Nie ukrywam, że pływanie w piance miałam mocno spaczone moją wcześniejszą pianką. Długo nie mogłam się przestawić, że w piance mogę mieć nieograniczone ruchy, że pianka może być miękka i przyjemna.

OBECNIE PŁYWAM W PIANCE TYR POLSKA - HURRICANE C5. Po za tym dla wszystkich którzy mnie obserwują, słuchają czy czytają mam też kod rabatowy na wszystko w TYRze ----> KOD: BIOMAMA15 do zrealizowania na www.tyrpolska.pl

Dwa dni przed zawodami w jeziorze z Rafałem coś kliknęło. Zamiast się męczyć jak zwykle, pomyślałam sobie: „HEJ pomyśl ze jesteś w basenie i płyń dokładnie tak jak to robisz tam”. I nagle kliknęło, zaczęłam odpływać od Rafał, tak nagle, bez wkładania jakiejkolwiek większej siły. To samo mówiłam do siebie w wodzie, płynąc w Malborku. Poszło. Płynęło mi się jak w basenie, wygodnie, swobodnie, szybko i z uśmiechem na buzi. Cieszyłam się promieniami słońca, które odbijały się na wodzie, cieszyłam się widokiem zamku Krzyżackiego i tak bujając w obłokach przepływam obok ostatniej bojki i widzę już wyjście z wody !

Co ? Z taką swobodą? EKSTRA LECIMY DALEJ Z TYM MALBORKIEM!

Wychodząc z wody zobaczyłam Karolinę chwileczkę przede mną biegnącą do strefy. Strefy mam szybkie to się nie zmienia. Łapie kask, rower (tego cudownego LIV-a z którym jeszcze nie udało mi się zrobić tego o czym marzyłam, czyli rozwalić system) biegnę do belki…. jak fajnie jest być na zawodach na których wiesz gdzie co jest. Gdzie jest belka, jak mniej więcej biegnie trasa rowerowa itp. Wsiadam na LIV-ka i jazda.

No może nie tak od początku jazda, bo mam nowe buty rowerowe w których nigdy nie startowałam, wiec motam się żeby je założyć. Kibicki obok puszczają żarciki do mnie (na prawdę mnie rozbawiły dziewczyny) i „w końcu się udaje” 😉 Nogi w butach, można jechać. O dziwo, dzięki temu że tak motałam się z butami tętno jest już normalne, co prawda nie mam HR-u, ale czuję jak nie jest przyspieszone, więc zaczynam rozpędzać maszynę.

Tego dnia mocno wiało, nie liczyłam więc na jakieś kosmiczne cyferki na rowerze, marzyło mi się jechać na luźnej nodze, poczuć siłę i moc i wtedy nie ważna jest cała reszta. Jestem w ścisłej czołówce, 2 dziewczyny przede mną czekam na tych facetów za mną, aż zaczną wyprzedzać.

ALE…… ALE ……

Pędzę ! Jakie ja mam silne nogi ! Same jadą, są luźne i jest po prostu bosko ! Patrzę na Garmina, no SERIO pędzę, cały czas licznik pokazuje ponad 42 km/h. Myślę „ok jest z wiatrem”, czyli tak jak rok temu z powrotem będę zdychać. Ale nogi jadą, zasuwają nie bolą, nie ciągną, są takie o jakich marzyłam cały sezon. No to nie oszczędzam się tylko pędzę ile wlezie, żeby na powrocie móc w razie co trochę odpuścić. Jade ciesząc się jak dziecko, emocje wybuchają co chwilę we mnie i aż mini łezki chcą lecieć. TO SIĘ NIE DZIEJE!!!! TYLE CZASU CZEKAŁAM NA TO UCZUCIE ! TYLE TRENINGÓW WYPRACOWANYCH TYLE GODZIN NA ROWERZE I W KOŃCU TO SIE DZIEJE !!!!

Powiem Wam, że gdyby nie żele, ( na zawodach zabrakło mi żeli UNIT-a, które jako jedyne bardzo szybko potrafię zjeść i są na prawdę ekstra. mam natomiast Agisko, które okej dają kopa ale zaklejają okropnie) to myślę, że jeszcze dużo równiej i szybciej bym pojechała. No ale co tu mówić, na drodze powrotnej faktycznie zaczyna mocno wiać, ale skupiam się na pozycji na aerodynamice i LECĘ DALEJ !!!! Karolina jest w zasięgu wzroku i wcale się nie oddala na co liczyłam, tylko przybliża! Żaden facet mnie jeszcze nie wyprzedził! O CO CHODZI ??!!?? Monia też na nawrotce nie jest kosmicznie daleko ode mnie. ALE CZAD! znowu wybuch emocji, radość i uśmiech. Z powrotem lecimy pod mocny wiatr, miota mną pomiędzy drzewami na lewo głównie, bo wiatr mamy w twarz i z boku. Ja na wysokim stożku z przodu, czyli mocno reaguje na wiatr, jest ciężko ale nie jest źle. Patrzę na prędkość, ale ta nie spada ani razu poniżej 32 km/h, a głównie utrzymuję się w okolicach 35 km/h. CO ??? POD WIATR ?

W tym roku rower ma 2 kółka, zamiast jednego więc lecimy 2 razy tą samą pętlę. W sumie dobrze bo fajnie wszystkich widać i widać odległości między nami. W końcu też wiadomo że każdy dystans nawraca w tym samym miejscu !

Jedziemy drugie kółko, a ja praktycznie jestem już na Karoliny plecach. Nie wierzę, nie wiem co się stało. Zastanawiam się czy wyprzedzać, bo przecież jest mocniejsza ode mnie, ale ewidentnie musze się hamować za nią, więc odpalam rakietę i lecę dalej. W zasięgu wzroku pokazuje się juz Monika. Przecież Monia ma mega mocny rower, nie chce mi się wierzyć ale nogi same jadą SERIO !!!

Gdy tylko zaczęły mi wchodzić do głowy pomysły że może coś muszę, to wróciłam głową do wiadomości trenera. RADOCHA! WDZIĘCZNOŚĆ!

I TAK NA TOTALNEJ EUFORII, RADOŚCI i Z MEGA MOCNĄ NOGą PRZELECIAŁAM CAŁY ROWER. Zeszłam dosłownie chwilkę za Monią, wyprzedziłam Karolinę na tyle mocno że nie widziałam jej już w strefie zmian. Ponadto na całej trasie wyprzedziło mnie na rowerze TYLKO 2 FACETÓW, a przecież była ich tam cała masa !!!! NIE WIEM DO DZIŚ CO TAM SIĘ WYDARZYŁO NA TYM ROWERZE. Pojechałam go ze średnią ponad 37 km/h !!!!! poprawiłam życiówkę z roweru o ponad 3 minuty !!!! Wpadłam do strefy zmian i …..

CIEKAWOSTKA: Po zawodach, bo na nich nie spojrzałam się ani razu na WATT-y na zegarku, jak wracaliśmy do domu czyli jakieś 12 h po starcie, weszłam z ciekawości na Garmina żeby zobaczyć jakie WATTY pojechałam na rowerze. Szczerze miałam nadzieję, że fajne bo w sumie tam mocno dobrze jechało mi się rower. Szczerze ? spadłam z krzesła prawie !!! Pojechałam całość na średnich wattach 204, co jest ponad 10 więcej watt niż moje NIBY FTP !!!!! Takie czegoś nigdy nie odwaliłam !

TEN BIEG>>>>>>> co to będzie ??

Mówiłam Wam że mam szybkie strefy ? No mam, bo dzięki strefie zmian na wybiegu byłam już tylko 50 metrów za Moniką Chodyną. Łzy chciały mi same lecieć, czułam się dobrze, nie zajechana po takim cudownym rowerze.

W między czasie, Rafik z moim trenerem stali gdzieś na biegu dyskutując. Mój biedny mąż denerwował się że po takim rowerze już nic nie nabiegam, ale Fabisz powiedział "Spokojnie, pobiegnie" i tak właśnie się stało.

Monika biega podobnie jak ja. I przepraszam jeśli to czytasz Monia, ale miałam nikczemny plan na Ciebie. Monikę poznałam, tzn zobaczyłam ją po raz pierwszy, 2 lata temu w Bełchatowie na zawodach Triathlon Energy. Wydała mi się taka PRO, tak daleko miałam do niej. Pamietam jak jechała na dysku, na mega pieknym rowerze czasowym, z PRO kaskiem, wyglądając jak mega PROS-ka! Zrobiła wtedy czas ode mnie o 10 minut lepszy i była, przytoczę tu angielskie stwierdzenie, taka „out of my league” 🙂 Więc biec za Monią, kilkadziesiąt metrów było mega napędzające. Monia biega podobnie ja ja. Mamy ta samo przypadłość bycia nie-biegaczkami, względem pływania. Zaplanowałam sobie, że jeśli zabraknie mi sił na biegu to obiecałam sobie że umrę jej na plecach, ale dolecę na jej plecach do mety. A że wystartowałam chwilę za nią w starcie falowym to na mecie, może się okazać że jednak będę przed nią. MONIA SORRY, ale to wiesz jak dobiec, czy wygrać z taką idolka z młodzieńczych lat 🙂 ha ha ha

Biegnę więc za Monia, biegniemy dobrze koło 4:30, ale boje się że za szybko więc nie przyspieszam. Wpadamy do parku i tak sobie wspólnie lecimy, ale mój dystans do niej cały czas się zbliża. Trochę nie chcę wyprzedzać bo jak spuchnę to bez sensu wyprzedzać, ale biegnie mi się dobrze wiec nie ma co się oszczędzać to tylko 10 km !!! Za nawrotką w parku, na podbiegu, wyprzedzam Monikę. Próbuję spojrzeć gdzie jest Karolina, ale jej nie widać. Karolina bardzo mocno biega, wiem że mnie dojdzie, to tylko kwestia czasu. Biegniemy pierwszą piątkę mocnym tempem całość koło 4:35 wyszła. Fajnie że jest taka rywalizacja między nami. Czuję Monie na plecach i to że musze lecieć przynajmniej tak mocno żeby utrzymać pozycję. Za punktem odżywczym słyszę TRIWAWĘ wiem, że tam na mnie czekają. Zbiegamy do fosy, Karoliny nadal nie widzę, więc wiem że jestem pierwsza i wiem że BĘDĄ SZALEĆ JAK TO ZOBACZĄ, bo do tamtąd utrzymam ta pozycję.

Ale fajnie było zbiegać z powrotem do parku przy swoich kibicach drących się JAK DZIKCY, cudownie było zobaczyć Zośkę, krzyczącą mama, Rafała który serio był zajarany moja dyspozycją, Fabisza dumnego że tak lecę, Ewel która klepała po tyłeczku i emanowała radością! Oczywiście (sorry za słowo) miałam się KURWA cieszyć tym startem to się tak cieszyłam że kolejne łzy poleciały mi i EMOCJE WYSTRZELIŁY ! 🙂 Nie wiem ile razy na trasie wybuchłam płaczem ze szczęścia! Nie liczyłam, ale było to cudowne!

I tak takim mocny tempem doleciałam praktycznie do końca. Trochę odpuściłam na 6 kilometrze, kiedy zobaczyłam, że nie mam nikogo na plecach, że Monia się oddala zamiast przybliżać. Jednak ni stąd ni z owąd, zaatakowała mnie Karolina. Jej tempo nie pozwoliło, żebym chciała się z nią ścigać, wiedziałam że nie dam po prostu rady, ale cieszyłam się jak głupia, że wyprzedza mnie dopiero tak późno, w połowie drugiego kółka, co znaczy, że serio daje CZADU DZISIAJ !!!

Karolina zmotywowała mnie by znowu troszkę jednak przyspieszyć. Pomyślałam sobie, że muszę lecieć tyle ile sił w nogach, bo przecież jest jeszcze druga fala, gdzie nie wiadomo ile lasek startuje i jak mocne są i czy nie złoją mi tyłka! W fosie znowu ryczałam, ale to już prze-milknę, bo przecież moi kibice tak świrowali, że nie wiedziałam jak opanować radość.

I jest BRAMA do ZAMKU!!! WPADAM PRZEZ NIĄ, umieram na szybko na ostatnim zakręcie, bo myślałam że meta jest tuż za bramą, a tu psikus niestety nie 🙂 Jeszcze mała nawrotka i dopiero ……

META!

ZDOBYWAM ZAMEK W TAKIEJ EUFORII I RADOŚCI, TAK ZAJARNA, ŻE NIE UMIE WAM TEGO OPISAĆ!

ODWRACAM SIĘ NA ZEGAR A TAM DO TEGO jeszcze jakiś kosmiczny czas, którego w ogóle nie byłam świadoma!! 2:20 !!!!!!

To był start życia, serio. Zwieńczenie każdej minuty spędzonej na treningu. Start w gazie, takim o którym marzyłam od marca. Start w takiej radości i euforii której nigdy nie przeżyłam. I nawet pisząc to wszystko teraz, radość przepływa przeze mnie takimi mocnymi uderzeniami, że znowu oczy robią się szklane.

DZIĘKUJĘ WSZYSTKIM KTÓRZY MNIE WPSIARAJĄ, którzy do mnie tamtego dnia krzyknęli dawaj ! którzy pomyśleli sobie o mnie w domu, w pracy, na spacerze z dziećmi, którzy szczerze mi życzą sukcesów!

Tych najważniejszych nie muszę tu wymieniać, bo oni sami wiedzą jak ważni są i powiedziałam im to osobiście !

Dziękuję niezmiennie markom które za mną stoją i pozwalają cieszyć się tym sportem:

ZDOBYŁAM ZAMEK, tak jak zawsze marzyłam!

Mam nadzieję, że chociaż w minimalnym stopniu udzieliły się Wam te emocje!

Ola Korulczyk – Biegajaca Bio Mama

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Bez kategorii SPORT TRIATHLON

Elemental Tri Olsztyn 2020 – nie nasz dzień, nie nasz start.

Nie lubię pisać relacji z zawodów, które nie idą. Mam wrażenie, że świat nie ma czasu czytać o rzeczach które nie są fajerwerkami, nie motywują, nie są czymś wyjątkowym.

Ale niestety TAK było. Już od samego początku. Do końca wierzyliśmy, może bardziej mieliśmy nadzieję, że jak się bardzo nie chce to pójdzie dobrze. Bo tak czasami się zdarza. Tym razem tak bardzo się nam nie chciało, że aż nie poszło. Piszę nam, bo takie same emocje i odczucia dokładnie miał mój Rafał.

Ale zaczynając od początku.

Dlaczego Elemetal Tri Olsztyn to nie był nasz start ?

Zacznę od tego, że w ogóle nie mieliśmy tam startować. Byliśmy zapisani na zawody w Brodnicy, która usytuowana jest niedaleko wiejskiego domku moich rodziców na Kociewiu, w Borach Tucholskich. Mieliśmy połączyć fajne wakacje ze startami. Ponieważ nie do końca czujemy się komfortowo podróżując w czasach PADNEMII, to zdecydowaliśmy że w te wakacje ograniczymy swoje podróże do odwiedzin znajomych, dziadków, czy domu moich rodziców właśnie na wsi na Kociewiu.

W Brodnicy podczas Garmin Iron Triathlon mieliśmy startować w niedzielę 23 sierpnia. Na 7 dni przed dowiedzieliśmy się, że start jest odwołany i jeśli chcemy gdziekolwiek startować to możemy się przepisać na Olsztyn lub Nieporęt tydzień później. Byliśmy z dzieciakami, więc trzeba było szukać nagle noclegu dla nas, dzieci i dziadków, bo startowaliśmy wyjątkowo na tym samym dystansie. Nic przyjemnego na ostatnią chwilę na Mazurach oczywiście nie było, ostatecznie więc przepisaliśmy się i zdecydowaliśmy że obrócimy te prawie 200 km w jedną stronę w jeden dzień sami, żeby już nie obciążać dzieciaków masą kilometrów.

Olsztyn odbywał się w sobotę, a nie niedzielę jak pierwotny start był zaplanowany. musieliśmy więc o 1 dzień skrócić wakacje nad morzem u znajomych, żeby w miarę się ogarnąć i o 5 rano wstać i wyjechać już do Olsztyna na start.

Zmęczeni, rano bez entuzjazmu wstaliśmy i pojechaliśmy. Wyjątkowo na zawodach nie było naszych przyjaciół, rodziny, dzieci, czy też jakieś znajomej większej bandy. Tym ciężej było wejść w mode „ścigania i fajnej zabawy”. No ale jak już wyruszyliśmy i pojechaliśmy to trzeba wystartować.

PIERWSZE ZŁE WIEŚCI – Tri Olsztyn

Dojechaliśmy w miarę na czas i bez przeszkód, pomimo że pobudka była o 5-tej, a wyjazd chwilę później. Duży ukłon też w stronę LABOSPORT, że przy takich akcjach jak odwołane zawody brak karty zawodnika wydrukowanej i kombinacji co robić dalej, wszyscy bardzo przychylnie podeszli do sprawy. Praktycznie dośrody mogliśmy odwołać jeszcze nasze przepisanie się na Olsztyn (3 dni przed imprezą) i dostalibyśmy voucher na wykorzystanie za rok na innych imprezach Garmin Iron Triathlon. Pomogli nam też z kartami zawodnika, których na wsi zupełnie nie mieliśmy gdzie wydrukować. Więc na prawdę, w tej sytuacji bardzo przychylnie się wszyscy zachowali 🙂 Dziękujemy.

No ale pierwsza zła nowina została ogłoszona juz jak staliśmy w kolejce do strefy zmian. Wszystko poszło w miarę sprawnie jak na dezynfekcję, maseczki w strefie i inne korona-wirusowe-obostrzenia. Stojąc jednak w kolejce dowiedzieliśmy się, że pływanie odbywa się

….. BEZ PIANEK …..

Szczerze, zazwyczaj ucieszyłabym się z tego. Ale odkąd mam nową piankę (Hurricane C5 od TYR Polska) i nie słodzę tu dlatego, że podjęłam z nimi wspólpracę. Podjęłam z nimi współpracę, bo najpierw przetestowałam piankę i się zakochałam. Wracając do tematu, odkąd mam właśnie tą piankę to uwielbiam pływać w piance. Jest mi serio łatwej i do tego mega wygodnie, więc pływanie w piance w końcu jest przyjemnością, a nie jakąś katorgą (pomimo że wcześniej miałam najwyższy model HUUB-a ale to jest zupełnie inna liga, bajka, czy jak to określić). Rafałowi też kupiliśmy po-testowego TYR-a na kilka dni przed zawodami, tym bardziej był on załamany.

Poza tym, mnie się zdarzało już pływać bez pianki. Sama nawet kilka razy zdecydowałam, że popłynę bez, pomimo że były dozwolone, bo takie ograniczenia dawała mi pianka, że wolałam pływać w zeszłym sezonie bez niej. Jemu nie. Tym gorzej na to zareagował, bo jest słabszym pływakiem niż ja. Ja natomiast miałam po raz pierwszy na sobie swój nowy strój triathlonowy, który nie wiedziałam jak się będzie zachowywał w wodzie, ale znając jego krój i uszycie wiedziałam, że będą kłopoty. Jest bardzo wycięty na szyi, a dodając do tego mój biust wiedziałam że nie będzie łatwo. Gdybym chociaż pomyślała o tym, że pływanie może być bez pianek, wzięłabym ze sobą zwykły strój pływacki i założyła na strój tri tak żeby obciskał mnie tam gdzie potrzeba. Stroju jednak nie miałam, a popłynąć musiałam.

Wodę przekreśliłam na samym początku, zestresowana, ale ze śmiechem, bo już nic innego mi nie pozostało stałam na starcie. Strój powciągałam tam gdzie się dało w sportowy stanik żeby jak najmniejszy balon robił się pod wodą. Nie na długo to wystarczyło, w połowie pierwszego kółka poczułam jak balon robi mi się na brzuchu, chwilę później strój się rozpiął do pasa i tak walczyłam do wyjścia z wody. Na przebiegu przez plażę do następnego okrążenia pływackiego starałam się powciskać z powrotem tu i ówdzie strój startowy, zapięłam zamek, ale niestety nie na długo to starczyło i z takim rozpiętym do połowy, łykającym masę wody strojem błagałam żeby jak najszybciej znaleźć się na wyjściu z wody. Płynęłam obok MKON-a co w innych przypadkach napawało by mnie optymizmem, ale w wodzie wiedziałam, że powinnam być znacznie przed nim.

Słaba woda, ale za to szybka strefa i wyleciałam na rower. Byłam 3 dziewczyną w strefie, wybiegając z wody razem z Gosią, z którą nie raz walczyłam na zawodach.

Dla ciekawości Gosia produkuje fajne ciuszki sportowo-outdorowe, więc serdecznie zapraszam Was na jej stronę ---> AYOLA SPORTSWEAR, gdzie znajdziecie nową kolekcję JOGOWO-TRENINGOWĄ. Z kodem: OLA15 macie na nią 15% zniżki. 

Gosia zawsze klepała mi tyłek, ale miałam nadzieję, że chociaż na rowerze mi go nie z klepie znacznie. Rower trudny, trasa mocno kręta 4 nawrotki na każdym kółku, 4 kółka, czyli w sumie 16 nawrotek. Do tego podjazd na każdym kółku, co prawda ani nie sztywny i długi, ale na tyle wymagający że sporo prędkości się na nim wytracało.

Rower poszedł całkiem ok, jak na taki rwany mocno etap. Poza tym już na rowerze czułam że nie mam tej mocy, jechało się ok bez szału w jedną ani w druga stronę, ale czułam cały czas jak bardzo chce mi się napić IZO, które wsadziłam w bidon na siodłem, ale którego nienawidzę wyciągać, bo praktycznie muszę złapać kierownicę, przestać pedałować i się z nim troszkę pomajtać żeby go zdobyć. Szkoda mi było czasu, prędkości itp. Piłam więc wodę z przedniego bidonu i jadłam żele. Z roweru zeszłyśmy z Gosią praktycznie jedna po drugiej. Na ostatniej prostej troszkę mnie odstawiła, bo miotałam się z ostatnim żelem. Do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta, słysząc że zaraz za mną jest jeszcze jedna dziewczyna, Ola. No cóż biegaczką nie jestem, więc skreśliłam swoje szanse na 3 miejsce, dosłownie na wlocie do strefy. A na wylocie modliłam się żeby nie było jak w Sierakowie i żeby kolejne kobiety nie łykały mnie jak sarenki ;p

OCZYWIŚCIE TAK BYŁO …….

Na biegu praktycznie od pierwszego kółka czułam niemoc. Wyciskałam z siebie wszystkie soki jak cytrynę. Miałam zjazd, za zjazdem. Chciało mi się jeść pić, czegoś słodkiego, jadłam po raz pierwszy cokolwiek na biegu. Marzyłam o żelu który dałby mi jakiegokolwiek kopa. Jadłam natomiast glukozę, którą Rafał dał mi w razie co do spróbowania. Mówił, że nie ma po niej zjazdu i że mega łatwo się ją wciąga, a jemu wierzyłam w tych tematach. Czułam się jak w Gdyni na połówce, którą robiłam w głębokiej anemii. I powiem szczerze już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie żeby zrobić badania, bo przecież czułam nie raz nie dwa niemoc. Ale przez korona-wirusam, to że trzeba się umawiać w diagnostyce na godziny i nie wiadomo czy bezpiecznie czy nie, odkładałam ten temat na lepszy czas. Do mety biegałam marząc w niej, bardziej niż kiedykolwiek. Powietrze schodziło ze mnie z każdym metrem, już nawet nie kilometrem. Na trzecim kółku dorwała mnie Pani Małgorzata, która miała flow tamtego dnia i leciała jak burza, więc 5 miejsce było moje. Doczłapałam się ostatecznie na 6 tym miejscu OPEN. Gdzie dosłownie na ostatnich 200 metrach doszła mnie kolejna sarna, i przeleciała koło mnie takim tempem że włosy złapały tylko wiatr za nią. Okazało się że pobiegła 41 minut na tej wymagającej trasie, ale kto wie gdybym wiedziała że goni przyspieszyłabym pewnie te naście sekund o które mnie wyprzedziła. Nie mniej jednak Olsztyn to taki drugi Sieraków, może nie ma serpentyny, ale są 3 podbiegi na każdej pętli. NA biegu, na olimpijce, znowu pętli jest 4, więc na dystansie całym mamy 12 podbiegów. Jakby tego było mało, po najdłuższym podbiegu, który wbrew pozorom nie był taki zły, zaraz za nawijką 180 stopni, był ostry prawie pionowy zbieg, który mama wrażenie robił więcej złego niż ten cholerny podbieg.

Co czułam na mecie ?

Chciałam jechać do domu jak najszybciej! Tak, tak mieliśmy dość, na dodatek Rafik też na mecie jakiś przygnębiony, mówił że nie miał żadnej motywacji, nie chciało mu się i też go bieg upodlił. Poczekaliśmy więc na dekorację. Bo jak się okazało 2 dziewczyny ode mnie wskoczyły na podium open i stanęłam w końcu 1-wsza w kategorii. Wyżej wymieniona Gosia, nie tylko utrzymała 2 gie miejsce, ale złapała Monikę Chodynę na biegu i wleciała na metę jako 1 wsza kobieta.

Dziwny to był strat. Teraz już pisząc ta relację, jakoś emocje opadły, wpadło kilka dobrych treningów po i mam wrażenie, że po prostu to był taki dzień. Niemniej jednak bo takich emocjach ciężko nam będzie wrócić do Olsztyna :p

Jakby się ktoś pytał, czemu w ogóle nie zesżłam z trasy ? Bo wtedy byłabym jeszcze bardziej wściekła na siebie. Tak wiem, że dałam tyle co miałam. Nie mój dzień, nie mój start, nie moja trasa, nie moje NIC praktycznie. Tym bardziej szkoda że startów w tym sezonie jak na lekarstwo, większość nieplanowana, bo wszystkie nasze pierwotne zostały odwołane. Ale byłam, zrobiłam i trzeba iść dalej.

Oczywiście po zawodach w poniedziałek pierwsze co pojechałam na badania. TRACH, bardzo niska ferrytyna, ale na szczęście jeszcze bez anemii, więc coś w tym czuciu moim mogło być. Jednak w tym tygodniu treningi weszły ładnie i na luzie ( chyba superkompensacja była, tylko dlaczego znowu na treningach, a nie zawodach ?!?!) więc liczę, że nie tak źle z tym moim organizmem.

W ten weekend czeka nas Malbork, zresztą z też nie najłatwiejszym bieganiem, ale trasę przynajmniej znam i wiem czego się spodziewać. Szczerze mówiąc mam ogromną nadzieję, że wszystko tym razem kliknie. Że pasmo kolek, wypadków na zawodach, szlifów i niemocy już ywkorzystałam i chociaż jeden start będzie taki w pełni sił, bo tak na rpawdę tylko na tym mi teraz zależy. Olewam miejsce, konkurencję i inne aspekty. Chce żeby zagrało i żeby była radość a nie umieranie na tarsie.

Trzymajcie kciuki. W czwartek wpada dla Was przepis !!! A w weekend kolejny odcinek podcastu !

Do przeczytania!

Ola – Bio Mama.

FOT. Tomasz Seweryn

P.S. Po naszych teraźniejszych wakacjach szykuję dla Was kilka niespodzianek. Dietetyczne tematy wejdą tutaj na poważnie, pokażą się eBooki i konsultacje. Zostańcie ze mną i podzielcie się tym dalej!

Dziękuję, że tu jesteście, czytacie i się odzywacie od czasu do czasu 🙂

Wegańskie lody truskawkowe – tylko 3 składniki

DIETA POLECANE PRZEPISY

Wegańskie lody truskawkowe – tylko 3 składniki

Wiem, że już wieczór i tego przepisu od razu nie skosztujecie, ale wierząc na moje słowo i moich łakomczuchów są PYCHA !

Jestem lodożercą i choć pewnie wielu z Was nie uwierzy, to tak, uwielbiam zajadać się lodami. Jest to jedna z niewielu słodyczy które kupuje na mieście, jednak rzadko kiedy sięgam po lody z zamrażalki w sklepach spożywczych (aczkolwiek policzyłabym na placach jednej reki ile razy w te wakacje mi się to zdażyło). Jednak nie ma to jak lody w wafelku, najlepiej rzemieślnicze nakładane łopatką a nie łyżką do lodów, zrobione tylko z naturalnych składników.

Skoro cała moja rodzina wie, że uwielbiam lody i sama bardzo często robie je w domu. Zazwyczaj idę na łatwiznę i robie lody na bazie mrożonych bananów, ale te „śmietanowe” zawsze wygrają. Odkąd dostaliśmy od moich rodziców, na jakąś świąteczno-urodzinową okazję, maszynę do lodów, to zaczęła się produkcja też i takich. A ponieważ ograniczamy nabiał, krowi przede wszystkim, w naszej diecie to szukałam nie raz nie dwa razy alternatywy na tą zwykła słodką śmietankę.

I chyba w końcu znalazłam <3

Chcecie przepis ? 🙂

LODY WEGAŃSKIE TRUSKAWKOWE – 3 proste składniki.

Składniki:

  • świeże truskawki (to zależy od Was jak bardzo truskawkowe chcecie lody, my daliśmy 2 garście)
  • erytrol 3-4 łyżki ( jak posmakujecie na surowo powinno być fajnie słodkie, kiedy lody się zamrożą to będą mniej słodkie)
  • mleczko kokosowe pełnotłuste z puszki – 1 szt
  • kilka kropel ekstraktu z wanilii (opcjonalnie)

Erytrol, można zamienić na ksylitol ( będzie bardziej kaloryczne ale równie zdrowe) miksujemy z truskawkami w blenderze przez niecałą minutę tak aby wszystko dobrze się zmiksowało. Dodajemy mleczko kokosowe i wanilię (opcjonalnie). Wszystko wlewamy do maszyny do lodów. My używamy ZULE, ale nie wiem czy ją polecam szczerze mówiąc. Najwięszkym plusem jest jej kolor -> JEST RÓŻOWA <3

Największym jej minusem jest wielkość. Lody robią się około 2-3h ale starcza ich na po 1 gałce na 4 domowników. Więc jeśli jest Was więcej to szukajcie czegoś większego.

Jak serwujemy takie wegańskie lody truskawkowe, z 3 prostych składników ?

Ja uwielbiam WAFLE do lodów, ale te rzadko kiedy można znaleźć z dobrym składem. Dlatego taka wersja rzadko u nas ma miejsce. Zazwyczaj serwujemy je w miseczkach posypane np wiórkami kokosowymi. Ja uwielbiam. Ale nie ma co ukrywać lody najlepiej smakują w wafelku kiedy rozpuszczone spływają po ręce, kiedy brudzimy nos, przekręcając głowę, by oblizać roztopione boki, kiedy wafelek zaczyna się rozmiękczać pod wpływem delikatnie roztopionych lodów.

CZY NIE MAM RACJI ?

Poza tym nie radość dzieciaków na widok LODA w WAFELKU jest znacznie większa, niż na widok miseczki więc raz na jakiś czas polecam takie właśnie lody. Z niezdrowym waflem z LIDL-a <3

Koniecznie dajcie znać jak smakuje Was wegańska wersja lodów truskawkowych. I czy te 3 składniki są wystarczające ? Przyjmę też polecone firmy z waflami z dobrym składem.

Tymczasem polecam Wam tą poezję smaków pod postacią zimnej lekko tłustej słodkiej truskawki.

SMACZNEGO !

Ola – Bio Mama

NIKE VAPORFLY NEXT % – Czy te buty same biegają ?

POLECANE SPORT TESTY

NIKE VAPORFLY NEXT % – Czy te buty same biegają ?

Pewnie każdy choć raz słyszał o tych butach. Nike stworzył model o który nie tylko było głosno, ale który nie łatwy jest do zdobycia. Gdy tylko pokazuje sie na półkach w sklepie buty wyprzedają się jak świeże bułeczki. A wywadawło by się, że tak zaawansowany model, nie będzie smacznym kąskiem dla każdego.

Foto. Ola Graff Fotografia

No właśnie więc jak to jest z tymi VAPORFLY-ami NEXT %? Czy one same biegają ?

Zacznijmy może od początku. Co mają te buty w sobie czego nie mają inne modele?

Ano przede wszystkim węglową płytkę która umieszczona jest w podeszwie buta. Ta płytka sprawia, że but zaliczany jest obecnie do najbardziej dynamicznych butów na rynku. Płyta daje mocne wybicie i dynamikę, działa trochę na zasadzie sprężyny. Moje pierwsze odczucia biegania w nim mogłabym porównać do przyczepionych przepołowionych piłeczek tenisowych do podeszwy. Czuć niesamowitą sprężystość. Ale nie tylko płytka sprawia że but jest innowacyjny. Całość podeszwy oprócz płytki wykonana jest z pianki ZOOMX, bardzo lekkiej, bardzo miękkiej i z bardzo rezponsywnego materiału. Dlatego pomimo że but jest twardy, jeśli chcielibyśmy go zgiąć w pół jest to prawie niemożliwe bez uszkadzania podeszwy, a dokładniej płytki w niej zatopionej. To ten sam but zarazem jest też niesamowicie miękki, przez co jest bardzo wygodny i przyjemny do użytkowania. Poza tym cholewka i materiał VAPOURWEAVE z jakiej jest ona wykonana jest bardzo delikatny, cienki i lekki, co daje naszej stopie niesamowity komfort. But waży 174 g, i ma drop 8mm.

NIKE Vaporfly Next %

Ok, to wszystko dotyczy technicznych detali dotyczących tego modelu. Jednak po co nam ta technologia jeśli but nie byłby taki idealny do biegania?

VAPORFLY NEXT %, wizualnie.

Zanim jeszcze przejdę do ich właściwości treningowych to wspomnę tylko o ich wyglądzie. Przede wszystkim Vaporfly-e to bardzo futurystyczne buty. Zaczynając od ich podeszwy która ma swoje uzasadnienia w technologi, po całą cholewkę i kolorystykę kończąc. Każdy model VAPORFLY-i który wychodzi do sprzedaży ma inny kolor. Zatem możecie dokładnie wiedzieć kiedy ktoś zakupił swoje buty 🙂 Poza tym że wyglądają, tak jakbyśmy mogli na nich dosłownie odlecieć, to ich technologia na pewno wygrywa w mojej opinii nad ich designem 🙂

NIKE Vaporfly Next %

Moje pierwsze odczucia w VAPORFLY NEXT %.

Przede wszystkim wygoda. But wydaje się tak delikatny, miękki i dopasowany, że jest w nim na prawdę wygodnie. Jest leciutki, ma fajny język i wiązanie, którego się nie czuje. Super rozwiązany został też zapiętek, który jest typowym rozwiązaniem w NIKE-ach, ale który idealnie sie sprawdza w tym bucie przy tak delikatnej cholewce. Cholewka jest z przewiewnego materiału przypominającego folię. Pięta jest wzmocniona.

No ale co z moimi odczuciami biegowymi ?

Juz Wam piszę. Moje zupełnie pierwsze odczucie podczas biegu w tych butach można by porównać do biegania w butach do których mamy przyczepione na podeszwie przedzielone na pół piłki tenisowe. Buty są niesamowicie dynamiczne, oddają masę energii. Jest to model którego ja osobiście na prawdę nie umiem porównać do innego modelu buta. Połączenie płytki węglowej i bardzo responsywnej pianki ZOOMX, naprawdę udało się marce NIKE. Buty są twarde, a zarazem tak miękkie, że zachowują się trochę jak sprężyna. Buty jak na taki typowo uliczny model, mają minimalny, ale już większy niż ich poprzednik, bieżnik na przedniej części podeszwy po to aby w trudnych warunkach pogodowych zachowywały się dużo lepiej niż ich poprzednik vapourfly 4%. But dobrze zachowuję się na wilgotnym asfalcie, radzi sobie też na utwardzonym terenie leśnym.

Fot. Aleksandra Graff Photogrpahy

Ja osobiście w tym modelu nie przebiegałam za dużo, ponieważ wydają mi się dosyć delikatne dlatego zostawiam je sobie na bardzo trudne jednostki biegowe i na starty. Ale w ramach testów przebiegałam każdy trening, od dłuższego wybiegania w luźnym tempie, po biegi ciągłe, tempówki i przebieżki.

Na długich luźnych wybieganiach buty są dynamiczne i po prostu mega wygodne. (Moje wybiegania to tempo około 5:25-5:35 min/km)

Na biegach ciągłych (okolice 4:40-4:50) czuć już dużo większa dynamikę. Buty nadal pozostają super wygodne dla stopy. Noga nie męczy się, a ilośc pianki ZOOMX sprawia że lądowanie jest bardzo komfortowe dla stopy.

Tempówki i przebieżki. Tutaj zaczyna się dopiero prawdziwy potencjał tego buta. Im szybsze tempo tym bardziej dynamiczny staje się but, tym więcej energi oddaje nam podczas biegu.

Zatem schodzimy do pytania —–>

Czy NIKE VAPORFLY NEXT % SAME BIEGAJA?

Niestety musze Wam trochę ostudzić tą hipotezę, bo ŻADNE buty same nie biegają. Jeżeli biegacie 10 km w 55 minut to nie przebiegniecie w nich 10 km w 45 min. Jeżeli jednak biegacie 10 km w 40 min, to jest duże prawdopodobieństwo że przebiegniecie 10 km w 38+ min w tych butach. Jest w tym modelu coś, co na pewno pomoże Wam biegać szybciej niż dotychczas. Podstawą jest jednak Wasze przygotowanie.

Ten model butów biegowych wymusza szybsze bieganie na biegaczu. Są one tak dynamiczne i responsywne, że nogi same przyspieszają. Z mojego punktu widzenia, prawdziwy potencjał tych butów widzę dopiero przy prędkościach w granicach 4:00 min/km . Im szybciej biegamy tym więcej dają nam te buty. Wymuszają one szybsze bieganie, dużo szybciej przetacza się but po asfalcie. Jeśli chodzi o ich użytkowanie i ich moce biegowe to nie mam co do nich żadnych uwag. Jednak nie biegają same, a to biegacz biega i tylko od nas zależy czy wyciągniemy z nich potencjał czy nie.

Jedynym minusem VAPORFLY NEXT % to ich cena. Nie są to buty na każdą kieszeń, jeśli jednak ich cena nie zraża Was do zakupu, to szczerze polecam. Czy są warte swojej ceny ?? To zależy. Jeśli masz nie jeść przez półmiesiąca wartościowych obiadów, a w zamian zajadał się bułkami to raczej nie. Jesli ich zakup nie obciąża w ogóle twojego portfela, albo zamiant dwóch wyjść rodzinnych do knajpy możesz zafundować sobie takie buty to polecam.

Na pewno wyciągną one z Ciebie twój potencjał biegowy. Będą wymuszać szybsze bieganie i moga przyczynić się do nowych życiówek. Jednak pamiętaj że ten but jest szybki i najlepiej sprawdzi się u szybkich biegaczy. To właśnie oni wyciągną z niego wszystko to co w sobie skrywa.

Butki możecie kupić oczywiście na stronie mojego partnera Sklep Biegacza, jednak jest to bardzo chodliwy model który dostępny jest w ograniczonych ilościach. Dlatego najlepiej zapiszcie się do newslettera, i śledźcie ich profile w social mediach FACEBOOK & INSTAGRAM jeśli chcecie upolować swoją parę !

Mam nadzieję, że pomogłam i rozwiałam troszkę mistyczność tego modelu ! Do przeczytania !

Ola – Bio Mama.

Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

BIEGANIE POLECANE TESTY

Bieżnia mechaniczna – na co zwrócić uwagę przy wyborze i dlaczego warto kupić bieżnię ? (treningi w czasach pandemii)

Sport w czasach PANDEMII, chyba raczej tak powinnam zatytuować ten wpis. Wiem, że ostatnio bieżnia mechaniczna to temat tabu u sportowców amatorów i pro, chociaż Ci drudzy w większości od dawna są już jej posiadaczami.

Skoro obostrzenia brzmią coraz bardziej niejasno i coraz bardziej restrykcyjnie. Nie wiemy czy biegać, czy nie. Czy wychylać nosa, dokąd najdalej możemy i na ile faktycznie jest to niebezpieczne dla naszego zdrowia ( mówię tu o możliwości zarażenia się wirusem podczas treningu ). Są Ci którzy mimo wszystko będą tupać nogą i próbować do końca postawić na swoje. Są tez tacy którzy akceptują sytuację i szukają z niej jakiegoś wyjścia i Ci piszą do mnie w wiadomościach pytania o bieżnię.

Bieżnia u nas była na tapecie od 2 lat. Głównie chcieliśmy ją zakupić, bo w zimę bardzo cieżko u nas z treningami biegowymi, taką mamy sezonową prace i zima to szczyt naszego sezonu. Możemy biegać albo o świcie albo bardzo późno wieczorem, co w moim przypadku jest niemożliwe bo nie biegam nocą po lasach 🙁 Jednak zawsze podchodziliśmy troszkę sceptycznie do treningów na niej, no i jak u wszystkich zawsze były „lepsze” wydatki. Kiedy zamknęli granice, a my wracaliśmy do kraju ostatnim rejsowym samolotem, prawie uciekając z Cypru zanim PANDEMIA zacznie się na dobre. Wiedzieliśmy, że będziemy na obowiązkowej 14 dniowej kwarantannie. Wracając po ponad 2 tygodniach mocnych treningów na Cyprze na obozach, głównie rowerowych, było nam bardzo szkoda formy i pracy, żeby zaprzestać bieganiu zupełnie na 2 tygodnie. Zaczęły się rozmowy o bieżni, takie na poważnie.

NO I STAŁO SIĘ… Przylecieliśmy w weekend a w środę bieżnia była już u nas w domu. Niemniej jednak zanim trafiła do nas, mój Rafał przeczytał chyba wszystkie dostępne artykuły dotyczące jej wyboru, rozmawiał z każdym kto jest w posiadaniu bieżni i to jemu możecie podziękować za powstanie tego tekstu. Ja tylko korzystam on ma wiedzę i chce się z Wami nią podzielić.

Szczególne podziękowania tu dla dwójki krasnoludków, którzy tą bieżnię przywieźli nam pod drzwi prosto z Warszawy wiedząc, że nawet nie napiją się z nami kawy i nie wejdą na minutkę do środka. Jak się okazuje bieżnie chociażby te z decathlonu, są dostarczane przez kuriera, ale niestety kurierzy tych produktów nie dostarczają do drzwi tylko trzeba odbierać je z magazynów ( są za ciężkie). Trzeba więc po nie podjechać autem nie do sklepu, ale do magazynu regionalnego dla kurierów, pomimo, że na stronie napisane jest dostawa kurierem.
Naszych dwóch krasnalów odebrało dla nas tą bieżnię i przywiozło do domu. 
Tacy prawdziwi pomocnicy ludzi w potrzebie, trenujący oczywiście i czujący klimat <3
DZIĘKUJEMY ! ! !

 

NA CO ZWRÓCIĆ UWAGE PRZY WYBOŻE BIEŻNI: 

  • Przede wszystkim na dużą moc silnika. Zakładam, że większa ilość osób które to czytają to aktywni biegacze lub triathloniści, zatem nie jesteście osobami które uprawiają jogging, a chcecie bieżnie wykorzystać do wykonywania wszystkich jednostek treningowych. My mamy  moc 2 KM, która jest wystarczająca dla większości amatorów, szybko zmienia tempo i nachylenie.
  • Prędkość powyżej 20 km/h. Jeżeli chcecie robić treningi interwałowe i móc robić na nich przebieżki to większość z Was pewnie osiąga taką prędkość podczas interwałów. Ważne jest żeby bieżnia miała prędkość troszkę większą niż wasze planowane tempo interwałów. Żeby nie zajechać bieżni, nie powinniśmy biegać z maksymalna prędkością długich odcinków, musi być spory zapas.
  • Duży pas po którym biegamy.  Tak na prawdę im dłuższy pas, tym bardziej komfortowo się biega. Przy moim wzroście, lub kobiecych gabarytach może to nie być aż tak istotne, ale przy wzroście mojego Rafała 192 cm, już tak. Na mniejszym pasie, możecie mieć wrażenie, że zaraz Wam się pas skończy i spadniecie, przez co będziecie czuli dyskomfort przy bieganiu. Nasz pas jest długości 150 cm i ma szerokość 51 cm, jest to raczej jeden z większych pasów dostępnych na rynku, równocześnie daje duży komfortowy biegu. Nawet mój Rafał z noga o długości ponad metra biega w komforcie.
  • Czy bieżnia ma ograniczenia godzinowe jeśli chodzi o jej pracę. Niektóre bieżnie na prywatne potrzeby mają napisane w opisie że nie powinny być używane więcej niż np 8h/tygodniowo. Warto na to zwrócić uwagę gdyż przy ewentualnych defektach, lub chęci skorzystania z gwarancji, możecie jej nie mieć po prostu uznanej, lub bieżnia szybko się zużyje.

NASZA BIEŻNIA:

Nasza bieżnia to bieżnia z DECATHLONU, marki DOMYOS INTENSE RUN  —-> PODRZUCAM WAM LINKA DO NIEJ JEŚLI CHCECIE ZOBACZYĆ WSZYSTKIE JEJ SPECYFIKACJE.

 

Poniżej jednak skrócę jej zalety i wymienię ewentualne wady: 

DOMYOS INTENSE RUN ZALETY:

  • Gwarancja i bezsporne korzystanie z tej gwarancji
  • Bieżnia jest składana więc po każdy treningu można ją złożyć i zajmuje połowę miejsca.
  • Duży PAS biegowy, dobry silnik i duża prędkość do 22 km/h (tempo 3.00 min/km to 20 km/h) Przyjmuje się, że biegiem ciągłym można biec około 2 km/h mniej niż prędkość maksymalna. Zatem nasza bieżnia posłuży każdemu kto chce biegać nawet biegiem ciągłym na 3:00 min/km .
  • Łatwy w obsłudze panel, duże widoczne cyfry i wszystko to co powinno być na widoku: czas, dystans, prędkość, spalone kcal.
  • Bieżnia jest na stronie Decathlonu z kategoryzowana jako do intensywnego użytkowania.
  • Można ją dosyć łatwo przesuwać dzięki rolkom zamontowanym na dole.
  • Posiada pasek piersiowy do HR.
  • Decathlon mówi że bieżnia jest cicha. My niestety nie mamy porównania do innych bieżni. Mieszkamy w domu i na dole bieżni w ogóle nie słychać. Ale to są bardzo subiektywne opinie.
  • Wentylator całkiem fajnie działający, ma 3 stopniową regulację i na najmocniejszej na prawdę fajnie działa, chłodzi. Powietrze jest zimne, ale wieję troszkę na klatkę i gardło i czasami robi się nawet za zimno.
  • Wbudowane głośniki które dedykowanym kablem możecie podłączyć do telefonu lub tabletu. Macie też dedykowany stojak na tablet telefon na pulpice co jest fajnym gadżetem.
  • Dwa miejsca na bidon i ewentualne żele i inne przybory.
  • Komunikację BLUETOOTH, ale tylko do dedykowanej aplikacji DOMYOS. Jeśli jednak ściągniecie sobie ta aplikację to możecie kontrolować prędkość i nachylenie przez nią. Ponadto jest dużo fajnych programów treningowych dla początkujących.
  • Bezprzewodowy PILOT na bluetootha, który pozwala regulować prędkość (co 1 km/h) i nachylenie ( co 1%) ułatwiając szybką zmianę prędkości i nachylenia podczas interwałówbez dotykania wyświetlacza. WIELKI PLUS I POMOCNIK.
  • Szybka zmiana tempa, bez problemu można wykonać np 15-20 sekundowe przyspieszenia, ze zmianą prędkości o nawet 10 km/h .
  • Jest stabilna, ale jest też dość lekką bieżnią. W porównaniu do komercyjnych bieżni w klubach, jest mniej stabilna, ale tamte ważą ponad 200 kilo i bardzo ciężko jest je złożyć samemu w domu. Przy wysokich prędkościach, wadze i gabarytach Rafała bieżnia troszkę się rusza. Przy moich gabarytach i prędkościach z jakich ja korzystam bieżnia wydaje się bardzo stabilna.

WADY:

  • Nie stwierdzono 🙂 Pewnie jesteśmy tak szczęśliwi że możemy robić treningi biegowe będąc zamknięci w domu, więc wady wyjdą dopiero po zakończonej pandemii.

 

Ok no dobra, skoro temat jest mocno na topie to może napiszemy też jakie są w ogóle plusy biegania na bieżni mechanicznej. Bo skoro nie możemy teraz biegać na dworze to trzeba znaleźć plusy biegania w środku.

 

Zalety biegania na bieżni mechanicznej :

  • Bieganie w każdą pogodę! Nie ma wymówek „wieczorem, psy, gwałciciele, dzikie zwierzęta ” jak to mój Rafał napisał, czy inne dziwadła.
  • Dokładna kontrola tempa oraz kadencji (bieżnie pokazują km/h i musimy się nauczyć przeliczać jakim tempem biegamy. Zwift (darmowy dla biegaczy) pokazuje tempo, prędkość w km/h, tętno, dystans, kadencję, więc można biegać ze zwiftem włączony na tablecie lub komputerze obok, tak aby monitorować chociażby tempo biegu.
  • Łatwiej wykonać zakładki-szybciej przechodzimy z roweru na bieg. Możemy łatwo wykonywać treningi zakładkowe łączone: rower-bieg-rower lub bieg-rower itd
  • Nauka jedzenia i picia w czasie treningu (łatwiej jest pić i jeść w czasie treningów na bieżni, przyzwyczajać układ trawienia na długie dystanse (Rafał nie byłem przyzwyczajony do picia i jedzenia w czasie treningów biegowych, zresztą ja też, i teraz wykorzystujemy bieżnię do tego i czuje ze z treningu na trening lepiej mi się biega z pełnym żołądkiem)

MINUSY:

  • Ja nie mam czujnika biegania na buta i niestety zegarek bardzo przekłamuje mi dane tempa biegu. Mam jednak tabelkę z przeliczeniem prędkości na tempo i wszystkie treningi rozpisuję sobie w zakresach km/h wtedy wiem jakich wartości się trzymać.
  • Nie wychodzimy z domu, nie dotleniamy się. Jednak w obecnych czasach pandemii nie wiadomo czy to minus czy plus 😉

TRICKI I TRICZKI ŻEBY WAM SIĘ DOBRZE BIEGAŁO:

  • Trzeba pamiętać o otwieraniu okien, żeby zmniejszyć do minimum stężenie dwutlenku węgla w pokoju i pamiętać o wentylatorze. My mamy na pilota duży wentylator i możemy go włączać po rozgrzewce i wyłączać przy schłodzeniu na koniec treningu żeby się nie wychładzać.
  • Bez problemu, co ciekawe, można wykonać treningi typu podbiegi i przebieżki. Zanim wykonamy mocne, szybkie treningi koniecznie zrób kilka łatwych biegów żeby zobaczyć jak reaguje bieżnia oraz twój błędnik. Zakończ każdy trening wolnym biegiem i marszem. Po zejściu z bieżni z wysokiej prędkości błędnik czasami wariuje.
  • W czasie treningu mocniej się pocimy—> wygodnym sposobem jest buff na czoło albo w pogotowiu ręcznik.
  • Na bieżni biega się trochę łatwiej ( nie mi 😉 ) niż na zewnątrz, aby wyrównać te różnice ustawiamy nachylenie pasa bieżni na 1%. Większość bieżni mechanicznych ma bardzo dobra amortyzację-przez to mniej kontuzji.
  • Zwift w wersji biegowej —> Co potrzebne ? Komputer lub tablet z zainstalowana aplikacją zwift, RunPod czyli czujnik kadencji zakładany na buta (decathlon, garmin, adidac itp) czujnik tętna, i czujnik ANT+ do komputera. Wersja biegowa Zwift jest narazie bezpłatna, nie ma potrzeby podpinam karty kredytowej. W aplikacji oprócz naszego awatara który gdzieś sobie biegnie wśród innych biegaczy oraz kolarzy widzimy dokładnie wszystkie parametry (tempo, prędkość, tętno, kadencję, czas treningu, dystans) są w aplikacji gotowe plany treningowe z których możemy kozystac. Jest sporo tras do wyboru:watopia,richmond,londyn czy Nowy Jork która po synchronizacji aplikacji ze strava i garminem umożliwia przesłanie aktywności do tych platform.
  • Ponadto jak można sobie umilić fajnie czas biegając. Po pierwsze filmy na tablecie, netflix-ie podpiętym bezpośrednio pod głośniki z bieżni, lub podcasty.
  • Fajnie tez ustawić sobie bieżnie z widokiem na ….. coś co lubicie 🙂 my mamy ustawioną ją pod oknem skierowaną centralnie na nasz przydomowy lasek, czyli biegamy prawie jak na dworze ! 🙂
  • My ten model sami wnieśliśmy na piętro u ans w domu, nie wspomnę, że prawie zginęłam przy tym śmiercią tragiczna, a bieżnie rozwaliłaby schody, ale udało nam się. Waży ponad 100 kilo więc warto mieć dwie w miarę silne ( albo jedną bardzo silną i jedną przeciętną jak u nas ;p ) osoby żeby taką bieżnię złożyć. Polecam nie rozśmieszanie osób noszących bieżnie po schodach 🙂
  • Bieżnie oczywiście trzeba złożyć samemu w domu nam to zajęło niecałą godzinkę, instrukcja była czytelna, może nie IKEA, ale wszystko było jasne.

Tak ogólnie pisząc czy warto. Każda moja myśl mówi TAK !

Jestem zwolenniczką biegania na dworze, biegam w każdych temperaturach, uwielbiam mróz, gorzej znoszę ciepło. Nienawidzę trenowania w domu, ale są dni, momenty w życiu kiedy po prostu wyjście na dwór jest niemożliwe. Np trening z dzieckiem w domu, bieganie późnym wieczorem u nas na wsi, lub pandemia która zamyka nas w domach na kilka tygodni, a może nawet i miesięcy.

Bieżnia jest super sposobem na trenowanie zawsze i bez wymówek, nie wiem na ile będziemy ją używać kiedy życie wróci do normy, ale wiem że nie będzie już szukania wymówek żeby na trening biegowy nie wyjść.

W obecnej sytuacji jak nie musimy nie wychodzimy i praktycznie od 3 tygodni biegamy tylko na bieżni. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej którą kupiliśmy i nie przeszło mi ani razu przez myśl żeby zrezygnować z treningu biegowego w tym czasie, pod pretekstem że bieżnia jest „nudna”.

 

POLECAMY KAŻDEMU.

DZIECIAKI TEŻ JĄ UWIELBIAJĄ <3

Wielkie podziękowania dla mojego Rafała, bez którego wiedzy ten tekst by nie powstał ! Dziękuje ! <3
SUPLEMENTACJA – przy pandemii

DIETA POLECANE PORADY

SUPLEMENTACJA – przy pandemii

Nie będę się tutaj za bardzo rozwodzić, rzucę konkrety co, dlaczego i w jakim celu.

Mogę Wam też podrzucić marki i produkty z których ja korzystam. Ale chciałabym zaoszczędzić sobie komentarzy, że coś promuję lub że wpisy są sponsorowane. Nie, wpis ten nie jest sponsorowany, to jest czysta moja wiedza i ułatwienie Wam szukania w necie tego co dobre.

No dobra, zacznijmy od tego dlaczego w ogóle jest sens coś suplementować podczas obecnej pandemii. Otóż są niektóre składniki diety, które jest ciężej nam dostarczyć w większych ilościach z pożywienia jeśli nie jest ono idealnie zbilansowane. Ponadto suplementacja to łatwiejszy i szybszy sposób na dostarczenie tego co niezbędne, a w czasach KORONAWIRUSA to chyba ważny aspekt. Nie mamy teraz dostępu do wszystkich produktów jakie byśmy sobie zażyczyli, tym bardziej warto sięgnąć po suplementację.

Ok zacznijmy od tego czym w ogóle jest odporność organizmu?

Odporność to nic innego jak zdolność naszego organizmu do identyfikacji i sprawnej obrony przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi (takimi jak wirusy, grzyby, bakterie, pasożyty) lub wewnętrznymi (np. nowotwór) które mogą wniknąć do anszego organizmu. Im lepiej funkcjonujący układ odpornościowy tym łatwiej jest naszemu organizmowi poradzić sobie z atakującym go patogenem.

 

  1. Wiatmina D – Wszystko juz o niej chyba zostało napisane, ale spróbuje Wam streścić dlaczego właśnie teraz i ile. Witamina D występuje w produktach pochodzenia zwierzęcego (głównie ryby i jaja) oraz w wyniku promieniowania UVB syntezowana jest przez skórę. Poza udokumentowanym pozytywnym wpływem na układ mięśniowo-szkieletowy witamina D ma działania tak zwane plejotropowe, czyli wpływa korzystnie na wiele czynników pozornie nie powiązanych ze sobą. Czynnikami tymi jest przede wszystkim poprawa i wsparcie układu immunologicznego (czyli naszej szeroko pojętej odporności) w szczególności obniżenie zakażeń górnych dróg oddechowych, które koronawirus właśnie atakuje. Dlaczego ją suplementujemy ? Przede wszystkim dlatego, że i tak pewnie większość z nas ma niedobory tej witaminy (przegląd badań opublikowany w 2014 r pokazał że kryteria niedoboru witaminy D spełnia aż 88% populacji światowej), w naszej szerokości geograficznej syntezowanie witaminy D w okresie zimowy jest zminimalizowane, a nasza dieta nie potrafi dostarczyć nam odpowiednich jej ilości. Ile ? Ja proponuje 1000-4000 IU, lub według zaleceń lekarza. Jeśli nie znacie poziomu waszej witaminy D to trzymałabym się raczej niższych wartości 1000-2000 IU, jeśli wiecie że jest on niski (około <20 ng/ml (OH)D) spokojnie możecie sięgnąć po wyższe dawki. UWAGA WITAMINĘ D MOŻNA PRZEDAWKOWAĆ. Więc lepiej zacząć od mniejszych dawek, chyba, że mamy przed sobą wyniki badań i jesteśmy pewni, że większe nam nie zaszkodzą. Witamina D jest witaminą rozpuszczalną w tłuszczach więc najlepiej przyjomwac ja z posiłkiem zawierającym tłuszcz.
  2. Witamina C – przede wszystkim to niesamowity antyoksydantem. Jej właściwości antyoksydacyjne chronią komórki immunologiczne przez  stresem oksydacyjnym wynikającym z aktywności bakteriobójczych makrofagów i neutrofili. Ponadto udowodniono że Witamina C w dawkach 250-1000mg dziennie wykazuje umiarkowaną 50% efektywność w redukcji ryzyka URTI (Cochrane Database -> www.cochranelibrary.com) , z angielskiego „Upper Respiratory Tract Infection„, czyli wszelkie zakażenia górnych dróg oddechowych, które jak wcześniej wspomniałam atakuje nieszczęsny koronawirus. Witaminy C nie można przedawkować, ponieważ jest to witamina rozpuszczalna w wodzie, a jej nadmiar będzie wydalany z naszego organizmu. Witamina C z uwagi na to że jest rozpuszczalna w wodzie może być przyjmowana o każdej porze dnia. Dla osób zdrowych dawka dla dzieci 500 mg /dziennie (np pastylki do ssania), dla dorosłych 1000mg /dziennie. <UWAGA dla sportowców, są badania że które dowodzą, że witamina C w dawkach >1000 mg dziennie może negatywnie wpływać na adaptacje do wysiłku treningowego. >
  3. Kwasy DHA i EPA – niezbędne wielonienasycone kwasy tłuszczowe z rodziny n-3. Poza tym, że biorą udział w budowie neurotransmiterów i wiążą się z prawidłowym funkcjonowaniem układu nerwowego, to mają niesamowite właściwości immunostymulujące, przeciwzapalne, a także przeciw alergiczne i przeciwdepresyjne. DHA i EPA są niezbędne do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. Minimalna dawka DHA która powinna być przyjmowana z dietą  to 250 mg dziennie. W suplementach warto zwrócić uwagę na dokładną ilość DHA I EPA zawartą w kapsułce, gdyż producencie często informują o zawartości wszystkich kwasów tłuszczowych w kapsułce razem z nośnikiem EPA i DHA tym samym podnosząc wartość, kwasów tłuszczowych na których nam zależy.
  4. PROBIOTYKI – To jest niestety temat rzeka. I tutaj można by nim poświecić osobny wpis, by dokładnie opisać działanie flory bakteryjnej jelit i jej zadania w systemie immunologicznym naszego organizmu. Największe znaczenie dla naszej odporności na GALT (Gut Associated Lymphoid Tissue) czyli tkanka immunologiczna stanowiąca element bariery jelitowej – bezpośrednio związana z błoną śluzową układu pokarmowego. Najważniejszym składnikiem GALT jest mikrobiota jelitowa, która to właśnie decyduje co wniknie do układu krążenia a co zostanie na zewnątrz, pełniąc kluczową rolę w prawidłowym funkcjonowaniu układu odpornościowego. Dysbioza jelitowa- czyli załamanie równowagi bateryjnej, zwiększenie patogenów, a zmniejszenie korzystnych bakterii dla zdrowia – przyczynia się do obniżenia odporności naszego organizmu. Dlatego kluczowe jest zadbanie o nasze jelita i mikroflorę jelitową, zawsze, ale w szczególności w okresach wzmożonego zachorowania. Ilość probiotyków jakie możemy przyjmować na naszym rynku jest masa. Od bardzo drogich suplementów, zawierających wieloszczepowe często zamknięte w innowacyjnych kapsułkach które mają na celu dostarczyć, probiotyki do jelita grubego w którym to właśnie zlokalizowana jest większa część mikrobiomu jelitowego. Po tanie i słabej jakości probiotyki jednoszczepowe, których większa ilość zostanie strawiona w górnych odcinkach przewodu pokarmowego, a co za tym idzie będzie po prostu nieskuteczna. Kuracje probiotykami powinno się robić najlepiej co najmniej 3 miesięczne w przypadku osób zdrowych bez większych zaburzeń mikroflory jelitowej, a w przypadku osób z problemami wedle zaleceń lekarza. Poniżej podrzucę Wam kilka propozycji, skutecznych i na każdą kieszeń. PROBIOTYKI spożywamy najlepiej podczas posiłku, z tym że nie używamy dwóch odmiennych produktów w tym samym czasie. Ja preferuję stosowanie probiotyków wieczorami, tak aby po nich już nic nie jeść. Ponadto warto pamiętać, że aby nasze probiotyki dobrze nakarmić musimy jeść produkty zawierające błonnik pokarmowy, czy warzywa i owoce, oraz produkty zbożowe pełnoziarniste.
CIEKAWOSTKA : 70-80% wszystkich naszych komórek immunokompetentnych całego naszego organizmu znajduje się w jelitach

 

MOJE PROPOZYCJE:

 

Witamina D – nie sposób jest być na czasie z wszystkimi suplementami jeśli nie pracuje się w tej branży. Ja korzystam z marki Swanson, jeśli chodzi o witaminę D, dlatego że produkty te są dosyć czyste w składzie i nie dosyć tanie jak na naturalne suplementy przystało.

Wiatmina C – dla dzieci kupuję wiatminę C w pastylkach do ssania marki Solgar 500 mg. Dla nas marki Swanson witaminę C w kapsułkach 1000 mg z dziką różą, która ma wspomóc wchłanialność witaminy C przez dodatek dzikiej róży (naturalnych bioflawonaidów)

Kwasy DHA i EPA – ciężko znaleźć suplement który zawiera duże dawki tych kwasów i nie odczuje się tego w kieszeni. Ostatnimi czasy korzystamy z marki JARROWS – ma stosunkowo wysoki stężenie kwasów tłuszczowych DHA i EPA w jednej kapsułce, ma naturalny skład bez zbędnych składników, a jest w przyzwoitej cenie. Dla dzieci stosuję markę NOW kwasy DHA i EPA lub Solgar mądre rybki (ale te cieżko dostać).

PROBIOTYKI – Tak jak pisałam wyżej jest masa probiotyków na naszym rynku. Podeślę Wam te podobno bardzo dobrej jakości które posiadają wiele szczepów bakterii w ogromnych ilościach. Jednak sama z nich nie korzystałam, bo cenowo na rodzinę byłyby po prostu za drogie.

Lactichoc – zawiera 40 mld bakterii. Podobno jest rozważany by być używany zamiast przeszczepu mikroflory jelitowej. Kuracja jest tylko 10 dniowa

-N1 Probiotic Lab One – jest synbiotykiem, więc oprócz bakterii zawiera też inulinę która jest pożywieniem dla bakterii. Bakterie zawarte w kapsułce podobno są w stanie dotrzeć prawie w całość do jelita grubego przez unikatowy sposób kapsułkowania.

Mycobiotic – polski produkt, zawiera takie szczepy bakterii które zwalczają patogeny gronkowca, bakterii Escherichia coli i Salmonelli, oraz drożdżaki Candida, których eliminacja jest niezbędna do odbudowania mikrobioty.

Probiotyki, które my używamy to SANPROBI. Są to bardzo dobre probiotyki na naszym rynku, jedno lub wieloszczepowe zależy od produktu który wybierzemy. Mają duże stężenie bakterii, są przystepne cenowo i mają dobre Kuracja, którą my stosowaliśmy wyglądała tak:

SANPROBI IBS – 1 msc

SANPROBI Super Formula – 1 msc

SANPROBI Barrier – 1 msc

Podawane w takiej konfiguracji zaszczepiają po kolei bakterie znajdujące się w naszej mirkoflorze jelitowej, a w związku z tym kuracja taka odbudowuje mikrobiotę jelit.

Kolejny probiotyk jednoszczepowy warty uwagi w teraźniejszym okresie to Entero Acidolac (Saccharomyces boulardii) oraz krople dla dzieci Acidolac (LGG). Posiadają one takie szczepy bakterii które stymulują wytwarzanie przeciwciał, przez co aktywują układ odpornościowy. Nie są w stanie odbudować mikrobioty jelitowej, ale w teraźniejszym okresie mogą pomóc pod kątem stymulacji układu odpornościowego.

 

SKLEPY Z KTÓRYCH KORZYSTAM:

www.plantamed.pl —> maja rabaty dla klientów wracających

www.witaminyswanson.pl  —> w czasach korona-wirusa bardzo szybka dostawa i realizacja zamówienia.  ( nie ma marki Solgar)

lub apteki online (jest zdecydowanie taniej) jeśli chodzi o SANPROBI.

Pamiętajcie, że wszystkie moje rady są radami ogólnymi dla osób zdrowych. Jeśli macie jakieś dolegliwości, problemy zdrowotne skonsultujcie się najpierw z lekarzem, lub dietetykiem w celu ustalenia zbilansowanej diety i odpowiedniej dla Was indywidualnej suplementacji.

 

Dbajcie o siebie i swoich najbliższych.

Ola.

 

 

Bibliografia:

  1. Barbara Frączek, Jarosław Krzywański, Hubert Krysztofiak. „Dietetyka Sportowa”. 2019: 254-296; 826-840; 355-359.
  2. Cukrowska B. Czarnowska E. Wpływ probiotyków na układ immunologiczny. Zakażenia 2006; 6: 2–6.
  3. Borchers A.T., Selmi C., Meyers F., Keen C.L., Gershwin M.E. Probiotics and immunity. J. Gastroenterol., 2009; 44, 26–46
  4. www.cochranelibrary.com
  5. www.healthyplanbyann.pl 
GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

PODRÓŻE POLECANE

GÓRY LATEM – czyli gdzie się udać w Zakopanem żeby uniknąć tłumów.

Góry kocham, to już chyba każdy wie, ale rzadko uciekam w nie latem. Zawsze boje się ilości ludzi, która w czasie wakacji ma zazwyczaj dwie destynacje morze, lub góry.

Jestem zwolenniczką slow life i wakacji w ciszy i spokoju. Takie też marzyły mi się w górach, ale bałam się że będzie to nie wykonalne. Pierwsza destynacja jaka przyszła nam do myśli to Schronisko Głodówka, w którym zawsze lądują nasi bliscy znajomi. Schronisko to zawsze fajna opcja,  ale wiedziałam, że stamtąd trzeba będzie wszędzie jeździć autkiem. Ponadto Zakopane znam wie gdzie się ruszać mam swoje miejsca. Decyzja padła więc na moje ulubione miejsce w Zakopcu  <3 <3 Willę 5 Dolin <3 <3

Lądowałam w niej zawsze poza sezonem i kochałam ten widok, ten brak ludzi i to że jest już na końcu świata – czyli na obrzeżach Zakopanego.

Pierwsza myśl, czy teraz będzie podobnie, Dolinki są ulubionym miejscem do wędrowania z dzieciakami, a willa jest zaraz na wylocie do Strążyskiej. Nie byłam pewna, ale fakt, że mieści się ona na ostatniej odnodze od ulicy Strążyskiej, i jest prawie ostatnim domem przemówił do mnie i wierzyłam całym sercem że tam będzie spokój. I był, a poza tym były piękne hamaki, mała piaskownica, i slack-line który okazał się super pomysłem dla dzieciaków. Nie było trampolin, na których są krzyki, placu zabaw przy którym trzeba pilnować, był za to ogromny idealnie zielony trawnik na którym można było wymyślać nie skończoną ilość zabaw późnymi wieczorami. A dzięki temu, że tych „dziecięcych atrakcji” jest niewiele w ogrodzie świat jest tam tak spokojny, zielony, naturalny, dziki i cudowny że choć góry wzywają wcale nie chce się w nie iść.

 

GDZIE IŚĆ:

Nie ma co ukrywać, że ludzi na szlakach jest znacznie więcej niż w zimę czy poza sezonem. Ale może, takie lato właśnie jest fajnym momentem aby pójść w te dziksze części, mniej oklepane. łatwiej na pewno bez dzieci, bo można wyżej i dalej. Ale co robić kiedy dzieci są, chodzą o własnych nogach i kochają pieczątki, oraz pierogi z jagodami w schroniskach.

Ano trzeba kombinować i nie podążać za tłumem.

Np. jedna z chyba bardziej uczęszczanych tras z dzieciakami, czyli

Kalatówki i Hala Kondratowa.

Przynajmniej my ją zawsze robimy jak jesteśmy w Zakopanem. Dwa schroniska, masa pieczątek i piękne widoki na Hali.

Do Kalatówek wszyscy lecą kocimi łbami do góry pod schronisko, ale nie wiele osób wie, albo chciało im się doczytać, że wzdłuż najbardziej obleganej trasy o okolicach Kasprowego idzie śliczny wąziutki niebieski szlak przez las prosto na Hale Kondratową. Wprawdzie nie ląduje się na Kalatówkach w drodze do góry, a przechodzi poniżej ich, ale to tylko plus. Bo wszyscy turyści właśnie stołują się w hotelu górskim Kalatówki kiedy wy uderzacie na Halę, uciekając od masy i robiąc sobie przystanek pod piękną bacóweczką, na polanie pod schroniskiem. Tak my zrobiliśmy.

Docierając natomiast na Halę do schroniska, położyliśmy się na jeszcze zupełnie pustej polance i zamówiliśmy najlepsze pierogi z jagodami ( no może nie najlepsze jest jeszcze jedno miejsce gdzie są lepsze, ale ciii o tym później). Schodząc przeszliśmy przez Kalatówki, zbierając kolejne pieczątki i zjadając porządny obiad. Ceny są przystępne, jest domowo, tak jak w schroniskach i z salą zabaw dla dzieci. Kiedy my schodząc dotarliśmy na Kalatówki, turystycznej masy już nie było, było za to popołudniowe słońce, dobra kawa (co w schroniskach jest rzadkością, ale nie ma co ukrywać to bardziej Hotel górski niż schronisko) i cisza spokój 🙂 Droga na dól po kocich łbach po godzinie 16 jest już w niewielkim stopniu uczęszczana i cały dzień robi się przyjemny zdala od mas.

 

NOSAL – nosal i wejście na nosal to idealna wędrówka na dzień kiedy nie ma za dużo czasu na góry, albo przez pogodę, albo przez siły, ale coś trzeba robić. Traska jest na tyle ciekawa i trudna jeśli wchodzi się nie od strony Kuźnic, tylko spod Ścieżki pod Reglami w połowie drogi z Ronda Kuźnickiego, do Kuźnic, a schodzi przy potoku tak jak z Murowańca, że każdy maluch będzie miał na prawdę sporo frajdy. Moja Zosia uwielbia trudne strome podejścia, długie szerokie trasy ją nudzą. Nosal zaliczyliśmy kiedy to mama rano postanowiła polecieć traskę Tour De Pologne amatorów, w ramach treningu rowerowego. Na śniadanko do reszty dołączyłam dopiero po 10, bo podróż 16 km z Bukowiny trwała 50 minut ! ( tak to był jedyny raz kiedy klęłam na ilość turystów w górach 🙂 ). Na szlak dotarliśmy więc dopiero koło 14, i o dziwo chyba fajnie wyszło bo tłumów znowu nie było 🙂

 

Jeśli jesteście z dziećmi na Nosal lepiej podchodzić trudną stromą stroną, spod Bystrej, a dokładniej spod tamy Nosalowej, zielonym szlakiem. Jest ostro w górę, skaliście, ale bezpieczniej w górę niż w dół. Do tego jest fajna przygoda i coś się dzieję, Zośka była zachwycona tą trasą. Trasa w dół lepsza jest natomiast z drugiej strony, jest bezpieczniejsza i wygodniejsza w szczególności jeśli planujecie nosić najmłodszych na plecach, tak jak my w nosidle. Ze szczytu kierujecie się na Nosalową przełęcz, a potem dalej w dół do Kuźnic, gdzie szlak zielony łączy się z niebieskim, z Murowańca i Hali Gąsienicowej. Schodzimy do Kuźnic od strony potoku, przy którym fajnie jest przycupnąć w ciepły dzień i poczuć chłód zimnej górskiej wody.

 

MUROWANIEC 

 

To piękna, dosyć długa trasa, która kończy się w schronisku Murowaniec. My wyruszyliśmy z Kuźnic żółtym szlakiem przez dolinę Jaworzynki, na Halę Gąsienicową do Murowańca. Ponieważ tras do Murowańca jest wiele ludzi na szlakach przez Dolinę nie czuć. Dopiero na Hali widać ich większą ilość, ale ponieważ do samego Murowańca wyszło nam 6 kilometrów w jedną stronę, to nie każdy piszę się już na taką trasę i turyści tam będący przypominają raczej górskich turystów niż tych Krupówk-owych. Ponieważ na górze złapał nas deszcz i pogoda robiła się nieciekawa, zeszliśmy troszkę krótszym i przyjemniejszym niebieskim szlakiem przez Boczań. Jest on mniej stromy i skalisty, no i troszkę krótszy.

Hala Gąsienicowa jest przepięknym miejscem, do którego na prawdę warto dotrzeć.

edf

 

 

RUSINOWA POLANA

od Zazadniej to też fajna mało turystyczna opcja. Parking przy Zazadniej jest mały, a właściwie nie ma go wcale dlatego może turystów jest tylko tyle co samochodów Jest moment stromych schodów, ale cała trasa jest przyjemna i niezbyt trudna. Na Rusinowej w tygodniu nie jest źle, ale w weekendy robi się podobno bardzo tłoczno.

 

 

Warto czmychnąć z stamtąd na Gęsią Szyję, zaliczyć szczyt u zebrać więcej punktów GOT do książeczki, jednak trasa nie jest zbyt przyjemna. Schody, schody i schody…. to nie nasze ulubione podejścia, w szczególności gdy na plecach śpi 15 kilowy człowiek, wraz z całym odzieżowym ekwipunkiem rodzinnym. Dla Zosi schody zrobiły się ciekawe dopiero kiedy zaczęłyśmy je liczyć, poza tym samo podejście nie było zbyt interesujące, wręcz trochę nudne.

 

 

 

Dlatego bez entuzjazmu dotarłyśmy z Zosią na szczyt, który choć trochę wynagrodził to nieprzyjemne podejście. W dół idzie się znacznie lepiej i mniej żmudnie. Z Rusinowej zeszliśmy w stronę parkingu Wierch-Poroniec, skąd miałyśmy nadzieję dostać się do Bukowiny na Tour de Pologne.

 

Polecamy też Dolinę Strążyską,

chociaż tam przy ładnej pogodzie na wejściu turystów jest sporo, z wejściem na Sarnią Skałę i z zejściem przez Dolinę Białego, która jest przepiękna i dużo bardziej spokojna. Taka pętelka to fajna opcja, bo nie nudzi się i jest cały czas coś nowego. Dolina Białego wiedzie cały czas wśród skał, jak w wąwozie. Bardzo przypominała mi wąwóz Homole z Pienin, który zaliczyliśmy zimą.

 

edf

 

JEDZENIE: 

Polecamy kilka miejsc w których nie znajdziecie tłumów, albo znajdziecie tłumy (ale te pozytywne górskie) ale też dobre jedzenie i miłą atmosferę.

Marzanna, przez naszego Stasia tak zwany „SZTUĆC”– to nasze ulubione miejsce w Zakopanem jeśli chodzi o obiady. Najlepiej dla dzieci. Domowy rosół, najsmaczniejsze pierogi z jagodami i sadzone jajo. Jest tam smacznie z fajnym podejściem, jest też porządny schoowy i raczej nie znajdzie się wege jedzenia, o które zresztą w Zakopanem i tak ciężko. Dlatego wolę domowe i z dobrych składników, niż byle jak z kiełbą po góralsku.

KWATERA GŁÓWNA – Jeśli chcecie zjeść coś nie góralskiego w pustej knajpce z fajnym kącikiem zabaw i smacznym jedzeniem, to koniecznie zajrzyjcie tam. Pizaa, burgery i wszelkiego rodzaju pasty i gnocchi. Smaczne, blisko ronda Kuźnickiego.

 Obrochtówka – dosyć popularna restauracja w Zakopanem, jednak nie w czasie letniego klienta. Restauracja jest schowana w bocznej uliczce więc przeciętny Kowalski może jej nie znaleźć. My bywamy tam od dawna i jest zawsze tak samo smacznie. Polecam zupkę czosnkową i dla mięsożernych jagnięcinę.

Cafe STRH – czyli coś nowoczesnego, z obłędnymi wege ciastami. Jeśli nie jesteście w wakacje, albo nie boicie się Krupówek w lato, koniecznie zajrzyjcie tam na czekoladową wegankę. Niebo w gębie. Osobiście mam nadzieję, że ją odtworzę w ciągu zimy, ale zanim to się uda musicie jej skosztować przy okazji bycie w górach 🙂 Co do jedzenia: śniadaniowo – owsiana pyszna, a obiadowo – mało dla dzieci, sandwiche i burgery poprawne, jednak bez tej nutki smaku o której nie umiesz zapomnieć przez parę dni.

Czego unikamy ? 

 

Zdecydowanie Krupówek. Niestety pomimo, że mają wiele dobrego. fajne wyspecjalizowane sklepy, pyszne lody i Cafe STRH z dobrą kawą i weganką, to niestety są tam takie masy ludzi, które nas odstraszają. Odstraszają nas też stoiska z pamiątkami, które nawet nie przypominają górskich pamiątek, tylko te MADE IN CHINA.

Nie wjechaliśmy kolejką na Kasprowy, pomimo że dla dzieci to pewnie frajda, ale nasze tymi kolejkami już sporo się najeździły, a stanie w kolejkach i ścisk w środku pewnie nie jest już dla nich taką frajdą.

Unikamy centrum i Wielkiej krokwi, tego typu atrakcje zostawiłabym na po sezonie. Jeśli jedziecie w góry, korzystajcie właśnie z nich. Deptaki, stoiska z pamiątkami mam wrażenie że są już wszędzie takie same, a dla dzieci większą frajdą będzie odznaka górska z Kozicą ze schroniska niż kolejny klejący się glut prosto a Chin.

 

Z czego korzystamy ? 

 

NOSIDŁO – to MUST HAVE. Dotychczas chodziliśmy z naszym nosidłem TULA, ale skoro Stasiek ma już ponad 2 lata, to nie bardzo chce mu się wsiadać na plecy i nic nie widzieć. Tym razem skorzystalismy z wypożyczali i wzięliśmy nosidło turystyczne. Osobiście mam do nich sceptyczne podejście, głównie jeśli chodzi o pozycję dla dziecka. ( nie jest ona ergonomiczna 🙁 ) Ale to jest kilka dni w roku. Ponadto udało nam się znaleźć na prawdę fajne nosidło – firmy Lafuma, które miało dosyć szerokie podparcie dla pupki malucha. Dodatkowo miało 3 kieszenie na tyle duże, że idąc sama z maluchami w góry pakowałam do nosidła nie tylko Staśka, ale i termos z jedzeniem, kurtki przeciwdeszczowe dla wszystkich i peleryny.  Pieluchy i jakieś drobiazgi lądowały w nerce na biodrach. W ten sposób udało mi się nie chodzić z plecakiem na brzuchy i Staśkiem na plecach !

KSIĄŻECZKA GOT – to kolejny MUST HAVE przy chodzeniu z dzieciakami. Książeczka nie tylko niesamowicie mobilizuje dzieci, ale przybijanie kolejnych pieczątek, z kolejnych wycieczek, a potem oglądanie ich i opowiadanie młodszemu rodzeństwu o trasach sprawia im na prawdę sporo frajdy ! Dlatego jeśli góry to tylko z książeczką.

Dla ciekawskich za zdobyte trasy i szczyty możecie dzieciakom wpisywać punkty GOT. Możecie je łatwo wyliczyć zaznaczając w internecie na stronie www.mapa-turystyczna.pl waszą trasę. Za punkty są odznaki, które możecie odebrać w punktach PTTK, lub zamówić przez internet!

BUTELKA DAFI – to jest HIT tego lata. Odkąd jesteśmy w ich posiadaniu u nas w domu przestaliśmy tak na prawdę produkować większą część śmieci w postacie plastiku. Zosia nosiła ją do przedszkola, a w górach sprawdziła się też idealnie. W każdym schronisku wodę możesz sobie uzupełnić bez problemu, nie targasz ze sobą plastiku w postaci śmieci i nie musisz kupować nigdzie wody !

cof

 

Jeśli macie jeszcze jakieś pytania, piszcie w komentarzach może uzbiera się ich kilka i powstanie kolejny post o górach z dzieckiem ?

Jeśli macie swoje sprawdzone miejsca w rejonie TATR, to koniecznie się nimi podzielcie w komentarzach. Stwórzmy tu miejsce pełne dialogu o górach.

 

To co kogo namówiłam, żeby ruszał w góry ?! <3 <3 <3

Biegająca Bio Mama.

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

TRIATHLON

ZŁOTA FALA 2019 – Super League Triathlon Poznań i mój freedom.

ZŁOTA FALA i weekend pełen emocji za mną, a właściwie za nami. Bo był to mocno kobiecy weekend. o samej idei złotej fali myślę, że powinnam skleić osobny post, ale przez to że mój start był pełen ZŁOTO FALOWYCH emocji to tu tez coś o niej usłyszycie.

Swoją przygodę z i-sport, Złotą falą i Super League Triathlonem w Poznaniu, zaczęłam rok temu, kiedy to byłam ambasadorką tej imprezy. Jeśli chcecie więcej poczytać i idei, moich początkach w byciu ambasadorką, czy starcie w zeszłym roku to zapraszam:

tu —–> ZŁOTA FALA -IDEA

——–> START W POZNANIU – ZŁOTA FALA

Ten rok był jednak inny. Inny, bo na starcie stawałam nie tylko jako kobieta wspierająca projekt, ambasadorka, ale też kobieta która zaangażowała się w ten projekt. Emocje były więc potrójne, spotkanie z naszymi ambasadorkami jeszcze bardziej ekscytujące i cała impreza podwójnie ważna.

Po pierwsze trzeba powiedzieć, że babska rywalizacji jest na innym poziomie, jest czystsza, zawiera więcej uśmiechu i życzliwości i chociaż na prawdę się ścigamy, to robimy to z uśmiechem i słowem wsparcia.  Złota fala to start tylko dla kobiet, starujemy w fali przed facetami, co za tym idzie zero pralki w wodzie, same kobiety na linii startu, cisza i spokój w strefie i tak przez większość część trasy. Na bieganiu spotykamy się już z Panami, cześć kobiet spotyka się już na rowerze, ale myślę, że panowie na trasie rowerowej lub biegowej tylko mobilizują, sprawiają że więcej się dzieje i czas szybciej leci.

No ale złota fala to nie tylko start, przynajmniej nie dla nas. To tez spotkania z niesamowitymi kobietami, dziewczynami. To czas poznawania cudownych osób, to czas wspólnych piątek, rozmów i wsparcia. W zeszłym roku było nas kilkanaście, w tym roku podobnie, robi się więc nas coraz więcej. Tworzymy wspólnie swoją babską małą komitywę, w której jest dużo koloru, uśmiechu i wsparcia. Pisząc te zdania, nie da się w sumie opisać tych emocji. Jest ich dużo i są one przede wszystkim pozytywne. Weekend w poznaniu staje się weekendem po którym potrzeba sporego czasu żeby wrócić do normalnego funkcjonowania 🙂

 

 

 

 

 

 

 

Wracając do mojego startu. Start był w sobotę w samo południe. Tzn o 11, ale przecież to prawie samo południe. Ciepło, totalna lampa, a ja z moja termoregulacją miałam największa rozkminę życia: Płynąć w piance, czy bez?

Wiem, że moje pływanie ostatnio słabo wypada i w sumie ma prawo bo od połowy kwietnia do tak na prawdę 2 tygodni przed poznaniem w wodzie byłam kilka razy. Sieraków, Okuninka, miesiąc od połowy maja miałam zawalone zatoki. Tym bardziej wiedziałam, że pianka na prawdę mi pomoże. Było jednak coś we mnie, co nie chciało jej założyć. Jakaś część mnie chciała poczuć luz, może to umieranie w Sierakowie, duszenie się w wodzie i ścisk sprawiło że nie chciałam jej zakładać. Co gorsza zarówno trener, jak i mądra głowa mąż nie chcieli słyszeć, ani zaakceptować opcji bez pianki. Z drugiej strony Fabisz namawiał do płynięcia bez. Nawet mieliśmy się zakładać, o jakieś głupoty, ale Fabisz długo nie chciał przystać na moje warunki. Dało mi to cudownego kopniaka jak wierzy w to że popłynę dobrze. Taka roztargniona stałam jeszcze i rozgrzewałam się w strefie startowej. Mózg mi już parował, bo wiedziałam że jaką decyzję bym nie podjęła, głowa będzie na nią narzekać. Jak popłynę w piance to będzie źle, bo za ciepło. Jak popłynę bez to będzie źle bo za wolno. Chwilę przed pomyślałam sobie, że jak Ula, faworytka dzisiejszego wyścigu popłynie bez to ja też. Co się wydarzyło? Ula przychodzi do strefy startowej bez pianki, a moja głowa już kipi nie wiedząc co robić.

Na 15 minut przed startem podjęłam decyzję, mądry trener wsparł i kazał wejść na chwilę do wody i się przepłynąć. Trach skok na główkę i przedzierałam się przez złote czepki i czarne pianki. Z wody wyskoczyłam już pewna swojej decyzji. To było to! Czułam luz w głowie i rękach, ciepłą wodę spływającą po ciele, ale nie gotowałam się, byłam wolna. Piankę szybciutko oddałam mężowi i poleciałam na linię startu. W zeszłym roku startowałam z pierwszej linii, w tym cofnęłam się o jedną, w końcu lecę bez pianki i nie w formie pływackiej.

 

START.

Kontrolowany, ale przede wszystkim z uśmiechem na buzi. Decyzja o zdjęciu pianki była chyba, najlepszą z możliwych tamtego dnia. Dało mi to jakiś niewyobrażalny luz psychiczny. Wskakujemy do wody, przez chwilkę zrobiło się gęsto dziewczyny pływają po sobie, ale w parę chwil wszystko się wyrównuje. Pewnie pierwsze 3-4 linie znalazły swoje miejsce i płyniemy juz każda swoim tempem. Oprócz pierwszych kilkudziesięciu- kilkuset metrów raczej nie byłam wyprzedzana, wszystko rozegrało się na początku. Wiedziałam, że płynę wolniej, płynęło mi się tez sporo ciężej niż w piance, to znaczy kosztowało mnie to więcej wysiłku, ciężej się nawigowało w szczególności że do pierwszej bojki płynęłyśmy pod falę. Niemniej jednak płynęło mi się cudownie, co prawda czas był o ponad 2 minuty gorszy z pływania niż w zeszłym roku. Ponadto z wody wyszłam jak na mnie wyjątkowo daleko, bo dopiero jako 7 kobieta, ale to jak bardzo się delektowałam tym pływaniem bez pianki i tą wolnością, było warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Wychodzę z wody, ktoś mi krzyczy jak zawsze która jestem, nie powiem, że się zdziwiłam ( oczywiście  myślałam że jednak jestem choć troszkę bliżej czołówki) Widzę moja rodzinkę i przyjaciół, leci wiec pierwszy potężny uśmiech. Szybciutko pędzę do strefy zmian, która cholera znowu jest pod górkę. Za mną bliziutko biegną dwie dziewczyny, jedna to niejaka Małgorzata, która wyprzedziła umierającą mnie na biegu, druga to Iga, wiem że mocno biega więc muszę uciekać.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Strefa bez pianki zajęła mi kilka sekund, czepek i okularki wrzuciłam do koszyka i w tej samej chwili założyłam kask i złapałam rower. Ze strefy wybiegam już piąta. Powiem szczerze, że byłam pewna że z wody byłam też piąta, ale sts-inaczej pokazuje, może to tylko czas 7-my a wyszłyśmy wszystkie przy sobie. Nie wiem, ciągnąc dalej wsiadam na rower i zaczynam jechać. Pomimo, że wiem że jest przede mną kilka dziewczyn jakoś się tym nie przejmuję. Jadę swoje i wiem, że będę je gonić.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Dzień wcześniej zasypiając już w łóżku słuchałam Ewel i Rafała jak rozmawiali o przygodach na trasach na poprzednich startach. Było ich mnóstwo, opowiadali jak to gubili bidony, jak ktoś się wracał po numer startowy, jak ktoś po bidon, jak któreś źle pojechało albo źle wybiegło. Leżę sobie i myślę, jak to możliwe mieć tyle przygód, „Ja NIGDY takich nie miałam”. Moje przygody ograniczają się do tych z zegarkiem, no ale to zrozumiałe w moim wykonaniu, bo jest mi on chyba po prostu troszkę zbędny na zawodach. No ale zdanie to wypowiedziane w głowie, napędziło tą turbinę ze wszechświata która uruchomiła: mówisz, że nigdy to będziesz miała swój pierwszy raz. Nie wiem czy wy też tak macie, ale ja kiedy wymówię te słowa na głos, to dzieją się rzeczy dziwne i wszystko sprowadza się do tego żeby mi udowodnić, że to NIGDY właśnie się skończy.

W ten oto sposób mój rower był jedną wielką przygodą. Co prawdą zaczął się pięknie bo w tamta stronę moja predkość zały czas pokazywała ponad 40 km/h, nie chciało mi się wieżyć bo nogi nawet dobrze nie piekły, ale jechałam. Po jakiś pięciu kilometrach wielkie napisy na drodze, SLOW DOWN ! ! ! , NAWRÓT ! ! ! i jaskrawe strzałki pokazujące nawrotkę. No to hej przygodo,  nie widzę totalnie nikogo dookoła, śmierdzi mi to ale, jak byk jest napisane, że nawrotka, więc zawracam. Za chwilę po drugiej stronie ulicy wybiega do mnie jakiś strażak krzyczący nieprzyjemnie że co ja ******* robię ?!? Karze jechać prosto, kolejna nawrotka więc i wracam na trasę, kurna, zła jak osa jestem, mówiłaś że nie masz przygód, a tu proszę się zaczęło. W tym momencie wyprzedza mnie Ula, nawet nie byłam na to zła, bo wiedziałam, że na rowerze jest mocniejsza i i tak zrobiłaby to prędzej czy później. Pewnie, że wolałabym później, ale jest prędzej. Jadę dalej. Prawdziwa nawrotka była jeszcze ponad 5 kolejnych kilometrów dalej. Stało tam faktycznie sporo ludzi i chyba nawet jacyś sędziowie, a napisy najprawdopodobniej były pozostałością z trasy enduro, która startowała rano.

fot.Mariusz Nasieniewski/Maratomania.pl

Jadę dalej, na nawrotce widziałam, jak zbliżam się do dziewczyn z przodu. Były w sumie 4, więc teraz dopiero jestem 5-ta. Było widać też dziewczyny za mną, trzymały się dosyć blisko, a może po prostu przybliżyły się przez moje gapiostwo ?? Nie ważne, po nawrotce poczułam, dlaczego jechało mi się tak dobrze. Wiatr walnął w twarz i prędkość pod górkę spadała nawet czasem poniżej 30 km/h. Wiedziałam, że tu muszę wycisnąć z siebie więcej, tak żeby zrobić sobie przewagę. W końcu te za mną są lepsze biegaczki.

1-wsza dziewczynę przede mną dogoniłam stosunkowo szybko. Wyprzedziłam ją, na nawrotce na drugie kółko, gdzie trasa zrobiła się techniczna i nie było mowy o ściganiu, odcięłam się tez od Pań, które jechały za mną, a 3-cią dziewuchę miałam już w zasięgu wzroku. Wiedziałam, że to kwestia czasu. Ale żeby nie było nudno, zaczęło mnie okropnie mdlić, zjedzony żel był prawie spowrotem w gardle, wiedziałam, że tak się dzieje jak jeżdżę z HR-em, który wpijając mi się pod stanikiem w przeponę stymuluje żołądek. I tak w połowie drugiego kółka zaczęłam się motać z HR-em, Najpierw nie mogłam go zsunąć na brzuch, potem odpadł mi czujnik, w końcu rozpięłam cały strój, który mi się zablokował i nie mogłam go zasunąć z powrotem, zerwałam cały pasek, wypadł mi czujnik i jechałam świecąc cyckami przez resztę trasy.

Z tego powodu sporo dłużej zajęło mi dogonienie 3-ciej dziewczyny, ale dopadłam ją wyprzedziłam i do strefy wpadłam jako 3-cia kobieta. Karolina którą, wyprzedziłam na rowerze w zeszłym roku, nie biegała szybciej. W tym jednak mnie zaskoczyła i już na pierwszym kółku biegowy mnie dogoniła, wyprzedziła i mocno leciała przede mną. Próbowałam się trzymać, ale czułam że jest mocniejsza więc odpuściłam. Wiedziałam, że mam 2 biegaczki za sobą, które mogą jeszcze namieszać, a wolałam mieć siłę do końca niż wyrwać na początku a potem umierać.

Na nawrotce na pierwszej pętli, zobaczyłam jak owe biegaczki mają całkiem spory dystans do mnie, dzielił nas ponad kilometr, a co za tym idzie z 4 minuty różnicy w czasie. Takie endorfiny mnie dopadły, że przez kilometr leciałam na 4:30 🙂

Bieganie raczej było kontrolowane, z uśmiechem. podobno wyglądałam jakbym się w ogólne nie męczyła, ale co wycisnęłam z siebie to moje. Jeszcze dużo mi brakuje żeby nauczyć się biegać tak mocno jak to możliwe. Bieganie u mnie zawsze jest asekuracyjne i nigdy nie umiem doprowadzić się do sponiewierania. Nie umiem wycisnąć z siebie tego więcej, zawsze jestem w swoim komforcie. Jeszcze trochę czasu przede mną więc może kiedyś nauczę się tego.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Na metę wpadłam jako 4 OPEN, z czasem 2:24:57, najpierw myślałam, że urwałam minutkę od zeszłorocznego czasu, ale kiedy zorientowałam się że były to 3, świat stał się na prawdę piękny 🙂

Wpadłam szczęśliwa, że wybroniłam wysokie miejsce OPEN, że pomimo tych perypetii zdrowotnych na początku sezonu, wszystko się wyklarowało, czułam jakąkolwiek moc i siłę i brnęłam do przodu. Wpadłam szczęśliwa, przede wszystkim bo ten start sprawił mi na prawdę ogromną przyjemność, a o to mi najbardziej chodziło.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

NOWA ŻYCIÓWKA, całkiem niezłe bieganie, MASA PRZYJACIÓŁ, ZNAJOMYCH, KIBICÓW na mecie i na trasie dodawała energii i radości.

 

To był na prawdę udany start. I kiedy tak na spokojnie po wszystkim usiadłam z mężem i gadaliśmy o zawodach, zapytał: ” I co nie żałujesz, że nie założyłaś pianki, pewnie byłabyś 3-cia, bo popłynęłabyś te 2 minuty szybciej?”

Na mecie nie przeszło mi to nawet przez myśl. A dziś zrobiłabym dokładnie to samo, jeśli te 2 minuty miały mi dać tyle radości i swobody jaką czułam, to były warte każdej straconej sekundy, czy minuty.

 

Do zobaczenia na kolejnych startach.

 

Bio Mama.

 

 

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

PODRÓŻE POLECANE TRIATHLON

Sieraków 2019 – czyli jak można dwa razy umrzeć na jednej imprezie.

Sieraków jest bezlitosny, ale jest też wciągający. Nadal nie rozumiem jak można się tak upodlić na starcie i chcieć więcej. Chyba jest coś w tym, że mam ochotę sprawdzić czy za rok będzie tak samo bolało. Oczywiście nadzieja jest, że nie, ale wiadomo jak to bywa z nadziejami 🙂

Cały wypad był w ogóle bardzo pomysłowy i sam wsobie niezłą przygodą, bo oczywiście miejsc w domkach w OSiR-rze już nie było, a wszyscy znajomi byli zalogowani właśnie tam. Trzeba było więc coś wykombinować. Od razu wpadł mi do głowy pomysł – kamper. Zaprawieni w bojach przyczepowo-półwyspowych jesteśmy więc logistycznie nie było to dla nas żadną nowością. Ba myślę, że było to nawet sporo łatwiejsze logistycznie niż pakowanie naszego samochodu, rozpakowywanie go na miejscu i znowu to samo w drodze powrotnej. Wszystko co potrzebowaliśmy mieliśmy w nowym czterokołowców.

Nie zdradzę wam przy okazji tutaj tajemnicy że właścicielami starego pięknego Volkswagena kampera jesteśmy już od wielu lat, ale za młodu nie było czasu na jego od-restaurowanie, a potem jak rodzinka się powiększyła to nie było już sensu, gdyż byłby on dla nas po prostu za mały.

(oferty kupna można składać pod postem, bo ów kamper stoi i marnieje na polskiej wsi)

Kampera wypożyczyliśmy niedaleko od domu, o jego istnieniu dowiedzieliśmy się całkiem przypadkiem, naprawiając autko w pobliskim serwisie. Ale, że ludzie prowadzący to są super to z miłą chęcią ich pod-reklamuję na blogu.

Chętnych z okolic świętokrzyskiego na wynajem kamperka zapraszam do mercedes-autocentrum w Makoszynie -----> < http://mercedesautocentrum.pl >

 

Kamperka odebralismy w czwartek wieczorem, plan był żeby się zapakować i ruszyć rano, ale skoro całkiem sprawnie sie zapakowaliśmy, a kamper stał pod domkiem to zdecydowaliśmy się że przejedziemy chociaż te 100 kilometrów co by być bliżej naszej destynacji. Do Sierakowa mamy sporo kilometrów i troche nas ta ilość zaskoczyła, kiedy w końcu kilka dni przed wyjazdem spojrzeliśmy się na mapy googlowskie.

Wyruszyliśmy po 21 z domu, nocleg po drodze znaleźliśmy pod Łodzią, trochę dalej niż 100-wka ale było blisko autostrady i w miejscu specjalnym dla kamperów, więc jakoś tak przyjemniej było się tam zatrzymać. I tu znowu podrzucę Wam miejsce bo jest raczej mało znane i możecie je wyszukać dopiero gdzieś tam mocno szukając —- spaliśmy w Moskuliki 46, jest to parking przy prywatnym domu pewnego Pana, który udostępnia to miejsce za darmo dla podróżujących kamperami ludzi. Nie macie tam żadnych udogodnień typu woda, łazienki itp, ale jest piaskownica, huśtawka i dużo zieleni, a właściciele przemili bo mieliśmy okazję z nimi porozmawiać przez telefon. Bardzo przyjemne miejsce, a oprócz tego stoi tam pełno kamperów !

 

 

 

 

 

 

 

W piątek ruszyliśmy zaraz po śniadanku i dojechaliśmy na miejsce koło południa.  Na miejscu okazało się, że niestety pole namiotowe dla kamperów jest spory kawałek od domków naszej ekipy i ekipy TriWawy. Po wielu kombinacjach, rozmowach z panem prezesem, na nie-legalu, ale pod kontrolą, stanęliśmy w końcu przy samym domku prezesa i jego ekipy, czytaj TRIWAWY.

I tu się zaczęło 🙂

Całe trzy dni były mega pozytywne, spędzone w meeega towarzystwie. Zaraz obok domku prezesa był cały i-Sport czyli nasza ekipa trenerska. Sam Sieraków na kilka dni stał się miasteczkiem triathlonowym. Roiło się od samochodów zapakowanych w rowery, od triathlonistów biegających zbierających swoje rzeczy, chodzących z piankami żeby zrobić pierwsze Open Water w tym roku. Gdzie się nie spojrzałeś stali sportowcy, ich kibice i rodziny. Z każdej strony nadjeżdżały rowery, różne, przeróżne, te odpicowane całe oreo, z dyskami i idealnie dobranymi kolorystycznie dodatkami, albo te zwykłe na których każdy z nas zaczynał. Na wszystkie dystanse było zapisanych ponad 2400 osób. Możecie sobie wyobrazić jak to wyglądało kiedy przez 3 dni w promieniu jednego kilometra przewijała się taka ilość osób, plus ich kibice !

Było bosko. Mój R od razu pomyślał o Hawajach i o Konie, na której takie miasteczko powstaje na tydzień przed startem i zrzesza sporo większa ilość osób startujących plus ich kibice. Już rozumiemy jak można mieć KONA-BLUESA po powrocie z hawajskiej wyspy.

Niemniej jednak przyjechaliśmy tam dla startu, a raczej dla startów, bo każdy oprócz najmłodszego gdzieś startował. Zosia pierwsza zdobywała medal, na biegu dla dzieci.

To był chyba jej taki pierwszy najważniejszy bieg, z chipem na nodze, porządnie wyznaczoną trasą i prawdziwym pakietem startowym. tutaj chylę czoła organizatorom którzy spisali się na medal.  Dzieciaki dostawały swoje naklejki na rowery i kask, numery startowe i chipa. Ponatno dostały mały upominek od JBL w postaci słuchawek i w miarę zdrowe smakołyki, nie wspomnę już o gadżetach które dzieci lubią najbardziej typu plecak, smyczki, rękawy do kibicowania itp.

Bieg poszedł świetnie, widać było małe zdenerwowanie na jej twarzy ale dzielnie całość poleciała sama. Dzieci startowały falowo, nie było więc przepychanek i maluszki startowały z maluszkami a starszaki ze starszakami. Dźwięk gwizdka i w nogi po wyznaczonej trasie. Ja biegłam wzdłuż niej aby pokazać w razie co gdzie ma skręcić, byłam tak wzruszona że nie zrobiłam jej na trasie ani jednego zdjęcia.

Na każdej twarzy widać emocje i zdenerwowanie <3

I tutaj drodzy rodzice jest pole do popisu dla Was. Nie jest trudno zniechęcić dzieci do takich startów. Jest natomiast całkiem trudno nauczyć ich przegrywać, nauczyć ich, że nie muszą być pierwsi, że to ma być zabawa i frajda dla nich. To są jeszcze nasze maluchy jak pójdą w sport wyczynowy będą miały dużo okazji do wygrywania i prawdziwego ścigania. Dajmy im teraz trochę luzu i jak chcą biec wolno, niech biegną wolno, jak chcą skakać do mety niech skaczą, jak chcą lecieć ile sił w nogach niech też to robią, ale nie po to żeby wygrać. Mają jeszcze całe życie na wygrywanie, walczenie, przepychanie się i wyróżnianie z tłumu. Nie odbierajmy im tej dziecięcej beztroski :) 
Dla nich sam start jest tak ogromnym przeżyciem, takim wiadrem emocji, że na prawdę nie ma tam miejsca już na wygrywanie i pierwsze miejsca. Jak się uda super, ale niech to będzie przy okazji :)

Zosia miała tłumaczone przez kilka dni przed startem że nie biegnie żeby wygrać, że biegnie po medal, że ten medal jest najfajniejszą pamiątką jaką może zdobyć. Że to jest zabawa i nauka, bo jak dorośnie będzie umiała startować w zawodach tak jak my. Smutno mi było patrzeć jak takie 5 latki wpadały na metę zapłakane że nie były pierwsze. 

Nasza młoda natomiast po powiedziała, że musi dużo trenować żeby być taką triathlonistka jak my <3 <3 <3

Moje ZŁOTO na mecie <3

 

 

Zosia zdobyła swój medal, czas teraz na nas. Warto wspomnieć o koniu którego wyhodowałam w domu. Mój R wylądował na mecie połówki z czasem 4:35, co jest dla mnie totalnym kosmosem, na czele z rowerem który zrobił w 2:13 ! ! ! Ci co startują wiedzą jaka to wychodzi średnia na 90 kilometrach, Ci co nie startują doinformuję. Chłopak przejechał 90 kilometrów ze średnią 39 km/h. Już teraz rozumiecie dlaczego tak rzadko robimy wspólnie treningi rowerowe :p

Sobota zatem była kolejnym dniem kibica. Tym razem rodzinnie kibicowaliśmy mojemu mężowi, oczywiście nie sami tylko z psycho-fanami TRIWAWĄ. To ile emocji wywołują pośród zawodników jest niezastąpione ! Fajnie jest być częścią tej zgrai. Także sobota była dla ludzi, na mecie cierpliwie czekaliśmy na Fabisza, prezesa psychofanów, Ewel, kobietę którą ciężko dogonić na trasie, mojego R i trenera Adama. Wszyscy z uśmiechem na buzi wlecieli po dobre czasy. Resztę wsparliśmy porządnie na trasie rowerowej i biegowej tworząc własna strefę kibica ! No i rachu ciachu sobota nam minęła.

 

 

UFFFF….

Na szczęście na objazd trasy zebraliśmy się w piątek popołudniu i jeśli ktoś w Sierakowie nie startował a planuje objazd trasy jest absolutnym MUST HAVE tych zawodów. Jeśli nie chcecie się zaskoczyć na zawodach oczywiście. JA dziękowałam mojemu aniołowi, który mnie popchnął żeby po raz pierwszy przejechać trasę. Oj byłabym mocno zdziwiona. Patrząc przez pryzmat opowieści, Sieraków super prosta trasa po ładnym asfalcie, byłabym mocno zawiedziona.

Nie trasa rowerowa nie jest prosta. Nie trasa rowerowa nie jest tylko po pięknym asfalcie (choć w dużej mierze tak). Nie trasa rowerowa NIE JEST ŁATWA! Ale to właśnie dzięki temu jest mega ciekawa i  bardzo satysfakcjonująca.

Po sobotnim starcie nie wiele było czasu dla siebie. Było go jednak na tyle dużo, że na spokojnie okleiłam sobie rower, większość rzeczy dotyczącą trasy i stref zmian wiedziałam kibicując długiemu dystansowi, niby wszystko wiedziałam ale jakiś niepokój siedział we mnie cały wieczór. Sobota się kończy wszyscy świętują, winko się leję, a ja po totalnie nieprzespanej wcześniejszej nocy (dziękuję synu 🙂 ) padam przed północą. Pewnie wiele ciekawych rzeczy mnie ominęło, ale sen był równie cudowny. Wyspana, dalej kaszląca i z zatkanym nosem wstałam, ogarnęłam śniadanko dla dzieci. Sama po kryjomu zjadłam białą bułę z dżemem, napiłam się kawki i ruszyłam do strefy zostawić rower.

 

„SIERAKÓW WITA TRIATHLONISTÓW”

 

Oj duża ta strefa, duża, trafiło mi się fajne miejsce na zewnętrznych wieszakach więc łatwo było zapamiętać. Rowerek gotowy, koła napompowane już wcześniej przez mojego najlepszego serwisanta na świecie, bidony na miejscu nic tylko pocałować ta różową ramę co by grzecznie czekała i wrócić do ludzi. Kamperek stał jakieś 5 minutek drogi od strefy zmian, nie wiele mieliśmy więc do chodzenia. Wróciłam do dzieciaków i Rafała ubrałam się w strój startowy, pianę i ruszyłam nad wodę. Tam szybka rozgrzewka z trenerem, buziaki od dzieciaków i R i jazda na start.

 

Pisząc w skrócie relacje z samego wyścigu mogłabym napisać tak: Na pływaniu umarłam, nie wiem jak nie wiem skąd, na rowerze zmartwychwstałam po to aby podwójnie umrzeć na biegu. I o tyle, takie słowa w sumie idealnie opisywały by mój Sieraków, ale jeśli chcecie więcej i nie macie już dość powiem kilka słów więcej.

START. 

W wodzie na prawdę umarłam, nigdy nie przeżyłam takiego czegoś. Ok może przeżyłam, za młodych lat jak na bardzo ważnych zawodach potrafiło mnie przytkać ze stresu. Ale tu była to jakaś podwójna siła, która nie pozwalała normalnie funkcjonować w wodzie. Woda zimna, ok zatkało mnie na wejściu i to bym rozumiała gdyby nie to że to zatkanie trzymało mnie do ostatniej bojki, powiedziałabym wręcz że do samego końca.

Ja weteranka pływania rzadko kiedy pływam open water na 2 oddechy, zazwyczaj swobodnie oddycham co 3, na zawodach również,  tu miałam ochotę uskutecznić metodę na co 1 oddech. TO co przezyłam to moje, myslałam, że młucę przez tą wodę jak topielec, wszyscy mnie wyprzedzali, a ja totalnie nie miałam kontroli nad swoim ciałem. Pomiędzy 2 a 3 bojką, regularnie przechodziłam do żabki aby uspokoic oddech, ale to nic nie dawało. Całość przepłynęłam oddychając co 2 i kiedy raz spróbowałam zrobic oddech co 3 myślałam, że się utopię. Rozumiem już tych których w wodzie zatyka ze stresu przed potworami i rezygnują z dalszego płynięcia. Moja głowa też mi raz podpowiedziała, że może jednak lepiej wyść z wody, ale zdrowy rozsądek wiedział że to stres i mam nadzieję chociaż w minimalnym stopniu zimno. Bo inaczej wole sobie tego nie tłumaczyć.

Woda dłużyła się okropnie, z każdym oddechem miałam wrażenie, że utonę, ale zaczęłam się skupiać na jeszcze jednym wdechu, jeszcze jednym wdechu i tak dobrnęłam do końca. Nigdy nie czułam takiej ulgi wychodząc na ląd.

Tam czekał na mnie 700 metrowy podbieg, oj Sieraków lubi te górki i podbiegi. Nie spinałam się na nim zbyt mocno, lekko, powolutku poleciałam po rower. Szybkie ruchy w strefie i kilka chwil później wybiegam do belki rowerowej. Ku mojemu zdziwieniu wcale nie była tak bliziutko jakby się chciało. Biegliśmy po krawężnikach, przez kawałek lasku żeby przez jeszcze sto metrów lecieć po asfalcie do głównej drogi.

Jest belka. Wsiadam na ROWER. 

Tutaj wiedziałam czego się spodziewać, tutaj tez chciałam wyciągnąć z siebie maksimum. Na rower wsiadłam jako 4 ta kobieta, na pierwszej pętli dociągnęłam do 3 -ciej zawodniczki. Dosyć szybko i sprawnie ją wyprzedziłam, wyprzedzałam też niektórych panów, z niektórymi co chwilę się wymijałam, tak to jest kiedy zawody są bez draftu a każdy próbuje utrzymać swoje.

Jechało mi się cudownie, nie był to dzień konia, ale było ekstra. Na górkach dociągałam do górnych Wattów, na zjazdach pedałowałam tak by zyskać jak najwięcej. Rower był mega dynamiczny, cały czas się coś działo. Pierwsze kilka kilometrów, jest dosyć krętę, na początku czeka na ans tez chyba najdłuższy, najstromszy podjazd. Jednak nie na tyle stromy i długi by zrzucać się z blatu, ale na tyle stromy i długi że na drugim kółku musiałam podnieść dupsko z siodełka żeby nie utracić swojej kadencji. Jechałam i jechałam, żadnej dziewczyny nie widziałam ani przed sobą ani za sobą. Po kilku kilometrach wpadamy faktycznie na cudowny nowiutki asfalt, który tak na prawdę jedziemy dalej resztę kółka. Całą trasa jest pagórkowata, raz w górę raz dół. Trzeba jechać na tyle mocno w dół, żeby potem było jak najłatwiej w górę. Obok moich PSYCHOFANÓW przejeżdżam ponad 40 km/h, oj tak co by myśleli że całość pędzę tak mocno 🙂

W drugiej połowie drugiego kółka dogania mnie Ula, dziewczyna która wygrała Super League w Poznaniu w zeszłym roku. Jest prędka, ale nie aż tak prędka żeby zniknąć mi z oczu w sumie do końca trasy rowerowej. Wpadam chwilę za nia do strefy zmian, a mój R krzyczy, że mam tylko minute starty do pierwszej babki. WOW

WOW.

Na prawdę byłam z siebie dumna. na takiej imprezie polecieć tak rower to było coś. Co prawda w ogóle nie interesowało mnie jaką mam stratę do pierwszej dziewczyny bo wiedziałam że na tym biegu jej nie dogonię, no chyba że by mnie ktoś podwiózł na rowerze 😉 Ale miło było usłyszeć, że i trener i on mają wrażenie, że jeszcze mogę coś tu ugrać <3 Dzięki chłopaki !

BIEG. Może być krótko ?? Umarłam dwa razy. Pierwsze dwa kilometry leciałam, w dobrym tempie, czekając na te podbiegi. Nawet mi ten szutr i piach tak nie przeszkadzały. Potem nagle zaczął się podbieg, najpierw taki przedsmak malutki króciutki w piachu ale stromy. Na 4-tym kilometrze dotarłam do wisienki na torcie. Najpierw stromy podbieg, żeby później zobaczyć że jest jeszcze stromszy podbieg. Można by go porównać do serpentyn w Alpach po których wspina się na rowerze. Takie coś pomniejszone do skali biegania i człowiek zamiast roweru. Sierakowska umieralania, no chyba że się jest biegaczem górskim to możecie to sobie nazwać inaczej, ja tam umarłam. DWA RAZY.

Zleciał ten bieg szybko, ale w bólu, na drugim kółku miałam ochotę się już tam zatrzymać. Nie dość , że boli to jeszcze co jakiś czas na dobitkę wyprzedzają mnie damskie nogi. Czy one są tak wytrenowane na górkach ? Czy ja nie mam siły, bo jestem cienias ?! Deprymujące jest spadanie na kolejne to pozycje dół w tak krótkim czasie, ale musiałam to zagryźć i lecieć do końca.

fot.Pawel Naskrent/maratomania.pl

Z 4 miejsca spadłam na 9-te i nie, nie jestem zadowolona z siebie, ale wybrzydzać tez nie będę.  Może te ambicje są gdzieś za wysokie i nie ma co stawiać sobie poprzeczki tak wysoko? Z drugiej strony jak mam nie stawiać jak jestem sportowcem z krwi i kości !?

Szczęśliwie udało mi się utrzymać 3 msc w swojej kategorii. Na metę doleciałam z czasem 2:30…. Dumna z roweru, załamana pływaniem i zdeprymowana bieganiem. Niemniej jednak start był udany, dostałam w tyłek tak jak nigdy, a jednak chcę więcej i wracam tam za rok !

 

A ty ?!

Dobrnąłeś do końca i lecisz ze mną do Sierakowa za rok ?! 🙂

Agnieszko dziękuję za zawieszenie medalu, taki smakuje podwójnie.

Dziękuje firmom, które mnie wspierają:

i-Sport platformie treningowej <3

On Running Polska za buty w których biegam najszybciej jak umiem :)

CEP Polska za pomoc w regeneracji i dbanie o moje nogi

Eko Farmie Świętokrzyskiej za dbanie o mój brzuch i brzuch mojej rodziny <3 

I Wam wszystkim którzy nie raz wykrzyczeli moje imię na trasie dodając otuchy i powera dzięki któremu urywałam kolejne sekundy. TO w dużej mierze wy się przyczyniliście do tego wyniku :) 
Niestety nie umywacie się do buziaków i piątek od moich dzieci, ale te są niezastąpione <3 <3 ;) ;)

Do następnego razu.

 

Bio Mama.

 

 

 

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

PODRÓŻE POLECANE

Czy wyjazd samej z dwójka dzieci zimą jest możliwy?! Mama w górach – vol. 3, zima w Tatrach.

Z dziećmi w górach, sama byłam już cztery razy.

Nie będę pisała o moich wyprawach chronologicznie bo pierwszy wypad był prawie rok temu. Zacznę natomiast od tyłu, może kiedyś wracając do tego pierwszego razu, bo nie ma co ukrywać ten ostatni jest najświeższy i zaraz był najbardziej wymagający dla mnie.

Ci co chcą usłyszeć że taki wypad jest prawie jak leśne SPA i można leżeć z nimi do góry brzuchem, od razu mogą zaprzestać czytania. Owszem można przez chwilę leżeć do góry brzuchem na kawałku kurtki na którejś z górskich Hal, ale przez większość czasu nosisz nadprogramowe kilogramy, podajesz pić jeść, śpiewasz, motywujesz żeby szły dalej i wymyślasz kolejne to zadania do czasu aż szczyt będzie w zasięgu Waszego wzroku.

Ci, co natomiast bardziej realistycznie wyobrażają sobie wypad w góry z dwójką małych dzieci, ale czekają też na cudownego tego aspekty – mega więź, wspólny wysiłek i poświęcenie całej siebie dla dzieciaków, zapraszam do tekstu.

 

Czy to w ogóle jest realne?

Pierwsze słowa, jakie nasuwały się wszystkim kiedy usłyszeli mój kolejny z rzędu plan na góry z dziećmi, brzmiały zazwyczaj: „Ja bym się nie odważyła.”, ” Ja bym się bała”, „Ale jesteś odważna!”

W końcu do odważnych świat należy i tutaj możemy być mniej lub bardziej odważni, ale strach? Zupełnie nie rozumiem strachu, poza tym że ugrzęźniemy gdzieś na skale, albo będziemy musieli nocować w lesie bez namiotu i jedzenia. Ale hej, na Rysy z nimi w zimę nie planowałam iść, a wszystkie wycieczki raczej kończmy przed zachodem słońca, wiec czego się bać. Przecież to są moje dzieci i pewnie, że może być ciężej lub łatwiej, bardziej wymagająco lub mniej, ale przez cały czas to są moje dzieci więc się NIE BOJĘ.

Oczywiście mam rożne obawy przed każdym wyjazdem, typu czy obędzie się bez afery podczas podróży, albo czy Zosia nie odmówi i nie uda nam się zrealizować celu wyprawy. Ale to są błahostki, które lepiej lub gorzej jakoś ogarniemy. WSPÓLNIE, bo na takich wyjazdach robimy wszystko WSPÓLNIE.

LOGISTYKA NAJTRUDNIEJSZA.

 

Za pierwszym razem taki wypad może wydawać się ciężką pracą logistyczną, ale z każdym kolejnym wszystko będzie znacznie łatwiejsze. Moje sposoby na udaną podróż samochodem to przygotowanie na różne sytuacje. Co prawda zaczynałam od masy rzeczy, które nie do końca się sprawdziły, ale po kilku razach plecaki były znacznie mniej napakowane, za to bardziej przemyślanymi rzeczami.

Plecak Zosi: 

Zosia część plecaka zawsze pakuje sama. Wybiera sobie teraz ulubioną maskotkę, przytulankę, jakąś lale czy co ona sobie tam ostatnio wkręciła w tą małą głowę. Ja dopakowuję jej jakąś książeczkę (taką co mieści się do plecaka i wiem że ostatnio była HIT-em w domu), którą nie tylko może przeglądać sobie w aucie, ale też będziemy mogły czytać wieczorami na miejscu. Dorzucam piórnik z kredkami i długopisem i jakieś zestawy zabaw dla 4-latka, zagadki i rzeczy do rozwiązywania.

Plecak Stasia:

Tutaj jest bardziej monotonnie, jak na chłopaka przystało. Są autka takie które mają jakiś element ruchowy, wtedy młody umie się na nich dłużej skupić. Autko z przyciskiem który wydaje jakiś dźwięk też jest mile widziane. Podróż bez konia i innych zwierząt tez byłaby nieudana,dlatego jest tam więcej „pierdół” niż u Zośki. U Stasia w plecaku lądują też książki z twardymi stronami, tak aby łatwo mu się je oglądało i żeby zwyczajnie w świecie ich nie podarł, bo przecież cóż ciekawszego można robić nudząc się którąś z kolei godzinę w samochodzie? Kilka razy z rzędu włożyłam tez Play-Doh. Niesamowite ile czasu dziecko może wytrzymać w foteliku kulając, albo wkładając i wyciągając z pudełka kulkę ciastoliny. Minus playdoh jest taki że nie zawsze wiemy do końca gdzie on to na koniec upchnie, trzeba więc wziąć poprawkę że możemy znaleźć je przyklejone do różnych elementów samochodu. ( Ci co mają auta w skórze, są na wygranej pozycji !)

Oprócz tego w podroży zawsze w plecaczkach mają małe woreczki ze smakołykami i bidony z wodą które wkładam do stojaków na picie z tyłu samochodu, bo prowadząc auto jest mi dużo łatwiej je im podać.

Przygotowane smakołyki muszą być identyczne, bo przecież jeśli Stasiu wyciągnie banana, którego na przykład Zosia przez ostatnie 2 tygodnie nie ruszała, to ona też będzie na pewno chciała tego banana. Dlatego obowiązkowo w plecach dodatkowo lądują jakieś owoce, banan, jabłko, jakiś batonik (my często kupujemy te z LIDL-a Lupilu ekologiczne, albo HPBA energy bars), ostatnio zorbiłam małe pudełeczka z rodzynkami i suszonymi bananami takimi do pochrupania. Zdarza się, że dostaną „zdrowe lizaki” na momenty kryzysowe, albo żelki najbardziej lubimy te EKO z IKEI, na bazie soków owocowych, ale te rarytasy wolę trzymać z przodu na „kryzysowe chwile”, bo jak wylądują w plecakach to czasami nie uda nam się odjechać z parkingu a już lizaki są w buzi, albo małe rączki dzielnie próbują rozbroić szeleszczące papierki.

Co robię z nimi w górach?

Przełomowym wyjazdem był nasz wypad w Bieszczady. Lato, 2018 Zosia miała wtedy niecałe 3,5 roku. To był mój pierwszy wypad, bez Rafała, z nimi w góry. Dzień po dniu moje małe dziecko się rozkręcało. Chodziło dalej, dłużej z większą chęcią. Zdobywanie góry było dla niej równie ekscytujące jak dla mnie. Wciągnęła się i tak już nam zostało.

Dopóki Stasiu nie chodził było łatwiej teraz ciężej jest jego załadować do nosidła, ale ostatnim razem dałam mu też już sporą część przejść samodzielnie. Robimy trudne i łatwe trasy. Jak jesteśmy na dłużej to często byczymy się któregoś dnia, idziemy na basen, jemy lody albo znajdujemy sobie inną atrakcję tak żeby nogi i te małe ciała odpoczęły.

ZAKOPANE – Dzień po dniu.

Kocham to miejsce, a najbardziej wtedy kiedy turustów jest tam jak na naparstek. Zresztą na szlakach w zimę szybko przerzedza się towarzystwo. Zimą nie każdy wejdzie wyżej niż Kalatówki, bo zwyczajne adidasy nie wystarczają.

Na Kondratowej można zobaczyć już raczej tych na prawdę kochających góry, a najwięcej tam skitur-owców. Zresztą Hala Kondratowa i tamto schronisko to chyba moje ulubione miejsce w Tatrach.

Dojechaliśmy w piątek wieczorem. Prognoza pokazywała piękne słońce tak na prawdę tylko w sobotę. Marzyłam więc o Kasprowym. O porządnym cały dniu tułaczki. Zazwyczaj taki coś zaplanowałabym na kolejne dni kiedy to mała Z się rozkręci z chodzeniem. Ale wiedziałam, że tylko tego dnia będzie to możliwe patrząc na prognozę pogody. Decyzję zostawiłam do rana.

Już o 6 rano słońce uderzało nam prosto w twarz, kiedy przedzierało się przez zasłony naszego pokoju. Stasiek nie zastanawiał się ani chwili żeby poleżeć jeszcze w łóżku i tak przez ponad 1.5 godziny graliśmy w pokoju w różne gry, bo śniadanie zamówiłam na 8. Kto by tak wcześnie wstawał na wakacjach 🙂

Zjedliśmy śniadanko i ruszyliśmy w stronę ronda kuźnickiego. Koło 10 weszliśmy na szlak i 6 godzin później byliśmy na szczycie. Góra była wyzwaniem, mała opadła mi zupełnie z sił, Stasiek jak na osobę jeszcze nie mówiącą miał niesamowicie wiele do powiedzenia „ciuuuu ciuuu” „tuuuuu” ” bruuuum” . Nie wiem kiedy nie wiem jak minęło nam te 6 godzin.

Nie powiem, że jakąś godzinę od szczytu, żałowałam trochę mojej decyzji ale odwrotu już nie było.  W dół wszystko zajęło by nam kolejne kilka godzin, a czasu na to powoli nam brakowało. Zresztą wiedziałam, że mniej zaboli wchodzenie przez jeszcze godzinę, niz schodzenie w dól przez kilka kolejnych. O Stasiu, którego cierpliwość była juz na samym krańcu, już nie wspomnę.

Na szczęście tego dnia były zawody w GIGANCIE na Goryczkowej, wiedziałam, że kolejka będzie jeździć do 18 i że po wejściu będzie można na spokojnie zjeść odtajać i po prostu odpocząć. Trzeba było się doczłapać na górę, pocieszyć się zachodem słońca i zjechać na dół kolejką.

Dzisiaj patrząc na ten wyczyn nie wiem jak o 4 letnie dziecko to zrobiło. Nie wiem jak ja to zrobiłam o zdrowych nerwach i nie wiem jak jej przetłumaczyłam, że tam wejdzie i jej sie uda. Mała zrobiła ponad 7 kilometrów pod górkę, ponad 6 godzin marszu i około 1000 metrów w górę !

To nie było łatwe podejście, nie polecam nikomu nie doświadczonemu w górach. Tym bardziej z dzieckiem które zaczyna swoją przygodę z chodzeniem po górach. My zaprawieni w boju wędrownicze, daliśmy radę. Zosia na szczycie była tak szczęśliwa, że miałam wrażenie że patrzę na doświadczonego himalaistę, który zdobył wymarzony szczyt.

DZIEŃ 2 – ulubione schronisko.

Często w prognozach pokazuje się deszcz jak gdzieś jesteśmy, ale nigdy nie dochodzi do jego skutku. Nasza energia ewidentnie odpycha te deszczowe chmury 🙂  Na 3 dni z deszczem padało tylko na koniec wyjazdu wieczorem, jak już tak na prawdę ładowaliśmy się do samochodu.

Drugiego dnia miało być delikatnie i dosyć nisko, przez prognozę i przez zmęczone nogi mojej córki. Nie chciałam żeby znienawidziła góry. Chodzenie z nią zimą jest dużo trudniejsze niż latem. Śnieg w słoneczne dni, jak sobota na Kasprowym, jest miękki nogi się obsuwają, zapadają i trzeba włożyć dużo więcej energii w zwykły marsz.  Drugiego dnia więc było przyjemnie delikatnie troszkę pod górkę w równie piękne miejsca, ale bez większego wysiłku. Wdrapaliśmy się na Hale Kondratową, moje już wspominane, ulubione miejsce.

Zresztą zawsze jak jesteśmy w tatrach odwiedzamy to miejsce. Kalatówki i rosołek tez zaliczyliśmy. nawet Stasiu przedreptał połowę trasy na Kalatówki w górę i w dół.

DO ZOBACZENIA TATRY.

Trzeci dzień był tylko dla dzieci. Miały byc krótkie góry z rana, ale pogoda nie zachęcała. Zreszta trzaba by było się później przebierać z kombinezonów i tak dalej. Dlatego była papugarnia, nie polecam <ha ha ha>, lodowsko, typowy dzień na krupówkach, chociaż pamiątek nie kupowaliśmy. Lody, dobra kawa i ciacho i jakieś czekoladowe koktajle, kto nie zna STRH8 na krupówkach niech pozna 🙂

 

CO TrzEBA MIEĆ:

Tatry zimą nie zawsze wybaczają błędy i pomimo że chodzenie z dziećmi po górach raczej nie powinno być w takich miejscach gdzie jakikolwiek błąd może nastąpić, to i tak trzeba byc porządnie przygotowanym.

  • RAKI TO PODSTAWA – bez raków ani rusz. Tzn oczywiście mogą być raczki takie które można założyć na każdego miękkiego buta, ale muszą być porządnej firmy i muszą to być raczki, nie miejskie kolce.
  • czołówka – zawsze biorę. pomimo, że nie planuje nigdy schodzić po zmroku, ale nie wiadomo co może się wydarzyć na szlaku, a bez czołówki wieczorem raczej byłoby groźnie.
  • plecak i rzeczy na zmianę – dla dzieciaków podstawa to skarpetki na zmianę i cieniutkie woreczki. Pomimo, że zosia ma buty jacka Wolfskina WODOODPORNE, to nogi miała przemoczone. śnieg na jej butach w raczkach utrzymywał się i buty po kilku godzinach po prostu PRZEMAKAŁY. Wtedy zakładamy suchutką skarpetkę, którą wkładamy w WORECZEK foliowy i dziecko ma sucho i CIEPŁO. UBRANIA na ZMIANĘ, albo kolejna warstwą też jest konieczna. DLatego plecak dobrze zapakowany to podstawa, w GÓRACH pogoda lubi się zmieniać !
  • jedzenie plus coś słodkeigo kalorycznego –  tak nawet ja bio mama mam zawsze i to zawsze ze sobą porządną tabliczkę czekolady. Może nie tej tiramisu od milki, ale gorzkiej z orzechami lub takiej jaką jadamy. Zdarza nam się wziąć żelki ( raczej te eko ), bo dzieciaki w SZCZEGÓLNOŚCI tego potrzebują. Oczywiście woda i normalna kanapka na piknik też jest. Zimą mamy zawsze termos z herbatką z imbirem żeby SIĘ ROZGRZAĆ jak jest taka potrzeba. Lepiej WZIĄĆ za dużo niż za mało, bo gdy sił brak tylko czekolada albo dobry ZAsTRZYk cukru może wam pomóc.
  • GOGLE / OKULARY – dla siebie pewnie nie zapomnicie, ale dla maluchów ponieważ nie noszą na codzień pewnie juz tak. W górach w szczególności zimą porzadne okulary z filtrami UV lub gogle to podstawa. Ja wole gogle bo są bardziej wszechstronne. Nadają SIĘ na ŚNIEŻYCE, mocne słońce i wietrzne dni osłaniając tez część twarzy. Bez nich ani rusz w białe ośniezone szczyty, zapalenie spojówek, to częsta przypadłość, po takim dniu na pełnym słońcu w śniegu. poza tym w najgorszym wypadku możecie maluchom po prostu zepsuć wzrok.

 

Wypad z dzieciakami w góry jest niesamowitym przeżyciem. Dzieci nabierają ogromnej pokory do gór, do wędrówek. Poznają co to jest zmęczenie, ale tez poznają jakie to uczucie wspiąć się na górę kiedy wydawało się że sił już nie ma.

To tez cudowny czas 1:1, lub w jak w moim przypadku 1:2 🙂 czyli ja i dwójka moich dzieci. Jestem tam dla nich, bez telefonu, pracy i innych obowiązków domowych. Jesteśmy ze sobą cały dzień, całą noc. Gramy, śmiejemy się, pomagamy sobie, motywujemy się na wzajem. Spędzamy czas na świeżym powietrzu i w naturze, która uczy nas wiele. Poznajemy świat prawdziwy, naturalny a nie ten przez ekran telewizora, czy telefonu.

Jadąc z nimi w góry jestem cała dla nich. Oni to wiedzą i widzą i zawsze w górach czuję, że są ze mną inne dzieci. Współpracujące, pomagające, szczęśliwe i uśmiechnięte.

 

POLECAM SPRÓBOWAĆ, NAWET W POJEDYNKĘ.